Posts Tagged „Bliski Wschód”<

Obalenie Mubaraka to dopiero początek

11 lut 2011

Egipcjanie obalili dyktatora. Hosni Mubarak wsiadł na pokład samolotu i opuścił Kair. Zamknął się w swojej luksusowej rezydencji w Szarm el Szejk, a jego zastępca ogłosił, że prezydent ustępuje ze stanowiska.

Na placu Tahrir, który od dwóch tygodni był areną demonstracji opozycji, wybuchła euforia. Oparta na wojsku i tajnej policji dyktatura załamała się pod naporem domagających się wolności obywateli.

W historii Egiptu zakończyła się pewna epoka. Hosni Mubarak rządził krajem żelazną ręką przez ponad trzy dekady. Większość mieszkańców tego młodego państwa nie pamięta innego Egiptu. Polacy, którzy sami niedawno zrzucili okowy dyktatury, obserwując sceny radości z kairskich ulic, nie mogą nie czuć solidarności z narodem egipskim.

Obalenie dyktatora to jednak zaledwie początek. Dopiero teraz Egipcjan czeka wielkie zadanie. Choć armia, która przejęła kontrolę nad krajem, zapowiedziała, że zniesie stan wyjątkowy, zagwarantuje wolne wybory i reformy, wydarzenia mogą się potoczyć różnie. Często bowiem na politycznym chaosie zyskują siły skrajne, a jedne dyktatury zastępowane są innymi.

Egipt stoi przed wielką szansą. Może się stać pierwszą arabską demokracją z prawdziwego zdarzenia na Bliskim Wschodzie. Kraj ten ma wielki potencjał gospodarczy i – co pokazały wydarzenia ostatnich dwóch tygodni – tworzą się w nim zręby społeczeństwa obywatelskiego. Stabilny i demokratyczny Egipt będzie nie tylko dobrą ojczyzną dla swoich obywateli, ale także dobrym sąsiadem dla innych krajów regionu.

Istnieje jednak również drugi, czarny scenariusz. Władzę w kraju mogą przechwycić cieszący się dużą popularnością ulicy islamscy Bracia Muzułmanie. Wówczas Egipt zamiast w demokrację może się przeistoczyć w drugi Iran, co byłoby fatalne nie tylko dla sąsiedniego Izraela, ale przede wszystkim dla samych Egipcjan. Miejmy nadzieję, że scenariusz ten nigdy się nie ziści.

Wszystko jednak w rękach mieszkańców Egiptu. Możemy im tylko gratulować i życzyć powodzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Solidarność z prześladowanymi chrześcijanami

1 lis 2010

Podczas mszy świętej w kościele w Bagdadzie doszło do rzezi. Do katolickiej świątyni wdarli się uzbrojeni po zęby radykalni muzułmanie. Zamordowali około 50 osób.

Skala tragedii była tak wielka, że zachodnie media nie mogły jej nie zauważyć. Masakra trafiła na czołówki gazet i portali informacyjnych. Atak ten jednak nie jest wcale odosobnionym przypadkiem.

W 75 krajach świata na co dzień prześladowanych jest około 300 milionów wyznawców Chrystusa. Wszystko to dzieje się z dala od kamer telewizyjnych i fleszy aparatów fotograficznych. Materiału o tym nie można zobaczyć w CNN ani przeczytać w „New York Timesie”. Represje wobec chrześcijan to bowiem temat niepoprawny politycznie.

Bo zgodnie z wizją świata obowiązującą w większości zachodnich mediów i kulturze masowej to chrześcijaństwo jest religią opresji. Religią białych kolonizatorów, którzy narzucali swoją wolę ludom Trzeciego Świata. Jeżeli fakty przeczą tej z góry założonej tezie, tym gorzej dla faktów. W efekcie informacje o gehennie wyznawców Chrystusa rzadko przebijają się do powszechnej świadomości ludzi na Zachodzie.

Tymczasem według organizacji International Christian Concern (ICC) są trzy główne źródła agresji wobec chrześcijan: islamski fundamentalizm, radykalizm części hinduistów w Indiach oraz komunizm. W Chinach, Wietnamie i przede wszystkim Korei Północnej prawa chrześcijan są łamane nagminnie. W tym ostatnim kraju za samo posiadanie Pisma Świętego można trafić przed pluton egzekucyjny. Rodzina skazanego trafia zaś do obozu koncentracyjnego.

Wszystko to dzieje się przy niemal całkowitej obojętności krajów Zachodu. Chrześcijanie w Trzecim Świecie nie mogą zrozumieć, dlaczego ich potężni współwyznawcy z Europy i Ameryki pozostawiają ich na pastwę oprawców. Dopiero niedawno coś się zaczęło zmieniać. W Parlamencie Europejskim zorganizowano konferencję na temat ataków na chrześcijan. Oby nie skończyło się tylko na słowach. Nasi prześladowani współwyznawcy potrzebują realnej pomocy. Jak pokazują wydarzenia z Bagdadu, dla nich to kwestia życia i śmierci.



***

Serwis rp.pl zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w akcji: TRON. Wymień jedną rzecz, za którą najbardziej cenisz serwis rp.pl oraz jedną rzecz, którą byś zmienił/-a, by cenić go jeszcze bardziej. Pole widzenia powiększamy o wasz punkt widzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Oby nie było tak jak zwykle

2 wrz 2010

Izraelczycy i Palestyńczycy, po blisko dwóch latach, jakie upłynęły od ostatniej wojny w Strefie Gazy, wreszcie zaczęli ze sobą rozmawiać.

Podczas szczytu w Waszyngtonie izraelski premier Beniamin Netanjahu i palestyński prezydent Mahmud Abbas uścisnęli sobie ręce, wymienili kilka zdawkowych uprzejmości i zasiedli do stołu negocjacyjnego. Bliskowschodni proces pokojowy ruszył z miejsca.

Pytanie tylko, jak daleko zajedzie? W ostatnich latach – począwszy od słynnego porozumienia z Oslo w 1993 roku – podobnych „przełomowych szczytów”, „decydujących rozmów” czy „konferencji ostatniej szansy” było chyba z tuzin. Choć zmieniali się politycy, słowa zawsze były mniej więcej te same: „tym razem już na pewno nam się uda”, „wreszcie stanęliśmy przed dziejową szansą na pokój”.

Oczywiście nigdy nic z tego nie wychodziło. Po kolejnych konferencjach pozostawały tylko zawiedzione nadzieje. Ostatni szczyt miał miejsce w listopadzie 2007 roku w Annapolis. Jego gospodarz, prezydent George W. Bush, zapowiedział, że pokój na Bliskim Wschodzie zostanie osiągnięty w ciągu roku. Minęły blisko trzy lata i proces pokojowy nie tylko nie został zakończony sukcesem, ale też znalazł się w martwym punkcie.

W czwartek sekretarz stanu USA Hillary Clinton, otwierając szczyt w Waszyngtonie, dokładnie powtórzyła słowa Busha. Pokój na Bliskim Wschodzie zapanuje za rok. No cóż, pozostaje mieć nadzieję, że tym razem nie skończy się tak jak zwykle.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop