Donald Tusk zmienił język

18 sty 2012

Do tej pory można było odnieść wrażenie, że Donald Tusk wierzy, iż na forum Unii Europejskiej zyskują ci, którzy płyną z prądem. Że najwięksi europejscy gracze docenią nas i dopuszczą do swego grona, jeżeli będziemy im potakiwać i nie stawać okoniem. Wygląda jednak na to, że niedopuszczenie Polski do grupy państw decydujących o przyszłości strefy euro podziałało jak otrzeźwiający prysznic.

Premier mówił wczoraj o Unii zupełnie innym językiem. Zapowiedź, że Polska – jeżeli nie zostaną spełnione nasze postulaty – może nie dołączyć do paktu fiskalnego, ukochanego dziecka Sarkozy’ego i Merkel, zabrzmiała mocno. Podobnie jak słowa, że krytyka Viktora Orbana jest przesadzona i niesprawiedliwa, oraz zapowiedź, że Budapeszt może liczyć na polityczne wsparcie Warszawy.

Połączenie obu tych spraw nie jest przypadkowe. Obie są bowiem dla nas kluczowe. Węgry to nie tylko nasz „przyjaciel” – jak powiedział Tusk – ale kraj znajdujący się w podobnej sytuacji jak my. W interesie Warszawy leży, aby Bruksela nie traktowała „nowych państw” Wspólnoty jak młodszych, ubogich braci. I nie karciła ich jak sztubaków, gdy – jej zdaniem – zaczynają „odchodzić od europejskich wartości”.

Podobnie jest z paktem fiskalnym. Pomysł, że Polska nie mogłaby brać udziału w szczytach eurolandu, nawet jeżeli podpisze pakt fiskalny, jest niezrozumiały. Dobrze wiedzieć, co robią największe kraje Unii i na co idą nasze – niemałe – pieniądze. Jeszcze w zeszłym tygodniu o tej sytuacji Donald Tusk mówił: „Trudno, nie wszystko można wygrać”, sugerując, że musimy się zgodzić na dyktat eurolandu niedopuszczający nas nawet do udziału w szczytach. Dobrze, że zmienił zdanie i podejmuje walkę. Dobrze też, że mamy silnych sojuszników, jakimi są Parlament Europejski i Komisja Europejska.

Opowieści o wspólnym europejskim interesie i zjednoczonej Europie brzmią pięknie. Ale gdy pojawiają się problemy, każdy walczy o swoje narodowe interesy. Od dawna rozumieją to Francuzi i Niemcy, dobrze, że zrozumieli to także Polacy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W Izraelu Nowicka byłaby skończona

11 lis 2011

Recenzja filmu „Katyń” Michała Nowickiego jest chyba najbardziej haniebną wypowiedzią, jaka pojawiła się w przestrzeni publicznej w III RP. „ZSRR nie było stać na wyżywienie 20 tysięcy darmozjadów. Wystarczyło już tej bezczelności z czasów sanacji, gdy robotnicy i chłopi ich żywili. Z powodów dyplomatycznych nie można ich też było zmusić do działalności produkcyjnej. Nie można było też liczyć na ich reedukację, co zresztą ten film dobrze pokazuje. Ten fanatyzm” – napisał (po polsku!) syn Wandy Nowickiej. Zrobił to kilka lat temu, ale dopiero teraz, przy okazji wyboru Nowickiej na wicemarszałek Sejmu, o recenzji zrobiło się głośno.

Wydawało mi się, że już nic w Polsce nie jest w stanie mnie zdziwić, ale te słowa – dotyczące największej ze zbrodni dokonanej na Polakach – są wstrząsające. Odrzućmy zresztą na bok uczucia narodowe. Nikt nie każe Nowickiemu utożsamiać się z Polską i polskością. Ma wolny wybór. Jak jednak można z takim brakiem wrażliwości pisać o olbrzymiej ludzkiej tragedii? Ponad 20 tysięcy ludzi zostało zamordowanych strzałem w tył czaszki.

Zawsze powtarzam, że w podejściu do własnej martyrologii i historycznej wrażliwości powinniśmy brać przykład z Żydów. W Izraelu podobne sformułowanie w odniesieniu do Holokaustu wywołałoby trzęsienie ziemi. Aż trudno wyobrazić sobie konsekwencje – w tym prawne – jakie spadłyby na osobę, która cieszyłaby się z faktu wymordowania Żydów. I to jeszcze używając przy tym narodowo-socjalistycznej retoryki.

Człowiek oczywiście nie może odpowiadać za poglądy członka rodziny. Gdyby któryś z rodziców takiego Izraelczyka sprawował w państwie żydowskim wysoką funkcję publiczną, oczywiście nikt – może poza największymi radykałami – nie robiłby mu z tego powodu przykrości. Ale pod warunkiem, że w jasny sposób odciąłby się od poglądów syna i potępił wysławiające Hitlera wypowiedzi.

Tymczasem co w sprawie sympatii swego syna do Stalina ma do powiedzenia Wanda Nowicka? Otóż, oznajmiła ona, że „młody człowiek ma prawo do lewicowych poglądów” i przytoczyła – zresztą mocno zniekształcone i przeinaczone – słynne powiedzenie Bismarcka: „Jeżeli ktoś nie był komunistą za młodu, to nie będzie przyzwoitym człowiekiem”.

Powróćmy do izraelskiego porównania. Gdyby tamtejszy urzędnik skomentował prohitlerowskie wystąpienie syna słowami, że „młody człowiek ma prawo do prawicowych poglądów” i że „jeżeli ktoś nie był za młodu nazistą, to nie będzie przyzwoitym człowiekiem”, byłby skończony. Zarówno jako polityk, jak i jako człowiek. Nikt nigdy nie podałby mu w Izraelu ręki.

Co dzieje się w Polsce? Wanda Nowicka pozostaje ulubienicą lewicowych mediów. Przedstawia się ją jako udręczoną przez prawicę męczenniczkę. Kilka dni temu pisałem tekst o rówieśnikach niepodległości. Ludziach urodzonych w 1918 roku. Jeden z nich, były więzień sowieckich łagrów i lotnik Dywizjonu 300, Czesław Blicharski powiedział mi, że jest obecną Polską rozczarowany. Że nie czuje się w niej u siebie. Teraz wiem, co miał na myśli. Przed wojną coś takiego byłoby nie do pomyślenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rówieśnicy niepodległości

09 lis 2011

- Tak naprawdę to jestem starszy niż II Rzeczpospolita. Urodziłem się 18 stycznia 1918 roku. Przez dziesięć miesięcy byłem więc poddanym austriackim. Dopiero w listopadzie stałem się obywatelem polskim – opowiada ks. Tadeusz Ślipko, znany polski filozof.

Pochodzi ze Stratynia w powiecie Rohatyn w Galicji. Całą młodość spędził w Gródku Jagiellońskim w pobliżu Lwowa. – W miasteczku znajdował się staw, a na nim były wyspy. Mieszkały na nich słowiki, które wieczorami urządzały wspaniałe koncerty. Podobno uwielbiał ich słuchać król Władysław Jagiełło, który kilka razy przyjeżdżał do Gródka. To właśnie tam w roku 1434 umarł – opowiada ksiądz. On sam, jako podrostek, łapał w stawie ryby i patrzył na miejsce, gdzie niegdyś wznosił się zamek Jagiełły.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Świat bez Kaddafiego będzie lepszy

20 paź 2011

To koniec koszmaru Libijczyków. Trwające od 42 lat rządy Muammara Kaddafiego ostatecznie dobiegły końca. Satrapa nie żyje. O tym, czym był kaddafizm, świadczą makabryczne odkrycia w miastach odbijanych ostatnio z rąk sił pułkownika. Doły śmierci wypełnione zmasakrowanymi ciałami przeciwników politycznych, więzienne piwnice pełne spalonych trupów, sale tortur.

Od momentu przejęcia władzy Kaddafi obsesyjnie bał się kontrrewolucji i wszędzie doszukiwał się spisków. Przeciwnicy dyktatora byli ścinani lub wieszani podczas publicznych egzekucji transmitowanych przez telewizję. Kaddafi podobno osobiście uczestniczył w mordach. Macki dyktatora sięgały także za granicę. Wysłani przez niego zabójcy mordowali tam libijskich dysydentów, a opłacani terroryści dokonywali zamachów na samoloty pasażerskie. W najgłośniejszym, nad szkockim Lockerbie w 1988 roku, zginęło 270 osób.

Pomimo obciążających go zbrodni w ostatnich latach Kaddafi miał status celebryty. Zachodnia prasa pisała o nim ciepło, gdy ubrany w malowniczy strój rozbijał namioty na trawnikach europejskich stolic. Z groteskowym przywódcą zasobnego w surowce państwa obściskiwali się w blasku fleszy najważniejsi europejscy politycy: Silvio Berlusconi, Tony Blair, Nicolas Sarkozy.

Dopiero gdy sami Libijczycy – zainspirowani falą arabskich rewolucji – złapali za broń, Zachód przyszedł im z pomocą. A i to nie bezinteresownie. To powód do rozczarowania dla libijskich opozycjonistów, którzy wskazywali, że dyktator się nie zmienił. Choć rzeczywiście przestał wysadzać zachodnie samoloty, to represje wobec opozycji tylko się nasiliły. Głosy te były jednak zbywane wzruszeniem ramion.

Wreszcie Kaddafi dostał to, na co zasłużył. Jeżeli można czuć niedosyt, to szkoda że nie udało się wziąć go żywcem. Powinien był bowiem stanąć przed libijskim trybunałem. Cały świat mógłby wówczas dowiedzieć się o zbrodniach człowieka, z którym robił lukratywne interesy. A Kaddafi przed śmiercią musiałby spojrzeć w oczy rodzinom swoich ofiar.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jeden za tysiąc

18 paź 2011

Na Bliskim Wschodzie rozpoczęła się wymiana jeńców, jakiej jeszcze w historii nie było. Jeden izraelski żołnierz za tysiąc palestyńskich więźniów. I nie chodzi wcale o marszałka, generała czy choćby pułkownika, znającego jakieś kluczowe wojskowe sekrety. Żołnierz ten to Gilad Szalit, zwykły, młody człowiek odbywający w momencie uprowadzenia służbę zasadniczą. Miał wówczas 19 lat i rangę kaprala.

Wymiana jeńców to wspaniały moment dla rodziny Gilada, która od pięciu lat prowadziła kampanię mającą na celu jego uwolnienie. A jednocześnie to moment niezwykle tragiczny dla rodzin Izraelczyków zamordowanych przez zwalnianych obecnie terrorystów. Ci ludzie czują się zdradzeni i oszukani przez własne państwo. Trudno im się dziwić.

To była zapewne najtrudniejsza decyzja w karierze premiera Benjamina Netanjahu. Zwyciężyła jednak słynna izraelska zasada, że „nigdy nie zostawia się własnych żołnierzy poza linią wroga”. Każdy obywatel Izraela — w kraju tym obowiązkową służbę wojskową odbywają także kobiety — musi mieć gwarancję, że jego rząd zrobi wszystko by wydostać go z tarapatów.

Trudno jednak nie zgodzić się z ekspertami, którzy ostrzegają, że wymiana została odebrana przez Hamas i innych wrogów Izraela jako dowód na jego słabość. Że sprowokuje skrajne organizacje do porywania kolejnych żołnierzy i stawiania kolejnych, jeszcze dalej idących żądań. Statystyki wskazują również, że około 60 procent zwalnianych terrorystów wraca do swojego procederu.

Czy tak będzie i tym razem? Szalit w pierwszym, niezwykle wzruszającym wywiadzie powiedział, że cieszy się ze zwolnienia Palestyńczyków. Liczy, że nie będą już dokonywali zamachów, a wymiana otworzy drogę do pokoju na Bliskim Wschodzie. Na razie więc pozostaje nam cieszyć się wraz z rodziną, która odzyskała syna i mieć nadzieję, że przepowiednia Szalita się sprawdzi.

Choć, mówiąc szczerze, szanse na to są niezwykle niewielkie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pożegnanie z Irakiem?

17 paź 2011

Interwencja w Iraku przedstawiana jest często jako Wietnam XXI wieku. Czyli – w rozumieniu postępowych mediów i intelektualistów – jako kolejna „zaborcza wojna rozpętana przez amerykańskich imperialistów”. To oczywiście nieprawda.

To Amerykanie byli „good guys”. Zarówno w Wietnamie, gdy walczyli z komunistycznym zagrożeniem, jak i w Iraku, gdy obalili krwawego satrapę Saddama Husajna.

Teraz wygląda jednak na to, że Irak rzeczywiście może się stać drugim Wietnamem. Nie chodzi jednak o moralną ocenę tej kampanii, ale o jej zakończenie. Jak wynika z doniesień Pentagonu, prezydent Barack Obama może do końca roku wycofać z Iraku niemal wszystkie jednostki US Army. Pozostawi w nim tylko 160 żołnierzy do pilnowania ambasady w Bagdadzie.

Jak przekonują zwolennicy takiego rozwiązania, pora, aby Irakijczycy stanęli na własnych nogach. Brzmi to pięknie, ale czy aby na pewno są na to gotowi? Eksperci ostrzegają, że jeżeli we względnie spokojnym obecnie Iraku zabraknie Amerykanów, sytuacja może ulec nagłemu załamaniu. Rebelianci nasilą ataki, zwaśnieni szyici i sunnici skoczą sobie do gardeł, a kraj dostanie się w orbitę wpływów Iranu.

Tym samym wysiłek ostatnich ośmiu lat i olbrzymie ofiary poniesione nie tylko przez Amerykanów, ale również przez inne państwa koalicji pójdą na marne.

Niezależnie od oceny udziału Polski w tej wojnie, jeżeli zakończy się ona klęską, będzie to oznaczało także porażkę naszego kraju. Pozostaje więc mieć nadzieję, że w Ameryce zwycięży zdrowy rozsądek.

Wojna w Iraku jest w Ameryce niepopularna i wycofanie wojsk z tego kraju może nabić punkty przed zbliżającymi się wyborami. Pozostawienie Irakijczyków samym sobie byłoby jednak nie fair. Pamiętacie państwo wstrząsające zdjęcia z Sajgonu z 1975 roku? Te, na których zrozpaczeni Wietnamczycy chwytają płozy ostatnich śmigłowców opuszczających ambasadę USA? Oby nie powtórzyło się to w Bagdadzie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Urodziny z czerwoną gwiazdą

30 wrz 2011

Otwieram dziś dodatek kulturalny jednej z ogólnopolskich gazet i oczom nie wierzę. W środku reklama obchodów rocznicy istnienia popularnej stacji radiowej. Rzecz zajmuje pół strony. Ponad nazwami zespołów muzycznych umieszczono logo imprezy… czarną swastykę. Jak można się wykazać takim brakiem wrażliwości wobec ofiar Trzeciej Rzeszy? Jak taki chory pomysł mógł się zrodzić w umyśle przedstawicieli narodu, który tak strasznie ucierpiał pod niemiecką okupacją?

To oczywiście żart. Tak naprawdę w owej gazecie zobaczyłem coś nieco innego. Reklamę siódmych urodzin stacji Eska Rock, których oficjalnym logo jest… czerwona gwiazda:

Jakie atrakcje przewidziano z okazji obchodów? Strzelanie w tył czaszki polskim oficerom? Głodzenie na śmierć „wrogów ludu” w obozach koncentracyjnych? A może plądrowanie miast, palenie kościołów i gwałcenie burżujek? Okazuje się, że logo jest jednak nieco mylące. Radiowcy zamierzają jedynie rozdać słuchaczom „setki płyt, biletów na koncerty i gadżetów”.

Pisząc jednak poważnie: Trzecia Rzesza ma na swoim koncie 20 milionów ofiar, komuniści wymordowali – lekko licząc – 100 milionów ludzi. O ile jednak żaden przyzwoity człowiek nie odwołuje się dziś do symboliki Hitlera, o tyle symbolika Lenina, Stalina, Bieruta, Mao Zedonga i Pol Pota uważana jest za cool i trendy.

„Genialny” pomysłodawca urodzinowego logo Eski nie miał zapewne zamiaru promować zbrodniczej ideologii. Pomysł zrodził się raczej ze zwykłej ignorancji. Cała sprawa nie byłaby jednak tak irytująca, gdyby Radio Eska nie wywodziło się z podziemnego Radia „Solidarność”. Coś takiego, Panie i Panowie, wam po prostu nie przystoi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

W „Bitwie Warszawskiej” zabrakło odwagi

29 wrz 2011

Kampania marketingowa, która poprzedzała wejście na ekrany filmu „1920 Bitwa Warszawska”, nie nastrajała optymistycznie. Budziła obawy, że obraz – szumnie zapowiadany jako wielka narodowa epopeja – będzie hurra-patriotycznym gniotem, na poziomie szkolnej czytanki dla gimnazjalistów. Grupy, która jak zwykle przy okazji takich historycznych superprodukcji ma wypełnić sale kinowe i dać zarobić filmowcom.

Całe szczęście nie jest tak źle. Przede wszystkim Jerzy Hoffman uniknął sztampowego przedstawienia kampanii roku 1920 jako starcia narodu polskiego z odwiecznym wrogiem  – Rosją. W filmie wyraźnie pokazano, że gra w 1920 roku toczyła się o znacznie większą stawkę. Nie tylko o niepodległość, ale o dusze Polaków. Wojna 1920 roku była bowiem wojną nie z Rosją, ale z bolszewizmem, któremu chodziło o coś więcej niż o podbój terytorialny.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rosyjska maczuga na Polskę

22 wrz 2011

Kilka dni temu do Warszawy przyjechał prof. Giennadij Matwiejew z Uniwersytetu im. Michaiła Łomonosowa w Moskwie. Celem wizyty była zorganizowana przez PISM konferencja poświęcona losowi bolszewików wziętych do niewoli przez Polskę podczas wojny 1919 – 1921. Uznawany za umiarkowanego i powszechnie szanowany badacz rosyjskiej uczelni państwowej wprawił licznie zgromadzone audytorium w zdumienie.

Zebrani usłyszeli bowiem apel, aby Polacy przeprosili za śmierć czerwonoarmistów w obozach jenieckich. Powinniście się za to pokajać – wzywał Matwiejew – tak jak wcześniej Rosjanie pokajali się za zbrodnię katyńską. Zgromadzeni usłyszeli także, że bolszewików umarło w polskiej niewoli  28 tysięcy, a nie 16 – 18 tysięcy, jak polscy i rosyjscy badacze ustalili w wyniku gruntownych badań zakończonych siedem lat temu.

Żeby było ciekawiej, w skład owej grupy historyków wchodził również Matwiejew. Mniejsza jednak z tym, idźmy dalej. Winę za śmierć bolszewików – kontynuował historyk – ponoszą Polacy, którzy nie zapewnili im odpowiednich warunków. To przez nich w obozach miały wybuchnąć epidemie. Do tego dochodził sadyzm polskich strażników. Już na wstępie Matwiejew ogłosił, że Piłsudski był w równym stopniu odpowiedzialny za wybuch wojny co Lenin.

Tezy wygłaszane przez Matwiejewa wywoływały na sali pomruki oburzenia i zaskoczenia. Nie powinny jednak nikogo dziwić. Tym samym językiem od lat mówią bowiem nie tylko rosyjscy historycy i publicyści, ale również przywódcy. Za każdym razem, gdy Polacy wypowiadają słowo „Katyń”, oni kontrują słowami „nasi zmarli jeńcy”. My wymordowaliśmy waszych żołnierzy. Wy naszych. Jesteśmy więc kwita. Przestańmy się babrać w przeszłości i patrzmy w przyszłość.

Piszący te słowa sam był świadkiem, gdy Władimir Putin 7 kwietnia 2010 roku na konferencji prasowej w Smoleńsku – kilka godzin po spotkaniu z Donaldem Tuskiem w Katyniu, do dziś uznawanym przez niektórych za „epokowe” – porównał obie sprawy. Rosyjski premier poszedł zresztą wówczas jeszcze dalej niż Matwiejew, mówił bowiem o śmierci 32 tysięcy bolszewickich jeńców.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Polska nie taka straszna

07 wrz 2011

Wielu młodych Izraelczyków po powrocie z naszego kraju ma o nim lepsze zdanie niż przed wyjazdem

Co roku do Polski przyjeżdża 25 tysięcy izraelskich uczniów. Wyprawy te od 20 lat stanowią przedmiot sporów między Polską a państwem żydowskim. Zdaniem strony polskiej, program wycieczek za bardzo skupia się na byłych obozach zagłady, a uczniowie są izolowani od polskich rówieśników. Skutkiem ma być wzrost antypolonizmu.

Nieoczekiwanie, jak wynika z badań izraelskiego Ministerstwa Edukacji, nastolatki po powrocie z Polski mają o niej lepsze zdanie niż przed wyjazdem. Zmiana nie jest uderzająca, bo chodzi o jedną dziesiątą uczniów ze szkół świeckich, ale zdaniem ekspertów wskazuje na pozytywną tendencję. Odwrotną od  tego, przed czym od lat ostrzegano.

Spośród uczniów szkół świeckich po powrocie do Izraela 23 procent ma o Polsce opinię pozytywną (przed wyjazdem 13 proc.), 69 procent – stosunek neutralny, a zaledwie 9 procent – negatywny. O wiele gorzej sytuacja wygląda wśród uczniów szkół religijnych. Polaków lubi 4 proc., a nie lubi 46 procent. Połowa jest obojętna.

Przeczytaj cały artykuł.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop