Prawica najlepszym przyjacielem Żydów

18 listopada 2009 autor rp

Na polskiej scenie politycznej ma miejsce roszada, do której doszło już na Zachodzie. Partie prawicowe coraz śmielej przechodzą na pozycje filosemickie

Często odwiedzam Izrael. Nierzadko pytają mnie tam o PiS. I wcale nie z niepokojem, że partia braci Kaczyńskich, wracając do władzy, mogłaby restaurować reżym IV RP i uwolnić mroczne żywioły drzemiące w polskim narodzie. Przeciwnie, pytają z sympatią i zaciekawieniem. Jak PiS radzi sobie w sondażach? Czy jest szansa, żeby wygrał następne wybory? Co tam słychać u “naszych przyjaciół, braci Kaczyńskich”?

Pytania te mogą się wydać zdumiewające, zwłaszcza w Polsce, gdzie PiS przedstawiany jest jako ostoja prawicy o odcieniu narodowokatolickim (swoją drogą absurd), a co za tym idzie partia z gruntu antysemicka.

Z tego samego powodu konsternację wywołał przebieg sporu o przeszłość Michała Kamińskiego, polityka PiS, który rzeczywiście wywodzi się z tradycji endeckiej i za młodu działał w radykalnym NOP. Oskarżonego o antysemityzm Kamińskiego wziął w obronę naczelny rabin Polski, a ostatnio 27 ważnych brytyjskich Żydów, m.in. członkowie ugrupowania Konserwatywni Przyjaciele Izraela, z którym europoseł PiS współpracuje. Niejeden czytelnik “Gazety Wyborczej” czy “Polityki”, czytając o tych wydarzeniach, musiał się skrobać w głowę i zastanawiać: “O co tu chodzi?”. Odpowiedź jest prosta: Polska upodabnia się do Zachodu, gdzie prawica i Żydzi od dawna stoją po tej samej stronie barykady.

Niegdyś w zachodniej Europie – podobnie jak w Polsce – ugrupowania prawicowe na ogół nie darzyły Żydów sympatią. Stanowili oni raczej elektorat lewicy i to właśnie ugrupowania z tej strony sceny politycznej reprezentowały ich interesy. Żydowscy przedsiębiorcy uważani byli przez prawicę za zagrożenie ekonomiczne, a liczni żydowscy rewolucjoniści za zagrożenie polityczne. Do tego dochodziły animozje religijne między judaizmem a katolicyzmem.

Zapora przed komunizmem

W ostatnich kilku dekadach na świecie sporo się jednak zmieniło. Żydzi zbudowali własne państwo i udowodnili, że wiele z dotyczących ich stereotypów było nieprawdziwych. Okazało się, że nie muszą wcale być “wieczną mniejszością”, wykazali nieprawdopodobną zdolność organizacyjną, a przede wszystkim pokazali, że potrafią się bić. I to nieźle.

Najważniejsze było jednak nie tyle to, jak Żydzi walczą, ale z kim. “Nasi Żydzi biją ich Arabów” – mówili Polacy podczas kampanii 1967 roku. Podobnie mogli powiedzieć konserwatyści na całym świecie. Państwo żydowskie związało się bowiem z Zachodem, podczas gdy jego arabscy wrogowie – ze Związkiem Sowieckim. Do końca zimnej wojny Izrael był zaporą dla komunistycznych wpływów na Bliskim Wschodzie. M.in. to dlatego zachodnia Europa przewartościowała sympatie.

Prawica porzuciła niechęć do Żydów, a lewica – co wcześniej było nie do pomyślenia – zaczęła ich ostro krytykować. Dla europejskiej lewicy Izrael stał się nie tylko “wasalem amerykańskich imperialistów”, ale typowym kolonialnym reżymem, w którym biali (Żydzi) gnębili kolorowych (Palestyńczyków). Pozostało tak do dziś.

Zapora przed islamem

Prawicę do Żydów jeszcze bardziej zbliżyły wydarzenia przełomu XX i XXI wieku, gdy rozpoczęła się tzw. wojna z terrorem lub – jak kto woli – zderzenie cywilizacji muzułmańskiej z chrześcijańską. Niektórzy do tej ostatniej dodają nawet przedrostek “judeo”.

To Państwo Izrael znajduje się bowiem pod największą presją ze strony wyznawców Mahometa i znowu pełni rolę bliskowschodniej zapory – tym razem przed radykalnym islamem.

Ostatnie lata zatarły też różnice pomiędzy mieszkańcami Izraela a Żydami w diasporze. Jeszcze niedawno część prawicy mogła argumentować, że Państwo Izrael a Żydzi mieszkający w Europie to dwie różne sprawy. Jednak dziś wyraźnie widać, że konflikt ze światem islamu toczy się nie tylko na odległym Bliskim Wschodzie, ale również na ulicach europejskich miast. Mieszkający w Europie Żydzi często padają ofiarą agresji ze strony młodych arabskich czy afrykańskich imigrantów. Gdy podczas ostatniej kampanii wyborczej we Francji Nicolas Sarkozy stosował zdecydowaną, antyimigrancką retorykę, uzyskał poparcie dużej części francuskich Żydów. Nie jest też tajemnicą, że część z nich głosuje nawet na populistyczny, nacjonalistyczny Front Narodowy Jeana-Marie Le Pena.

To, co dzieje się w Polsce, nie jest więc niczym nietypowym. Na naszych oczach dokonuje się zmiana dotychczasowych sympatii. Lewica staje się coraz bardziej propalestyńska i nieprzychylna Państwu Izrael oraz Żydom. Ostatni, drastyczny, przykład: zbezczeszczenie cmentarza żydowskiego w Trójmieście przez lewackich bojówkarzy. Na nagrobkach namalowano znaki anarchii, a na murze antyizraelskie hasła. Ten incydent to oczywiście patologia i margines, ale dość dobrze pokazuje kierunek zmian.

Historia mniej dzieli

Jednocześnie polska prawica jest coraz bardziej proizraelska i filosemicka. Szczególnie dotyczy to Prawa i Sprawiedliwości, które opowiada się za ścisłym związaniem Polski ze Stanami Zjednoczonymi. Fakt ten, w połączeniu ze zdecydowanym poparciem partii braci Kaczyńskich dla tzw. wojny z terrorem – szczególnie operacji w Iraku i Afganistanie – sprawia, że automatycznie ląduje ona w jednym obozie z Izraelczykami.

To jednak nie tylko fenomen PiS. Wystarczy przejrzeć numery polskich gazet z czasów ostatniej wojny w Strefie Gazy (zima 2008/2009), aby zobaczyć jak zdecydowanie proizraelskie stanowisko zajęły konserwatywne pisma i publicyści.

Jedyną przeszkodą na drodze do tego, aby pomiędzy polską prawicą a Żydami zapanowała sielanka, są zaszłości historyczne i wzajemne krzywdy: z jednej strony polski antysemityzm, który dał się we znaki wielu Żydom przed, w trakcie i zaraz po zakończeniu II wojny światowej, a z drugiej – bolesna dla Polaków kolaboracja części Żydów z bolszewickim okupantem w latach 1920, 1939 – 1941 i później. Tu różnice zdań są tak duże, że o porozumienie będzie znacznie trudnej. Widać to było choćby przy okazji debaty po wydaniu “Strachu” Jana Tomasza Grossa.

Ale ostatnio można odnieść wrażenie, że i w kwestiach historycznych coś się zmienia. Coraz więcej mówi się o tym, co nas łączy, zamiast o tym, co dzieli. Żeby wymienić powstające w Warszawie pod auspicjami Lecha Kaczyńskiego Muzeum Historii Żydów Polskich czy kolejne projekty dotyczące Polaków ratujących Żydów i żydowskiej martyrologii inicjowane przez IPN, instytucję – jak twierdzą niektórzy – upolitycznioną i obsadzoną przez ludzi prawicy.

Jałta A.D. 1939

28 sierpnia 2009 autor zychowicz

Jak zwykle z okazji rocznicy wybuchu II wojny światowej dużo w polskiej prasie o roli, jaką w tym wydarzeniu odegrały Niemcy i Związek Sowiecki. Należy oczywiście pamiętać i na każdym kroku podkreślać, że to te dwa państwa – działając wspólnie i w porozumieniu – dokonały zbrojnego napadu i rozbioru Polski. Nie zapominajmy jednak równocześnie o niesławnej roli, jaką odegrali nasi „sojusznicy”.


Autor głośnej książki „Wojna polska” Leszek Moczulski w udzielonym mi wywiadzie przedstawia sytuację, jaka panowała na granicy francusko-niemieckiej we wrześniu 1939 roku. Słabiutkie niemieckie siły obronne, a po drugiej stronie kilkakrotnie silniejsza, świetnie uzbrojona armia francuska wspierana przez brytyjskie lotnictwo. Gdyby ruszyła do przodu, Trzecia Rzesza upadłaby w ciągu kilku tygodni.

Nasi „sojusznicy” stali jednak z bronią u nogi, spokojnie patrząc na upadek II Rzeczypospolitej… Przez lata Polacy próbowali sobie to tłumaczyć na różne sposoby. Spowodowanym przez rzeź I wojny światowej francuskim strachem przed przelewaniem krwi, niedostatecznym przygotowaniem aliantów do wojny, zwykłym niezdecydowaniem lub niekompetencją zachodnich polityków.

Istnieje również teoria bardziej nieprzyjemna, według której Paryż i Londyn kierowały się zimnym wyrachowaniem. Zgodnie z tą teorią Polskę poświęcono świadomie, aby zyskać nieco czasu i odsunąć konfrontację z Niemcami do wiosny 1940 roku. Część historyków uważa również, że Francuzi i Anglicy nie widzieli w Polsce pewnego partnera do prowadzenia wojny na dwa fronty z Trzecią Rzeszą.

Marzyli o powrocie do sytuacji z 1914 roku i wspólnej akcji z Rosją (tym razem sowiecką). Jaki zaś warunek musiał zostać spełniony, aby doszło do konfrontacji pomiędzy Niemcami a ZSRS? Z mapy musiała zniknąć odgradzająca oba mocarstwa Polska. Jeżeli rzeczywiście w Londynie i Paryżu dokonywano w 1939 roku takich kalkulacji, sześć lat później Jałta była tylko formalnością. Wyrolowano nas już na samym początku.

Zapraszam do przeczytania wywiadu i dyskusji w moim blogu.


Stepan Bandera na manowcach nacjonalizmu

19 sierpnia 2009 autor zychowicz

Przywódca ukraińskich nacjonalistów dzieli i – jak mówi w udzielonym mi wywiadzie historyk Andrzej Chojnowski – jeszcze długo będzie dzielić Polaków i Ukraińców. Straszliwe ludobójstwo na Wołyniu to zbrodnia, o której nie można zapomnieć. Dlatego pomysł organizowania kolarskiego rajdu szlakami Bandery na terytorium Polski był, delikatnie pisząc, niefortunny.

Paradoksalnie z historii Bandery wypływa jednak przesłanie, które może połączyć oba nasze narody. Jest nim całkowite fiasko i porażka jego nacjonalistycznej koncepcji. Opierała się ona na założeniu, że to Polska jest wrogiem numer jeden niepodległej Ukrainy. Właśnie dlatego agresja ukraińskich nacjonalistów skierowana była głównie przeciwko polskiemu państwu (w latach 30.) i polskiej ludności (w latach 1942 – 1944).

I jak się to wszystko skończyło? Finał kataklizmu, jakim w Europie Wschodniej była II wojna światowa, dla obu naszych narodów był taki sam. Zarówno po Ukraińcach jak i po Polakach przejechał bezwzględny sowiecki walec. Polska wyzwoliła się spod czerwonego jarzma dopiero w 1989 roku, Ukraina dwa lata później.


W świetle tej wielkiej tragedii „mała wojna” z Polakami, jaką prowadził Bandera, wygląda dziś wprost surrealistycznie. Już sam fakt, że wielki głód na sowieckiej Ukrainie w latach 30. nie skłonił ukraińskich nacjonalistów do zmiany hierarchii wrogów, świadczył o ich krótkowzroczności. Ale jak można się było brać do „rezania Lachów”, gdy ze wschodu zbliżała się Armia Czerwona niosąca niewolę obu narodom? Naprawdę trudno to zrozumieć.


Nie bez powodu Józef Mackiewicz powtarzał, że nacjonalizm był najlepszym sojusznikiem bolszewizmu. Gdy po rozpadzie imperium rosyjskiego w latach 1918 – 1920 Ukraińcy, Polacy i Litwini toczyli zacięte boje o kawałki terytorium, Lenin z Trockim zacierali ręce. Choć dziś czasy się zmieniły i Związku Sowieckiego dawno nie ma, zasady geopolityki pozostają niezmienne. Współpraca narodów położonych w pasie od Zatoki Fińskiej po Morze Czarne to konieczność.


Zapraszam do przeczytania wywiadu i dyskusji na moim blogu.

Kto naprawdę rozpętał II wojnę światową

19 sierpnia 2009 autor zychowicz

Prezydenci Szymon Peres i Dmitrij Miedwiediew wydali w Moskwie wspólne oświadczenie, w którym wyłączną odpowiedzialnością za wybuch II wojny światowej obarczyli Trzecią Rzeszę. „Odpowiedzialność za wojnę, jak wskazuje wyrok Trybunału Norymberskiego, ponoszą władze nazistowskich Niemiec, które rozpętały nieuzasadnioną i nieludzką agresję przeciwko suwerennym państwom, w tym ZSRS” – napisali przywódcy Izraela i Rosji.


Oświadczenie takie musi wzbudzać zdumienie w Finlandii, Estonii, Rumunii, na Łotwie i Litwie. Czyli w “suwerennych państwach”, które w latach 1939 – 1940 rzeczywiście padły ofiarą „nieuzasadnionej i nieludzkiej agresji”, ale nie ze strony „nazistowskich Niemiec”, tylko właśnie Związku Sowieckiego. Niepokoić musi również Polaków, których ojczyzna w 1939 roku została zaatakowana jednocześnie przez Trzecią Rzeszę i Związek Sowiecki.


Wydarzeniem, które stało się zarzewiem II wojny światowej, było podpisanie 23 sierpnia 1939 roku paktu Ribbentrop-Mołotow. Odpowiedzialność za wojnę – wbrew temu, co napisano we wspólnym izraelsko-rosyjskim oświadczeniu – ponoszą więc oba straszliwe totalitaryzmy XX wieku. Zarówno brunatny, jak i czerwony.


Smutne to, że blisko 20 lat po upadku ZSRS trzeba powtarzać takie, wydawałoby się oczywiste, rzeczy. Rosjanie przyzwyczaili nas już do tego, że od dobrych kilku lat zamiast polityki historycznej uprawiają prosowiecką propagandę. Dlaczego jednak pod oświadczeniem podpisał się Szymon Peres, skądinąd postać godna wielkiego szacunku, laureat Pokojowej Nagrody Nobla?


Oczywiście Żydzi mają inne spojrzenie na II wojnę światową. Byli w końcu narodem, któremu Armia Czerwona w latach 1944 i 1945 rzeczywiście przyniosła wyzwolenie. Sowieci rozbili wiele niemieckich obozów zagłady, z KL Auschwitz na czele. Widok żołnierza z czerwoną gwiazdą na czapce, który dla Polaków oznaczał początek nowej niewoli, dla wielu Żydów był końcem koszmaru.


Należy szanować punkt widzenia i wrażliwość Żydów, ale wojna także dla nich nie zaczęła się w 1944 roku. To dzięki paktowi Ribbentrop-Mołotow, a więc za sprawą Związku Sowieckiego, ponad 60 proc. polskich Żydów znalazło się pod okupacją niemiecką. A los wielu z tych, którzy znaleźli się na terenach okupowanych przez Sowietów, również był tragiczny.


Blisko 500 ofiar zbrodni katyńskiej to Żydzi. A spośród kilkuset tysięcy obywateli RP, którzy padli ofiarą sowieckich wywózek, nawet 100 tys. mogło być pochodzenia żydowskiego. Z Andersem z „nieludzkiej ziemi” wydostało się niewielu. Większość wywiezionych Żydów zgniła w łagrach lub została zamordowana w rozlicznych egzekucjach.


Warto przypomnieć choćby słynną sprawę Henryka Ehrlicha i Wiktora Altera. Wybitnych działaczy Bundu z Warszawy, porwanych w 1941 roku przez NKWD i zamordowanych w więzieniu za… „szpiegostwo na rzecz Hitlera”. Jak widać, również Żydzi mają powody do niezadowolenia z powodu podpisu, jaki ich prezydent złożył pod moskiewskim oświadczeniem.

Polska miała wybór

19 maja 2009 autor rp

Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem polemikę moich redakcyjnych kolegów Rafała Ziemkiewicza i Piotra Semki na temat ewentualności zawarcia porozumienia z Niemcami w 1939 roku i podjęcia wspólnej wyprawy przeciwko Związkowi Sowieckiemu. Jako autor powstającej monografii na temat – podejmowanych przed i w trakcie wojny – prób porozumienia polsko-niemieckiego chciałbym zabrać głos w dyskusji.

Warto zacząć od spraw wydawałoby się oczywistych. Celem każdej wojny – a pod koniec lat 30. jasnym było, że Polska wojny nie uniknie – jest zwycięstwo, albo jeżeli jest to niemożliwe, zminimalizowanie strat własnych. Aby to osiągnąć należy zaś maksymalnie odwlec przystąpienie własnego kraju do działań wojennych i dokonać trafnego doboru sojuszników.

Minister spraw zagranicznych Józef Beck sprzeniewierzył się obu tym zasadom. Wprowadził Polskę do wojny jako pierwszą, a co gorsza w systemie sojuszy, który w zasadzie już w 1939 roku przesądzał o jej przyszłej wasalizacji wobec Sowietów. Udzielenie Polsce gwarancji przez Brytyjczyków, uznawane dziś często za największy sukces polityki Becka, miało bowiem sprowokować Hitlera do ataku na nasz kraj i odwlec tym samym jego marsz na Zachód.

Aż do marca 1939 roku Hitler nie był bowiem zdecydowany, w którą stronę najpierw uderzyć. W pierwszej kolejności chciał rzucić na kolana Francję, ale nie mógł tego zrobić bez wcześniejszego wyjaśnienia sytuacji na swojej wschodniej granicy. Stąd propozycja wysunięta wobec Polski o ostatecznym uregulowaniu kwestii spornych (zgoda na zajęcie Gdańska i wytyczenie autostrady eksterytorialnej przez korytarz).

Odrzucając tę ofertę i przyjmując gwarancje brytyjskie Józef Beck rozwiązał dylemat Hitlera. Przed atakiem na Francję musiał on bowiem zabezpieczyć sobie tyły. Dlatego właśnie zdecydował się na podpisanie paktu ze Stalinem i uderzenie w pierwszej kolejności na – teraz już pro-brytyjską – Polskę. Brytyjczycy tymczasem nawet przez chwile nie myśleli o Polsce jako o poważnym sojuszniku przeciwko Niemcom.

Tak jak napisałem, zostaliśmy jedynie wykorzystani do odwleczenia o kilka miesięcy niemieckiego ataku na Zachód. Prawdziwym sojusznikiem do przyszłego wzięcia Trzeciej Rzeszy w dwa ognie były od początku silniejsze niż my Sowiety (wzorem I wojny światowej). Londyn od początku wojny przewidywał, że konflikt sowiecko-niemiecki jest nieunikniony. A czym mogła Wielka Brytania zapłacić Stalinowi za ten sojusz? Oczywiście Polską.

W taki oto sposób wychwalany dziś minister Beck dał się nabić Brytyjczykom w butelkę. Dzięki jego “genialnej polityce” Polska weszła do wojny w obronie miasta Gdańsk, które nawet do niej nie należało (znajdowało się ono pod zarządem Ligi Narodów), a straciła połowę swojego własnego terytorium i kilka milionów obywateli, w tym większą część elit. Reszta Polski na pół wieku znalazła się zaś pod okupacją.

Warto więc zastanowić się jak wyglądałaby sytuacja, gdyby Beck przyjął propozycję Hitlera. Sekwencja zdarzeń przebiegałaby następująco: w marcu lub kwietniu Polska przystąpiłaby do paktu anty-kominternowskiego, nigdy nie doszłoby do Paktu Ribbentrop-Mołotow, a na przełomie lat 1939/1940 Niemcy – zabezpieczone przez Polskę od ewentualnego sowieckiego ciosu w plecy – rozbiłyby Francję.

Po nieudanej inwazji na Wielką Brytanię (to by się akurat zapewne nie zmieniło) nastąpiłaby wspólna polsko-niemiecka wyprawa na Związek Sowiecki. Nawiasem mówiąc taka akcja nie musiałaby wcale oznaczać jakiegoś zwasalizowania Polski. Ze względu na potencjał militarny i strategiczne położenie geopolityczne, w systemie państw Osi zajęlibyśmy raczej miejsce podobne do tego jakie zajmowały Włochy. A nawet gdyby stało się inaczej – częściowa utrata suwerenności zawsze lepsza jest niż utrata niepodległości.

Jak zakończyłaby się taka wspólna wyprawa na Moskwę? Rozważmy obie możliwości.

1. Zwycięstwo. Mówi się często, że Niemcom w 1941 roku zabrakło pod Moskwą jednej dywizji. Polska zaś dostarczyłaby tych dywizji kilkadziesiąt. Wysoce prawdopodobne jest więc, że przystąpienie naszego kraju do Osi przeważyłoby szalę zwycięstwa na jej rzecz. W tym wypadku Polska nie tylko pomogłaby w zniszczeniu straszliwego totalitarnego reżymu, ale również mogłaby liczyć na spore nabytki terytorialne kosztem pokonanego przeciwnika.

Najważniejszą konsekwencją wspólnego pójścia z Niemcami na Sowiety byłoby jednak po prostu wygranie wojny. A więc uniknęcie hekatomby podwójnej okupacji. Wymordowania kilku milionów obywateli, zniszczenia stolicy podczas Powstania Warszawskiego i 50-letniej sowieckiej okupacji. Jedynymi stratami jakie byśmy wówczas ponieśli byłby straty wojskowe poniesione podczas kampanii na Wschodzie.

Oczywiście warto by zadać pytanie jak ułożyły by się później stosunki między zwycięskimi sojusznikami – Trzecią Rzeszą, a Polską? Czy doszłoby pomiędzy nimi do konfliktu? Czy po pokonaniu Związku Sowieckiego Anglosasi nadal prowadziliby wojnę z Niemcami, czy też konflikt ten z czasem przemieniłby się w Zimną Wojnę? I zakończył się dopiero po pół wieku upadkiem narodowego-socjalizmu i wyzwoleniem krajów znajdujących się w niemieckiej strefie wpływów?

Czy też może po kilku latach i tak doszłoby do lądowania w Normandii i przed Polską otworzyłaby się szansa na zmianę sojuszy? Rozważania na ten temat wykraczają poza temat tego artykułu.

2. Porażka. Należy wziąć również pod uwagę sytuację – moim zdaniem mniej prawdopodobną – w której Polska wraz z Niemcami przegrywa wojnę ze Związkiem Sowieckim. Ośmielam się twierdzić, że nasza sytuacja byłaby wówczas i tak o niebo lepsza niż sytuacja w jakiej znalazła się Polska wybierając sojusz z Brytyjczykami.

Otóż do wojny weszlibyśmy znacznie lepiej przygotowani, najprawdopodobniej rok lub dwa lata później niż w rzeczywistości (zależy od tego kiedy zaatakowalibyśmy Sowiety). Wojna ta toczyłaby się poza terytorium Rzeczypospolitej, a więc straty cywilów – pomijając ewentualne naloty – byłby minimalne. Problemy zaczęłyby się dopiero około roku 1944, gdy na terytorium Polski zaczęłaby wchodzić Armia Czerwona.

Należy jednak pamiętać, że Sowieci nie robili większej różnicy pomiędzy krajami, które walczyły po stronie Osi, a tymi które walczyły po stronie Aliantów. Dla nich wszyscy nie-komuniści byli „faszystami” i każdy kto stał na drodze do sowietyzacji państw mających znaleźć się w sowieckiej strefie wpływów był eliminowany. Polacy zostali potraktowani przez czerwonych “wyzwolicieli” dokładnie tak samo jak na przykład Węgrzy.

Żołnierzom AK, którym rozkazano podjąć kolaborację z Sowietami podczas nieszczęsnej Akcji “Burza” (powinna się raczej nazywać Akcją “Harakiri”) niewiele to pomogło. I tak byli zsyłani do łagrów lub skazywani na śmierć jako “faszystowscy kolaboranci”. Scenariusz byłby więc podobny jak w rzeczywistości. Sowieci osadziliby w podbitej Polsce marionetkowy reżym polskich komunistów. Powstałby taki sam PRL, z tym, że miałby o kilka milionów obywateli więcej i nie zniszczoną stolicę.

Tezy, że Polska walcząca ramię w ramię z Trzecią Rzeszą przeciwko Sowietom zostałaby wchłonięta do Związku Sowieckiego jako kolejna sowiecka republika czy też, że Stalin nie dałby wówczas polskim komunistom tak zwanych Ziem Odzyskanych są absolutnie ahistoryczne. Sprawy nie miały bowiem ze sobą nic wspólnego. Wspomniane pro-niemieckie Węgry jakoś nie zostały za karę wcielone do ZSRS, a przyznanie Polsce Szczecina i Wrocławia było elementem szerszej geopolitycznej gry Stalina, która też nie miała wiele wspólnego z zasługami Polaków.

Polska więc w 1939 roku – wbrew temu co się obecnie powtarza jak mantrę – miała wybór. Nasz kraj nie był wcale skazany na tak straszliwą porażkę, jaką poniósł w efekcie II wojny światowej i mógł pójść inną drogą. Niezależnie od tego czy udział Polaków w niemieckiej wyprawie na Wschód przyczyniłby się do obalenia Stalina czy też nie, po wojnie bylibyśmy w znacznie lepszej sytuacji niż w tej, w jakiej znaleźliśmy się w roku 1945.

Rzeczową dyskusję na ten temat utrudnia to, że przeciwnicy “pójścia z Niemcami” zamiast na chłodno zastanawiać się nad polską racją stanu, używają argumentacji emocjonalnej. Do pewnego stopnia robi tak nawet Piotra Semka, który martwi się, że “wyszlibyśmy z wojny obciążeni hańbą pomagania Hitlerowi”. Trudno mi zrozumieć ten argument.

II wojna światowa była bowiem przede wszystkim starciem dwóch straszliwych totalitaryzmów. Polska będąc w obozie anty-niemieckim była więc w obozie sowieckim. Współpraca ze Stalinem została sformalizowana paktem Sikorski-Majski. A w 1944 roku, gdy Armia Czerwona weszła na terytorium Polski, oddziały AK podjęły z nią szeroką kolaborację w ramach wspomnianej “Burzy”.

Polska podczas II wojny światowej “pomagała” więc innemu – równie krwawemu co Hitler – dyktatorowi i w ten sposób “hańby” kolaboracji, o której wspomina Piotr i tak nie uniknęła. Piotr piszę również o “poczuciu godności” wypływającym z tego, że poszliśmy na wojnę z Niemcami i o uratowanym honorze. Wszystko to są frazesy, które nie mogą nam zrekompensować straszliwego koszmaru wymordowania kilku milionów obywateli.

I na koniec jeszcze jedna sprawa – Żydzi. Czy sytuacja Polaków wyznania mojżeszowego w przypadku polsko-niemieckiego sojuszu byłaby lepsza czy gorsza? Śmiem twierdzić, że byłaby znacznie lepsza. Odwołam się tu do opinii znanego izraelskiego historyka Martina van Crevelda, który powiedział mi kiedyś, że “paradoksalnie sytuacja Żydów w krajach współpracujących z Trzecią Rzeszą była lepsza niż w krajach okupowanych”.

Oczywiście można założyć, że podpisanie sojuszu z Niemcami spowodowałoby automatycznie, że Polacy – którzy jak wiadomo wyssali antysemityzm z mlekiem matki – natychmiast rzuciliby się na swoich żydowskich obywateli i ich wymordowali lub wydali Niemcom. Równie dobrze mogli to jednak byli zrobić przed wojną, a jakoś do niczego podobnego nie doszło.

W wypadku, gdyby Polska weszła do systemu sojuszniczego Osi nie byłoby u nas niemieckiej administracji czy sił policyjnych, które mogłyby wkroczyć do polskich miasteczek i wywieźć z nich Żydów do obozów zagłady (nawiasem mówiąc z tych samych przyczyn ośrodki te nie mogły by powstać na terenie Polski). Niemcom pozostałoby więc tylko wywieranie dyplomatycznych nacisków na rząd w Warszawie.

Ugięcie się przed nimi i wydanie na śmierć ponad trzech milionów obywateli przez Polskę jest zaś raczej mało prawdopodobne. Tak więc sojusz Polski z Trzecią Rzeszą – paradoksalnie – prawdopodobnie oznaczałby ratunek dla polskich Żydów. Ludzie ci bowiem zostali bezkarnie wymordowani właśnie dlatego, że w okupowanym przez Niemców kraju byli pozbawieni jakiejkolwiek ochrony.

Nie wolno zapominać, że ewentualny sojusz Polski z Niemcami nie byłby sojuszem wypływającym z bliskości ideologicznej obu państw czy sympatii do paskudnej ideologii Trzeciej Rzeszy. Zarówno dzisiejsi, jak i ówcześni zwolennicy takiego rozwiązania kierują się zasadami real-politik i wymogami geopolityki. To nie byłoby małżeństwo z miłości tylko z rozsądku.

„Generał” – historia bez retuszu

21 marca 2009 autor rp

Niedługo na ekrany polskich kin wejdzie film „Generał. Zamach na Gibraltarze”. Obraz zrealizowany na podstawie ustaleń Dariusza Baliszewskiego może dla wielu widzów okazać się szokujący. I nie chodzi tu tylko o dramatyczne przedstawienie spisku i morderstwa Władysława Sikorskiego, ale też o ukazanie bez ogródek głębokich podziałów, jakie istniały między Polakami podczas II wojny światowej.

Film idzie bowiem pod prąd podręcznikowej, patriotycznej wersji dziejów, według której polski naród w latach 1939 – 1945 był silnym, zwartym, gotowym, a przede wszystkim jednomyślnym monolitem. Według tej uproszczonej wersji wydarzeń jedyny wyłom w tym narodowym murze stanowili komuniści. Ale tych w zasadzie, jako sowieckich agentów, trudno przecież uznać za Polaków.

Rzeczywistość była znacznie bardziej skomplikowana. Polacy podczas wojny nie tylko ze sobą rywalizowali i mieli różne koncepcje, ale też prowadzili między sobą otwarte spory i konflikty. Dochodziło nawet do politycznych morderstw. Ofiarą jednego z nich – według Baliszewskiego – miał paść Władysław Sikorski, zamordowany, nie bez współudziału Brytyjczyków, przez swych rodaków, ludzi wywodzących się ze środowisk piłsudczykowskich. I tak to zostało pokazane w filmie wyprodukowanym przez TVN.

Niezależnie od tego, czy Baliszewski trafnie rozgryzł zagadkę zabójstwa na Gibraltarze czy nie, głęboki konflikt pomiędzy generałem a byłymi „sanatorami” był faktem. Wszystko zaczęło się jeszcze przed wojną, gdy Sikorski – odwieczny rywal Piłsudskiego – został zepchnięty na boczny tor i de facto zmuszony do emigracji do Francji. Niestety, na paryskich salonach (skąd my to znamy!) nie szczędził krytyki władzom w Warszawie, za co później spotkał go jeszcze większy afront.

Gdy na krótko przed wybuchem wojny przybył do kraju, pomimo usilnych zabiegów nie przydzielono mu żadnego przydziału bojowego. Po upadku Polski i niechlubnej ucieczce władz sanacyjnych do Rumunii Sikorski wykorzystał szansę. Uznawany przez Francuzów za swojego człowieka dokonał przy ich pomocy w istocie zamachu stanu, przejmując władzę i stając na czele rządu polskiego na emigracji.

Na tym stanowisku Sikorski mścił się w sposób wyjątkowo zajadły i niegodny. Skutecznie zablokował wyjazd z Rumunii czołowych przedstawicieli poprzedniej ekipy – z Beckiem i Śmigłym-Rydzem na czele – a tych piłsudczyków, którzy mimo to dostali się do Francji, bezwzględnie sekował. Oficerowie, których uważał za najbardziej sprzyjających Piłsudskiemu i zaangażowanych w przedwojenny system, osadził w specjalnych obozach karnych na Wyspie Węży (Bute).

Lektura archiwum profesora Stanisława Kota, prawej ręki Sikorskiego – część z tych papierów znajduje się w Polsce – jeży włosy na głowie. Wynika z nich, że Sikorski i jego ludzie byli tak zaślepieni nienawiścią do swoich politycznych przeciwników, że działali na szkodę państwa polskiego. Wielu utalentowanych oficerów nie trafiło do wojska, złamano kariery wielu ludziom, cenna energia – która tak bardzo przydałaby się podczas odtwarzania armii – była marnowana na intrygi i polityczne rozgrywki.

Kolejne fatalne działania Sikorskiego: kompromitująca nieudolność podczas kampanii francuskiej, wyjątkowa uległość wobec Anglików, a wreszcie podjęcie w 1941 roku kolaboracji z jednym z zaborców, jeszcze bardziej nasiliły te konflikty.

Co gorsza Sikorski stawał się coraz mniej popularny w armii. Emigracyjny polityk Tadeusz Katelbach pisał w swoim dzienniku, że w połowie 1943 roku w wojsku zapanowała wręcz nienawiść do naczelnego wodza. Również duża część II Oddziału była wówczas przekonana, że polityka Sikorskiego jest zgubna dla Polski. Do tego dochodził ostry konflikt – w dużej mierze ambicjonalny, ale również polityczny – ze stojącym na czele II Korpusu generałem Władysławem Andersem.

Wszystkie te sprawy przez wiele lat były zamiatane pod dywan w imię obrony dobrego imienia naczelnego wodza, „honoru narodu” i Bóg wie czego jeszcze. Najnowsza historia Polski pełna jest zresztą podobnych spraw. Niewiele państw ma bardziej zmitologizowane dzieje najnowsze. Ten samozachwyt i ukrywanie wszelkich negatywnych epizodów można by jeszcze zrozumieć, gdyby Polska II wojnę światową wygrała.

Tymczasem zmagania te zakończyły się największą klęską w dziejach Polski, a jej – obecni dziś w panteonie bohaterów narodowych – przywódcy polityczni i wojskowi, począwszy od pierwszego dnia wojny, wykazali się wręcz niewyobrażalną naiwnością, niekompetencją i partactwem. Chwała twórcom filmu „Generał”, że odważyli się w produkcji skierowanej do tak dużej rzeszy odbiorców ukazać nieco historii bez przyprawiającego o mdłości patriotycznego retuszu.

Drezno: to nie był bohaterski lot

20 lutego 2009 autor rp

Rozmowa z kapitanem Czesławem Blicharskim, lotnikiem polskiego Dywizjonu 300

Jak wyglądało Drezno z wysokości 8 tysięcy metrów w nocy z 13 na 14 lutego 1945 roku?

Rozczaruję pana, nie widziałem żadnej apokalipsy czy morza ognia. Nad cel przylecieliśmy jako pierwsi. Widziałem więc tylko czerwony blask flar markujących, które oznaczały cele. Noc była bardzo ciemna, zachmurzenie spore.

Był pan bombardierem?

Tak i na kilkanaście minut przed dotarciem do celu to ja przejąłem kierowanie maszyną. To był lancaster. Gdy zauważyłem nasze markery, przekazywałem pilotowi polecenia: „prawa”, „lewa”, aż znaleźliśmy się nad celem. Wtedy mechanik otworzył drzwi, nacisnąłem guzik i bomby poszły. Poczuliśmy silne szarpnięcie. Pilot przez pewien czas musiał jeszcze trzymać się na tym samym kursie, żeby aparat fotograficzny mógł zrobić zdjęcie eksplozji. Jeżeli bomby nie trafiłyby w cel, lot nie zostałby nam zaliczony.

Wie pan na co spadły bomby?

Z takiej wysokości tego nie widać. Widziałem tylko obłoki po eksplozji, a i to nie bardzo. Bo my już lecieliśmy dalej. Również potem, gdy ogląda się zdjęcie z nalotu, trudno coś z niego odcyfrować. Załogom nie mówiono, jakie konkretnie obiekty mają zniszczyć.

Trafił pan wtedy?

Oczywiście.

Przeczytaj cały tekst

„Opór” to także film filosowiecki

28 stycznia 2009 autor zychowicz

Od polskiej premiery „Oporu” minęło pięć dni. Część z Państwa zapewne była już w kinie i wyrobiła sobie zdanie na temat tego filmu. Tych, co nie byli, mogę pocieszyć: niewiele Państwo stracili. „Opór” jest bowiem filmem złym. Źle nakręconym, źle zagranym, nudnym, a przede wszystkim nieprawdziwym. Swoje wrażenia po obejrzeniu tej hollywoodzkiej super-produkcji zawarłem w dzisiejszym artykule „Historia zamiatana pod dywan”.



Według mnie to nie przypadek, że partyzant Tewje Bielski został przedstawiony jako nieskazitelny bohater, chociaż wiadomo, że był sprawcą rabunków i mordów polskiej i białoruskiej ludności cywilnej. Film nakręcono bowiem w zgodzie z wymogami żydowskiej polityki historycznej, według której każdy Żyd był postacią pozytywną. Chodzi również o przełamanie stereotypu, że podczas wojny Żydzi zachowywali się jak “owce prowadzone na rzeź”.

Do tego, co napisałem w tekście, chciałbym dorzucić jeszcze jedno. „Opór” nie tylko wypacza prawdę o działalności żydowskich partyzantów, ale jest również filmem filosowieckim. Znane ze zwyrodnienia i ludobójczej działalności sowieckie grupy partyzanckie przedstawione są w nim jako regularne, zdyscyplinowane oddziały. Jedyne negatywne zachowanie filmowych bolszewików to pobicie jednego z żydowskich partyzantów.

Przyczyną incydentu są jednak drzemiące w Rosjanach resztki tradycyjnego, chłopskiego antysemityzmu. Sprawca pobicia zostaje szybko skarcony przez dowódcę, który powołuje się na potępiający wszelkie uprzedzenia rasowe komunistyczny internacjonalizm. O prawdziwej naturze sowieckich formacji, w których – z czerwonymi gwiazdami na czapkach – dzielnie biją się bohaterowie filmu, nie dowiemy się niczego.



Przyznać natomiast należy twórcom „Oporu”, że nie ma w nim akcentów antypolskich. To dobrze o nich świadczy, bo część amerykańskich historyków zajmujących się postacią Tewjego – to na ich pracach oparty został „Opór” – ma dość ciekawe wyobrażenie o stosunkach polsko-żydowskich na Kresach. Zawarte zostało ono choćby w broszurze Fundacji Edukacyjnej ds. Żydowskich Partyzantów z Kalifornii.



Oto jeden z fragmentów:



„Były grupy antysemickich polskich partyzantów – członków Armii Krajowej – którzy tropili i mordowali Żydów. Byli także inni polscy partyzanci, którzy sprzymierzyli się z Niemcami i chcieli, żeby powojenna Polska była wolna od nie-katolików. Oni również walczyli przeciwko żydowskim partyzantom”.



Zachęcam do przeczytania mojego artykułu „Historia zamiatana pod dywan” i dyskusji na blogu.

„Gazeta Wyborcza” walczy nawet z krzyżowcami

20 stycznia 2009 autor zychowicz

We wczorajszej analizie dotyczącej wojny w Strefie Gazy – w której po raz kolejny wyraziłem swoje obawy o przyszłość Państwa Izrael – przywołałem pewną historyczną analogię. Porównałem Izraelczyków z krzyżowcami, którzy pod koniec XI wieku założyli mniej więcej w tym samym punkcie świata swoje państwo. Ale po 200 latach, gdy krzyżowców opuściły duch bojowy i wiara w ideały, ich królestwo upadło.

Chodziło mi o dwa podobieństwa – czysto geograficzne oraz mentalne. Chciałem ukazać, że często wielka idea jest czynnikiem państwotwórczym, ale z czasem może ona skorodować. Konsekwencją takiej korozji jest upadek państwa. Szczególnie jak jest otoczone przez wrogich sąsiadów. Dla krzyżowców ideą tą była obrona Grobu Pańskiego, dla Żydów ideą tą jest syjonizm.

Analogia ta wydawała mi się dość przejrzysta. Tymczasem wczoraj na portalu „Gazety Wyborczej” pojawiły się na jej temat aż dwa krytyczne komentarze Adama Leszczyńskiego (pisany i mówiony). Ku mojemu zdumieniu dziennikarz „Gazety” wrzucił moje porównanie z krzyżowcami do jednego worka z porównaniami rozmaitych lewicowych krytyków Izraela (państwo kolonialne, rasistowskie, apartheid). I uznał mnie za przeciwnika tego państwa.

Ponieważ na ogół jestem oskarżany o „skrajną proizraelskość”, muszę przyznać, że to miła odmiana. Sporo czasu zajęło mi jednak zrozumienie, o co właściwie Leszczyńskiemu chodzi. Rozwiązanie zagadki podsunął mi on sam w komentarzu wideo.

Powiedział w nim, że zarówno ja, jak i pozostałe skrytykowane przez niego osoby użyliśmy takich porównań aby nasi czytelnicy zareagowali jak psy Pawłowa na dzwonek. Czytają słowo „apartheid” i automatycznie rozumieją, że Izrael jest „straszny”.

Obawiam się jednak, że to właśnie Leszczyński, który – oględnie pisząc – nie należy do prawicowych jastrzębi, zareagował jak pies Pawłowa na hasło „krucjata”. Idea ta przez formację, z której się wywodzi, została tak zmitologizowana i zohydzona, że słysząc słowo „krzyżowcy”, Leszczyński widzi tylko krew, pożary i zniszczenie. Mnie, gdy używałem tego porównania, nawet to przez głowę nie przeszło.



Uprzedzenia i uproszczenia, jakie od wielu lat lansuje „Gazeta” – bardzo często w kwestiach religii i historii – przysłaniają jej redaktorom intencje adwersarzy. Panie Adamie, całe szczęście pomimo usilnych starań Pańskiej redakcji jeszcze nie wszyscy Polacy myślą w taki sam sposób. Na koniec zamierzam to udowodnić i dopiero Pana zaszokować: wcale nie uważam, żeby porównanie do XI-wiecznych krzyżowców było czymś uwłaczającym. Wprost przeciwnie.

Izraelczycy – krzyżowcy naszych czasów?

19 stycznia 2009 autor rp

Prawdziwym zwycięzcą wojny w Strefie Gazy jest radykalny Hamas. Po trzech tygodniach zakończyła się izraelska operacja w Strefie Gazy. Tym samym Izrael przegrał drugą wojnę w ciągu trzech lat.

W 2006 roku nie był w stanie złamać oporu libańskiej organizacji Hezbollah, tym razem nie poradził sobie z palestyńskim Hamasem. Wbrew zapewnieniom o “wielkim zwycięstwie”, które można było wczoraj usłyszeć z ust przywódców tego kraju, Izrael poniósł porażkę na dwóch frontach.

Przede wszystkim na froncie propagandowym. Przez trzy tygodnie media na całym świecie pokazywały wstrząsające zdjęcia z miejsc, w których spadły izraelskie pociski. Zburzone domy, zmasakrowani cywile, przede wszystkim kobiety i dzieci. Upłynie dużo czasu, zanim Izrael zdoła odbudować swój wizerunek na arenie międzynarodowej. Wizerunek, który i tak nigdy nie był najlepszy.

Najbardziej dotkliwa jest jednak porażka militarna. Celem, jaki stawiali sobie Izraelczycy, było zadanie Hamasowi na tyle dotkliwego ciosu, żeby zaprzestał rakietowego ostrzału południowego Izraela. Nic nie dały jednak trwające tydzień naloty, nic nie dał dwutygodniowy ostrzał prowadzony z niezaludnionych terenów Strefy. Pociski nadal spadały na Izrael. W tej sytuacji znajdujący się pod coraz większą międzynarodową presją Izrael zdecydował się na podjęcie negocjacji w sprawie zawieszenia broni.

Prowadzone za pośrednictwem Egiptu rozmowy również zakończyły się fiaskiem. Hamas odrzucił “warunki syjonistów”. Izraelowi nie pozo- stało więc nic innego, jak dać za wygraną i ogłosić upokarzające jednostronne zawieszenie broni. Nawet wówczas ostrzał Hamasu jednak nie ustał. Organizacja wystrzeliła jeszcze kilkanaście rakiet, zanim łaskawie zgodziła się na rozejm. W ten sposób jeszcze raz pokazała, że jej możliwości bojowe nie zostały zneutralizowane.

Czy oznacza to, że Izrael był z góry skazany na porażkę? Wprost przeciwnie – do konfliktu przystępował jako zdecydowany faworyt. Izraelscy przywódcy postanowili jednak wygrać tę wojnę na odległość. Pamiętając społeczne protesty z czasów kampanii libańskiej w 2006 roku, panicznie bali się stracić własnych żołnierzy. Właśnie dlatego nie zdecydowali się na szturm na Gazę, w opinii ekspertów jedyny sposób na wygranie tej wojny.

Ta druga z rzędu porażka powoduje, że wielu Izraelczyków ma coraz czarniejsze myśli. Przypominają, że na Bliskim Wschodzie okazanie słabości może bardzo drogo kosztować. Narzuca się tu porównanie z poprzednikami Izraelczyków sprzed niemal tysiąca lat. Europejskimi krzyżowcami, którzy pod koniec XI wieku podbili Ziemię Świętą i założyli na niej Królestwo Jerozolimskie.

Gdy jednak wiara w ideały i duch bojowy krzyżowców skorodowały, po 200 latach królestwo przestało istnieć. Jeżeli w Izraelu nic się nie zmieni, być może już niedługo ostatni syjoniści będą musieli bronić swojej Akry.