Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

„Gazeta Wyborcza” walczy nawet z krzyżowcami

20 sty 2009

We wczorajszej analizie dotyczącej wojny w Strefie Gazy – w której po raz kolejny wyraziłem swoje obawy o przyszłość Państwa Izrael – przywołałem pewną historyczną analogię. Porównałem Izraelczyków z krzyżowcami, którzy pod koniec XI wieku założyli mniej więcej w tym samym punkcie świata swoje państwo. Ale po 200 latach, gdy krzyżowców opuściły duch bojowy i wiara w ideały, ich królestwo upadło.

Chodziło mi o dwa podobieństwa – czysto geograficzne oraz mentalne. Chciałem ukazać, że często wielka idea jest czynnikiem państwotwórczym, ale z czasem może ona skorodować. Konsekwencją takiej korozji jest upadek państwa. Szczególnie jak jest otoczone przez wrogich sąsiadów. Dla krzyżowców ideą tą była obrona Grobu Pańskiego, dla Żydów ideą tą jest syjonizm.

Analogia ta wydawała mi się dość przejrzysta. Tymczasem wczoraj na portalu „Gazety Wyborczej” pojawiły się na jej temat aż dwa krytyczne komentarze Adama Leszczyńskiego (pisany i mówiony). Ku mojemu zdumieniu dziennikarz „Gazety” wrzucił moje porównanie z krzyżowcami do jednego worka z porównaniami rozmaitych lewicowych krytyków Izraela (państwo kolonialne, rasistowskie, apartheid). I uznał mnie za przeciwnika tego państwa.

Ponieważ na ogół jestem oskarżany o „skrajną proizraelskość”, muszę przyznać, że to miła odmiana. Sporo czasu zajęło mi jednak zrozumienie, o co właściwie Leszczyńskiemu chodzi. Rozwiązanie zagadki podsunął mi on sam w komentarzu wideo.

Powiedział w nim, że zarówno ja, jak i pozostałe skrytykowane przez niego osoby użyliśmy takich porównań aby nasi czytelnicy zareagowali jak psy Pawłowa na dzwonek. Czytają słowo „apartheid” i automatycznie rozumieją, że Izrael jest „straszny”.

Obawiam się jednak, że to właśnie Leszczyński, który – oględnie pisząc – nie należy do prawicowych jastrzębi, zareagował jak pies Pawłowa na hasło „krucjata”. Idea ta przez formację, z której się wywodzi, została tak zmitologizowana i zohydzona, że słysząc słowo „krzyżowcy”, Leszczyński widzi tylko krew, pożary i zniszczenie. Mnie, gdy używałem tego porównania, nawet to przez głowę nie przeszło.



Uprzedzenia i uproszczenia, jakie od wielu lat lansuje „Gazeta” – bardzo często w kwestiach religii i historii – przysłaniają jej redaktorom intencje adwersarzy. Panie Adamie, całe szczęście pomimo usilnych starań Pańskiej redakcji jeszcze nie wszyscy Polacy myślą w taki sam sposób. Na koniec zamierzam to udowodnić i dopiero Pana zaszokować: wcale nie uważam, żeby porównanie do XI-wiecznych krzyżowców było czymś uwłaczającym. Wprost przeciwnie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Izraelczycy – krzyżowcy naszych czasów?

19 sty 2009

Prawdziwym zwycięzcą wojny w Strefie Gazy jest radykalny Hamas. Po trzech tygodniach zakończyła się izraelska operacja w Strefie Gazy. Tym samym Izrael przegrał drugą wojnę w ciągu trzech lat.

W 2006 roku nie był w stanie złamać oporu libańskiej organizacji Hezbollah, tym razem nie poradził sobie z palestyńskim Hamasem. Wbrew zapewnieniom o „wielkim zwycięstwie”, które można było wczoraj usłyszeć z ust przywódców tego kraju, Izrael poniósł porażkę na dwóch frontach.

Przede wszystkim na froncie propagandowym. Przez trzy tygodnie media na całym świecie pokazywały wstrząsające zdjęcia z miejsc, w których spadły izraelskie pociski. Zburzone domy, zmasakrowani cywile, przede wszystkim kobiety i dzieci. Upłynie dużo czasu, zanim Izrael zdoła odbudować swój wizerunek na arenie międzynarodowej. Wizerunek, który i tak nigdy nie był najlepszy.

Najbardziej dotkliwa jest jednak porażka militarna. Celem, jaki stawiali sobie Izraelczycy, było zadanie Hamasowi na tyle dotkliwego ciosu, żeby zaprzestał rakietowego ostrzału południowego Izraela. Nic nie dały jednak trwające tydzień naloty, nic nie dał dwutygodniowy ostrzał prowadzony z niezaludnionych terenów Strefy. Pociski nadal spadały na Izrael. W tej sytuacji znajdujący się pod coraz większą międzynarodową presją Izrael zdecydował się na podjęcie negocjacji w sprawie zawieszenia broni.

Prowadzone za pośrednictwem Egiptu rozmowy również zakończyły się fiaskiem. Hamas odrzucił „warunki syjonistów”. Izraelowi nie pozo- stało więc nic innego, jak dać za wygraną i ogłosić upokarzające jednostronne zawieszenie broni. Nawet wówczas ostrzał Hamasu jednak nie ustał. Organizacja wystrzeliła jeszcze kilkanaście rakiet, zanim łaskawie zgodziła się na rozejm. W ten sposób jeszcze raz pokazała, że jej możliwości bojowe nie zostały zneutralizowane.

Czy oznacza to, że Izrael był z góry skazany na porażkę? Wprost przeciwnie – do konfliktu przystępował jako zdecydowany faworyt. Izraelscy przywódcy postanowili jednak wygrać tę wojnę na odległość. Pamiętając społeczne protesty z czasów kampanii libańskiej w 2006 roku, panicznie bali się stracić własnych żołnierzy. Właśnie dlatego nie zdecydowali się na szturm na Gazę, w opinii ekspertów jedyny sposób na wygranie tej wojny.

Ta druga z rzędu porażka powoduje, że wielu Izraelczyków ma coraz czarniejsze myśli. Przypominają, że na Bliskim Wschodzie okazanie słabości może bardzo drogo kosztować. Narzuca się tu porównanie z poprzednikami Izraelczyków sprzed niemal tysiąca lat. Europejskimi krzyżowcami, którzy pod koniec XI wieku podbili Ziemię Świętą i założyli na niej Królestwo Jerozolimskie.

Gdy jednak wiara w ideały i duch bojowy krzyżowców skorodowały, po 200 latach królestwo przestało istnieć. Jeżeli w Izraelu nic się nie zmieni, być może już niedługo ostatni syjoniści będą musieli bronić swojej Akry.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy Niemcy zapłacili za Holokaust

15 sty 2009

Niemiecki tygodnik „Stern” przeprowadził sondaż w sprawie izraelskiej operacji w Strefie Gazy. Najbardziej interesujące okazały się jednak nie pytania dotyczące sytuacji na Bliskim Wschodzie, ale te dotyczące stosunku Niemców do Żydów. Zdecydowana większość z nich (60 proc.) uważa bowiem, że ponad 60 lat po wojnie i Holokauście Niemcy nie mają już szczególnych zobowiązań wobec Izraela.



O jakie „szczególne zobowiązania” chodzi? Nie jest tajemnicą, że po wojnie RFN wypłaciła wielkie odszkodowania za Holokaust. Duża część pieniędzy nie trafiła jednak do ocalałych europejskich Żydów, ale właśnie do władz Izraela. Te zaś przeznaczyły je na budowę infrastruktury powstającego państwa.



Kolejne miliony marek Niemcy zainwestowali w działania propagandowe i w rozmaite inicjatywy prowadzące do „niemiecko-izraelskiego pojednania”. Po latach przyniosły one nieoczekiwany efekt – trudno powiedzieć, czy zamierzony – z dyskursu na temat Holokaustu właściwie zniknęło słowo „Niemcy”.



Zastąpiło je określenie „naziści”, które po upływie kolejnych kilkudziesięciu lat, coraz częściej utożsamiane jest z zupełnie innym narodem. Tylko w ostatnich dniach brytyjski „Daily Telegraph” napisał o „polskim getcie w Kielcach”, a hiszpański „Publico” o „dramatycznym filmie »Pianista«, którego akcja odbywa się na terenie nazistowskiej Polski”.



Podpisanie w 1952 roku porozumienia o wypłacie rekompensat za Holokaust wywołało w Izraelu gwałtowne protesty. Pochodzący z Polski prawicowy polityk Menachem Begin (późniejszy premier) argumentował, że przyjęcie pieniędzy od Niemców będzie równało się darowaniu im win. Że dzięki wysokim odszkodowaniom Niemcy kupią sobie spokój sumienia.



Gdy przeczytałem o sondażu „Sterna” przypomniałem sobie słowa Begina. Jestem daleki od przekonania, że Niemcy powinni żyć w ustawicznym poczuciu winy i na każdym kroku przepraszać za zbrodnie z czasów wojny. Każdy jest odpowiedzialny za własne czyny, a wnuki nie ponoszą winy za grzechy dziadków. Tu chodzi jednak o historyczną prawdę, o której coraz więcej Niemców chce zapomnieć.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy to już koniec marzeń o pokoju za ziemię?

5 sty 2009

Trzy lata temu premier Ariel Szaron zdecydował się na usunięcie żydowskich osadników ze Strefy Gazy. Islamscy radykałowie uznali ten gest za słabość

Przed trzema laty decyzja Szarona wywołała ostre protesty ze strony dużej części izraelskiego społeczeństwa. Jej zwolennicy argumentowali jednak, że aby oba narody mogły wreszcie żyć w pokoju, należy pójść na daleko idące i często bardzo bolesne
ustępstwa.

Islamiści zinterpretowali to jako wyraz żydowskiej słabości i dowód na to, że stosowana przez nich taktyka permanentnej wojny z Izraelem przynosi naprawdę znakomite skutki. Nie trzeba było długo czekać i ze Strefy Gazy zaczęły się sypać rakiety. W 2006 roku palestyńscy ekstremiści porwali izraelskiego żołnierza, a w 2007 pełnię władzy w Strefie przejął radykalny Hamas. Tym samym w granicach Izraela powstała islamistyczna enklawa, znajdująca się de facto pod kontrolą Iranu, który jest głównym sponsorem tej skrajnej palestyńskiej organizacji.

Dziesięć dni temu ostrzał rakietowy zmusił Izrael do interwencji. Zaledwie trzy lata po opuszczeniu Gazy izraelskie wojska z powrotem wkroczyły na to terytorium.Jeżeli izraelscy politycy traktowali ewakuację Strefy jako balon próbny, swoisty egzamin dla Palestyńczyków, to został on oblany. Okazuje się bowiem, że lansowane przez lata hasło „ziemia za pokój” stało się całkowicie nierealistyczne. Oddanie jakiegoś terytorium nie skutkuje bowiem zakończeniem konfliktu, ale wprost przeciwnie: teren ten przeistacza się w kolejną bazę wypadową do ataków na Izrael. Nie dotyczy to zresztą tylko Strefy Gazy, ale również południowego Libanu, który po wyjściu Izraelczyków dostał się pod kontrolę radykalnego Hezbollahu.

Czy w tej sytuacji Izrael kiedykolwiek odważy się wycofać z Zachodniego Brzegu Jordanu i oddać go Palestyńczykom? Gest taki niesie przecież ze sobą ogromne ryzyko, że tam również kiedyś – a może nawet bardzo szybko – władzę przejmie Hamas. Wtedy zaś niemal cały Izrael – a nie tylko jego południowa część – znajdzie się w zasięgu palestyńskich rakiet. Z Zachodniego Brzegu pociski te bez trudu dolecą do Tel Awiwu i Hajfy, nie mówiąc już o otoczonej ze wszystkich stron przez palestyńskie terytoria Jerozolimie.

Taki scenariusz jest dla Izraela spełnieniem najgorszych koszmarów. Niewykluczone więc, że po zakończeniu obecnej wojny – niezależnie od jej wyniku – tamtejsi politycy będą musieli przewartościować dotychczasowe założenia. Być może trzeba będzie odejść od dogmatu „dwóch niepodległych państw żyjących w pokoju obok siebie” i powrócić do alternatywnych koncepcji, które pojawiały się w przeszłości. Choćby oddania Zachodniego Brzegu Jordanii, a ze Strefy Gazy uczynienia zarządzanego przez wojsko rezerwatu.

Bardzo wątpliwe jest również to, że Izrael będzie teraz kontynuował rozmowy pokojowe z Syrią. Podstawowym warunkiem ewentualnego porozumienia z tym krajem jest bowiem oddanie mu strategicznie położonych Wzgórz Golan. Jest to teren, z którego za pomocą artylerii można ostrzeliwać nawet Tel Awiw. Wygląda na to, że trwająca obecnie wojna, choć toczy się na stosunkowo niewielką skalę na malutkim terytorium o powierzchni 360 kilometrów kwadratowych, będzie miała wielki wpływ na geopolityczną przyszłość Bliskiego Wschodu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Izrael właśnie przegrywa kolejną wojnę

2 sty 2009

Czas na męską decyzję: Izrael musi przystąpić do inwazji lądowej lub wstrzymać naloty i przyznać się do porażki.

W 1967 roku Izrael potrzebował sześciu dni na pokonanie Egiptu, Jordanii i Syrii. Ówczesnych regionalnych mocarstw. Wojna z radykalną organizacją Hamas, kontrolującą niewielki skrawek terytorium, jakim jest Strefa Gazy (około 360 km kw.) trwa już dłużej, a nic nie wskazuje na to, by Izrael miał odnieść sukces. Wprost przeciwnie, wygląda na to, że stracił inicjatywę.

Stukrotnie wyższe straty po stronie Palestyńczyków – 400 do 4 – nie powinny nikogo zwieść. Celem izraelskiej operacji nie było zabicie jak największej liczby przeciwników, ale uciszenie wyrzutni rakietowych, z których bojownicy Hamasu ostrzeliwują południowy Izrael. Tymczasem ostrzał od rozpoczęcia wojny przybrał na sile. Ekstremiści odpalają dziennie po kilkadziesiąt rakiet, które mają coraz większy zasięg. Dolatują nawet do oddalonej o 40 km od Strefy Gazy Beer Szewy.

Jeśli izraelscy generałowie liczyli, że dzięki zmasowanym nalotom na infrastrukturę Hamasu uda im się zastraszyć i sparaliżować tę organizację, to się pomylili. Po kilku dniach bombardowań lotnicy nie mają już specjalnie czego niszczyć, atak traci impet. Hamas zaś otrząsnął się z szoku i przechodzi do kontrofensywy. Nadszedł moment na męską decyzję. Izrael powinien dokonać lądowej inwazji na Strefę lub przyznać się do porażki i wstrzymać naloty.

Wybór jest trudny. Wkroczenie do Strefy Gazy daje szanse na zniszczenie Hamasu, ale nie obejdzie się bez strat w ludziach. Podczas walk w ciasnych uliczkach miasta Gaza na pewno zginie wielu młodych Izraelczyków. To spowoduje gwałtowne protesty wyjątkowo wrażliwej na tym punkcie opinii publicznej. I pogrzebie szanse ugrupowań rządzących, Partii Pracy i Kadimy, na zwycięstwo w lutowych wyborach.

Wstrzymanie operacji bez osiągnięcia podstawowego celu będzie z kolei kompromitacją i przyznaniem się do bezradności wobec Hamasu. Byłaby to już druga przegrana wojna w ciągu dwóch lat. W 2006 roku, w bardzo podobnych okolicznościach, nie udało się Izraelowi rozbić fundamentalistycznej organizacji Hezbollah, kontrolującej południowy Liban. Dwa lata temu można było mówić o wypadku przy pracy. Tym razem nikt w to nie uwierzy.

Jeżeli i ta wojna zakończy się porażką, będzie to dowód, że izraelska armia jest już tylko cieniem tej, która wygrywała kampanie lat 1948, 1956, 1967 czy 1973.

Część analityków uważa, że Izrael może się utrzymać na arabskim Bliskim Wschodzie wyłącznie dzięki sile odstraszania. Dzięki wizerunkowi państwa posiadającego niepokonaną armię. Jeżeli mają rację, to długofalowe konsekwencje trwającej właśnie operacji przeciwko Hamasowi mogą się dla Izraela okazać bardzo poważne.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Komunizm jest zawsze zły

12 gru 2008

Wielu obrońców komunizmu do dziś mówi Chruszczowem z XX zjazdu KPZS. Pytani o zbrodnie popełnione przez komunistów przekonują, że były one efektem „błędów i wypaczeń” Stalina i jego współpracowników. Ekipy, która miała się sprzeniewierzyć rzekomo pięknej ideologii Lenina. W ten sposób „zły stalinizm” przeciwstawiany jest „dobremu komunizmowi”.

Problem w tym, że łagry i Czerezwyczajka nie powstały wcale za rządów Stalina, ale właśnie Lenina. Czerwony terror nie był wymysłem Jeżowa, tylko Dzierżyńskiego. Słysząc ten argument, obrońcy komunizmu przekonują, że marksistowski eksperyment poniósł fiasko, bo wprowadzono go w Rosji. Kraju pozbawionym silnej klasy robotniczej, o ciągotach do władzy absolutnej.


Opisane przeze mnie sylwetki 10 bezkarnych komunistów ukazują coś innego. Osobiste cechy dyktatorów (Stalin) czy narodowość komunistów (Rosjanie) nie ma większego znaczenia. Komunistyczna ideologia jest zła sama w sobie. Wszędzie, gdzie komuniści przejmowali władzę – niezależnie od warunków i szerokości geograficznej – scenariusz był identyczny. Terror psychiczny i fizyczny na gigantyczną skalę.



Tym bardziej smutne jest to, że wielu komunistycznych zbrodniarzy do dziś pozostaje bezkarnych. Nie muszą się ukrywać pod fałszywymi nazwiskami w Ameryce Południowej jak ostatni, nieosądzeni jeszcze, narodowi socjaliści. Wprost przeciwnie, wielu z nich doskonale się powodzi. Często deklarują wierność ludobójczej ideologii i powtarzają, że niczego nie żałują. Czy kiedykolwiek zostaną pociągnięci do odpowiedzialności?



Zapraszam do przeczytania artykułu i dyskusji w moim blogu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polacy też tęsknią za knutem


12 gru 2008

Podobno ludzie z nostalgią wspominają PRL nie ze względu na sympatię do totalitarnego systemu, ale dlatego, że były to czasy ich młodości. Byli wtedy zdrowi, nie mieli zmartwień i mieli całe życie przed sobą. Jak jednak wytłumaczyć wyniki najnowszego sondażu OBOP, według którego 19 procent Polaków (niemal co piąty!) pozytywnie ocenia rolę, jaką w historii naszego kraju odegrała PZPR?

Na tym zresztą nie koniec. Kolejne 23 procent uważa, że partia komunistyczna nie zapisała się w historii „ani dobrze, ani źle”, a 20 procent nie ma w tej sprawie zdania. Spośród 38 procent Polaków, którzy jednak krytycznie oceniają PZPR, aż 23 procent uważa, że jej rola była „raczej zła”. Zdecydowanie PZPR potępia jedynie 15 procent naszych rodaków…



Polacy często lubią z wyższością mówić o Rosjanach, którzy rzekomo „nawykli do knuta” i dobrze im się żyje, kiedy mają nad sobą silną władzę. Car, bolszewicy, Putin. Wsio rawno. Byleby trzymali za mordę. To nie to co my! Naród indywidualistów, prawdziwych Europejczyków, którzy ponad wszystko przedkładają wolność i swobody jednostki.



Wyniki sondażu OBOP obnażają śmieszność podobnych mitów. Połowa Polaków ocenia pozytywnie lub nie widzi nic złego w działaniach partii, która bezwzględnie terroryzowała własnych obywateli i sprawowała rządy absolutne. Doprowadziła do krachu gospodarczego i całkowicie zawłaszczyła państwo. A co gorsza, rządziła z nadania ościennego mocarstwa, którego polecenia wykonywała ze ślepym posłuszeństwem.



Gdzie podział się słynny polski patriotyzm i przywiązanie do niepodległości? Czyżby smak „kiełbasy jak za Gierka” był lepszy niż smak wolności?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Stefan Michnik nie może czuć się bezkarny

6 gru 2008

Kilka dni temu w Oksfordzie zmarła Helena Wolińska, słynna komunistyczna prokurator, która wydawała nakazy aresztowań żołnierzy podziemia niepodległościowego. W zeszłym roku w Izraelu umarł Salomon Morel. Ubek-sadysta, komendant straszliwego obozu w Świętochłowicach.

Na naszych oczach w poczuciu bezkarności odchodzą kolejni komunistyczni zbrodniarze. Mam nadzieję, że śmierć Heleny Wolińskiej zadziała jak dzwonek budzika na polski wymiar sprawiedliwości. Lista staje się bowiem coraz krótsza i jeżeli polskie władze się nie pośpieszą i nie podejmą zdecydowanych działań, niedługo nie będzie już kogo sądzić.

W niedalekiej Szwecji żyje Stefan Michnik. Komunistyczny sędzia, który w latach 50. skazał na śmierć wielu polskich bohaterów walczących o wolność. Czy on także spokojnie dożyje końca swoich dni? Problem nie dotyczy zresztą tylko oprawców, którzy ukrywają się za granicą. Również w Polsce nadal mieszka wiele osób odpowiedzialnych za ludobójcze działania czerwonego totalitaryzmu.

To, że minęło już niemal dwadzieścia lat od odzyskania niepodległości i większości z nich nie spadł włos z głowy, źle świadczy o państwie, w którym żyjemy. Niedobry to naród, który nie jest w stanie wymierzyć sprawiedliwości własnym oprawcom. Nie chodzi tu bowiem o żadną „zemstę” czy „kopanie leżącego” – jak nam przez wiele lat wmawiano – ale o ludzką przyzwoitość. Jesteśmy to winni ich ofiarom.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czy Napoleon oszukał Polaków?


29 lis 2008

Napoleon i jego legenda towarzyszyły mi od dzieciństwa. Był w książkach, które czytałem – na czele z ulubionym „Szatanem z siódmej klasy” – w opowieściach o dzielnym księciu Józefie i o „starej gwardii, która nigdy się nie poddaje”. Był w albumach i w filmach, które oglądałem. W lekturach szkolnych i w państwowym hymnie. Miłość Polaków wobec Napoleona wydawała mi się czymś oczywistym.



Później jednak przyszedł czas na „Popioły”, „Wojnę i Pokój”, San Domingo oraz Hiszpanię. Traktat w Tylży i sumy bajońskie. Wszystko to zrodziło wątpliwości. Czy ta wielka miłość przypadkiem nie była ślepa? Czy Napoleon nas nie oszukiwał? A co za tym idzie – czy na początku XIX wieku rzeczywiście byliśmy skazani na sojusz z Francją?



Wtedy trafiłem na myśl polityczną księcia Adama Czartoryskiego, przyjaciela cesarza Aleksandra I, ministra spraw zagranicznych Rosji. Czartoryski również marzył o odtworzeniu Polski, ale stawiał na – jego zdaniem – bardziej realny program. Rzeczpospolita miała się odrodzić w oparciu o Cesarstwo Rosyjskie i – przynajmniej na początku – połączyć się z nim unią personalną.


Z okazji 200. rocznicy bitwy pod Samosierrą przeprowadziłem wywiad ze znanym znawcą epoki napoleońskiej dr. Andrzejem Nieuważnym. Miało być o Samosierze, ale rozmowa zeszła na geopolityczne i strategiczne wybory Polaków na początku XIX wieku. Nieuważny odrzuca tezę, że sojusz z Napoleonem był kolejnym aktem polskiego romantyzmu i politycznej ślepoty. Wprost przeciwnie, twierdzi, że był to wybór pragmatyczny.



A jakie jest Państwa zdanie? Zapraszam do przeczytania wywiadu i dyskusji na moim blogu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Niemiecka hierarchia ofiar

28 lis 2008

Jako jeden z autorów akcji „Rzeczpospolitej” przeciwko określeniu „polskie obozy” czuję się wywołany do tablicy. Thomas Urban, korespondent „Süddeutsche Zeitung” w Polsce, na łamach swojej gazety ostro skrytykował naszą inicjatywę. Napisał, że choć „pod pręgierzem »Rzeczpospolitej«” znalazło się wiele zachodnich gazet używających sformułowania „polskie obozy”, nie publikowaliśmy wyjaśnień ich redaktorów naczelnych.



To nieprawda. Celem akcji było właśnie zmuszenie autorów tekstów i ich przełożonych do przeprosin oraz umieszczenia sprostowań. Za każdym razem, gdy udało nam się to osiągnąć, informowaliśmy o tym naszych czytelników. Żeby daleko nie szukać, wystarczy zajrzeć do artykułu sprzed trzech lat poświęconego właśnie „Süddeutsche Zeitung”, który na pierwszej stronie (!) obóz w Chełmnie określił mianem „polskiego”.



W artykule tym umieściłem obszerną wypowiedź dziennikarza Lothara Müllera, który wyjaśnił, w jaki sposób doszło do pomyłki. Również w przypadku ostatniego tekstu o artykule w „Die Welt” natychmiast skontaktowaliśmy się z przedstawicielem gazety i przedstawiliśmy jego punkt widzenia. Teza Urbana o tym, że judzimy przeciwko Niemcom, nie dopuszczając ich do głosu, jest więc fałszywa.



Ciosem poniżej pasa jest również określenie „Rzeczpospolitej” mianem „tuby narodowych-konserwatystów” (co to w ogóle jest?) używanej do populistycznej walki z Berlinem.



Najbardziej w tekście Urbana uderzyło mnie jednak coś innego. Arogancja, z jaką przedstawiciel narodu sprawców traktuje naród ofiar i jego wrażliwość. Dla dziennikarza „Süddeutsche Zeitung” Polacy, którzy czują się urażeni określeniem „polski obóz” – użytym wobec niemieckich fabryk śmierci, w których ginęli ich rodacy – są populistami i narodowcami.



W swoim tekście Urban informuje, że autorzy tekstów o „polskich obozach” tłumaczą, że mają na myśli ich geograficzne położenie. Używając tej logiki, można by równie dobrze pisać o „żydowskich obozach koncentracyjnych” (w końcu ginęli w nich głównie Żydzi). Dziwnym trafem jednak żadna niemiecka gazeta nigdy nie odważyłaby się na coś podobnego.



A nawet gdyby tak się stało, żaden poważny niemiecki dziennikarz nie określiłby protestów Żydów – które by niechybnie miały miejsce – mianem „populistycznych” czy „nacjonalistycznych”. Czyżby niektórzy Niemcy ustanowili hierarchię własnych ofiar, które dzielą na lepsze i gorsze?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop