Urodziny z czerwoną gwiazdą

30 wrz 2011

Otwieram dziś dodatek kulturalny jednej z ogólnopolskich gazet i oczom nie wierzę. W środku reklama obchodów rocznicy istnienia popularnej stacji radiowej. Rzecz zajmuje pół strony. Ponad nazwami zespołów muzycznych umieszczono logo imprezy… czarną swastykę. Jak można się wykazać takim brakiem wrażliwości wobec ofiar Trzeciej Rzeszy? Jak taki chory pomysł mógł się zrodzić w umyśle przedstawicieli narodu, który tak strasznie ucierpiał pod niemiecką okupacją?

To oczywiście żart. Tak naprawdę w owej gazecie zobaczyłem coś nieco innego. Reklamę siódmych urodzin stacji Eska Rock, których oficjalnym logo jest… czerwona gwiazda:

Jakie atrakcje przewidziano z okazji obchodów? Strzelanie w tył czaszki polskim oficerom? Głodzenie na śmierć „wrogów ludu” w obozach koncentracyjnych? A może plądrowanie miast, palenie kościołów i gwałcenie burżujek? Okazuje się, że logo jest jednak nieco mylące. Radiowcy zamierzają jedynie rozdać słuchaczom „setki płyt, biletów na koncerty i gadżetów”.

Pisząc jednak poważnie: Trzecia Rzesza ma na swoim koncie 20 milionów ofiar, komuniści wymordowali – lekko licząc – 100 milionów ludzi. O ile jednak żaden przyzwoity człowiek nie odwołuje się dziś do symboliki Hitlera, o tyle symbolika Lenina, Stalina, Bieruta, Mao Zedonga i Pol Pota uważana jest za cool i trendy.

„Genialny” pomysłodawca urodzinowego logo Eski nie miał zapewne zamiaru promować zbrodniczej ideologii. Pomysł zrodził się raczej ze zwykłej ignorancji. Cała sprawa nie byłaby jednak tak irytująca, gdyby Radio Eska nie wywodziło się z podziemnego Radia „Solidarność”. Coś takiego, Panie i Panowie, wam po prostu nie przystoi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W „Bitwie Warszawskiej” zabrakło odwagi

29 wrz 2011

Kampania marketingowa, która poprzedzała wejście na ekrany filmu „1920 Bitwa Warszawska”, nie nastrajała optymistycznie. Budziła obawy, że obraz – szumnie zapowiadany jako wielka narodowa epopeja – będzie hurra-patriotycznym gniotem, na poziomie szkolnej czytanki dla gimnazjalistów. Grupy, która jak zwykle przy okazji takich historycznych superprodukcji ma wypełnić sale kinowe i dać zarobić filmowcom.

Całe szczęście nie jest tak źle. Przede wszystkim Jerzy Hoffman uniknął sztampowego przedstawienia kampanii roku 1920 jako starcia narodu polskiego z odwiecznym wrogiem  – Rosją. W filmie wyraźnie pokazano, że gra w 1920 roku toczyła się o znacznie większą stawkę. Nie tylko o niepodległość, ale o dusze Polaków. Wojna 1920 roku była bowiem wojną nie z Rosją, ale z bolszewizmem, któremu chodziło o coś więcej niż o podbój terytorialny.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rosyjska maczuga na Polskę

22 wrz 2011

Kilka dni temu do Warszawy przyjechał prof. Giennadij Matwiejew z Uniwersytetu im. Michaiła Łomonosowa w Moskwie. Celem wizyty była zorganizowana przez PISM konferencja poświęcona losowi bolszewików wziętych do niewoli przez Polskę podczas wojny 1919 – 1921. Uznawany za umiarkowanego i powszechnie szanowany badacz rosyjskiej uczelni państwowej wprawił licznie zgromadzone audytorium w zdumienie.

Zebrani usłyszeli bowiem apel, aby Polacy przeprosili za śmierć czerwonoarmistów w obozach jenieckich. Powinniście się za to pokajać – wzywał Matwiejew – tak jak wcześniej Rosjanie pokajali się za zbrodnię katyńską. Zgromadzeni usłyszeli także, że bolszewików umarło w polskiej niewoli  28 tysięcy, a nie 16 – 18 tysięcy, jak polscy i rosyjscy badacze ustalili w wyniku gruntownych badań zakończonych siedem lat temu.

Żeby było ciekawiej, w skład owej grupy historyków wchodził również Matwiejew. Mniejsza jednak z tym, idźmy dalej. Winę za śmierć bolszewików – kontynuował historyk – ponoszą Polacy, którzy nie zapewnili im odpowiednich warunków. To przez nich w obozach miały wybuchnąć epidemie. Do tego dochodził sadyzm polskich strażników. Już na wstępie Matwiejew ogłosił, że Piłsudski był w równym stopniu odpowiedzialny za wybuch wojny co Lenin.

Tezy wygłaszane przez Matwiejewa wywoływały na sali pomruki oburzenia i zaskoczenia. Nie powinny jednak nikogo dziwić. Tym samym językiem od lat mówią bowiem nie tylko rosyjscy historycy i publicyści, ale również przywódcy. Za każdym razem, gdy Polacy wypowiadają słowo „Katyń”, oni kontrują słowami „nasi zmarli jeńcy”. My wymordowaliśmy waszych żołnierzy. Wy naszych. Jesteśmy więc kwita. Przestańmy się babrać w przeszłości i patrzmy w przyszłość.

Piszący te słowa sam był świadkiem, gdy Władimir Putin 7 kwietnia 2010 roku na konferencji prasowej w Smoleńsku – kilka godzin po spotkaniu z Donaldem Tuskiem w Katyniu, do dziś uznawanym przez niektórych za „epokowe” – porównał obie sprawy. Rosyjski premier poszedł zresztą wówczas jeszcze dalej niż Matwiejew, mówił bowiem o śmierci 32 tysięcy bolszewickich jeńców.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polska nie taka straszna

07 wrz 2011

Wielu młodych Izraelczyków po powrocie z naszego kraju ma o nim lepsze zdanie niż przed wyjazdem

Co roku do Polski przyjeżdża 25 tysięcy izraelskich uczniów. Wyprawy te od 20 lat stanowią przedmiot sporów między Polską a państwem żydowskim. Zdaniem strony polskiej, program wycieczek za bardzo skupia się na byłych obozach zagłady, a uczniowie są izolowani od polskich rówieśników. Skutkiem ma być wzrost antypolonizmu.

Nieoczekiwanie, jak wynika z badań izraelskiego Ministerstwa Edukacji, nastolatki po powrocie z Polski mają o niej lepsze zdanie niż przed wyjazdem. Zmiana nie jest uderzająca, bo chodzi o jedną dziesiątą uczniów ze szkół świeckich, ale zdaniem ekspertów wskazuje na pozytywną tendencję. Odwrotną od  tego, przed czym od lat ostrzegano.

Spośród uczniów szkół świeckich po powrocie do Izraela 23 procent ma o Polsce opinię pozytywną (przed wyjazdem 13 proc.), 69 procent – stosunek neutralny, a zaledwie 9 procent – negatywny. O wiele gorzej sytuacja wygląda wśród uczniów szkół religijnych. Polaków lubi 4 proc., a nie lubi 46 procent. Połowa jest obojętna.

Przeczytaj cały artykuł.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Triumf Kościoła, porażka jego wrogów

18 sie 2011

Nie ma chyba na świecie instytucji, która byłaby zohydzana  w takim stopniu jak Kościół  katolicki. Na każdym kroku można usłyszeć, że jest on ostoją wstecznictwa, reakcji  i zacofania. Że ze swoimi śmiesznymi nakazami i zakazami nie pasuje do dzisiejszych wspaniałych czasów.  Jest szczytem obciachu,  z którym nowoczesny, otwarty człowiek nie powinien mieć  nic wspólnego.

Podobną propagandą nie przez przypadek szczególnie intensywnie bombardowani są młodzi ludzie. Do tego, kto zdobędzie dusze młodego  pokolenia, będzie bowiem  należała przyszłość. Wygląda jednak na to, że młodzież wie swoje i nie tak łatwo nią  manipulować. Rozpoczęte właśnie w Madrycie XXVI Światowe Dni Młodzieży  to wielki triumf Kościoła  i porażka jego przeciwników.

Z całego świata do Hiszpanii przybyło półtora miliona młodych katolików. To więcej niż cała populacja niejednego kraju.Katolicka młodzież przez tydzień będzie się modlić, uczestniczyć w nabożeństwach, spotka się z papieżem. Czym wobec tej potęgi jest te kilka tysięcy rozhisteryzowanych lewackich aktywistów, którzy z twarzami  wykrzywionymi nienawiścią obrażali na ulicach Madrytu papieża i pielgrzymów.

Oto próbka ich żenującego repertuaru: „Wasz papież  to nazista”, „Religia to opium dla mas”, „Zamknąć Watykan, mentalne Guantanamo”, „Lepszy jamnik od owczarka niemieckiego”. Gdy młodzi katolicy na jednym z madryckich placów uklękli i zaczęli się modlić, agresywni  demonstranci wywijali im przed nosem prezerwatywami i wykrzykiwali im w twarz obelgi…

Można by się teraz po raz kolejny oburzać chamstwem, brakiem tolerancji dla  katolicyzmu czy stronniczością mediów, dla których  to owi „aktywiści” stali się głównymi bohaterami Dni Młodzieży. Lepiej chyba  jednak tym razem pominąć  to wzruszeniem ramion.  Fenomen Światowych Dni Młodzieży to najlepszy dowód na to, jak żałośni, a jednocześnie mało skuteczni są ci ludzie. W sumie trudno im się dziwić, że widząc, co się dzieje w Madrycie, są tacy rozwścieczeni.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mamy za co przepraszać Białorusinów

12 sie 2011

Niewiele jest spraw w Polsce, w których panuje powszechny konsensus. Jednym z tych wyjątków jest Białoruś.

Niemal wszystkie rządy  III RP konsekwentnie  realizowały w relacjach  z tym krajem linię Jerzego Giedroycia. Wspierały społeczeństwo obywatelskie i piętnowały łamanie praw człowieka. W interesie Rzeczypospolitej leży bowiem wolna Białoruś zwrócona w stronę Zachodu. Dlatego to właśnie Polska uznawana była na świecie za państwo, któremu najbardziej zależy na tym, by „ostatnia dyktatura Europy” przeszła do historii. Do wczoraj. Przekazanie reżimowi informacji, które przyczyniły się do aresztowania Alesia Bialackiego, to fakt szokujący. Dla Polaków, ale przede wszystkim dla białoruskich opozycjonistów. Ludzi, którzy widzą w Polsce patrona i model do naśladowania. Są nami rozczarowani. Mówiąc po ludzku: zrobiliśmy im świństwo.

Wygląda na to, że prestiż i interesy Rzeczypospolitej zostały nadszarpnięte przez bezmyślność kilku urzędników. Pracownicy Prokuratury Generalnej potraktowali sprawę rutynowo i przychylili się do wniosku reżimu Łukaszenki, tak jakby był to wniosek Francji, Belgii czy innego demokratycznego kraju. Nie zadali sobie nawet trudu, by sprawdzić w Google’u, kim właściwie jest ów Aleś Bialacki albo wykonać jeden telefon do MSZ. A przecież posada w Prokuraturze Generalnej jest zwieńczeniem prokuratorskiej kariery. Trafiać mają do niej najlepsi z najlepszych.

Słowa oburzenia wypowiedziane wczoraj przez Donalda Tuska i przeprosiny Radosława Sikorskiego (choć przekazane w groteskowej formie) należy przyjąć z uznaniem. Rzeczywiście, mamy za co przepraszać. Warto jednak, żeby na przyszłość urzędnicy nie kierowali się tylko i wyłącznie bezdusznymi procedurami, ale czasami ruszyli głową. Szczególnie, gdy w ich rękach znajdują się ludzkie losy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Fiasko społeczeństwa multikulturowego

07 sie 2011

Jeden ze świadków zamieszek, do których doszło w weekend w Londynie, opisując je, użył słowa „Blitz”.

Brytyjczycy określają nim nocne naloty Luftwaffe, które miały sterroryzować i rzucić na kolana Zjednoczone Królestwo. Sporo w tym oczywiście przesady, ale porównanie to dobrze oddaje szok, w jakim znaleźli się mieszkańcy Londynu, gdy część ich miasta została nagle splądrowana i puszczona z dymem.

Wszystko zaczęło się podobnie jak sześć lat temu w Paryżu. Policja zastrzeliła miejscowego przestępcę, co doprowadziło do wrzenia w dzielnicy. Gdy zapadł zmierzch, na ulice wyległy tłumy młodych mężczyzn i przystąpiły do systematycznej demolki. I podobnie jak wtedy z tekstów prasowych nie sposób było się dowiedzieć, kim właściwie są owi „bandyci”. Zdjęć nie wypada jednak preparować zgodnie z wymogami politycznej poprawności i wyraźnie widać na nich, że są to kolorowi imigranci.

Oczywiście biorący udział w zamieszkach nie reprezentują całej swojej społeczności. Stosowanie w jakikolwiek sposób zasady odpowiedzialności zbiorowej byłoby poważnym błędem. W Wielkiej Brytanii mieszka wielu wartościowych, ciężko pracujących i sumiennie płacących podatki przybyszów z innych krajów.

Jednocześnie nie można jednak dłużej przymykać oczu na to, że spora część imigrantów spoza Europy jest nastawiona aspołecznie. Że wielu z nich nie utożsamia się ze swoją nową ojczyzną, nie ma zamiaru się integrować i przestrzegać panujących w niej zasad. A zamieszkane przez nich dzielnice to często nie tylko miejsca o najwyższym wskaźniku przestępczości, ale również beczki prochu. Wystarczy iskra, by eksplodowały.

Niedawno David Cameron mówił o fiasku brytyjskiego modelu społeczeństwa multikulturowego. Spotkało się to z oburzeniem liberałów, brytyjskiemu premierowi zarzucano niemal rasizm. Uliczni bandyci z Londynu pokazali właśnie, że słowa Camerona nie były pozbawione sensu. Ponurym dowodem tego fiaska był płonący na ulicy piętrowy czerwony autobus Double-decker. Jeden z symboli Wielkiej Brytanii.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Komuniści też mogą odpowiadać za zbrodnie

27 cze 2011

Wiek XX był wiekiem naznaczonym przez dwa ludobójcze totalitaryzmy: brunatny i czerwony. Nikt rozsądny nie zaprzecza dziś, że komunizm i narodowy socjalizm stanowiły dwie strony tej samej monety.

Przyzwyczailiśmy się już jednak, że zbrodniarze, którzy mordowali w imieniu tych bliźniaczych ideologii, traktowani są zupełnie inaczej.

Ostatni oprawcy Hitlera (nawet jeżeli byli zwykłymi płotkami) są bezwzględnie ścigani i stawiani przed sądem. Komuniści zaś (nawet jeżeli sprawowali funkcje kierownicze i wydawali rozkazy) spokojnie dożywają swoich dni. Mało tego, często wiedzie im się całkiem nieźle, co wywołuje rozgoryczenie ofiar, ich bliskich oraz wszystkich osób wrażliwych na przestrzeganie praw człowieka.

To, że może być inaczej, pokazała Kambodża. Przed trybunałem postawiono tam czterech czołowych aparatczyków reżimu Czerwonych Khmerów. M.in. zastępcę nieżyjącego dyktatora Pol Pota.

Wychowani przez lewackich profesorów z Sorbony Khmerzy po powrocie ze studiów we Francji postanowili w swoim kraju wcielić w życie marksistowskie teorie. Efektem był społeczny eksperyment na olbrzymią skalę. Khmerzy zdelegalizowali własność prywatną i religię, ludność miast przesiedlili do gigantycznych kołchozów – obozów pracy. Jednocześnie mordowali, prawdziwych i urojonych, „wrogów ludu”. Na osławionych kambodżańskich polach śmierci w latach 70. mogło zginąć nawet dwa miliony ludzi.

Czwórka komunistów odpowiedzialnych za te zbrodnie zasiadła na ławie oskarżonych. Mają po 80 lat, ale nikt w Kambodży nie twierdzi, że są zbyt starzy, by być sądzeni. Nikt nie próbuje mówić, że upłynęło zbyt wiele czasu czy tłumaczyć ich czyny wiarą w idealistyczne ideały. Sprawiedliwości stanie się w Kambodży zadość. Warto o tym pamiętać, gdy ktoś znów będzie z wyższością mówił o „dzikiej Azji”, która rzekomo powinna się uczyć od nas cywilizacyjnych standardów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jedyne racjonalne wyjście dla Bliskiego Wschodu

20 maj 2011

Izrael dawno nie był w takich tarapatach. Wygląda na to, że odwrócił się od niego najważniejszy sojusznik – Stany Zjednoczone. Prezydent Barack Obama opowiedział się bowiem za budową państwa palestyńskiego w granicach sprzed 1967 roku. Stanowisko to poparły szefowa unijnej dyplomacji Catherine Ashton i Angela Merkel, kanclerz Niemiec, kraju nazywanego najlepszym przyjacielem Izraela w Europie.

Palestyńczycy chcą we wrześniu formalnie wystąpić do ONZ o uznanie niepodległości ich państwa. Podobno popiera ich już 130 państw (ze 192), a zdobycie poparcia kolejnych kilkunastu jest kwestią tygodni. Zakulisowe działania izraelskiej dyplomacji, która stara się pokrzyżować te plany, nie przynoszą efektów. W rezultacie Izrael znajduje się w coraz większej izolacji.

Wystąpienie Obamy zostało w Izraelu przyjęte z oburzeniem. Prezydent USA, który i tak w państwie żydowskim nie ma najlepszej prasy, jest oskarżany o „brak zrozumienia realiów Bliskiego Wschodu” i „zdradę”.

Trudno zrozumieć te głosy. To, że Palestyna powinna powstać w granicach z 1967 roku, jest oczywiste. Naturalnie minęło 40 lat i (o czym zresztą Obama wspomniał) trzeba będzie dokonać pewnych korekt. Starą granicę przecina na przykład kluczowa autostrada Tel Awiw – Jerozolima, po palestyńskiej stronie wyrosły izraelskie miasta. W zamian za te terytoria Izrael może oddać jakąś część swojego obszaru. Niewielkie żydowskie osiedla położone głęboko na terytoriach palestyńskich będą jednak musiały zostać ewakuowane.

To jedyne racjonalne rozwiązanie konfliktu na Bliskim Wschodzie i właśnie taki plan miał poprzedni rząd izraelski. Oczywiście Palestyńczycy stracą część swoich terytoriów, a Izraelczycy będą musieli przeprowadzić bolesną ewakuację części swoich osadników. Kompromis jest jednak sytuacją, w której obie strony są równie niezadowolone. Warto, żeby obecny premier Izraela, który przebywa właśnie z wizytą w USA, o tym pamiętał.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zwycięstwo Demjaniuka

16 maj 2011

Sąd w Monachium był co najmniej niekonsekwentny. Najpierw robił wszystko, by za wszelką cenę wydać wyrok skazujący, a następnie wymierzył byłemu strażnikowi z Sobiboru śmiesznie niską karę.

Sąd w Monachium skazał byłego strażnika z niemieckiego obozu zagłady w Sobiborze Iwana Demjaniuka. Wyrok został przyjęty z entuzjazmem jako „triumf sprawiedliwości” i „symboliczne ukaranie zła”. Proszę mi wybaczyć, ale nie podzielam tego bezkrytycznego entuzjazmu. Wyrok pięciu lat więzienia wymierzony za współudział w zamordowaniu 30 tysięcy osób to nieporozumienie. A cała sprawa Demjaniuka, okrzyknięta przez prasę ostatnim wielkim procesem nazistowskiego zbrodniarza, wzbudza wątpliwości.

Dziwny symbol

Niemcy głoszą, że proces był dowodem na to, iż „naród niemiecki nie zapomniał i nadal świadomy jest swej historycznej winy i odpowiedzialności za Holokaust”. Pamięta nie tylko o ofiarach Zagłady, ale również o oprawcach, których ściga, nawet jeżeli są stojącymi nad grobem starcami. W ten sposób nagłaśniany przez środki masowego przekazu proces Demjaniuka nabrał znaczenia symbolicznego.

Szkoda tylko, że tym symbolem spóźnionych niemieckich rozliczeń z mroczną przeszłością stał się deportowany z Ameryki Ukrainiec. Trudno uwierzyć, że na całym świecie nie można było znaleźć choćby jednego niemieckiego esesmana czy gestapowca. Zresztą prokuratorzy z Monachium wcale nie musieli jeździć na poszukiwania za ocean. Wystarczyło postawić przed sądem Klaasa Carela Fabera. To były członek SS, który służył w obozie koncentracyjnym w plutonie egzekucyjnym. Jest on z pochodzenia Holendrem i Amsterdam od lat bezskutecznie domaga się jego ekstradycji od Niemiec. Berlin konsekwentnie odmawia.

Na liście dziesięciu najbardziej poszukiwanych zbrodniarzy wojennych Centrum Szymona Wiesenthala nadal znajduje się czterech Niemców. Dlaczego obok Demjaniuka na ławie oskarżonych nie zasiadł żaden z nich?

Pamiętają państwo głośny artykuł „Wspólnicy. Europejscy pomocnicy Hitlera w mordowaniu Żydów” opublikowany trzy lata temu w „Spieglu”? Narobił on w Polsce sporo szumu, bo jego autor stawiał tezę, że sami „naziści” nie byliby w stanie dokonać dzieła Holokaustu. Żydów udało się wymordować tylko dlatego, że idea „ostatecznego rozwiązania” natrafiła na podatny grunt w Europie Wschodniej.

Zgodnie z taką wykładnią Zagłada miała być dziełem małej grupy demonicznych szaleńców z NSDAP oraz rozszalałych mas na wpółdzikich wschodnich Europejczyków owładniętych antysemickim amokiem. Oczywiście szczególnie negatywną rolę odegrali tu znani z antyżydowskich fobii Polacy. A Niemcy? No cóż, trudno zaprzeczyć, że co najmniej część „nazistów” była Niemcami, ale nie zapominajmy o Stauffenbergu i Białej Róży.

Chłodna reakcja Izraela

Trudno oprzeć się wrażeniu, że proces Demjaniuka – niezależnie od tego, czy był to efekt zamierzony czy nie – wpisał się w taką wizję dziejów. Niemieccy rozkazodawcy i wykonawcy spokojnie dożyli (i nadal dożywają!) swoich dni, a za chwilę okaże się, że po 70 latach na głównego sprawcę Holokaustu wyrośnie ukraiński wachman. Między innymi to dlatego część środowisk żydowskich, których głos zagubił się gdzieś w medialnej wrzawie, przyjęła wyrok na Demjaniuka z rezerwą.

Sądowi w Monachium tak bardzo zależało na skazaniu Ukraińca, że przeszedł do porządku dziennego nad przepisami. Zgodnie z prawem człowieka można skazać tylko, gdy ma się dowody jego winy i zeznania świadków. W przypadku Demjaniuka nie było ani jednego, ani drugiego. Żaden z kilku żyjących do dziś więźniów Sobiboru go nie rozpoznał, nie ma też dokumentów świadczących niezbicie, że kogoś zamordował.

Szkoda, że symbolem spóźnionych niemieckich rozliczeń z mroczną przeszłością stał się Ukrainiec

Skazano go na podstawie legitymacji służbowej, gdzie w rubryce „przebieg służby” miał wpisany Sobibor. Skoro tam był, musiał mordować – zawyrokował sąd. Zapewne tak. Na 99,9999 procent tak. Ale nadal pozostaje cień wątpliwości. Czym innym jest stwierdzić, że Demjaniuk był draniem (musiał nim być, skoro służył w jednostkach wartowniczych w Sobiborze). Czym innym jednak udowodnić to przed sądem.

Między innymi właśnie z tego powodu w przeszłości wielu niemieckich zbrodniarzy uniknęło w RFN odpowiedzialności. Niemiecki wymiar sprawiedliwości, gdy sądził „swoich”, z pedanterią przestrzegał przepisów i wszelkie wątpliwości rozstrzygał na ich korzyść. Gdy przyszło mu osądzić „obcego”, te same przepisy potraktował ze sporą dezynwolturą.

Bezpieczni zbrodniarze

Spróbujmy jednak przejść do porządku dziennego nad tymi wszystkimi wątpliwościami. Niewątpliwie przed sądem stanął człowiek, który ma sporo na sumieniu. Być może rzeczywiście należało nieco nagiąć procedury, żeby nie wywinął się sprawiedliwości. Chodziło przecież o „symboliczne ukaranie zła”. I tu przechodzimy do najbardziej kuriozalnego aspektu procesu strażnika z Sobiboru Iwana Demjaniuka – wydanego na niego wyroku.

Jeżeli już niemieccy sędziowie uznali go za winnego współudziału w brutalnym zamordowaniu 28 060 niewinnych ludzi – mężczyzn, kobiet, starców i dzieci – to wydaje się, że wymiar kary powinien być adekwatny do zbrodni. Tymczasem Demjaniuk dostał… pięć lat pozbawienia wolności. Oznacza to, jak wyliczyli izraelscy dziennikarze, że życie każdej żydowskiej ofiary wyceniono zaledwie na godzinę i 31 minut więzienia dla oprawcy. To chyba niewiele.

Sąd w Monachium był więc co najmniej niekonsekwentny. Najpierw robił wszystko, by za wszelką cenę wydać wyrok skazujący, a następnie wymierzył Demjaniukowi śmiesznie niską karę. Jak powiedział mój oburzony wyrokiem izraelski znajomy, za katowanie ludzi, strzelanie do nich i prowadzenie do komór gazowych (tym zajmowali się strażnicy w Sobiborze i za to skazano Demjaniuka) powinno się wymierzyć maksymalny wymiar kary, czyli w przypadku Niemiec – dożywocie.

W wielu komentarzach pojawiły się argumenty, że monachijski wyrok jest tak ważny, bo ma charakter wychowawczy. Że wciąż żyjący „nazistowscy zbrodniarze” nie będą się mogli czuć pewnie. A potencjalni mordercy służący w armiach całego świata dwa razy się zastanowią, zanim popełnią zbrodnię. W świetle tego, że Demjaniuk za współudział w zamordowaniu 30 tysięcy osób dostał pięć lat (których zresztą „ze względów humanitarnych” nie będzie musiał odsiedzieć!), argumenty te wydają się chybione.

Nieudane przedsięwzięcie

Proces Iwana Demjaniuka był więc przedsięwzięciem nieudanym. Pal sześć kreowanie ukraińskiego wachmana na głównego sprawcę Zagłady. Być może takie wrażenie może odnieść tylko „przewrażliwiony” wschodni Europejczyk. Niemieckim sędziom zabrakło jednak konsekwencji. Skazanie człowieka za ludobójstwo na tak niski wymiar kary zepsuło cały zamierzony efekt procesu. Obawiam się, że pomimo wyroku skazującego tak naprawdę to Demjaniuk go wygrał.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop