Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Czy byk sam się prosi?

7 sie 2010

Ewa Wysocka z Barcelony

Kataloński parlament przegłosował zakaz organizowania korridy od 2012 roku. W tle sporu obrońców zwierząt z miłośnikami tradycji toczy się rozgrywka o samodzielność regionu

Obrońcy praw byków manifestują nie tylko w Katalonii. Na zdjęciu protest w Pampelunie przed coroczną gonitwą w dniu św. Fermina. Fot. AFP

Obrońcy praw byków manifestują nie tylko w Katalonii. Na zdjęciu protest w Pampelunie przed coroczną gonitwą w dniu św. Fermina. Fot. AFP

Pierwsze zapiski o walkach z bykami w Katalonii sięgają XIV wieku, a od XIX wieku w Katalonii odbywało się niemal tyle samo walk z bykami co w Madrycie i tyle samo co w Kraju Basków. Dlatego nie sposób odrzucić głównego argumentu zwolenników walk, że korrida jest dziedzictwem kultury i częścią katalońskiej tradycji. Dla wielu jest sztuką. – Kiedy po raz pierwszy szłam obejrzeć walkę z bykiem, nie miałam dużej ochoty, ale moje obawy zniknęły, i to szybko. Zakochałam się w korridzie od pierwszego wejrzenia i teraz nie odpuszczam żadnej wartej uwagi walce – opowiada „Rz” z zapałem Miriam Callejero, drobna i szczupła historyk sztuki, która przyznaje, że patrząc na walkę, płacze ze wzruszenia.

Kolejnym koronnym argumentem stałych bywalców aren walk z bykami jest przekonanie, że zabijane zwierzę nie cierpi. – Nie zdarzyło ci się skaleczyć albo nabić guza i nie wiedzieć, kiedy to zrobiłaś? Czy wiesz, że ludzie po wypadkach, są w stanie chodzić z połamanymi nogami? To samo dotyczy byków. Są odważne i pełne chęci do walki, zachęcają, żeby stanąć z nimi w szranki. A kiedy torreador wbija im w grzbiet chorągiewki, wręcz napierają, żeby to robił. Niczego nie czują, bo są zdominowane przez złość, adrenalinę i chęć rewanżu – argumentował z zapałem Jose Alvarez, kierujący barcelońskim Centrum Tauromachii. Dla niego decyzja katalońskiego parlamentu jest końcem wspaniałej ery, pełnej pasji i miłości.

Argumenty te nie przekonują zwycięzców głosowania. – Myślę, że nadszedł czas, żeby zrozumieć, że nie jesteśmy jedynym inteligentnym i czułym na ból gatunkiem na planecie. Chociaż bez wątpienia jesteśmy inteligentniejsi i wrażliwsi niż zwierzęta. Jednak z tą świadomością nie będzie trudne zrozumienie, że zwierzętom należą się prawa. A podstawowe z nich brzmi: „nie znęcaj się i nie torturuj” – wyjaśniał dziennikarzom Jordi Portabella, biolog i deputowany lewicowej partii ERC, przeciwnik korridy.

Czytaj więcej w tygodniku Plus Minus: Byczy temat

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Bezkarne łowy za miliony

14 lip 2010

Izabela Kacprzak

Tysiące lisów, zajęcy, dzików i kaczek myśliwi z kół łowieckich odstrzeliwują ponad legalny limit

Nawet sami myśliwi przyznają, że na ponadlimitowym odstrzale zwierząt Skarb Państwa mógł stracić 80 mln zł. Fot. Marian Zubrzycki/Fotorzepa

Nawet sami myśliwi przyznają, że na ponadlimitowym odstrzale zwierząt Skarb Państwa mógł stracić 80 mln zł. Fot. Marian Zubrzycki/Fotorzepa

Tylko w ostatnich trzech latach i tylko na terenie województwa lubelskiego zastrzelono nielegalnie, poza ustalonym planem odstrzału, ponad 4,5 tysiąca zwierząt, m.in. lisów, jenotów, bażantów, piżmaków, zajęcy, dzików, jeleni i saren.

Ale nie dokonali tego kłusownicy, tylko myśliwi z 57 kół łowieckich, m.in. z Puław, Lublina i Warszawy, zrzeszonych w Polskim Związku Łowieckim – wynika z ustaleń „Rz”.

– Do wielu z tych kół należy elita władzy łowieckiej, np. członkowie Okręgowego Sądu Łowieckiego, okręgowi rzecznicy dyscyplinarni, członkowie Zarządu Okręgowego i Okręgowej Rady Łowieckiej. Prokuratorzy i sędziowie – mówi nam jeden z doświadczonych myśliwych.

Oto przykład: myśliwi z lubelskiego koła nr 2 Leśnik odstrzelili poza planowanym limitem 630 kaczek, z koła nr 52 Dąbrowy Bór w Kraśniku – 146 lisów. Nie spotkała ich za to żadna kara. Tymczasem za ponadlimitowe odstrzały, które są traktowane na równi z „bezprawnym pozyskaniem zwierzyny”, wojewoda powinien żądać ekwiwalentu, tj. odszkodowania dla Skarbu Państwa.

Dlatego w sprawę zaangażowało się Centralne Biuro Antykorupcyjne, które przeprowadziło kontrolę. Z raportu biura wynika m.in., że przez nienałożenie przez wojewodę lubelskiego ekwiwalentów na koła Skarb Państwa stracił ponad 4,3 mln zł!

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kasa na czterech łapach

2 lip 2010

Recesja? Jaka recesja? – mogą zapytać amerykańscy biznesmeni, którzy wyspecjalizowali się w produkcji przedmiotów i oferowaniu usług dla mniej lub bardziej futrzastych milusińskich.

Według ostatnich statystyk w Stanach Zjednoczonych wciąż rośnie liczba osób, które mają jakieś zwierzę domowe. Są już one w 62 proc. gospodarstw, a więc przy ponad 71 mln rodzin. W przeciwieństwie do bankowców czy koncernów motoryzacyjnych przedstawiciele tej branży nie mogą więc narzekać na spadki dochodów czy choćby chwilowy zastój.

Jednym z powodów jest rosnąca w USA liczba bezdzietnych kobiet, które gotowe są przeznaczyć fortunę na swoje psy, koty czy inne zwierzaki. Właściciele pamiętają już nie tylko o urodzinach czworonoga. Kupują im prezenty także z okazji np. walentynek

– Dane, którymi dysponujemy, pokazują, że Amerykanie nie tylko nie tną wydatków na zwierzęta, ale ciągle je zwiększają. Przypuszczam, że dzieje się tak między innymi dlatego, że traktują je jak członków rodziny – mówi „Rz” Allison Anderson z Amerykańskiego Stowarzyszenia Produktów dla Zwierząt (APPA).

Według szacunków APPA tylko w tym roku mieszkańcy USA wydadzą na psy, koty i inne zwierzaki niemal 48 mld dol. (ok. 164 mld zł). Już teraz jest to więc kwota przewyższająca wartość PKB w kilkudziesięciu państwach świata, a zdaniem ekspertów wiele wskazuje na to, że wciąż będzie jeszcze rosła. –Właściciele psów podążają także za różnymi trendami, choćby za modą na rzeczy przyjazne środowisku. To również korzystnie wpływa na naszą branżę – dodaje Allison Anderson. Taką tendencję widać zresztą od wielu lat. W ubiegłym roku „branża zwierzęca” zanotowała 45 mld dol. przychodów, a więc niemal dwukrotnie więcej niż w roku 1998.

Przeczytaj cały tekst

Recesja? Jaka recesja? – mogą zapytać amerykańscy biznesmeni, którzy wyspecjalizowali się w produkcji przedmiotów i oferowaniu usług dla mniej lub bardziej futrzastych milusińskich.

Według ostatnich statystyk w Stanach Zjednoczonych wciąż rośnie liczba osób, które mają jakieś zwierzę domowe. Są już one w 62 proc. gospodarstw, a więc przy ponad 71 mln rodzin. W przeciwieństwie do bankowców czy koncernów motoryzacyjnych przedstawiciele tej branży nie mogą więc narzekać na spadki dochodów czy choćby chwilowy zastój.

Jednym z powodów jest rosnąca w USA liczba bezdzietnych kobiet, które gotowe są przeznaczyć fortunę na swoje psy, koty czy inne zwierzaki. Właściciele pamiętają już nie tylko o urodzinach czworonoga. Kupują im prezenty także z okazji np. walentynek

– Dane, którymi dysponujemy, pokazują, że Amerykanie nie tylko nie tną wydatków na zwierzęta, ale ciągle je zwiększają. Przypuszczam, że dzieje się tak między innymi dlatego, że traktują je jak członków rodziny – mówi „Rz” Allison Anderson z Amerykańskiego Stowarzyszenia Produktów dla Zwierząt (APPA).

Według szacunków APPA tylko w tym roku mieszkańcy USA wydadzą na psy, koty i inne zwierzaki niemal 48 mld dol. (ok. 164 mld zł). Już teraz jest to więc kwota przewyższająca wartość PKB w kilkudziesięciu państwach świata, a zdaniem ekspertów wiele wskazuje na to, że wciąż będzie jeszcze rosła. –Właściciele psów podążają także za różnymi trendami, choćby za modą na rzeczy przyjazne środowisku. To również korzystnie wpływa na naszą branżę – dodaje Allison Anderson. Taką tendencję widać zresztą od wielu lat. W ubiegłym roku „branża zwierzęca” zanotowała 45 mld dol. przychodów, a więc niemal dwukrotnie więcej niż w roku 1998.



Od moderatora:
W związku z wyborami na urząd Prezydenta RP informujemy, iż w okresie ciszy wyborczej tj. w okresie 24 godzin poprzedzających dzień wyborów i aż do chwili zakończenia głosowania zabronione jest prowadzenie agitacji politycznej na rzecz kandydatów w jakiejkolwiek formie.

Publikacje na blogu jakichkolwiek komentarzy mających charakter agitacji wyborczej może zostać uznana za naruszenie przepisów oraz stanowi czyn zagrożony karą grzywny.
(Art. 76b ust. 2 i art. 77 ust. 1 ustawy z dnia 27 września 1990 r. o wyborze Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej tj. Dz. U. z 2010 r. Nr 72, poz. 467.)
Dziękujemy za wszystkie komentarze, a w razie pytań prosimy o kontakt na moderatorzy@rp.pl .

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Amputacja „dla urody”

24 cze 2010

Pies merdający ogonem lub – w zależności od rasy – ogon merdający psem i uszy falujące na wietrze: z tym nam się kojarzy pies szczęśliwy.

Dzięki uszom i ogonowi pies jest bardziej „czytelny” dla ludzi i dla swoich współbraci. Skąd zatem obyczaj „poprawiania” psiej urody, czego zresztą zakazuje ustawa?

Zwolennicy – wśród nich znani hodowcy psów – twierdzą, że zabiegi kopiowania (czyli amputacji, bo trzeba to nazywać po imieniu) przeprowadzane we wczesnym szczenięctwie nie są specjalnie bolesne. Infekcje, które mogą w przyszłości zaatakować naszego psa, mają powodować silniejszy ból niż samo kopiowanie.

Dziwna ta ludzka wrażliwość – z jednej strony, razem z naszym maleńkim dzieckiem płaczemy jak bobry podczas szczepienia, ale bez zmrużenia oka poddajemy psa czy kota bolesnym zabiegom chirurgicznym.

W całej Europie od 1 października 2001 r. obowiązuje zakaz kopiowania psich uszu. Zakaz dotyczący ogonów obowiązuje od 1 stycznia 2006 roku. Organizatorzy wystaw zastrzegają, by w dokumentach zgłoszeniowych była informacja, kiedy zabiegu dokonano. Jeśli operacja była przeprowadzona po tych datach, to pies nie jest dopuszczony do wystawy.

W Polsce wygląda to trochę inaczej. Ustawa co prawda obowiązuje, ale psy z kopiowanymi ogonami i uszami są wpuszczane na ringi wystawowe. Oceniane są wspólnie. Niestety przy równej ocenie, te kopiowane uzyskują wyższą lokatę („Psy rasy i wychowanie” Lubomir Smyczyński, wydanie poprawione i uzupełnione, Warszawa 1981 r.).

Sytuacja może ulec zmianie, bo 20 lutego 2010 roku, podczas Walnego Zgromadzenia Polskiego Klubu Psa Rasowego, przyjęto uchwałę: „Zakaz prezentowania, a tym samym wystawiania na wystawach Polskiego Klubu Psa Rasowego psów kopiowanych”. Czas pokaże, czy uchwała będzie przysłowiowym światełkiem w tunelu.

Ustawa z dnia 21 sierpnia 1997 r. o ochronie zwierząt zajęła się chirurgicznymi zabiegami na zwierzętach. W art. 27. (rozdział 8.) jest napisane: „Zabiegi lekarsko-weterynaryjne na zwierzętach są dopuszczalne dla ratowania ich życia lub zdrowia oraz dla koniecznego ograniczenia populacji i mogą być przeprowadzane wyłącznie przez osoby uprawnione”.

Ustawa wyraźnie mówi o zabiegach ratujących życie, ale Polak potrafi… i nagle okazało się, że tak wielu np. dogom trzeba ucinać uszy ze względów zdrowotnych.

Internetowe strony hodowców pełne są jeszcze kopiowanych uszu, ale powoli pojawiają się tam i kłapciate.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kibicu: maluj twarz, nie zwierzęta!

13 cze 2010

Do kibiców pomalowanych w barwy ukochanej drużyny zdążyliśmy się przyzwyczaić, a nawet to polubić. Apelujemy jednak: oszczędźcie zwierzęta.

Warto pamiętać, że taki zabieg może być dla zwierzaków nie tylko nieprzyjemny, ale i niebezpieczny.

Grupa nigeryjskich kibiców nie została wpuszczona na sobotni mecz piłkarskich mistrzostw świata z Argentyną. Na stadion w Johannesburgu (RPA) chcieli wnieść żywe kurczaki pomalowane na zielono – w narodowych barwach Nigerii. Sprawę opisuje Reuters.

- Podczas mistrzostw świata we Francji w 1998 roku nikt nie robił problemów z tego powodu – mówi John Okoro, autor pomysłu i właściciel zwierząt.

Spytany o los ptaków powiedział: „Na pewno nie będę ich jadł. To moje zwierzaki domowe. Sprezentuję je jednemu z przyjaciół”. Nie sprecyzował, co zrobi z nimi przyjaciel.

Na podobny pomysł wpadł jeden z kibiców Holandii. Jak pisze AFP, mieszkaniec holenderskiego miasta Middelburg pomalował na pomarańczowo pióra mewy, dla uczczenia mundialowego startu narodowej drużyny „Oranje”. Ptaka trzeba było poddać specjalistycznej terapii w klinice weterynaryjnej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Śmierć w nagrzanym aucie

11 cze 2010

Właściciele psów zapominają, że zostawienie w zamkniętym nagrzanym aucie może dla zwierzęcia oznaczać wyrok śmierci

Siedem psów zostawiła w upale w aucie mieszkanka Słupska. Czworonogi (samojedy i nowofunlandy) były zamknięte w fordzie transicie zaparkowanym na ul. Świętokrzyskiej w Warszawie.

W środku auta temperatura sięgała 50 stopni Celsjusza, okna były zamknięte.

Zaalarmowani policjanci otworzyli pojazd, następnie straż dla zwierząt zabrała psy do swojego schroniska. Stan dwóch był ciężki, trafiły do lecznicy. Jeden z nich zdechł.

Policjanci zatrzymali właścicielkę pojazdu, 25-letnią Danielę G. Kobieta prawdopodobnie usłyszy zarzut znęcania się nad zwierzętami. Grozi za to do roku więzienia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rząd obwinia o powódź bobry. Bronią ich ekolodzy i myśliwi

7 cze 2010

Pierwsze zwierzęta, które szef MSWiA ogłosił „największymi wrogami wałów”, mogły zginąć już w poniedziałek, ale łowczy odmówili strzelania.

Zlecenie wybicia 20 bobrów żyjących wzdłuż nadodrzańskich umocnień w Zachodniopomorskiem trafiło w piątek do szczecińskich kół łowieckich Bielik i Trop. Wydał je Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych w Szczecinie. Powód? Jak twierdzi dyrektor Tomasz Płowens, bobry podziurawiły wały na odcinku 9 km wzdłuż Odry, ryjąc w nich kilkumetrowe dziury, a co roku straty spowodowane przez te zwierzęta sięgają dziesiątków tysięcy złotych.

– Trzeba coś w końcu z tym zrobić, więc choć żal mi bobrów, ważniejsze jest bezpieczeństwo ludzi – tłumaczy Płowens. Twierdzi, że zwierzęta rozmnożyły się ponad miarę, nie mając naturalnego wroga – wilka.

Odstrzał miał się zacząć teraz i zakończyć do 30 czerwca. Ale wiele wskazuje, że do niego nie dojdzie, bo wilkiem bobrom nie chcą być myśliwi. Alojzy Pietras, łowczy z koła Bielik, mówi wprost, że odmówi odstrzału. – Kto wymyślił, by strzelać do bobrów w okresie rozrodczym – oburza się. – Pan by strzelał do matki z młodymi? I w ogóle na jakiej podstawie mielibyśmy odstrzeliwać bobry, które przecież są cały rok pod ochroną?

Pietras podkreśla, że sposobu strzelania do bobra nie reguluje nawet regulamin łowiecki. Jego zdaniem decyzja o odstrzale jest sprzeczna z przepisami i została podjęta, żeby przykryć ludzkie zaniedbania. Uważa, że przed ewentualnym odstrzałem konieczne byłyby naukowe badania, a nawet zmiana ustaw. Boli go też, że na strzelanie do bobrów zgodziła się instytucja z dopiskiem „ochrony środowiska”.

Ma na myśli Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska (RDOŚ) w Szczecinie. Jak twierdzi jej rzeczniczka Agata Suchta, zgodę na odstrzał wydano po przeprowadzeniu „stosownego postępowania” na podstawie przepisów dopuszczających go w przypadku zagrożenia ludności. Nie wiadomo jednak, czy poprzedziły ją analizy, czy wystarczyły argumenty szczecińskich meliorantów.

Ekolodzy uważają, że decyzja o odstrzałach ma charakter propagandowy. Przywołują wypowiedź Jerzego Millera, szefa MSWiA, który niedawno powiedział o bobrach: „To zwierzątko, które zagnieździło się na całej długości wałów Wisły i Odry, drąży kanały, w związku z czym wały przypominają ser szwajcarski”.

– Kiedy powódź obnażyła ludzkie zaniedbania, ktoś najwyraźniej sobie wymyślił, że trzeba znaleźć winnego – uważa Paweł Średziński z organizacji ekologicznej World Wildlife Fund Polska. – Tymczasem takie decyzje bez wiarygodnego uzasadnienia to niebezpieczny precedens.

WWF oprotestował już podobne decyzje o odstrzale bobrów, jakie zapadły w stosunku do 25 gmin nadwiślańskich w Pomorskiem i Kujawsko -Pomorskiem, gdzie decyzje odpowiednich RDOŚ nawet nie określają limitów zwierząt do odstrzału. „Powtarzane przez polityków i lokalną administrację mity na temat bobra sprawiły, że robi się wszystko, aby wydano zgodę na odstrzał tych zwierząt” – podał w swoim oświadczeniu WWF. Według ekologów jednym z głównych powodów strat przy powodziach jest „niekontrolowane zagospodarowywanie zagrożonych obszarów”.

Badacz bobrów dr Andrzej Czech uważa, że dzięki ich licznym tamom na rzekach skala powodzi jest nawet mniejsza. Na stronie internetowej Bobry.pl przywołuje ironiczny artykuł z niemieckiego tygodnika „Der Spiegel”, gdzie opisano, jak polskie władze winią bobry za skutki powodzi. Czech komentuje: „Niemcy śmieją się z ministra” i podkreśla, że „jakoś podczas powodzi w Niemczech nikt na to nie wpadł, że winne były właśnie bobry, a jest ich u nich sporo”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Klonują na potęgę

1 cze 2010

Państwa finansują klonowanie zwierząt, by wzmocnić swój prestiż.

Iran klonuje 4 tysiące psów wyspecjalizowanych w wykrywaniu narkotyków – ogłosił Mohammad Hossein Nasr-Esfahani, szef instytutu badawczego Royan. – To zaszczyt dla Iranu, osiągnięcie możliwe dzięki wierze we własne siły – cytuje go Radio Wolna Europa.

Informacja jest nieco zaskakująca, bo w islamie pies uchodzi za zwierzę nieczyste, a właściciele tych czworonogów byli w Iranie wielokrotnie piętnowani. Wszystko wskazuje jednak na to, że władze robią czasem wyjątki – szczególnie gdy chodzi o prestiż państwa, który niewątpliwie wzmacniają udane eksperymenty naukowe.

Iran jako pierwszy kraj na Bliskim Wschodzie chwalił się udanym sklonowaniem owcy. Naukowcy otrzymali na to specjalne zezwolenie od szyickich duchownych. Było to w 2006 roku, dziesięć lat po urodzinach w Szkocji owieczki Dolly – pierwszego na świecie ssaka sklonowanego z komórek ciała dorosłego osobnika. Irańczycy chwalili się też później sklonowaniem kozy.

Do informacji o udanych eksperymentach z psami, i to na taką skalę, europejscy naukowcy radzą jednak podchodzić z dużą ostrożnością.

– Psy to jedne ze zwierząt najtrudniejszych do sklonowania – mówi “Rz” profesor Piotr Stępień z Instytutu Genetyki i Biotechnologii Uniwersytetu Warszawskiego. – W 2005 roku Koreańczycy użyli 1000 embrionów i 122 samic, z czego uzyskali tylko trzy ciąże. Jedna zakończyła się poronieniem, drugie szczenię zdechło zaraz po urodzeniu, a trzecie było chore. Zrobienie 4000 klonów byłoby poza tym niebotycznie drogie. W ubiegłym roku para z USA zapłaciła Koreańczykom za sklonowanie swojego labradora aż 155 tysięcy dolarów – podkreśla.

Według ekspertów Iran prowadzi takie eksperymenty i chwali się nimi głównie ze względów prestiżowych, gdyż z punktu widzenia czysto ekonomicznego nie mają one sensu. Hodowla psów jest prosta i niedroga. Bez porównania taniej jest skojarzyć dwa psy osiągające dobre wyniki w wyszukiwaniu substancji odurzających, a ich potomstwo odpowiednio potem wytresować, niż dokonywać skomplikowanego klonowania z użyciem wielkiej liczby samic i embrionów.

Również instytuty badawcze innych państw dokonują eksperymentów z klonowaniem szczególnie wartościowych okazów. Władze Hiszpanii z dumą ogłosiły niedawno narodziny pierwszego byczka – klona byka walczącego na korridzie. Wyprodukowanie kopii andaluzyjskiego czempiona Vasito zajęło naukowcom z Walencji trzy lata i kosztowało 28 tysięcy euro.

– Jest zdrowy, czarny jak węgiel i stanowi perfekcyjną kopię – cieszył się Vicente Torrent z zespołu genetyków. Inni naukowcy ostrzegają jednak, że ewentualne choroby u byczka mogą się objawić później.

Fani walk byków zareagowali na wiadomość o urodzeniu klona euforią, a obrońcy praw zwierząt – oburzeniem. Zadowolenie tych pierwszych nieco jednak przygasło, gdy okazało się, że drugi klon Vasito urodził się martwy. – Fani korridy mają nadzieję, że klony byków czempionów będą miały w genach ich agresywność. Ale ponieważ klony są najczęściej nękane chorobami, trzeba będzie je ze sobą krzyżować, by dopiero w następnym pokoleniu uzyskać zdrowe byki. Powstaje więc pytanie o sens całej operacji, skoro i tak na koniec wracamy do kojarzenia zwierząt ze sobą – zauważa profesor Stępień.

Pokusa tworzenia klonów bierze jednak górę.

We Francji firma Cryozootech klonuje potomstwo najlepszych koni wyścigowych. Nowozelandzkie stowarzyszenie Globe Derby Society zabiega o zmianę tamtejszych przepisów, by utorować drogę do tworzenia kopii rodzimych czempionów. Według ekspertów Unii Europejskiej materiał genetyczny sklonowanych zwierząt może się bardzo szybko rozpowszechnić w stadach bydła hodowlanego w celach konsumpcyjnych. Niewykluczone, że takie mięso trafiło na unijne rynki.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Myśliwi źli na marszałka

22 maj 2010

Czytaj i komentuj także: Komorowski rzuci krwawe hobby?

Użytkownicy portali łowieckich oskarżają Bronisława Komorowskiego o koniunkturalizm. Burzę wywołała deklaracja jego sztabu, że kandydat PO zamieni strzelbę na aparat fotograficzny.

Po polowaniu. Fot. Marian Zubrzycki/Fotorzepa

Po polowaniu. Fot. Marian Zubrzycki/Fotorzepa

„Rz” ujawniła, że ekolodzy i obrońcy zwierząt wzywają marszałka kandydującego na urząd prezydenta do rezygnacji z myślistwa. Sztab Komorowskiego szybko zadeklarował, że pod wpływem rodziny postanowił zamienić strzelbę na aparat fotograficzny.

Na portalach łowieckich zawrzało. „I to ma być prezydent RP. Żenada. Facet bez charakteru. I czego się nie robi dla kariery” – pisze jeden z internautów. „Lepiej mieć głosy głupich paniusi, co to o każdym zwierzęciu mówią: oj, biedna sarenka lub biedny kotek, niż głosy zaledwie stu tysięcy myśliwych” – pisze rozgoryczony „Leśnik1”.

– Łowiectwo to nie jest takie hobby jak zbieranie znaczków, które można z dnia na dzień porzucić – mówi myśliwy Jan Piosik z Poznania. – To sposób na życie, kultywowanie tradycji, przyjaźni na całe życie.

Wyrozumiały dla marszałka jest poseł SLD Stanisław Wziątek, sam zapalony myśliwy. – Jeśli podjął taką decyzję, to szkoda. Ale ma do niej prawo – mówi „Rz”. – Mam tylko nadzieję, że nadal będzie wspierał idee polskiego łowiectwa, z którymi przez tyle lat był związany.

***

Małgorzata Kidawa-Błońska, rzeczniczka sztabu Komorowskiego, w rozmowie z Robertem Mazurkiem:

Bronisław Komorowski też ma zwierzęta. Głównie wypchane.

Nie ma wypchanych zwierząt.

Wiem, ma psa. Jest myśliwym.

Proszę pana, myślistwo jest z człowiekiem związane od początków naszej historii! Ludzie tak zdobywali pożywienie.

Chce pani powiedzieć, że marszałek poluje z głodu? Prof. Środa mówi po prostu, że Kaczyński zwierzęta kocha, a Komorowski kocha je zabijać.

To prastara polska tradycja, której hołdowali królowie spoczywający dziś na Wawelu czy przedwojenni prezydenci. Myśliwi wykonują mnóstwo potrzebnej roboty, chroniąc gatunki zagrożone przed drapieżnikami.

Skoro to takie pożyteczne, to czemu Grzegorz Schetyna naciskał na Komorowskiego, by przestał polować?

Widocznie tak samo jak pan nie lubi polowań.

Czytaj fragment i całą rozmowę (Plus Minus, dostęp płatny)

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Testy DNA na wojnie z psimi odchodami

22 maj 2010

Jak zmusić właścicieli psów, by sprzątali po swoich pupilach? Głowią się nad tym nie tylko zarządcy polskich osiedli i parków.

Na niebanalny pomysł wpadli niedawno członkowie zarządu apartamentowca Scarlett Place w drogiej dzielnicy Baltimore w Stanach Zjednoczonych.

Zamiast prosić i apelować, zaproponowali, by wszystkim psom pobrać próbki DNA. Po co? Otóż niesprzątnięta psia kupa byłaby wysyłana do laboratorium. Tam dzięki tej samej technologii, za pomocą której ustala się sprawców morderstw, stwierdzano by, jak się wabi producent nielegalnych odchodów i kto jest jego właścicielem. Ten ostatni musiałby zapłacić 500 dolarów (ok. 1600 zł) kary.

„Niektórzy myślą, że to zabawne. Ale wydaje się że to rozsądny sposób, by powiedzieć: to twoja psia kupa i to ty jesteś za nią odpowiedzialny” – przekonywał reportera „The Baltimore Sun” Steve Frans, autor niekonwencjonalnego pomysłu.

Na wydatki musieliby się jednak przygotować także porządni właściciele czworonogów. Najpierw musieliby bowiem zapłacić 50 dolarów za testy, a potem 10 dolarów miesięcznie za zbiórkę odchodów i analizy laboratoryjne. Mieszkańcy apartamentowca na razie są więc pomysłowi niechętni.

Na użycie testów DNA do identyfikacji nielegalnie pozostawionych psich kup już w 2008 roku zdecydowało się izraelskie miasto Petach Tikwa. Z kolei w Wielkiej Brytanii niektóre rady miejskie do odnajdywania beztroskich właścicieli psiaków używają kamer monitoringu lub tajnych patroli.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop