Posts Tagged „patriotyzm”<

Marszu nie można nie wspierać

12 lis 2011

Subotnik Ziemkiewicza

Po Marszu Niepodległości, mówiąc najkrócej, jak w starym kawale: impreza była świetna, kochanie, ale ci twoi goście strasznie narozrabiali. Jak to moi, przecież to byli twoi goście! Ale najważniejszy fakt jest oczywisty: to nie narodowi radykałowie odmawiają prawa do istnienia lewicy, atakują ją i blokują, łamiąc prawo − tylko odwrotnie.

Swoją drogą…  93 lata temu polska niepodległość zaczęła się od rozbrajania w Warszawie Niemców. W najczarniejszych snach nikt z jej twórców nie podejrzewał, że kiedyś znajdą się ludzie, którzy w tym dniu będą do Warszawy Niemców zapraszać i uzbrajać w kije, żeby bili Polaków za biało czerwoną flagę albo historyczny mundur, a polskie media będą przedstawiać to jako pokojowy protest „antyfaszystów” przeciwko polskim „faszystom”. A Niemcom tam wszystko jedno, z jakich akurat pozycji ideologicznych biją Polaków, ważne, żeby pokazać, kto tu jest „rasą panów”. I żeby Polska była „kolorowa” − od siniaków. Bo przecież o to właśnie chodziło „nowej lewicy” w jej długotrwałych i niestety uwieńczonych sukcesem staraniach o zepsucie radosnego święta wielką „ustawką”.

Trudno o obiektywną relację, gdy w tłumie, z oczywistych względów, widzi człowiek tylko to, co ma blisko, a o uczciwości relacjonujących całe zdarzenie rządowo-salonowych mediów szkoda już nawet mówić. Na Nowym Świecie, czytam w relacjach, „zaczęło się od bójki narodowców z grupą antyfaszystów”, a potem „część uczestników” tej bójki zabarykadowała się w „jednej z warszawskich kawiarni”. W podobnym stylu dziennik telewizyjny w czasach, gdy nabierał tam profesjonalnych umiejętności wychowawca dzisiejszych dziennikarzy wiodącej telewizji informacyjnej, Milan Subotić, opiewał „ekscesy grup rozwydrzonych wyrostków”.

Najkrócej, wygląda na to, można sprawę podsumować tak: kto przyszedł manifestować pokojowo, manifestował pokojowo, kto przyszedł chuliganić, też miał co chciał. Esemesy dochodzące po południu z okolic „jednej z warszawskich kawiarni” wskazują, że tamtejsze towarzystwo upojone jest rozmiarami zamieszek, do jakich zdołało doprowadzić.

Starałem się w tym roku być na całym marszu, ryzykując nawet spóźnienie na wręczenie Nagrody Mackiewicza (co się niestety faktycznie stało) ale scen gwałtownych nie udało mi się z bliska zobaczyć żadnych, więc moja relacja może wielu rozczarować. Skorzystałem z zaproszenia organizatorów na poprzedzającą marsz mszę w kościele Świętej Rodziny, która wypadła bardzo okazale − niestety, organizacja tu zawiodła. Nabożeństwo bardzo się przeciągnęło, organizowanie grupy do przemarszu wobec małej przepustowości kościelnych furtek (tylko w tej grupie było ze dwa – trzy tysiące osób, więcej, niż nieocenieni rachmistrze z TVN naliczyli w całym marszu) zajęło sporo czasu, policja, choć takie przejście z kościoła na plac Konstytucji było uzgodnione, co chwila nas wstrzymywała albo prowadziła jakimiś dziwnymi zygzakami. W efekcie dopiero gdzieś koło 15.30 połączyliśmy się z resztą marszu na rogu Nowowiejskiej, przy stacji metra „Politechnika”.

Gdyby ktoś szukał mnie na zdjęciach, szedłem pomiędzy banerami Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy z „prowokującym do agresji”, jak powiedziała w telewizji działaczka lewicy, hasłem „Bóg, Honor, Ojczyzna” a transparentem „Solidarnych 2010″ i nieco mniejszym z napisem „Nie będą komunisty robić ze mnie faszysty”. Choć potem przemieszaliśmy się z brygadą pomorską ONR i kibicami, duch tego właśnie napisu najlepiej oddawał nastrój w moim otoczeniu − a właściwie całe te dwie godziny upłynęły na nieustających rozmowach z coraz to nowymi maszerującymi, robieniu sobie zdjęć i „szejkhendowaniu”.

Piknikowy nastrój psuły policyjne helikoptery i huk petard, ale przez prawie cały czas nie widziałem żadnej policji, żadnej kamery i żadnej agresji. Największym jej przejawem był śmiech i niewybredne żarty oenerowców, gdy wielki telebim na dawnym domu studenckim Remont pokazał posła Biedronia. No, chyba że za agresję uznać śpiewane pod gmachem URM „cała Polska z was się śmieje, gdzie te drogi i koleje”. Miłym gestem ze strony narodowo-radykalnych było zaintonowanie i odśpiewanie „Pierwszej Brygady”. Mój dziadek w grobie się przewrócił (nienawidził Piłsudskiego jak zarazy) ale śpiewałem ze wszystkimi, bo o to właśnie chodziło w tym marszu.

Biało-czerwony pochód szedł cały czas dwupasmówkami − przez rondo Jazdy Polskiej, koło dawnego kina „Moskwa” do Belwederskiej, i nią pod górę aż do Placu na Rozdrożu. Ponieważ od Puławskiej jest pochyło w dół, a potem w górę, nawet z „ground zero” można było zobaczyć, że ludzie wypełniają szeroką ulicę od horyzontu po horyzont. Musiało nas tam być najmarniej ze 20 tysięcy, a może i dwa razy tyle. Jerzy Jachowicz, który w pewnym momencie musiał się odłączyć i potem czekał na mnie i Łukasza Warzechę pod „Hyattem” powiedział, iż przeszło koło niego tylu ludzi, że miał wrażenie, jakby zanim nas zobaczył czoło pochodu musiało już dojść do trzech krzyży. W tej części marszu, bez petard i helikopterów, marsz był samą czysta radością, i absolutnie nic nagannego się nie działo, choć nikt − dosłownie nikt, poza garstką zwykłych policjantów pod ambasadą serbską i dość rachitycznym szpalerem pilnującym biura Donaldowi − nawet nie udawał, że go zabezpiecza. Gdyby marszowi przyszło do głowy puścić z dymem gmachy rządowe albo ruską ambasadę, nie zostałoby z nich kamienia na kamieniu. Na szczęście w ekipie „Gazety Polskiej” nie było tym razem redaktora Lisiewicza.

A jednocześnie Łukasz ze swojego smartfona na bieżąco podawał, co leci akurat w telewizjach. Dawało to groteskowy, iście Orwellowski efekt.

Z rozdroża naprawdę musiałem już szybko drałować do Domu Literatury, by wygłosić tam laudację na cześć nagrodzonego tomu poezji Wojciecha Wencla – o tym napiszę osobno. W każdym razie wydostałem się z tłumu bez najmniejszych problemów, po drodze mijając potłuczone szkło, zdemolowany samochód TVN Meteo (?) i bardzo liczne aż do Nowego Światu grupy z biało-czerwonymi flagami, najwyraźniej tak jak ja opuszczające demonstrację.

Oficjalnym zakończeniem Marszu była „noc wolności”, czyli wspaniały bal w Hotelu Europejskim, który udał się znakomicie. Z dumą pochwalę się, że prowadziłem z żoną poloneza w pierwszej parze, niczym mickiewiczowski Podkomorzy, i że na balowej aukcji przyniesiona przez mnie butelka ulubionego burbona „Old Grand Dad”, rozsławionego przez Chandlera (to nim właśnie Marlowe leczy wstrząśniętego Terry’ego Lennoxa w „Długim Pożegnaniu”) z moją dedykacją osiągnęła zawrotną sumę 4200 zł − tak hojnie wsparł szlachetną sprawę młody przedsiębiorca z mieczykiem chrobrego w klapie, takim samym, jaki nosił mój wspomniany już śp. dziadek. I wcale nie wiem, czy była to najwyższa cena wylicytowana tego wieczora, a właściwie już nocy.

Wracając do Marszu − w czym właściwie brałem udział? Powiedziałbym, że w potężnym Marszu Protestu Przeciwko Blokowanu Marszu Niepodległości. Bo, jak mówiłem, wszyscy ludzie, z którymi rozmawiałem, myśleli podobnie jak ja. I podobnie jak ja zdawali sobie sprawę, że w ten sposób działa, i za rok zadziała jeszcze silniej, mechanizm nakręcany przez manipulatorów z „jednej z warszawskich kawiarni” i z Czerskiej. Niedawny wstępniak Seweryna Blumsztajna, w którym już zapowiedział on, że w przyszłym roku siły narodowo-katolickie będą jeszcze liczniejsze, a niebawem wejdą do Sejmu i może nawet rządu, dowodzi, że ludzi ci nie robią tego z głupoty, ale zupełnie świadomie. Oni po prostu potrzebują nienawiści do „faszystów”, żeby nią zarządzać, żeby mieć siłę szczucia, judzenia i ogłupiania „młodych wykształconych z dużych miast” − tylko na tej nienawiści mogą budować swą siłę, gdy poziom życia spada i będzie spadać. A mała grupka kiboli czy skinów to za mało, by odpowiednio nienawiść nakręcić; trzeba, żeby „faszystów” były tysiące, wiele tysięcy, i żeby w Święto Niepodległości lała się krew. Te motywacje „Porozumienia 11 listopada”, czy raczej kogoś, kto za stoi za nim i za „pożytecznymi idiotami” zatrudnionymi do reklamowania „pokojowej blokady” są dla mnie oczywiste jak w pysk dał.

Dlaczego w takim razie, wiedząc to, wspieram Marsz? Zwłaszcza, że nie wszyscy jego uczestnicy, delikatnie mówiąc, są sympatyczni?

Na to pytanie, zadane dziś przez Piotra Zarembę i Tomasza Terlikowskiego, odpowiem tak samo,  jak odpowiedziałem Joasi Lichockiej w rozmowie dla niezależna.pl: bo trzeba. Bo jeśli zostawilibyśmy w ubiegłym roku narodowo-radykalnych samym sobie, ograniczając się do potępienia lewicowej przemocy  w felietonach i komentarzach, to w tym roku bandyci z antify wespół z niemieckimi towarzyszami rozbiliby procesję Bożego Ciała, nie mówiąc o marszu pamięci w rocznicę Smoleńska, który już przecież „pożyteczni idioci” uznali za faszystowski z powodu paru zapalonych pochodni. Nie wiem, kto spalił wóz TVN-owi, i przykro mi, jeśli był to ktoś, kto miał coś wspólnego z moim Marszem, ale jeśli nie chcemy wkrótce zobaczyć w Warszawie anarchistów demolujących kościoły, jak w Rzymie, ze świętoszkowatym błogosławieństwiem plotących najobłudniej o „nie podleganiu nienawiści” autorytetów i animatorów „jednej z warszawskich kawiarni” − to musimy tego dnia iść ramię w ramię z ONR, tak długo, jak długo to nie on, ale jego wrogowie łamią prawo.

Lewica i salon stosują przecież starą, stalinowską socjotechnikę niszczenia przeciwnika „po plasterku”. Sami nie wstydzą się związków z maoistami, trockistami i zwykłymi bandytami, jeszcze na dodatek z Niemiec − ale wykorzystując siłę swego medialnego kłamstwa i swoich pożytecznych idiotów bezustannie każą się nam odcinać od „skrajności”, by, zlikwidowawszy jako skrajność jedną część prawicy, natychmiast ogłosić „skrajną” kolejną, i powtarzać tę operację aż do skutku. Nie widzicie tego, koledzy, pytający mnie dziś retorycznie, czy dobrze się czuję, kiedy koło nie jakiś narodowo-radykalny głosi pogardę dla „pedałów”?

Czuję się, jak się czuję, ale nie widzę innego wyjścia, niż przeciwstawiać się łajdactwu wszystkimi dostępnymi mi siłami. I wciąż mam, choć słabą, nadzieję na opamiętanie „blokujących”, którzy przecież doskonale wiedzą, że wystarczyłoby, aby swój „kolorowy” wiec urządzili dwie ulice dalej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Doniesienie o przestępstwie

30 paź 2011

W poczuciu obywatelskiego obowiązku oraz w trosce o bezpieczeństwo publiczne zwracam uwagę władz na mające miejsce bezprawne działania grożące sprowadzeniem powszechnego zagrożenia.

Artykuł 52 kodeksu wykroczeń, przypomnę, stanowi w § 1: „Kto przeszkadza lub usiłuje przeszkodzić w organizowaniu lub w przebiegu niezakazanego zgromadzenia (…) bezprawnie zajmuje lub wzbrania się opuścić miejsce, którym inna osoba lub organizacja prawnie rozporządza jako zwołujący lub przewodniczący zgromadzenia (…) posiadając przy sobie broń, materiały wybuchowe lub inne niebezpieczne narzędzia (…) podlega karze aresztu do 14 dni, karze ograniczenia wolności albo karze grzywny”. A w § 2: „Podżeganie  i pomocnictwo są karalne”.

W pogardzie dla tych przepisów porozumienie organizacji lewicowych, w tym odwołujących się do zbrodniczych ideologii maoizmu, trockizmu i tradycji lewackiego terroru lat 70., od wielu dni przygotowuje się jawnie i nawołuje do zablokowania i rozbicia przemocą manifestacji patriotycznej zaplanowanej w Święto Niepodległości 11 listopada, posługując się przy tym pomówieniem, jakoby czczenie tego święta było „propagowaniem faszyzmu”.

Szczególny niepokój budzi planowany udział w tych działaniach członków anarchistycznych grup niemieckich powiązanych ideowo  i organizacyjnie z bojówkami, które niedawno zamieniły pokojowe manifestacje w Rzymie w festiwal ulicznego bandytyzmu.

Domagam się od organów państwa polskiego stanowczego i natychmiastowego przeciwdziałania podobnym aktom bandytyzmu w Polsce, a także pouczenia i ukarania mediów, których działania w tej sprawie w pełni wyczerpują znamiona „podżegania i pomocnictwa” w planowanych zamieszkach.

Rafał A. Ziemkiewicz, członek komitetu poparcia Marszu Niepodległości 2011

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Patriotyzm wizerunku

26 cze 2011

Polska prezydencja w Unii jeszcze się nie zaczęła, a rządowe media już puchną od propagandy, która mnie, człowieka pamiętającego czasy Gierka, przyprawia o skurcz.

Za kilka dni będziemy „kierować unijnym pociągiem”, wręcz „rządzić Europą”, a oczy Niemców, Francuzów i innych europejskich nacji wpatrzone są w Donalda Tuska z wiarą, że znajdzie on radę na kryzys euro i imigrację z ogarniętej rewolucją Afryki, przywróci Europie należne jej miejsce w świecie oraz zdolność równorzędnej rywalizacji z Ameryką i Azją. Odtrąbiane są już pierwsze sukcesy: koncert, który zainauguruje naszą prezydencję, będzie, wszyscy są co do tego zgodni, naprawdę wspaniały.

W takiej historycznej chwili, gdy cały naród buduje swój pozytywny wizerunek, jakakolwiek opozycyjność wobec cenionej przez Europę władzy jest już nie tylko „podłością” i poważnym wskazaniem do badań psychiatrycznych, ale też działalnością antypatriotyczną. Poważnie. W tygodniku, który ogłosił właśnie, że należy „dawać dzieci gejom” (tak po prostu dawać, jak daje się unijne granty), przeczytałem, że ci, którzy krytykują rząd i organizują przeciwko niemu manifestacje, godząc nimi w nasz wizerunek kraju wielkiego europejskiego sukcesu, najwyraźniej nie kochają Polski.

Co się ostatnio porobiło z tygodnikiem korzystającym z renomowanego amerykańskiego tytułu, aż trudno uwierzyć. Przynajmniej część jego redaktorów powinna zdawać sobie sprawę, skąd wziętym językiem przemówili. Ja tę mowę, że nie jestem patriotą i nie kocham ojczyzny, skoro nie cieszę się z sukcesów i dobrodziejstw, które dały jej socjalizm i przyjaźń polsko-radziecka, słyszałem wielokrotnie dawno temu i miałem nadzieję nie słyszeć już nigdy więcej. Ale cóż, sukcesy takie same jak za Gierka, to i mowa ta sama.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop