Posts Tagged „Rafał A. Ziemkiewicz”<

Wirtualny Dziki Zachód

4 lut 2012

Subotnik Ziemkiewicza

Dawno, dawno temu, kiedy przez świat przewalała się fala bezmyślnego zachwytu, że Internet raz na zawsze przyniesie ludziom całkowitą i nieskrępowaną wolność słowa i w ogóle wszystkiego, ja pozwoliłem sobie krakać. Guzik tam, pisałem wtedy, podobnie się ludziom wydawało, gdy wynaleziono druk, i proszę − okazało się, że można książki palić, razem z drukarniami i drukarzami, można cenzurować, można poddać kontroli jakiegoś politbiura, który je wypełni od deski do deski propagandowymi kłamstwami… I z Internetem można tak samo. A jeśli się komuś dziś (to znaczy paręnaście lat temu) wydaje, że nie można, to tylko dlatego że na razie się nikomu za Internet wziąć nie chciało. Ten tekst był przedrukowany w zbiorku „Frajerzy” i kto ciekaw może go tam znaleźć.

Tak więc ACTA wcale mnie nie dziwi. Także i to, że regulacje umożliwiające wielkim koncernom odgrywanie roli „światowego żandarma” cyberprzestrzeni usiłuje się wprowadzić chyłkiem, podpięte do umowy handlowej, dotyczącej zasadniczo zupełnie czego innego. Możnowładcy świata, w którym demokracja jest już tylko pozorem (jak pozorem była republika rzymska za Cezarów) nie zamierzają na dłuższą metę tolerować wirtualnych dzikich pól. Jakieś cyber-Sherwood, gdzie będzie się skryje paru Robin Hoodów ery cyfrowej, to jeszcze tak. Ale ze wszystkich sił będą dążyć, żeby sieć jako całość została „ucywilizowana”, pokryta systemem urzędów i posterunków policji − tak, jak swego czasu „ucywilizowany” został Dziki Zachód. Swego czasu mieszkańcy „Starego Zachodu” (bo tak nazywali Pogranicze sami Amerykanie) przyjmowali tę cywilizację z wdzięcznością, tak chcieli ukrócenia bezprawia i bandytyzmu; do dziś takie skojarzenie pozostaje w przywoływanym pojęciu. A tymczasem, jeśli ktoś dogrzebie się do twardych danych, dostępnych w pracach historyków, tak naprawdę ten rzekomo „dziki” zachód stanowił krainę zgoła bukoliczną w porównaniu z inwazją zbrodni i przemocy jaką przyniosło ze sobą ucywilizowanie. Nie mówię już o czasach współczesnych ani o okresie prohibicji, ale o, powiedzmy, przełomie stuleci XIX i XX, czasach „gangów Nowego Jorku”. Dodge City czy Tombstone to przy nich pagórek teletubisiów.

Trzeba chronić prawa autorskie… Pewnie, trzeba. Sam mógłbym dołożyć swoje do listy żalów artystów, bezradnie obserwujących tupet ludzi, którym wydaje się, że piosenki, książki czy filmy to coś, co się po prostu bierze („to jest kasabubu, chłopie, tego się nie »zarabia«, to się po prostu bierze frajerom” − uczy jeden uliczny oprych drugiego w „Mechanicznej Pomarańczy”). Mój wydawca twierdzi, że jeden tylko serwis „chomikuj.pl” rąbnął mnie już na kilkadziesiąt tysięcy złotych. Liczył to ostatnio dokładnie, przygotowując jakieś pozwy (nawiasem, bez czekania na ACTA). Pewnie, że wolałbym mieć te pieniądze w kieszeni.

Z drugiej strony jednak, trudno by było mnie samemu wyjaśnić takiemu „chomikującemu”, czym przeczytanie mojej książki za darmo z Internetu różni się wypożyczenia jej ze szkolnej biblioteki. Z mojego punktu widzenia to to samo: dwa-trzy złote, zależnie od tytułu, do tyłu. Ale do wypożyczania z bibliotek wszyscy zachęcają i głaszczą po główce, a ściąganie z sieci nazywają złodziejstwem. Takich pytań, na które nie umiałbym odpowiedzieć, jest więcej. Dlaczego by legalnie kupić e-book trzeba zapłacić tyle samo, co za książkę papierową? Mój zarobek w obu wypadkach jest taki sam, w cenie książki papierowej mieści się cena papieru, druku, transportu, magazynu; na logikę e-book powinien być o tyle tańszy. Czy to jakaś zmowa wydawców, żeby e-booki nie zmiotły z rynku książek tradycyjnych? A dlaczego płyta CD kosztuje pięć − siedem dych, skoro artysta ma z tego nie więcej niż kilka złotych, a tłoczenie i cała reszta kosztuje jeszcze mniej? A dlaczego za puszczanie w sklepie czy salonie fryzjerskim radia ściąga się haracz, skoro radio już raz za prawo emisji tej muzyki zapłaciło, i kto naprawdę bierze te pieniądze?

Kto, tak jak ja, nie umie na te pytania odpowiedzieć, niech nie szafuje tak łatwo słowem „złodziej”.

Facet, który wymyślił sławną charakteryzację dla Borisa Karloffa w pierwszym filmie o Frankensteinie dostał za nią na rękę 25 dolarów. Koncern, któremu ją sprzedał, zarobił na prawach autorskich do maski potwora grube miliony, nadal zarabia, i nigdy nie odpalił ani centa artyście ani jego spadkobiercom. W Polsce akurat byłoby to niemożliwe, nasze prawo autorskie jest dużo uczciwsze od amerykańskiego (nie chce się wierzyć, ale naprawdę), tylko że na świecie obowiązują niestety standardy amerykańskie. Poza wąziutką grupą hodowanych na użytek mediów gwiazd popu twórca dostaje jakieś centy. Większość należnych mu pieniędzy i tak przechwytują rozmaite agencje, zaiksy, koncerny i inne cholery.

Co do mnie, zamiast się żołądkować, wolę sobie zanucić Brassensa że „żaden przecież ból dla ludzkości wszakże, gdy ucieknie raz złodziej kilku jabłek” − gdyby mi bardzo zależało na kasie, nie zajmowałbym się pisaniem, tylko biznesem. Oczywiście, przymknięcie oka przez sadownika na złodziejaszka, co mu rąbnie parę jabłek ze straganu (a czort z nim, może jak posmakuje, następną porcję przyjdzie już kupić) nie jest żadnym argumentem przeciwko prawu i policji jako takim. Problem praw autorskich to także problem systemowy, problem, na przykład, masowej kradzieży przez portale internetowe „kontentu” tworzonego przez gazety, zagrażającej wręcz istnieniu tradycyjnych mediów, a przez to podmywających także resztki demokracji i wolności słowa. I tego problemu nie da się rozwiązać bez odpowiedniej konwencji międzynarodowej

Tylko czy jest nią właśnie ACTA? Przypuszczam, że wątpię. ACTA jest, w tej kwestii, cwaną wstawką wrzuconą do światowego porozumienia handlowego, niewątpliwie wskutek lobbingu wielkich koncernów, które chcą mieć możliwość wyciskania zysków także z krajów dotąd im umykających. Nie widać w tym żadnej ogólnej koncepcji, rozwiązania − jest tylko narzędzie pozwalające prawnikom z Nowego Jorku huknąć poprzez ocean po kieszeni gościa w Tomaszowie Mazowieckim, z pominięciem miejscowej administracji. Naszym panującym narzędzie to przypasowało, bo zobaczyli, że oni z kolei mogliby za jego pomocą przydusić w Internecie krytykę swoich poczynań. Na przykład, wielka hucpa, jaką było stworzenie przez telewizje wielkiego matriksu Święta Niepodległości, pod rządami ACTA byłaby jeszcze większa, bo władza mogłaby także zablokować rozpowszechnianie prawdziwego obrazu obchodów w sieci. Podobnie, jak mogłaby zablokować wszelkiego rodzaju „antykomory”, „ministerstwa prawdy” czy „autorytety platformy obywatelskiej”. To nic, że one nie naruszają niczyich praw autorskich, wystarczy samo podejrzenie, a zresztą, wynajęta kancelaria uzasadni wszystko, za uzasadnienie czego się jej zapłaci.

Ekipa Tuska próbowała ocenzurować Internet już dwukrotnie – za każdym razem chyłkiem, licząc, że zapisy wciśnięte w ustawę zasadniczo poświęconą czemu innemu przejdą niezauważone. ACTA dostarczyła im kolejnej okazji, i prawie się udało, bo Polacy bardziej są podejrzliwi wobec inicjatyw tutejszej władzy niż wobec umów międzynarodowych (jak się okazało, niesłusznie). Pewnie niebawem podjęta zostanie następna próba. W końcu na Dzikim Zachodzie zastąpienie wybieralnych szeryfów policją państwową, a potem federalną, było oczywistą koniecznością, chociaż problemów to nie rozwiązało (a raczej − rozwiązawszy jedne, stworzyło inne). Ale musi to być proces odbywający się pod kontrolą obywateli, a nie z mocy kolonialnego protektoratu światowych mocarstw.

A naszej władzuni, skoro deklaruje taką troskę o prawa autorskie, polecałbym zajęcie się czym innym. Wracam do poruszonej powyżej (a sygnalizowanej już przed laty) sprawy książek z bibliotek i wypożyczalni. Polska podpisała konwencję, nakazującą wypłacanie autorom tantiem od egzemplarzy tam udostępnianych. Podpisała, i nic, choć czas mija. W większości krajów Europy wypłacaniem autorom tych tantiem nie obciąża się samych bibliotek ani ich czytelników, bierze to na siebie państwo. Czytałem szacunki, iż w Polsce oznaczałoby to wydatki rzędu 10 – 20 milionów złotych rocznie. W skali rządowych wydatków grosze, o wiele mniej, doprawdy, niż kosztowało nas tworzenie różnych fikcyjnych niby-ministerstw walki z korupcją, wykluczeniem, równym statusem, nie o zatrudnianiu mówiąc o różnych znajomych fryzjerów. Jeśli rząd chce pokazać, że mu zależy na twórcach, to wystarczy, że wywiąże się z tego, co już jakiś czas temu podpisał.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Radość na zadupiu

24 gru 2011
Subotnik Ziemkiewicza

Boże Narodzenie to święto wiochy, oszołomstwa i obciachu. W ogóle, całe chrześcijaństwo ma taki właśnie sens.

Kamieniem węgielnym stał się ten właśnie kamień, którym budowniczowie wzgardzili i który odrzucili. Pan świata urodził się na zadupiu ówczesnej cywilizacji, w pogranicznym kraiku, a i tu nie w stolicy prowincji, tylko na wsi, w jakimś zapyziałym chlewie, w rodzinie słabo wykształconej i utrzymującej się z pracy fizycznej. Anioł poinformował o tych narodzinach tylko jakichś pastuchów, nie racząc się w ogóle pofatygować do środowisk opiniotwórczych. A i potem, kiedy Jezus dorósł i zaczął działalność publiczną, do samego końca nie było przy nim ani jednego intelektualisty, liczącego się działacza czy lidera biznesu, tylko zbieranina rybaków, celników i podobnej gołoty, nawet jakaś prostytutka.

Taki jest duch świętującego dziś chrześcijaństwa: ostatni będą pierwszymi. Można to różnie przekładać na pojęcia współczesne. Można na przykład tak: drugi obieg będzie pierwszym. A potem, z czasem (jak stało się niegdyś z kontestatorami „salonu warszawskiego”) w ogóle jedynym.

Tak, to oczywiście aluzja do filmu „Przebudzenie”, który podarowała nam pod choinkę Joanna Lichocka, i do wczorajszego artykułu Łukasza Warzechy. Nie będę dziś się wdawał ani w recenzję, ani w polemikę. Film jest zapisem zjawiska, którego tzw. elity nie zamierzają widzieć, a jeśli przyjmują coś do wiadomości, to tylko swój komentarz o nim. Zjawiska nie z tylko dziedziny polityki, z której je − co oczywiście stanowi podejście uprawnione − rozliczał Łukasz. Przede wszystkim, jest to zapis pewnego ludzkiego odruchu. Odruchu sprzeciwu wobec, jak to przy święcie ująć najdelikatniej, łajdactwa.

Przy betlejemskim żłóbku pewne sprawy powinny być proste. Żyjemy w kraju, w którym uczciwe reguły sporu, debaty publicznej i polityki, zostały złamane i są łamane coraz bardziej. W kraju do głębi niesprawiedliwym, rządzonym przez cwaniaków z wyrosłej na PRL nomenklatury. Rządzący szabrują tu dobra, które powinny być wspólną własnością i wspólnym pożytkiem wszystkich, a że granice rabunku zostały już osiągnięte, wysługują się za materialne korzyści obcym potęgom, wyprzedając dobrobyt przyszłych pokoleń. Społeczeństwo, zdemoralizowane i zagonione za zaspokojeniem najprostszych potrzeb, utrzymywane jest w bierności przekupstwem (nie wiedząc, że za pozory dobrobytu przyjdzie kiedyś zapłacić z lichwiarskim procentem) i kłamstwem. Media, zwłaszcza te najbardziej masowe, zmieniły się w jeden wielki seans nienawiści i pogardy pod adresem opozycji, w nieustające szczucie, judzenie, szydzenie i straszenie, które dzień po dniu łamać ma odruchy uczciwości i pogrążać rządzonych w apatycznym przekonaniu, że trzeba się pogodzić z podłą, głupią, nieudolną oraz złodziejską władzą, bo może być tylko jeszcze gorzej. Masa tzw. autorytetów kolaboruje w tym dziele, kłoni się przed rządzącym Towarzyszem Szmaciakiem „cnotę i mądrość jemu przypisując”, i jest za to wynagradzana.

W takim to pejzażu niektórzy chcą się czuć „wolnymi Polakami”, i potrafią się nimi czuć. Można ich postępowanie recenzować, oceniać jego skuteczność, ale nie można zapominać o pewnych prawdach podstawowych. Że żyjemy w morzu kłamstw, nawarstwionych jedno na drugim. Od założycielskich narracji o cwaniaczku i przekręconym agencie, z którego zrobiono wielkiego bohatera, o ludziach, którzy głęboko polskim patriotyzmem gardzili, a chcieli raczej nawracać reżim na założycielską ortodoksję, niż go obalać, z których zrobiono wzorce patriotyzmu − przez kłamstwa o udanej transformacji, w której jeśli sobie kto nie poradził, to tylko z własnej winy, aż po kłamstwo o cywilizacyjnym i historycznym sukcesie i „zielonej wyspie”; no i te najbardziej bolesne, kłamstwa o Tragedii Smoleńskiej, o „debeściakach”, pijanych generale i prezydencie naciskających na pilotów, i o fachowych, bezstronnych komisjach, które wszystko już wyjaśniły w duchu „konwencji chicagowskiej”.

A jak się żyje w morzu kłamstwa, to pewne rzeczy powinny być oczywiste. Choćby takie, że kłamstwem należy się brzydzić i nigdy się na nie, nawet milcząco, nie godzić. To kwestia nie tylko zasad, ale i smaku.

W takiej krainie, na zadupiu świata, pod rządami kolaboranta Heroda, pazernych arcykapłanów i sprzedajnych intelektualistów zwanych faryzeuszami zachciało się przyjść na świat Dziecinie. Nie wiem, dlaczego akurat w takim miejscu. Ale cieszmy się z tego wszyscy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Poczucie bezpieczeństwa i przynależności

3 wrz 2011

Subotnik Ziemkiewicza

W dwutygodniku „Gala” Piotr Najsztub, dziennikarz słuszny i służny, zwierzył się celebrytce Magdzie Gessler: „podoba mi się obyczaj depilacji. W każdym mężczyźnie jest przynajmniej kawałek małego pedofila. Depilacja sprawia, że masz wrażenie obcowania z dziewczętami.
Dłuższy czas się zastanawiałem, jak tę wypowiedź skomentować i muszę przyznać: nie potrafię. Osobnika, który odkrył w sobie choćby kawałek małego pedofila można tylko w trybie pilnym umieścić w kartotece i odesłać na przymusowe leczenie. Najlepiej w towarzystwie jego przez wiele lat partnera ekranowego, Jacka Żakowskiego, który publicznie upomniał się u ministra Arłukowicza o legalizację związków kazirodczych. Idźże złoto do złota.

Oczywiście, jakby się kto pytał, to prawica ma jakieś „skrzywienia seksualne” − co światli przedstawiciele salonowej refleksji o literaturze diagnozują ilekroć dostaną zlecenie na powieść napisaną przez autora kojarzonego z prawicą; widać tyle akurat są w stanie z nich zrozumieć. Może zresztą oburzają ich nie same „momenty”, ile ich odrażająca dla lewicy normalność: chłop z babą, jeden na jeden, po bożemu? W „Krytyce Politycznej” odbyła się dyskusja o „prawicowej” literaturze, której sam dobór panelistów nadał znamiona kabaretowego skeczu: Kinga Dunin i Cezary Michalski, a w roli bezstronnego prowadzącego Roman Kurkiewicz. Zapis wygłoszonych tam mądrości można znaleźć w necie, do czego zachęcam każdego, kto chciałby dojść do niewiele przesadzonego wniosku, że poza prawicą nie ma właściwie w Polsce żadnych inteligentnych form życia.

Bo kiedy tak człowiek czyta wywiad ze Sławomirem Sierakowskim w ostatniej „Polsce”, to można nawet odnieść wrażenie, że to jakieś całkiem ciekawe przedsięwzięcie − tak ładnie mówi on o Polsce, o naszej tradycji walki o wolność i sprawiedliwość, od Filomatów i Filaretów po KOR… Można by też sądzić, iż ma to wszystko jakiś wymiar intelektualny, Brzozowski, panie dzieju, i te rzeczy. Ale wszelkie złudzenia pryskają, kiedy się zajrzy na stosowną stronkę, wypełnioną głównie talmudycznym ideolo mieszającym marksizm-feminizm, lewicowość rozporkową i naiwno-agresywną ekologię z prostymi jak cep okrzykami dumnych ze swej jedynie słusznej tępoty anarcholi. Najwięcej w tym wszystkim kompleksu pierwszorocznych z prowincji, usilnie demonstrujących, że już się stali są wielkomiejscy, nowocześni i europejscy. Wymiar intelektualny nadaje zaś tej demonstracji trójka stałych felietonistów, z których jeden jest regularnym, klinicznym schizolem, a drugi sprawia wrażenie udatnie wystylizowanego na karykaturalnego, wsiowego głupka i dopiero uważna lektura nie pozostawia wątpliwości, iż o żadnej stylizacji nie ma tu mowy.

Trzecią zaś twarzą nowej lewicy − jeśli można jeszcze w ogóle mówić w jego przypadku o posiadaniu twarzy − jest właśnie wspomniany Cezary Michalski. Jego obecne elaboraty czyta się ze szczególną mieszaniną wstrętu, niedowierzania i niezdrowej fascynacji, że coś podobnego jest w ogóle możliwe; bo w mrocznym świecie Cezarego Michalskiego wszyscy, absolutnie wszyscy, jawią się Cezarymi Michalskimi. Jakikolwiek byłby akurat pretekst do jego pisania, nieodmiennie od pierwszego akapitu jest ono litanią donosów, że wszyscy ludzie z obozu, do którego kiedyś, odrzucony przez michnikowszczyznę, kleił się z nadziejami na objęcie rządu dusz i sam Michalski, tak naprawdę wcale nie wierzą w to co robią, tak naprawdę wszystko to piszą, mówią i czynią wyłącznie z cynizmu i konformizmu, i on to wie, bo sam kiedyś tam był. Nie jestem może wielkim duszoznawcą, ale przecież wystarczająco biegłym, by rozumieć, iż to wcale nie czytelników „Krytyki Politycznej” tak uparcie przekonuje Michalski, że Lisicki, Terlikowski, Wildstein, Mazurek, Magierowski, Staniszkis, Legutko, Krasnodębski, Rymkiewicz, Zaremba, Karnowscy i inni bohaterowie jego tekstów to wszystko obłudni karierowicze, którzy nie wierzą w nic poza własnym powodzeniem i tylko udają prawicowców, konserwatystów czy katolików by zająć wpływowe miejsca w debacie publicznej. On bezustannie stara się co do tego przekonać samego siebie. I najwyraźniej wciąż nie może.

W tym ponurym świecie prawdziwym szczęściem musi być dla Cezarego Michalskiego znalezienie prawdziwego drugiego Cezarego Michalskiego, i tym się łatwo tłumaczy entuzjazm upadłego ideologa „pampersów” dla Janusza Palikota. Ten przynajmniej jest na swój sposób konsekwentny. Oto wydał właśnie książkę, w której z pasją nadaje na Donalda Tuska. Przeczytałem fragment. Tusk, jakim go rysuje Palikot, to wyjątkowo cyniczna menda, która pastwi się buciorami nawet nad kwiatkiem w swoim gabinecie tylko dlatego, że Leszek Miller poprosił go, aby dbał o ten kwiatek i go podlewał, bo to prezent od jego mamy. Tusk znajduje przyjemność w upokarzaniu i deptaniu ludzi, Tusk jest obłudnym chamem, który gdy mu to potrzebne potrafi być uprzejmy i nadskakujący, ale gdy nie musi się z kimś liczyć, ruga go od najgorszych i poniewiera − a jego otoczenie to banda zupełnie pozbawionych elementarnej godności i kręgosłupów kreatur, znoszących bezustanne poniżanie w zamian za czerpane z tego materialne korzyści. Nie ma co gadać, Platforma opisana przez Palikota, a Tusk w jej centrum zwłaszcza, jawi się jako coś tak obrzydliwego, że każdy − poza oczywiście Cezarym Michalskiem, który jedyny rozumie go w lot − musi się zdziwić, jak to możliwe, że Palikot przez tak długie lata był jednym z najbardziej gorliwych wyznawców i totumfackich tak odrażającego i nikczemnego człowieka.

Demaskacje Palikota poruszyły do żywego nawet Monikę Olejnik: „zachowuje się jak jeden z gadżetów, które przynosił do studia wyborczego”! Jakże to charakterystyczne, że poczucie smaku i przyzwoitości wróciło pani redaktor, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, dopiero w momencie, gdy Palikot zwrócił się przeciwko Ukochanemu Przywódcy. Bo wcześniej przecież, gdy zachowywał się jak wspomniany gadżet wobec śp. Lecha Kaczyńskiego, przekraczanie przez Palikota kolejnych norm było „świeże” i stanowiło „pożyteczne urozmaicenie” debaty publicznej; a poza tym on przecież „tylko mówił to, co ktoś w końcu musiał powiedzieć”. Cóż, idę o zakład, że śladem Moniki Olejnik wkrótce cała salonowa trzoda, plotąca dotąd o „ożywczej roli błazna” odkryje w Palikocie „człowieka nie wartego podania ręki”.

Nawiasem mówiąc, pani redaktor udzieliła właśnie tygodnikowi „Wprost” wywiadu stanowiącego wyraźną próbę wydobycia się przez to pismo z formatu tygodnika zajętego wyłącznie pluciem na PiS oraz „podlisywaniem” się Partii i salonowi (a co, wazelinka się kiepsko sprzedaje?). Wywiad jest bowiem „lajfstajlowy”, a przeprowadza go wspomniany wyżej redaktor Najsztub, który jednak tym razem nie drąży tematu depilacji okolic intymnych i nie chwali się „kawałkiem małego pedofila” w sobie, za to roztkliwia się nad tym, jacy „my” − z kontekstu wynika, że oni oboje plus środowisko, w którym żyją − się zrobiliśmy dziś szykowni i seksy, fit i glamour, bo kiedyś to się chodziło w tiszertach i flanelowych koszulach, a teraz siłownie i drogie buty, i no, po prostu, seks w wielkim mieście. Taki, oczywiście, na miarę tuskowej małej stabilizacji na wielkiej górze papierów dłużnych.

W okładkowym bloku tekstów wyrażających zachwyt, że coraz więcej Polaków żyje na bajerze, wyznanie „Pawła, czterdziestokilkuletniego biznesmena z Warszawy”: „Lubię ten moment, kiedy po ćwiczeniach i prysznicu, w świeżym, białym tiszercie wrzucam spokojnie torbę do bagażnika, a na parkingu mijam takich jak ja. Jesteśmy z jednej kasty. Podobnie żyjemy wyglądamy, bywamy w tych samych miejscach. To mi daje poczucie bezpieczeństwa i przynależności”. „Oto Polaka obraz nowy”, jak śpiewał Kaczmarski. Dopiero jak jeden z drugim przedstawiciel tej zachwyconej sobą kasty wetknie swą złotą kartę do bankomatu, a bankomat nic, jak w Argentynie, to zamiast mięśniami na siłowni zacznie ruszać głową. Ale nie miałbym wielkich nadziei. W życiu, generalnie, można mieć dwie strategie. Jedna, jak to ujął poeta − „być uważanym, pełnym pasji”, i druga − być uważanym i samu móc się uważać za członka kasty, dającej „poczucie bezpieczeństwa i przynależności”. Ci drudzy tych pierwszych nie zrozumieją nigdy, skazując się na wyjaśnianie sobie świata metodą wyżej wspomnianego Cezarego Michalskiego.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dasz BOR?!

26 paź 2010

Pijarowska ofensywa władzy po morderstwie w Łodzi okazała się aż nazbyt skuteczna − sprawę udało się szybko nie tylko „zamieść”, ale wręcz zrobić z niej cyrk.

Narzędziem utopienia problemu w grotesce stało się rozdawanie na prawo i lewo „ochrony BOR”; temat został ochoczo i bezmyślnie podchwycony przez media elektroniczne i natychmiast wrzucony na żółte paski: temu a temu zaproponowano ochronę BOR, ten przyjął, tamten przyjął, ów odmówił… Piszę „bezmyślnie”, bo jak zwykle nikt nie zadał pytania, po co, za ile, no i przede wszystkim − jak się poszczególne odpalane przez rządowy pijar petardy mają jedna do drugiej.

Jedną gębą wmawia nam władza, że Ryszard C. był działającym w pojedynkę wariatem, a drugą sugeruje, że upowszechniając przywilej ochrony BOR zapobiega jakiemuś zagrożeniu, które zawisło nad całą klasą polityczną. Jakiemu, skoro mniemany wariat siedzi pod kluczem? Mówiąc nawiasem, widzieliśmy na filmie nagranym w chwili aresztowania i zaraz potem upublicznionym, być może skutkiem jakiegoś niedopatrzenia w coraz szczelniejszym systemie propagandowym, że wygrażał on Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego partii. Potem dowiedzieliśmy się, że wariat nienawidzi klasy politycznej jako takiej i chciał zastrzelić jakiegokolwiek polityka; ale jednocześnie dowiedzieliśmy się też, że odmówił jakichkolwiek zeznań. To skąd te „odkręcające” pierwsze wrażenie „newsy”? Oczywiście, serwisanci wstukujący kolorowe paski tego pytania sobie nie zadali.

Miałoby sens, jak najbardziej, po tak tragicznej lekcji, podjąć jakieś działania systemowe dotyczące bezpieczeństwa na przykład biur poselskich. Ale właśnie działania systemowe, poważne, to to, do czego ta władza i cały podlegający jej aparat jest organicznie niezdolny. Potrafi działać tylko na pokaz, dla picu, doraźnymi zrywami, po peerelowsku. Władza rzuci hasło: dopalacze! − sruuu, wszyscy latają jak kot z pęcherzem i zamykają sklepy z dopalaczami. Spali się barak – całe państwo z zaparciem kontroluje „zabezpieczenia pepoż.”, aż spoceni kamerzyści ledwo nadążają za kopiącymi się z pośpiechu w zadki inspektorami. Jutro może zwoła premier nocną naradę, bo najdzie go myśl, że trzeba wreszcie coś zrobić z tymi burdelami reklamującymi się za każdą wycieraczką, i znowu żgnięte jego zmarszczeniem brwi inspekcje „na granicy prawa” rzucą się o szóstej rano na agencje towarzyskie, zamykać je pod pretekstem łamania przepisów BHP i braku  rękawic ochronnych. A może wykolei się pociąg i przez tydzień będziemy waleni w łeb obrazem premiera w sławnej już „kryzysowej kurteczce” drepczącego z powagą na twarzy pomiędzy zwrotnicami tudzież semaforami i kontrolującego prawidłowość naciągu linek sterowniczych? Kto wie, to będzie zależało, jak osobisty pijarowiec premiera oceni krajobraz w miejscu zdarzenia. Bo to tak jak z autobusem, kiedy rozwali się w Niemczech i można się pokazać na tle nowoczesnej autostrady i Angeli Merkel, to tak, ale jak się rozwali jakaś wsiowa nędza, wożona do marnej pracy bieda-busikiem jak pod Kinszasą, to lepiej odwiesić kryzysową kurteczkę do szafy i zniknąć, aby się zaś nie skojarzyć z bezsilnymi pytaniami, dlaczego mieszkańcy „zielonej wyspy sukcesu” wiodą życie podobne do wyzyskiwanych na pomidorowych polach ofiar kalabryjskiej mafii.

Jeśli ochrona BOR rzeczywiście stała się kilkunastu politykom nagle potrzebna, to znaczy, że jesteśmy w sprawie mordu grubo i bezczelnie okłamywani. Jeśli Ryszard C. naprawdę jest działającym w pojedynkę szaleńcem, to mamy do czynienia z żałosnym propagandowym picem, który ma odrzeć PiS z empatii dla ofiary, rozwodnić ją w pozorach zagrożenia dotyczącego jednako wszystkich. Wszystko wskazuje na tę drugą ewentualność, bo, jak się okazuje, decyzje o przyznaniu ochrony (która to ochrona zresztą, jak znam tę ekipę, pewnie w istocie ogranicza się tylko do rozgłoszenia wszem i wobec, że ją przyznano) podejmowano na podstawie tak poważnych zagrożeń, jak to, że jedna pani drugiej pani powiedziała, że słyszała, jak ktoś komuś groził.

Przypadkiem szczególnego posypania się tej borowskiej błazenady stał się Stefan Niesiołowski, którego rząd wyposażył w ochronę jako pierwszego, na podstawie anonimowego wpisu na forum internetowym. Potem okazało się, że wpis pochodził z komputera należącego do radnego PO, który z kolei wyjaśnił, że autorem pogróżek był jego ojciec, który z racji wieku nie za bardzo wie, co mówi, i nie należy każdego jego słowa − w przeciwieństwie do takiego na przykład Władysława Bartoszewskiego − traktować ze śmiertelną powagą. Co prawda, wspomniany ojciec jako „starszy, gorzej wykształcony i z małego ośrodka” pasuje do strychulca pisowca, więc zagrożenie da się pijarowsko połączyć z Kaczyńskim, cyngle z gazety wiadomej nie takie łamańce robili, ale trudno opędzić się od myśli, że gdyby taki wygłup przydarzył się władzy poprzedniej, do dziś sławnej z zagłuszania protestujących pielęgniarek, to śmichu byłoby, Boże mój − wszyscy dyżurni wesołkowie salonu, od „powiatowego” i jego gości, po Tyma, zarechotali by się na śmierć. No, ale czasy, gdy wypadało się śmiać z Niesiołowskiego minęły dawno i na razie nie wróciły, choć nie wiadomo, bo michnikowa łaska na pstrym koniu jeździ.

Przypomniały mi się mocne słowa profesora Krasnodębskiego, rzucone w szczycie emocji po smoleńskiej katastrofie i po hucpie wymierzonej przeciwko pochówkowi śp. Lecha Kaczyńskiego na Wawelu: „gardzę wami!” Przesadne słowa, panie profesorze. Gardzić to można ludźmi w jakikolwiek sposób poważnymi, od biedy nawet błaznami, ale pajacami − nie sposób. A tu nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać, czy…  Po prostu, jak to ujmował poeta, „z każdego kąta żałość człowieka ujmuje”.

PS. Przepraszam za przedostatnie zdanie, uniosłem się. Usuwam zwrot, który niepotrzebnie tam umieściłem.




***

Serwis rp.pl zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w akcji: TRON. Wymień jedną rzecz, za którą najbardziej cenisz serwis rp.pl oraz jedną rzecz, którą byś zmienił/-a, by cenić go jeszcze bardziej. Pole widzenia powiększamy o wasz punkt widzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gorzka lekcja

24 paź 2010

Tragedia łódzka nauczyła nas kilku rzeczy, które i tak wiemy, ale wciąż nie chcemy ich przyjąć do wiadomości.

Między innymi tego, że nie ma granic obłudy ideologów i praktyków nienawiści do tej gorszej części Polaków, która ich zdaniem musi zostać całkowicie pozbawiona głosu, a najlepiej przestać istnieć, aby jedynie słuszny rząd mógł wreszcie zacząć naprawiać kraj.

Morderstwo z nienawiści budzi w nich daleko mniej sprzeciwu niż perspektywa, że mogliby na nim politycznie zyskać znienawidzeni pisowcy. Jak tuwimowscy „straszni mieszczanie”, widzący wszystko osobno, nigdy nie mają sobie nic do zarzucenia i są organicznie niezdolni zauważyć, że szeroko pojęta władza (także ta czwarta), której jedynym programem, uzasadnieniem i działaniem jest „antypisizm”, coraz mniej różni się od tej znanej z historii, której racją i ideologią był antysemityzm.

Tragedia uczy nas też, że ze spirali obłędu nie ma wyjścia, bo w tej jedynej sprawie Tusk i Kaczyński są ze sobą całkowicie zgodni. Wojna, która jednemu daje panowanie w państwie i nadzieję jego utrzymania, drugiemu daje wyłączność na opozycję i nadzieję, ożywioną przykładem węgierskim, na zdobycie władzy całkowitej.

Tu jest odpowiedź na zdziwienie komentatorów, dlaczego lider PiS odgrywa tak ochoczo tę rolę, którą dlań piszą autorzy rządowej „narracji” – rolę, mówiąc Orwellem, Emanuela Goldsteina III RP.

Gdy zaś dwie największe polityczne siły zgodnie dążą do wojny totalnej, obie mając całkowitą pewność zwycięstwa, nie ma znaczenia, kto gra wściekłego mściciela, a kto obłudnie udaje, że wcale wojny nie chce, ale musi. Na wojnie pierwszą ofiarą pada prawda, przestają się liczyć zdarzenia i fakty. Liczy się już tylko to, komu one mogą posłużyć. Jeśli wrogowi, to wiadomo – tym gorzej dla faktów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop