Posts Tagged „Tusk”<

Nadstawianie policzka

18 lut 2012

Subotnik Ziemkiewicza

Pan premier − ha! − wyprowadził nowy pijarowski sztych. Na nieoczekiwanej konferencji prasowej oznajmił, że zmienił zdanie w sprawie ACTA i teraz jest przeciw.

Czy z tego sprzeciwu zamierza wyciągnąć jakieś konkretne wnioski? Nie, bo jednocześnie oznajmił − ale półgębkiem i to już nie wszyscy dosłyszeli − że nie widzi możliwości wycofania polskiego podpisu spod tego dokumentu, ale na szczęście układ „nie narzuca obowiązku szybkiej ratyfikacji”. Czyli bez względu, czy premier deklaruje „za”, czy „przeciw”, jesteśmy w tym samym punkcie: dokument podpisany i w dużej części obowiązuje, a pan premier będzie „wstrzymywał ratyfikację”. Ale lizusy władzy z „opiniotwórczych” mediów ile sił w  płucach trąbia już przeciwnikom ACTA że odnieśli sukces i mogą w poczuciu zwycięstwa wreszcie się uspokoić. Kto głupi, może uwierzy − jak uwierzył Ruch Palikota w happeningowy wiec „poparcia dla Tuska” w sprawie ACTA, zorganizowany przez „Gazetę Polską”, w śmiertelnie poważnym oświadczeniu potępiające wiecujących za sugestię, jakoby protesty przeciwko ACTA były spiskiem zagrożonych kastracją pedofilów i kiboli. Usilnie, trzeba przyznać, stara się niegdysiejszy dyżurny happener Tuska wkręcić w protesty przeciwko swojemu byłemu szefowi, a jak marzenia się spełnią, to może i przyszłemu koalicjantowi; ale, jak to mówił Marlowe, ciężka praca nie zastąpi talentu.

W każdym razie, protestujący muszą zrozumieć, że żądają niemożliwego. Premier się z nimi zgadza, ale przedstawić układu do ratyfikacji i kazać swoim posłom zagłosować przeciw − co jest jedynym w tej chwili możliwym załatwieniem sprawy − przecież nie może, bo jeszcze z następnego szczytu wróciłby nie poklepany. A to by była dla niego za duża trauma.

Podobnie jest z tymi „konsultacjami” w sprawie podniesienia wieku emerytalnego. Bynajmniej nie chodzi w „konsultacjach” o to, żeby władza mogła się dowiedzieć, co o tym myśli społeczeństwo. Konsultacje polegać mają na wytłumaczeniu społeczeństwu przez władzę − ze strony której zniżenie się do takiego tłumaczenia samo w sobie stanowi wielką łaskę − dlaczego decyzja de facto już podjęta, bo obiecana naszym zachodnim protektorom, jest jedynie słuszna i wszyscy mają się na nią entuzjastycznie zgodzić. Przypomina to „konsultowanie” reform społecznych, jakie uprawiał Jaruzelski. I klasyczną komunistyczną definicję wolności w najlepszym z ustrojów, mówiącą, iż wolność to uświadomiona konieczność. Oto właśnie chodzi, żebyśmy sobie uświadomili, że podniesienie wieku emerytalnego jest konieczne. Inaczej mogłoby zabraknąć kasy na odprawy dla budowniczych stadionów, na pół miliona utrzymywanych przez państwo urzędników i setki tysięcy pasożytów z „biurowej klasy średniej”, których bezproduktywny dobrobyt jest sprawą kluczową dla utrzymania na wysokości sondażowych słupków władzy.

Tak, jak pan premier skłonny jest przyznać, że ACTA jest do bani, tak pan wicepremier Pawlak przyznaje szczerze, że państwowe emerytury to wielka lipa i on nie jest taki głupi, żeby na nie liczyć. Swego czasu zresztą to samo nieco innymi słowy przyznał w TVP Info drugi wicepremier, pan Rostowski. Czy ze swej wiedzy, mówiącej, że prędzej czy później ZUS i tak musi zbankrutować, wyciągną oni jakieś konkretne wnioski? Ludzie uczciwi na ich miejscu powiedzieliby: skoro to się nie może udać, to trzeba ratować co się da dla przyszłych emerytów jak najszybciej. Wiadomo, jak − zlikwidować skazany na bankructwo ZUS, sprzedać te wszystkie marmurowe pałace i rozpuścić legion urzędników, a wypłatę świadczeń przenieść do budżetu państwa, bo i tak to budżet państwa je wypłaca, dopłacając tylko za niepotrzebne pośrednictwo. System kapitałowy zapowiadał się świetnie, ale zdechł, trzeba przejść na system kanadyjski, co obaj urzędujący wicepremierzy publicznie przyznali. (Nawiasem mówiąc − kiedy Kaczyński sadzi babole, jak o skuteczności SB, to jest najbardziej cytowanym politykiem w tej części świata, ale jak mówi mądrze, a w sprawie emerytur tak akurat mówi, to „opiniotwórcze” media nagle go przestają zauważać. Ewentualnie napomkną coś zblazowanym tonem, że PiS nie zajmuje się ważnymi sprawami, tylko w kółko o tym Smoleńsku).

No, ale żaden z wicepremierów nie musi postępować według własnych słów. Liczą na swoje oszczędności oraz, jak sam to żartobliwie nazwał Rostowski, na „czwarty filar”, czyli dzieci. Jak ktoś ma oszczędności albo dzieci wyposażone w obywatelstwo kraju, który nie podpisał paktu fiskalnego, względnie w „zielone karty”, może na cały cyrk z polskimi emeryturami patrzyć ze zdrowym dystansem. A nawet dla jaja urządzić mały teatrzyk na sejmowej trybunie, żeby trafić na wszystkie możliwe pudelki.

A dla pana premiera sprawa podniesienia wieku emerytalnego w roku 2040 stała się sprawą prestiżową. Musi w końcu pokazać Unii, by dowieść, jak bardzo się nadaje na jakieś wysokie stanowisko w Brukseli, że nie rejteruje przed byle pomrukiem niezadowolenia, nie dostaje palpitacji, gdy tylko zachwieje mu się słupek. O nie, pan premier w tym tygodniu wystąpił we wcieleniu stanowczym. Powiedział − sam słyszałem, choć musiałem się mocno szczypać w udo, czy nie śnię − że on nie ma szacunku dla takich polityków, którzy się kierują popularnością, uciekają przed ważnymi reformami, nie podejmują poważnych wyzwań. O nie, on nie jest taki! On − śmiało, byka za rogi! Reformy są konieczne i potrzebne, i on nie ugnie się przed populistami, jak nie ugiął się w sprawie ACTA i żadnej innej.

Mimo sińców od tego szczypania, wciąż nie mam pewności, czy córki nie przełączyły mi telewizora i czy to przypadkiem nie był król Julian z „Pingwinów z Madagaskaru”… Ale chyba jednak Tusk, niestety, chociaż bardzo podobny.

Zadzwonił do mnie znajomy inżynier, czy słyszałem zapowiedź ministra Nowaka, że jeśli się na euro nie uda skończyć nawierzchni na autostradach, to puści się ruch po tym, co będzie. No słyszałem, i co? No to, rwie z głowy włosy on, że to absurd, kretynizm, nonsens, wielomilionowe straty, po paru tygodniach całą budowę trzeba będzie zaczynać od zera!

No i co? Chcieli Polacy, żeby znowu było jak za Gierka − i proszę. Stadion się zrobi jak zapowiedziano na sławną rocznicę, a potem szlag z nim, niech się rozsypie. Koszty się zmniejszy, nie płacąc na razie wykonawcom − zapłaci im się później z odsetkami, jak sprawa przycichnie i powszechna uwaga zwróci się gdzie indziej. No, chyba, że nie będzie z czego. Ale jak nie z ma z czego, to naprawdę, czystym populizmem jest wyskakiwanie do władzy z jakimiś pretensjami, że nie ma z czego wypłacać emerytur. „Cham się uprze i mu daj! No skąd wezmę, jak nie mam?”

Cóż, to już nie te czasy, kiedy ludzie skompromitowani strzelali sobie w głowę. Obecne polskie „elity” (w tym sensie, powtarzam, w jakim elitą PRL była nomenklatura i bezpieka − zresztą to nadal to samo towarzystwo, tylko w kolejnym pokoleniu) tworzą ludzie, którzy w ostateczności, jeśli już, strzelić sobie mogą tylko w policzek. I to nadstawiwszy go i upozowawszy bardzo starannie, aby broń Boże nie porysować sobie szkliwa, i już za parę godzin móc dumnie prezentować świeżego sznyta na nieoczekiwanej konferencji prasowej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Cztery w skali Gargamela

30 lip 2011

Subotnik Ziemkiewicza

Premier w końcu wylał z rządu Bogdana Klicha, ale zapewnił przy tym, że Klich był bardzo dobrym ministrem, a przy tym człowiekiem honoru, i że w najmniejszym stopniu nie ponosi odpowiedzialności za katastrofę smoleńską. Nie powinno to dziwić, Tusk przecież pozbywa się tylko tych ministrów, którzy nic złego nie zrobili i nie odpowiadają za żadne błędy. To znaczy, wysyła ich na ważniejsze odcinki, żeby nikt nie wątpił, że przesuniecie z rządu do klubu parlamentarnego jest formą nagrody za osiągnięte sukcesy, jak to było podczas afery hazardowej (jakiej afery hazardowej? − ktoś może spyta. Tej, której nie było, wyjaśniam). Pamiętam tylko jeden jedyny wypadek, gdy premier zdymisjonował ministra złego, pana Ćwiąkalskiego, ale to dawno – od tego czasu dymisjonuje już tylko ministrów dobrych. Widocznie szybko sobie uświadomił, że gdyby zaczął dymisjonować złych, to z rządu niewiele mu zaraz zostało.

W tej sytuacji − gdy zagrożeni są ministrowie dobrzy − obawiam się poważnie o Radosława Sikorskiego. Na szczęście do pełni ideału brakuje jeszcze Sikorskiemu, i to go może uratuje, jednego drobiazgu − panowania nad własnym językiem. To częsty problem u polityków, kiedy największym wrogiem staje się własny nieposkromiony język. W niecały tydzień po urządzeniu farsy pod tytułem „bronimy Polski przed oszczerstwami księdza Rydzyka” pan minister pojechał na Zachód opowiadać, że co tam Breivik, w tej dzikiej Polsce, ho, ho, to się od takich Breivików aż roi. I jeszcze na dodatek walnął, że internet to kloaka. Niech ktoś z przyjaciół ograniczy ministrowi dostęp do twittera, bo zaraz napisze ekspressis verbis, że mieszkańcy tej kloaki tylko jedną ręką popijają piwko, a drugą oglądają gołe baby i jako tacy w ogóle nie powinni mieć prawa głosu. A to wprawi w niejaki dyskomfort cały tłum niezależnych funkcjonariuszy prorządowego dziennikarstwa, którzy jeszcze niedawno za tak niecne sugestie pod adresem młodych wykształconych z fejsbuka pryncypialnie wyklinali Kaczyńskiego.

A przecież niezależni prorządowi dziennikarze i tak już są w wystarczającej konfuzji, jak tu dogodzić władzy, kiedy władza wydaje się sama nie wiedzieć, czego chce. Pod tym względem sporo schadenfreude dostarczało obserwowanie, jak pracownicy tzw. wiodących mediów nie byli w stanie przez cały piątek utrafić w odpowiedni ton; a już jak szczególny problem mieli z zadaniem premierowi na konferencji trafnego pytania, takiego, żeby się wreszcie troszkę rozchmurzył. Poszła fama, że raport Millera jednak obciąża winą Rosjan, więc zaczęli w tym duchu, ale premier zaraz pokazał, że mu takie pytania nie w smak, bo przecież zapewnił, że współpraca z Rosją układa się doskonale. Poszło, że wywala Klicha, więc TVN przez parę godzin jechała po Klichu, ale zaraz się okazało, że obciążanie winą Klicha też premierowi nie w smak, bo przecież go właśnie zdymisjonował za bycie dobrym ministrem i człowiekiem honoru. Ktoś zagadnął o obiecane przez premiera dalsze kroki, bo przecież sam obiecywał, że z raportem Millera będzie się odwoływał do instytucji międzynarodowych, i przypomnienie premierowi tej obietnicy już go wyraźnie wkurzyło na maksa. Powiedziałbym, że Tusk zaczął swą konferencję z miną mniej więcej trzy w pięciopunktowej skali Gargamela, a skończył co najmniej z czwórką; oj, zły znak dla wiodących mediów, „ze strachu mrą petersbużany!”. Nawet Katarzyna Kolendo Zalewska została zburczana za głupie pytanie, ile jeszcze osób zostanie zdymisjonowanych − no bo faktycznie, jak można nie rozumieć, że skoro dymisjonuje się ministrów dobrych, to w tym rządzie logicznie biorąc powinni zostać zdymisjonowani wszyscy, a sam premier, który wszak jest najlepszy… więc lepiej tego tematu nie tykać. No, tak czy owak, jak Kolenda jest już nie dość po linii i na bazie, to naprawdę zaczyna się robić śmiesznie. Co będzie dalej, skoro to jeszcze lipiec, a wybory najwcześniej w drugi weekend października?

Gniewna mina premiera jest całkiem zrozumiała, dziennikarze „odpowiedzialnych” redakcji najwyraźniej bowiem nie słuchali, albo tylko po łebkach, jego wiekopomnego przemówienia przy prezentacji list wyborczych Partii. Tam mieli wszystko, co potrzebne, by wiedzieć, na jakim etapie aktualnie jesteśmy i o co na takim etapie należy pytać. Ktoś wyraźnie zawalił sprawę, uznając, że wszyscy obiektywni dziennikarze w słowa przywódcy, który „musi”, wsłuchują się z oddaniem − tu się może nie mylił, ale najwyraźniej założono, że także je rozumieją, i że już nie trzeba im żadnych esemesów i przekazów dnia.

A przecież wystarczyłoby rozesłać w porę proste: Partia jednoczy wszystkie siły dobre, odpowiedzialne i propaństwowe, od lewicy do prawicy, poza nią i stronnictwami sojuszniczymi pozostaje tylko agresja i nienawiść. I wszystko jasne! Zamiast o dymisje, o Rosjan i dalsze kroki na arenie międzynarodowej pytać należało: Jak bardzo ci agresywni nienawistnicy z PiS szkodzą Polsce, kwestionując ostateczne i obiektywne ustalenia raportu? Ile to trzeba szaleństwa i nienawiści, żeby nie przyjmować do wiadomości, że owoc fachowej pracy ekspertów z komisji ostatecznie zamyka sprawę katastrofy? Jaka będzie oczekiwana przez całe społeczeństwo zdecydowana reakcja państwa polskiego na agresję i szaleństwo polskich Breivików?

Nie to, żeby oddani dziennikarze tego nie potrafili. Sądzę, że sparaliżował ich lęk, spowodowany utratą wytycznych − w końcu już nie wiedzieli po prostu, jak to jest, czy Rosjanie są dobrzy, czy źli, czy Klich jest dobry, czy zły, czy rejestratory przestały działać, czy nie przestały (sama komisja Millera po tak długich deliberacjach opowiada się za obydwoma wersjami jednocześnie, czegóż chcieć od prostych wyrobników kamery i mikrofonu); trudno im się dziwić, sławny rządowy pijar nie zadbał o wyjaśnienie tego zawczasu.

Naprawdę nie chodzi o to, że kiedy promotor Stefana Niesiołowskiego zapowiada walkę z agresją, to normalny człowiek uznałby to za zapowiedź generalnej reorientacji i czystyki, albo za schizofrenię; w takich sprawach wiodące media mają już dwój-myślenie obcykane. Ale w raporcie Millera ktoś tak długo i mozolnie nie zmieniał ani przecinka, że się w tym, jak mówił innym Miller, były premier, cokolwiek „zakuglował”. Wiodące media oczywiście szybko się ze stanu zagubienia wydobędą, już po paru godzinach wyraźnie dotarły do nich wytyczne „wajchowych” i maszyna znowu ruszyła bez większych zgrzytów, ale nauczka na przyszłość pozostała.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Optymizm zamiast rozumu

2 lip 2011
Subotnik Ziemkiewicza

„Optymizm nie zastąpi nam Polski”, mówił Józef Mackiewicz. A Donald Tusk mówi coś wręcz przeciwnego i, niestety, na razie to on jest przy głosie. Donald Tusk i jego ferajna właśnie na „optymizm” Polaków liczą, na „optymizmie” Polaków opierają wszystkie swe rachuby, i powtarzają słowa „optymizm Polaków”, „optymistyczna Polska” bez ustanku. „Nie bez racji i kozery” zresztą, bo badania eurostatu wykazują, iż „Polacy są największymi optymistami w całej Unii”.

Ja biorę ten optymizm, o którym wciąż mówi Partia, w cudzysłów, bo nadała ona staremu słowu nowe znaczenie. By je zrozumieć, proszę przypomnieć sobie początek serii arabskich rewolucji i zamieszki w Egipcie. Z ogarniętego niepokojem kraju w pośpiechu uciekali tedy turyści wszystkich możliwych nacji, poza jedną − poza Polakami. Polacy, wręcz przeciwnie, do Egiptu przyjeżdżali jak gdyby nigdy nic. Jakaś strzelanina? A co nam to, my tu mamy wykupione wczasy, to jedziemy, nam przecież się nic złego zdarzyć nie może.

Wywołało to spore zdziwienie świata, choć w gruncie rzeczy nie powinno zaskakiwać. Polacy, jako zbiorowość, mają do takich zachowań skłonność u narodów zachodnich nie spotykaną. Nie jest to bynajmniej odwaga − o odwadze mówić można, gdy ktoś zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw i mimo to, w imię jakichś wyższych potrzeb, naraża się na nie. My natomiast mamy gromadną skłonność do zwykłej bezmyślności. Do wyłażenia w wysokie góry w koszulce i trampkach, wyjeżdżania w tropiki bez szczepień, skakania na łeb do niesprawdzonej wody i siadania za kierownicą po pijaku. No bo − nam się przecież nic złego zdarzyć nie może!

Nie jest to jednak żaden optymizm, tylko głupkowata niefrasobliwość. I ta przemożna niefrasobliwość, szalbierczo utożsamiona w dyskursie Partii z optymizmem, to także część dziedzictwa postkolonialnego, jedna z cech postniewolniczej, pańszczyźnianej mentalności, którą przed laty nazwałem „Polactwem” (tak nawiasem − przerwa na reklamę − kolejne, szóste już wydanie „Polactwa” dociera właśnie do księgarń wraz z długo oczekiwanym  wznowieniem „Michnikowszczyzny”). Ludzie pozbawieni przez pokolenia wolności nie mają skąd czerpać wzorców zachowania dorosłego, odpowiedzialnego. Wielu naszych myślicieli i artystów ujmowało tę typową dla Polaka postawę beztroskiego kretyna w oskarżeniu o niedojrzałość, w pojęciach „Polski zdziecinniałej” i „życia ułatwionego”, ale moim zdaniem dopiero wskazanie na doświadczenie długotrwałego zniewolenia, trwałego wzięcia całych pokoleń pod kuratelę wszechmocnej władzy i na socjal pozwala rzecz na chłodno, bez gniewu zrozumieć.

Ta niefrasobliwa beztroska, umiejętne odwołanie się do niej, jest istotą sukcesu Tuska. Na czym bowiem polega tajemnica otrąbionego wzrostu PKB w czasie, gdy w innych krajach gospodarka zwalniała? Obok unijnych dotacji, które miały tu znaczenie pomocnicze, nakręcił polską gospodarkę, co do tego nie ma wśród ekonomistów najmniejszego sporu, popyt wewnętrzny. A co nakręciło popyt wewnętrzny? Sprzedaż detaliczna, która rok do roku rośnie o szesnaście − osiemnaście procent. Rośnie, choć realne dochody ludności wcale nie rosną, a jeśli, to nieproporcjonalnie mniej, o dwa, trzy procent. Skąd więc ten wzrosty sprzedaży? Po części oczywiście z szarej strefy, trudnej do oszacowania, ale skoro w Grecji obejmowała ona do niedawna około 40 proc. obrotów, to u nas pewnie niewiele mniej. Ale przede wszystkim z kredytów. Kredyty prywatne też bowiem brane są od lat przez Polaków na potęgę, i obecnie suma zadłużenia indywidualnego niewiele ustępuje liczonemu na 700 – 800 miliardów długowi publicznemu, przy czym w 80 proc. są to kredyty konsumpcyjne.

Dokładnie tak samo, jak z tym Egiptem. Niemcy, Francuzi, Amerykanie i inne zachodnie nacje na wieść o upadku Lehman Brothers zacukali się i zaczęli ograniczać zakupy, oszczędzać, zastępować droższe tańszym i odkładać na później kupno nowego modelu. A Polacy − nic podobnego. Władza zapewniła ich, że nie będzie źle, i Polacy chętnie w to uwierzyli, bo bardzo chcą, żeby było dobrze, bo się wciąż czują po peerelu wyposzczeni i chcą kupować, mieć, pławić się w konsumpcji i grillować.

Czy naprawdę „Polska odniosła historyczny sukces”, jak nam to uporczywie wbijają codziennie w głowy wszystkie − coraz liczniejsze − prorządowe szczekaczki? To zależy. Gdy spotkamy dawno niewidzianego znajomego, który jest lepiej ubrany, jeździ lepszym samochodem i jada w lepszych knajpach, to faktycznie możemy zobaczyć w nim człowieka sukcesu. Dopóki się nie dowiemy, że to wszystko na kredyt, że facet zastawił mieszkanie i wybrał przed czasem lokaty które miały być jego ubezpieczeniem na starość (tak, zgadliście Państwo, to oczywiście aluzja do zupełnie przez szczekaczki zignorowanej a znaczącej decyzji rządu o przeznaczeniu środków z Rezerwy Demograficznej na wrześniową wypłatę bieżących emerytur), dopóki się nie okaże, że gość ledwie daje radę spłacać odsetki i właściwie w każdej chwili może mu wleźć na te wszystkie przejawy sukcesu komornik. Wtedy zaczyna ten sukces wyglądać zupełnie inaczej.

Rzecz w tym, że postpańszczyźniane Polactwo naprawdę nie chce o tym wszystkim wiedzieć. To w jakiś sposób zrozumiałe. Nikt nie chce, by go budzić z przyjemnego snu, a tym bardziej nikt nie chce, by mu krakano, że nie pospłaca tych wszystkich rat których nabrał. Dlatego Polactwo w chwili obecnej czepia się Partii pazurami i gorliwie spija z ust Tuska i jego pomagierów zapewnienia, że wbrew wszystkiemu − będzie dobrze. A Partia, z całą sforą mniej lub bardziej świadomych odgrywanej roli propagandystów, wszystko poświęca podtrzymaniu tej wiary jeszcze przynajmniej przez kilka miesięcy, do wyborów. Wbrew wszystkiemu, wbrew przestrogom ekonomistów, wbrew ponuractwu opozycji, wbrew kursowi franka, kryzysowi euro, drożyźnie i tak dalej. Jakoś to będzie − tylko trwajcie w nastroju beztroskiej zabawy, jedzcie, pijcie i popuszczajcie pasa. Zrozumiałe, że wspierają w tym rządzącą ferajnę wpływowe kręgi na Zachodzie, bo przeciwieństwie do Grecji, która była w strefie euro, bankructwo Polski nie będzie dla Europy żadnym kłopotem. Będzie tylko okazją do zrobienia świetnych interesów. Bo przecież, tak jak i w Grecji, oczywistym i nieuchronnym skutkiem bankructwa będzie totalna wyprzedaż.

Stąd też cały ten gierkowski cyrk, wykorzystujący symboliczną „prezydencję” do odwracania uwagi od nadciągających kłopotów i duraczenia mas, że jesteśmy unijną potęgą, krajem sukcesu i w ogóle. „Niech optymizmu nowa dawka beztroski sączy w duszę jad” − bardzo by te słowa z postkomunistycznego kabareciku pasowały na motto tuskowego spektaklu prezydencji. Gdyby nie ten drobiazg, że prawdziwy jej priorytet nie jest publicznie ogłaszany.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Skrzynek nie oddadzą, ale premiera zabrać mogą

30 kwi 2011

Subotnik Ziemkiewicza

Fraza o „sztucznej mgle” z zamiłowaniem używana jest przez przedstawicieli tzw. elit do wykpiwania prób wyjaśnienia tragedii smoleńskiej.

W istocie, jeśli traktować hipotezę czysto technicznie, nie jest ona absurdalna, a tylko bardzo mało prawdopodobna. Kto był w wojsku, albo choć odrobinę się techniką wojskową interesuje, wie, że każda armia świata ma na składzie chemikalia oraz agregaty, za pomocą których można w kilku minut zamglić (bo to znacznie wydajniejsze od zadymiania) obszar wystarczający dla ukrycia sporego nawet pododdziału.

Nie ma więc z czego drzeć łacha. Rzecz nie w tym, żeby wytworzenie sztucznej mgły było technicznie niewyobrażalne, ale w tym, że nie dałoby się tego zrobić w sposób niezauważony. Jeśli nawet przyjąć, że ktoś zdołałby tak skutecznie zastraszyć okolicznych mieszkańców, by do świata nie dotarła najmniejsza nawet wzmianka o rozjeżdżających od rana okolicę wojskowych ciężarówkach, to na zdjęciach satelitarnych każdy ekspert natychmiast pokazałby, iż mgła pojawiła się w sposób nienaturalny. Potencjalny zamachowiec wywiesiłby w ten sposób ogłoszenie z przyznaniem się do winy; suponując, teoretycznie, że zamachowcem tym miałyby być rosyjskie służby inspirowane przez władzę, byłoby to tak, jakby Rosjanie sami założyli sobie stryczek i drugi jego koniec wręczyli, z prośbą o pociągnięcie w chwili dowolnej, CIA, MI-6 i służbom jeszcze kilku innych krajów. Chyba, żeby założyć, że w plan zamordowania braci Kaczyńskich i grona ich najbliższych współpracowników włączeni byli także Amerykanie, Brytyjczycy, Chińczycy, Francuzi i kto tam jeszcze dysponuje satelitami szpiegowskimi.

I tyle na temat mgły, helu i innych daleko idących teorii o domniemanym zamachu. Tytułem wstępu, bo chcę wspomnieć o problemie znacznie poważniejszym, niż te teorie.

Otóż jest pewna grupa ludzi, których nic nigdy nie wybije z przekonania, że 11 września 2001 roku cztery tysiące Żydów nie przyszło do pracy w WTC, i ten fakt wszystko tłumaczy. Są i tacy, którzy z grymasem wyższości na twarzy gaszą wszelkie dyskusje o najnowszej polskiej historii ostatecznym dowodem żydowskiego megaspisku w postaci zapisu rzekomej rozmowy Bronisława Geremka z Hanną Krall, opublikowanego w prasie stanu wojennego.

Identyczna jest mentalność części „wykształciuchów”, którzy od pierwszych chwil po tragedii całym sercem wiedzą, że tak czy owak jedynym winnym jest Lech Kaczyński. Bo niepotrzebnie się tam do Katynia pchał, bo naciskał na pilotów, a nawet jeśli nie naciskał, to sama jego obecność terroryzowała i paraliżowała wszystkich, włącznie z rosyjskimi kontrolerami lotów i ich najwyższymi przełożonymi. Ci ludzie mają swoje gazety, a nawet całodobowe radia i telewizje informacyjne, które dzień w dzień upewniają ich, że nienawiść, jaką żywią do ofiar katastrofy, jest uzasadniona i klasowo słuszna. I swoich ekspertów, tłumaczących wszystko pod założony z góry strychulec. A ktokolwiek przeczy ich wierze, jest śmiesznym oszołomem bredzącym o sztucznej mgle czy rozpylanym z samolotu helu.

Fakt, wśród wypowiadających się o katastrofie zdarzają się ludzie plotący rzeczy zupełnie nieprawdopodobne, i niestety dotyczy to nie tylko internetowych anonimów. Ale jest to nieuniknione. Taka na przykład śmierć prezydenta Kennedy’ego zbadana była i wyjaśniona wielokrotnie, wedle standardów amerykańskich, a nie sowieckich, a od prawie pół wieku daje pożywkę do głoszenia szalonych teorii różnym oszołomom, z których wielu cieszy się poważaniem i nawet dostaje oskary. Tym bardziej nie może nie obrastać w szalone teorie katastrofa, której wyjaśnianie od samego początku jest pasmem kłamstw, manipulacji, zaniedbań, naginania faktów do z góry założonej tezy o wyłącznej winie pilotów, niszczenia bądź ukrywania dowodów, nieopisanego bałaganu (co najmniej) i lekceważenia cywilizowanych procedur. Zwłaszcza, jeśli na to wszystko nakłada się jeszcze postępowanie polskich władz, trudne do wytłumaczenia nawet skrajną nieudolnością i paraliżującym lękiem przed premierem Rosji, oraz prowadzona przez wpływowe polskie media kampania insynuacji i zniesławiania ofiar tragedii.

Wiemy na dobrą sprawę tylko tyle, że klucz do poznania prawdy jest przed nami skutecznie ukrywany. Ale po roku dociekań możemy formułować pewne dość prawdopodobne hipotezy. Idą one w dwóch kierunkach. Wątek pierwszy, to błędy kontrolera lotów, potwierdzanie pilotom pozycji innej niż faktyczna, niejasności co do zapisów pracy komputera pokładowego oraz ustawienia radiolatarń, a także naprowadzanie samolotu mimo złej widoczności od strony mylącego przyrządy jaru, co raz już doprowadziło na tym lotnisku do wypadku. Wątek drugi, jak ja osobiście sądzę, kryjący klucz do zagadki, to możliwość nieprawidłowego działania sterów samolotu w chwili, gdy piloci próbowali przerwać lądowanie i odejść na drugi krąg.

W każdym razie, żadne „naciski” czy „psychologiczna presja” nic do rzeczy nie miały i mieć nie mogły. Ale, jako się rzekło, to jest tak, jak z tymi „czterema tysiącami Żydów”. Ilekroć pojawiają się nowe fakty, mogące rzucić nieco światła na sprawę, „Gazeta Wyborcza” wyskakuje z jakąś pseudosensacją (proszę sprawdzić w archiwach zbieżności dat) a to o zamierzchłym locie o Gruzji, a to o tym, co powiedział skompromitowany po wielokroć w tej kwestii szef BOR, choć sam nie widział, tylko słyszał, że tak mówili ci, co mówią, że wcale tak nie mówili.

Z tymi ludźmi nie da się dyskutować. Trzeba ich, w najlepszym wypadku, leczyć. W najlepszym, bo wciąż optymistycznie zakładam, że ich obsesyjna nienawiść do zmarłego prezydenta i jego przypadkiem ocalałego brata jest spontaniczna, a nie sponsorowana.

Ale skoro zacząłem od krytykowania nader daleko idących teorii, to na zakończenie sam taką wygłoszę. Tyle, że nie dotyczy ona samej katastrofy rządowego samolotu z prezydentem i jego gośćmi na pokładzie, ale tego, co nazywam, „katastrofą posmoleńską” i co uważam za tragedię w skutkach jeszcze dla Polski gorszą. Kolejne zagrania władz rosyjskich można opisać jako swego rodzaju testy, do jakiego stopnia można Tuskowi i jego ludziom wejść na głowę i co jeszcze z nimi zrobić; testy za każdym razem pokazujące, że można wszystko. Z takim doświadczeniem wyjechali właśnie z Priwislanskiego Kraju prokuratorzy, którzy przesłuchali tu naszych wysokich urzędników odpowiedzialnych za organizację feralnego lotu. Teraz będą opracowywać ten materiał. Znając sławną niezawisłość i rzetelność rosyjskiej prokuratury, można domniemywać, że jak długo będą go opracowywać i do czego ostatecznie dojdą, zależy od tego, jak będą się zachowywać miejscowi „partnerzy”. I gdyby na przykład premier Tusk zechciał teraz jakoś odzyskać dawno utraconą twarz, albo gdyby badania polskiej prokuratury czy komisji Millera poszły w kierunku hipotezy, że w dopiero co serwisowanym u rosyjskiego producenta samolocie zawiódł układ sterowania, to nagle może się w Moskwie odbyć konferencja, na której ogłoszona zostanie światu wina ministrów Arabskiego i Klicha, a może nawet samego Tuska.

I co wtedy zrobią nasze, z przeproszeniem, orły błotne?

Nic właśnie. Nic nie zrobią, bo już sobie wszelkie możliwości zrobienia czegokolwiek odebrali.

Nic by nie mogli zrobić nawet gdyby, jak za księcia Repnina, z nakazu swej prokuratury Rosjanie zapakowali potem Arabskiego, Klicha, a bodaj i samego Tuska do kibitki i za spowodowanie śmierci polskiego prezydenta oraz osób mu  towarzyszących przeflancowali ich do jednej celi z Chodorkowskim. Opozycja w żadnym wypadku bronić ekipy Tuska nie będzie, bo nie znajdzie ku temu powodów, zresztą sama prosiła Putina, żeby sobie zabrał premiera, a oddał czarne skrzynki (skrzynek oczywiście Rosja nie odda, no, ale dobra i psu mucha). A propagandyści dziś drący łacha z „rozpylania mgły” zaczną chórem krzyczeć, że Tusk ma krew na rękach i zawsze to mówili, a nieprawidłowości w 36 pułku, w organizacji lotu etc. od dawna są przecież dla wszystkich oczywiste i kto za nie ponosi odpowiedzialność, wiadomo. Jako najwyższe autorytety przemówią zaś do nas w wywiadach profesor Norman Davies, który ponownie skrytykuje polski obsesyjny brak zaufania do Rosjan, i profesor Brzeziński, który raz jeszcze dobrotliwie pouczy, że cały demokratyczny świat ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej na czele oczekuje po nas dobrych stosunków z Rosją, że stosunki te traktowane są jako probierz naszej dojrzałości do bycia podmiotem międzynarodowej polityki, i że w żadnym wypadku nie powinniśmy ulegać emocjom.

Kpię sobie? Jasne. Jak wielokrotnie powtarzałem, kpina jest jedyną bronią kompletnie bezsilnych. Absurdy? Oczywiście. Ale, niech sobie każdy z ręką na sercu spróbuje wyobrazić, gdyby tak rok temu jakiś prorok opowiedział mu dokładnie, co się przez najbliższy rok w śledztwie smoleńskim zdarzy, co zrobią Rosjanie, co nasze władze polityczne, a co tzw. autorytety i media − czy nie uznałby wtedy jego słów za kompletne absurdy i brednie?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop