Posts Tagged „Egipt”<

Pieniądze ważniejsze od demokracji

3 mar 2011

W Afryce obalono dwóch dyktatorów: prezydenta Tunezji Zine el Abidine Ben Alego oraz prezydenta Egiptu Hosniego Mubaraka. Reżim trzeciego, Muammara Kaddafiego, zatrząsł się w posadach i niewykluczone, że przywódca Libii podzieli los dwóch pozostałych. Wraz z upadkiem tyranów na jaw wyszły nie tylko ich zbrodnie, ale także gigantyczne oszustwa finansowe.

Majątek rodziny Kaddafiego szacuje się na 150 miliardów dolarów, rodziny Ben Alego na 100 miliardów, a rodziny Mubaraka na „zaledwie” 70 miliardów. W sumie ponad 320 miliardów dolarów. Pieniądze, które wystarczyłyby na zatkanie dziury budżetowej Polski przez ćwierć wieku.

To, co bulwersuje najbardziej, to nie to, że dyktatorzy traktowali państwo jak prywatny folwark i okradali – żyjących na ogół w biedzie – obywateli. To w historii zdarzało się często. Gorzej, że proceder ten był możliwy dzięki współpracy z zachodnimi rządami i koncernami (które chętnie podpisywały z dyktatorami lukratywne kontrakty) oraz z bankami (które chętnie przechowywały zarobione na tych kontraktach pieniądze).

Okazuje się, że troska o prawa człowieka czy zwalczanie korupcji, sprawy, o których tak wiele mówi się na europejskich salonach, schodzą na plan dalszy, gdy pojawia się możliwość zarobienia dużych pieniędzy.

Państwa Europy powinny spróbować naprawić błędy i jak najszybciej zamrozić aktywa obalonych dyktatorów. Przypomina mi się jednak rozmowa, którą odbyłem kilka lat temu z prawniczką z Bazylei, która tropi „brudne konta tyranów”. Zwróciła mi uwagę, że wszystkie przypadki konfiskaty własności dyktatorów miały miejsce dopiero po ich obaleniu lub śmierci. Kto chciałby stracić klienta, z którym cały czas można robić interesy? – przekonywała.

Bajeczne majątki Ben Alego, Mubaraka i Kaddafiego to tylko wierzchołek góry lodowej. Dyktatorów, którzy okradają swoich obywateli, jest bowiem na świecie wielu. Ich szwajcarskich kont zapewne nikt jeszcze długo nie ruszy. Obym się mylił, oby Zachód wyciągnął z ostatnich wydarzeń wnioski. Nie można jednocześnie wspierać demokracji i robić interesy z ludźmi, którzy ją tłumią.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Obalenie Mubaraka to dopiero początek

11 lut 2011

Egipcjanie obalili dyktatora. Hosni Mubarak wsiadł na pokład samolotu i opuścił Kair. Zamknął się w swojej luksusowej rezydencji w Szarm el Szejk, a jego zastępca ogłosił, że prezydent ustępuje ze stanowiska.

Na placu Tahrir, który od dwóch tygodni był areną demonstracji opozycji, wybuchła euforia. Oparta na wojsku i tajnej policji dyktatura załamała się pod naporem domagających się wolności obywateli.

W historii Egiptu zakończyła się pewna epoka. Hosni Mubarak rządził krajem żelazną ręką przez ponad trzy dekady. Większość mieszkańców tego młodego państwa nie pamięta innego Egiptu. Polacy, którzy sami niedawno zrzucili okowy dyktatury, obserwując sceny radości z kairskich ulic, nie mogą nie czuć solidarności z narodem egipskim.

Obalenie dyktatora to jednak zaledwie początek. Dopiero teraz Egipcjan czeka wielkie zadanie. Choć armia, która przejęła kontrolę nad krajem, zapowiedziała, że zniesie stan wyjątkowy, zagwarantuje wolne wybory i reformy, wydarzenia mogą się potoczyć różnie. Często bowiem na politycznym chaosie zyskują siły skrajne, a jedne dyktatury zastępowane są innymi.

Egipt stoi przed wielką szansą. Może się stać pierwszą arabską demokracją z prawdziwego zdarzenia na Bliskim Wschodzie. Kraj ten ma wielki potencjał gospodarczy i – co pokazały wydarzenia ostatnich dwóch tygodni – tworzą się w nim zręby społeczeństwa obywatelskiego. Stabilny i demokratyczny Egipt będzie nie tylko dobrą ojczyzną dla swoich obywateli, ale także dobrym sąsiadem dla innych krajów regionu.

Istnieje jednak również drugi, czarny scenariusz. Władzę w kraju mogą przechwycić cieszący się dużą popularnością ulicy islamscy Bracia Muzułmanie. Wówczas Egipt zamiast w demokrację może się przeistoczyć w drugi Iran, co byłoby fatalne nie tylko dla sąsiedniego Izraela, ale przede wszystkim dla samych Egipcjan. Miejmy nadzieję, że scenariusz ten nigdy się nie ziści.

Wszystko jednak w rękach mieszkańców Egiptu. Możemy im tylko gratulować i życzyć powodzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Efekt domina na Bliskim Wschodzie

28 sty 2011

W świecie arabskim wrze. Po załamaniu się reżimu w Tunezji w regionie występuje efekt domina. Ludzie wyszli na ulice w Jemenie, Algierii, Libanie, Jordanii i Egipcie, gdzie antyrządowe wystąpienia przybrały najgwałtowniejszy obrót. Wielu mieszkańców Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu ma dość panujących w ich krajach autorytarnych władz.

Obserwując obrazki z ulic Kairu i innych egipskich miast, trudno nie odczuwać solidarności z opozycją. Z jednej strony tłum ludzi depczący portrety dyktatora, z drugiej pały, gaz łzawiący i gumowe kule. Niepokoją informacje o pierwszych zabitych demonstrantach oraz o zamknięciu w areszcie domowym laureata Pokojowej Nagrody Nobla Mohameda el Baradeia.

Większość mediów, które z sympatią piszą o egipskiej opozycji, wydaje się jednak zapominać o specyfice regionu. Istnieje bowiem olbrzymie prawdopodobieństwo, że w razie załamania się reżimu Hosniego Mubaraka władza w kraju wpadnie w ręce islamistycznego Bractwa Muzułmańskiego. To właśnie członkowie tego skrajnego ugrupowania biorą najbardziej aktywny udział w zamieszkach.

Taki scenariusz doprowadziłby zaś do destabilizacji regionu. Nie przez przypadek USA, choć uważają się za światowego promotora demokracji, udzielają wsparcia Mubarakowi, a nie jego przeciwnikom. Również Izrael obserwuje wydarzenia w Egipcie z wielkim niepokojem. Dla państwa żydowskiego, które z pragmatycznym egipskim reżimem utrzymuje poprawne stosunki, dojście do władzy nieprzewidywalnych islamistów oznaczałoby katastrofę.

Metody, za pomocą których Mubarak zwalcza opozycję, wzbudzają sprzeciw i powinny się spotkać ze sprzeciwem społeczności międzynarodowej. Oczywiście byłoby wspaniale, gdyby miejsce blisko-wschodnich dyktatur zajęły odpowiedzialne, stabilne demokracje. Pytanie tylko, czy jest to postulat realny. Doświadczenia amerykańskiego eksperymentu w Iraku nie są zbyt zachęcające. Niestety, Bliski Wschód roku 2011 to nie Europa Wschodnia roku 1989.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop