Posts Tagged „michnikowszczyzna”<

Co zrobić z Wajdą?

20 sie 2011

Subotnik Ziemkiewicza

Krzysztof Kłopotowski twierdzi, że swoim posłowiem do wznowienia „Michnikowszczyzny” „wprowadzam polskie myślenie w koleiny, z których nie ma dobrego wyjścia”. Bardzo możliwe, że co do tych kolein ma rację. Nie ma racji tylko w jednym, przypisując mi jakąkolwiek moc sprawczą w procesie wejścia w nie polskiego myślenia. Ja w każdym razie nie czuję się kimś, kto wyznacza bieg zbiorowego myślenia, ale wręcz przeciwnie − kimś, kto usiłuje za nim nadążyć, odczytać znaki czasu i połapać się, co z nich wynika.

Nie napisałem wcale, że powinniśmy zerwać łączność między narodem a jego elitami artystycznymi. Napisałem, że elity artystyczne się od narodu oderwały, że dowodnie pokazała to żałoba posmoleńska, mobilizacja salonowców przeciwko pochówkowi prezydenta na Wawelu i przeciwko krzyżowi na Krakowskim Przedmieściu. Piszę, że pękło i „się już nie sklei”. Kłopotowski zaś, że to źle, jak pęka, i nie powinno pękać. Pewnie ma rację, źle i nie powinno. Ale co zrobić, jak już pękło? Nie zauważać tego pęknięcia, to go nie będzie?

Krzysztof swą polemiką też zawraca nasz wózek w koleiny, i to w koleiny bardzo, bardzo stare, z których nasi przodkowie też nigdy nie znaleźli dobrego wyjścia. „Jeden, jeden tylko cud – z polską szlachtą polski lud”. Od czasu do czasu wydaje się polskim elitom, że się ten cud ziszcza. Że „król z narodem – naród z królem”, i „wiwat wszystkie stany”, i „sentymentalna panna S” z „młodym w kasku robotnikiem” − „pany, kosy, chłopy, godła”. A od czasu do czasu, że „wszystko była podła maska, farbiona jak do obrazka”, i że z tą hołotą nic się nie da, po prostu oświeceni muszą zrobić jej dobrze wbrew niej, bo po to są oświeceni, żeby wiedzieć lepiej.

Znam ten spór bardzo dobrze, bo, wyznam, we mnie się bez przerwy kłócą Koźmian z Mochnackim, Wielopolski z Trauguttem, a najgłośniej Dmowski z Piłsudskim, i nie mogą dojść do ładu, szarpiąc moim piórem w zygzaki, z których przecież sobie doskonale zdaję sprawę − tyle, że nic na nie poradzić nie mogę. Jeśli jakoś swoim pisaniu dochodzę z nimi wszystkimi do ładu, to tylko dzięki temu, że stale tłumaczę im wszystkim i sobie samemu, że w tej akurat, dzisiejszej historycznej chwili są po jednej stronie.

Bo spór z michnikowszczyzną to już od dobrych paru lat nie jest ten sam spór, co tamte spory. Bo Tamci wszyscy kłócili się i wciąż kłócą, jaka ma być Polska i polskość, jak się powinna mieć do naszej historii tradycji − ale nigdy nie spierali się o to, czy polskość w ogóle ma być, czy jest potrzebna i czy ma sens, czy też nasza historia i tradycja ma być z pogardą wyrzucona na śmietnik. To było i jest zbyt oczywiste, żeby podlegać sporowi. A wszyscy ci wielcy mieli w swoich czasach, w każdym pokoleniu, całe mrowie takich, z którymi by ten spór wieść mogli − wiemy, bo gdzieś tam na marginesie swych dzieł z przekąsem wspominają o tych rodakach, którzy realizację swych aspiracji związali z wyrzeczeniem się polskości, z zaparciem swych korzeni. Wystarczy zresztą przekartkować indeksy w książkach o historii naszych niegdysiejszych zaborców, ileż tam polskich nazwisk, ileż całych rodów kompletnie zniemczonych i zruszczonych.

Nasze dzieje nie wyglądały tak, że naród był zawsze jeden i opierał się zaborcom czy okupantom. Nasze dzieje wyglądały tak, że od tego narodu stale odłupywane były mniejsze i większe drzazgi. I niejednokrotnie wydawało się, że się naród dzieli – ale nie, zawsze się okazywało, że naród jest po jednej stronie, a po drugiej tylko ci, którzy już nim dłużej być nie chcieli. Nie pamiętamy o nich, bo skoro się od korzeni poodrywali, nie miał kto pamiętać. Być może to zresztą godziwa cena za życie wygodne i pozbawione tych mąk, na jakie naraża człowieka bycie Polakiem; nie mój problem.

Konstatuję − słusznie czy nie, jak kto uważa − że nic się nie zmieniło. Pisząc  o tym, że nie można narodu rozrywać na dwie części, Krzysztof pewnie ma rację. Ale ja nie widzę dziś dwóch narodów. Widzę naród, i pewną część elity, która się oderwała i wynarodowiła, owszem, przekonaną, że stworzyła swój naród „młodych, wykształconych i z dużych miast”, który jest narodem, czy raczej „społeczeństwem” (oni nawet samego słowa „naród” nie trawią) jedynym, a w każdym razie jedynie słusznym, bo nowoczesnym i „europejskim”. Prawda jest inna. Bez wdawania się w tej chwili w statystyki, badania i dane o recepcji poszczególnych mediów − to wiara w miraż.

Prawda jest taka, że michnikowszczyzna jałowieje i usycha, tak samo, jak i przedtem działo się to z podobnymi odszczepionymi od narodu wiórami. Politycznie to wciąż jeszcze jako tako wygląda − bo pozycję salonu wyznacza sojusz z nowoczesnym towarzyszem szmaciakiem z PO, który cznia salonowe ględzenia, ale na razie potrzebuje, więc za nie płaci; bo jest w stanie urządzać takie przebieranki, jak wąsacz z dwururką, zbierający głosy dla sił postępu od elektoratu naiwnie tradycjonalistycznego; bo wreszcie salon ma siłę mobilizowania pewnej liczby hałaśliwych barbarzyńców. Ale to nie żaden inny polski czy jakikolwiek naród, tylko młodzi barbarzyńcy, wykolejeńcy, produkt społecznego rozkładu − u nas kopią i opluwają modlących się pod żałobnym krzyżem, w Hiszpanii pielgrzymów przybyłych na spotkanie z Papieżem, w Londynie plądrują sklepy, a w Berlinie palą samochody. Jedyny „naród europejski”, jaki się udało wychować pogrobowcom Oświecenia.

Natomiast intelektualnie − tam już nic nie ma. Żadnej ciekawej książki, żadnej myśli. Towarzystwo wzajemnej adoracji zachwycające się podróbkami podróbek siebie samych sprzed lat. Pustka i napuszona chałtura. Jedyna idea − obracanie wszystkiego w kpinę i pierdzenie na wargach na Boga, Honor i Ojczyznę.

Kuba Wojewódzki zaprosił kiedyś do swego talk-show Adama Michnika, i na zakończenie rozmowy oznajmił mu, że jest jego następcą − co ten pierwszy zmuszony był przyjąć do wiadomości. Niby wszystko w konwencji żartu, ale w sumie − święta racja. Średnia wieku owej elity, o docenienie której upomina się Krzysztof, przypomina wszak kremlowskie politbiuro, a następcy − właśnie tacy. Dumni z tego, że w ogóle im się nie chciało wkuwać o tych wszystkich powstaniach ani czytać tej nudy o „Panu Tadeuszu” czy innych Sienkiewiczów.

I jeszcze jedno: ubolewa Krzysztof, że „gardzi się dorobkiem Andrzeja Wajdy, bo trafił do obozu przeciwnika i za dużo mówi”, gdy tymczasem „jego wypowiedzi polityczne spływają jak piana do rynsztoka historii, a zostaje złoto sztuki w narodowym skarbcu”. W pełni się z tym zgadzam, i chyba nie ja, ani moi czytelnicy, jesteśmy właściwymi adresatami tej uwagi. Nigdy nie miałem kłopotu, by oddać jakiemuś twórcy sprawiedliwość za to, co kiedyś zrobił dobrego, tylko dlatego, że dziś dołuje albo się świni. To akurat właśnie modus operandi salonu. Jeśli Kapuściński czy Wajda z nami, to każde ich dzieło jest arcydziełem, a jeśli na przykład Nowakowski nie z nami, to w ogóle go ma nie być. Naród jest wyrozumiały, drogi Krzysztofie. Naród pamięta Staszicowi jego ciężką i pożyteczną pracę, a nie to, że podpisał W. Ks. Konstantemu świński dekret wprowadzający w Królestwie Polskim cenzurę − i Wajdzie też zapamięta jego najlepsze filmy, a nie schrzanione agitki czy pyskowanie przeciwko pochówkowi Prezydenta. Naród będzie pamiętał, że Czesław Miłosz był wielkim polskim poetą, a nie że od czasu do czasu bredził okrutnie i pozwolił na starość zrobić z siebie „dyżurny autorytet”. I tak.

Tak sądzę, bo przecież ten naród zapamiętał Oświeconych, którzy się gromadzili na obiadach czwartkowych u „Króla Stasia” − a litościwie spuścił w niepamięć tych, którzy  spotykali się u generałowej Zajączkowej. Choć byli to ci sami ludzie. Może się mylę, a może znam ten naród lepiej niż ci, którzy tak się nadymają poczuciem bycia „młodymi, wykształconymi i z dużych miast”.

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ranking marek polskich

9 kwi 2011

Subotnik Ziemkiewicza

Sugestia, powtarzana stale pod moimi  tekstami przez dyżurne lemingi, jakobym czegoś zazdrościł Adamowi Michnikowi, jest całkowicie bezpodstawna. Czegóż miałbym zazdrościć autorowi, który mimo tak rozpoznawalnego nazwiska i tak potężnego ogromnego aparatu promocyjnego sprzedaje swe książki w nakładach zaiste mikroskopijnych? Którego liczni wyznawcy do tego stopnia wbite mają do głów, że ich autorytet ma zawsze rację, iż wcale nie czują potrzeby wiedzieć, co właściwie on mówi i pisze?

W istocie osobą, której zazdroszczę, jest Jarosław Kaczyński.

Zazdroszczę mu tego mianowicie, że jest największym w Polsce, jak to się teraz nazywa, „trendsetterem”. Wszystkie media i cała polityka kręcą się wyłącznie wokół Kaczyńskiego. Cały establishment nie zajmuje się niczym innym, niż demonstrowaniem oburzenia każdym kolejnym słowem i zachowaniem Kaczyńskiego. Koalicja i rząd potrafią jedyny sens swego istnienia znaleźć tylko tym, żeby nie rządził Kaczyński, a jedyny wyrazisty głos zarówno władzy, jak i całego medialnego oraz intelektualnego establishmentu, sprowadza się do stanowczego stwierdzenia, że każdej sprawie Kaczyński nie ma racji, i do demonstracyjnego okazywania mu nieposłuszeństwa. Apelowałem już do prezesa PiS w tej sprawie na innych łamach, ale na wszelki wypadek powtórzę: bardzo go proszę, żeby gdzieś stanowczo i jednoznacznie potępił samobójstwa. Całe to stado idiotów natychmiast uzna za punkt honoru, żeby na złość mu palnąć sobie w łeb, i przynajmniej część z nich będziemy mieli wreszcie z głowy (część, bo przecież, nie żywmy złudzeń, takiemu Niesiołowskiemu czy Kutzowi każda kula odbije się od głowy jak gumowa piłeczka).

W rankingu najsilniejszych polskich marek, „brendów”, Jarosław Kaczyński, człowiek, którego cała polska obrazowanszczina uwielbia nienawidzić, jest bez wątpienie królem. Potem jest długo, długo nic, a potem mniej więcej ex aequo Mykoła Diomko, bardziej znany jako Mieczysław Moczar, oraz Roman Dmowski. W dyskursie polskich tzw. intelektualistów oba te nazwiska są symbolem tego co najgorsze, a więc polskiego patriotyzmu. Publicysta „Gazety Wyborczej” aby potępić Jarosława Kaczyńskiego za wypowiedź o Ślązakach porównuje go z Dmowskim. Publicysta „Uważam Rze”, aby potępić politykę Radosława Sikorskiego, też porównuje go z Dmowskim. Publicysta „Gazety Wyborczej” nie wie oczywiście, że Dmowski i jego endecy byli w okresie międzywojennym właśnie rzecznikami szerokiej autonomii zarówno Ślązaków, jak i Kaszubów, bo w opozycji do etatystycznych, rozkochanych w centralizacji piłsudczyków głosili program silnie akcentujący rolę samorządności zarówno terytorialnej, jak i środowiskowej. Publicysta „Uważam Rze” takoż nie wie, że aksjomatem i podstawą całej koncepcji geopolitycznej Dmowskiego było przekonanie, iż nie ma dla Polski groźniejszego wroga niż Niemcy, że z Niemcami musimy walczyć zawsze, wszędzie i na wszelkie sposoby; germanocentryczna polityka rządu Tuska ma z tym tyle wspólnego, co czołg merkava z merkantylizmem. Ale po co cokolwiek wiedzieć? I Kaczyński, i Sikorski, używają słowa Polska, a kto mówi o Polsce, ten jest endekiem, i chwatit’.

Chyba, że jest moczarowcem. Nie miałem swego czasu tzw. mocy przerobowych, żeby zareagować na felieton Piotra Bratkowskiego w „Newsweeku”, w którym wyrzekał on na „moczarowców” broniących uczestnika telewizyjnego show, wyśmianego przez zblazowane gwiazdy z jury za zaśpiewanie patriotycznej piosenki − i szerzej w ogóle na „posmoleński patriotyzm” jako „moczarowski” właśnie. Patriotyzm kojarzy się Bratkowskiemu z Moczarem, bo Moczar się do patriotyzmu odwoływał. Co prawda nie częściej niż Gomułka czy Gierek, i mniej więcej w tym samym stopniu było to w jego ustach szczere czy uprawnione, ale − jak przenikliwie zauważa Bratkowski − obrońcy młodego piosenkarza i krzyża na Krakowskim Przedmieściu nie lubią Adama Michnika, a Moczar też go nie lubił.

Głębia myśli Bratkowskiego zasługiwałaby na jakieś uhonorowanie, gdyby nie był on niestety plagiatorem, i to czerpiącym z tradycji tak szerokiej, że trudno ustalić, z kogo konkretnie. Faktycznie, michnikowszczyzna bez Moczara nie jest w stanie zrobić kroku, podobnie jak bez Gontarza i paru jeszcze negatywnych bohaterów swej młodości; ktokolwiek ich nie lubi, albo oni go nie lubią, a jeszcze niech nie daj Boże nie będzie zdeklarowanym kosmopolitą, jest moczarowcem (chyba, żeby był endekiem; zresztą od czasu, jak usłyszałem, że endekiem był też śp. Lech Kaczyński, bo miał w gabinecie portret Piłsudskiego, nie wiem już, jaka właściwie jest różnica).

Bogiem a prawdą, ta zajadłość wobec starego komucha jest dla mnie trudno zrozumiała. Michnikowcy powinni mu akurat być dozgonnie wdzięczni, bo przecież to właśnie towarzysz Moczar zadecydował o tym, że marginalna grupka komunistycznych rewizjonistów wylansowana została na liderów walki z komunizmem. Taką akurat sobie wymyślił linię propagandową − żeby ukryć, iż zamieszki były masowym, pokoleniowym buntem, jak każdy polski bunt kierowanym głownie emocją patriotyczną, nakazał całej propagandowej potędze trąbić o kierowniczej roli w spisku potomków stalinowskich aparatczyków żydowskiego pochodzenia, i maksymalnie eksponować ludzi, którzy do tego wzorca pasowali. Zapewne, nie szczędził wyznawcom „prawdziwego socjalizmu” przykrości, ale ostatecznie gdyby nie on, to młodzi wychowankowie „Czerwonego harcerstwa” i świetlic TPD ze swymi dysydenckimi dąsami na partyjnych biurokratów, którzy wypaczyli szlachetną ideę Marksa i Lenina, pozostawaliby dalej na marginesie emocji, targających zniewolonym społeczeństwem.

Śmiał się kiedyś w sławnym skeczu Zenon Laskowik, jak to łatwo za czasów Gierka było pracować w sklepie: „nie ma… nie ma.. nie ma… dwa słowa przez cały dzień powtarzać o co by nie spytali, a trzy dwieście na koniec miesiąca jest”. Dzisiaj jeszcze łatwiej jest być intelektualistą: pisowiec, moczarowiec, endek, endek, moczarowiec, pisowiec, pisowiec, pisowski pisowiec, endecki moczaryzm, moczarowski kaczyzm, kaczystowska moczarowska pisowska dmowszczyzna endecka… i nic już więcej nie trzeba ruszać mózgiem.

Na wymyślenie czegokolwiek wykraczającego poza rytualne wyklinanie „niebłagonadiożnosti” celebrytom III RP nie staje już ani czasu, ani rozumu, ani, no − w ogóle im nie staje. I nie musi. Żeby uchodzić za elitę, wystarczy przecież zaznaczać, że się nie ma nic wspólnego z tym endecko-moczarowskim, pisowskim ciemnogrodem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Co nam szkodzi prawda?

19 lut 2011

Subotnik Ziemkiewicza

Całkiem możliwe, że w przyszłości bronić się będzie redaktora Adama Michnika argumentem, że, cokolwiek mówić, to on wychował Artura Domosławskiego i Romana Graczyka. I sam może sobie teraz pluć w brodę, ale fakt jest faktem. To właśnie legenda Adama Michnika, niezłomnego poszukiwacza sprzeczności i intelektualisty służącego prawdzie, kształtowała autorów dwóch najważniejszych książek faktograficznych ostatnich kilkunastu miesięcy. To Michnik podawany był im za wzór odwagi w docieraniu do prawdy, w odrzucaniu kłamstw i pozorów; ten właśnie wzór wzięli sobie do serca i naśladują.

Co za literacki temat! Gdy Mistrz i bohater, okazuje się, dawno już o głoszonych ideałach zapomniał, uwikłał się w kłamstwa okropne, załgał na amen w jakichś bezsensownych makiawelicznych gierkach, wymienił swą legendę na brzęczącą polityczną monetę i przepuścił wszystko co do centa, nagle stają przeciwko niemu uczniowie, którzy niegdyś uwierzyli w jego wizerunek moralnego mocarza, i wierzą weń nadal. I teraz były bohater musi szczuć na nich nagonkę swoich najemnych pismaków, tak jak kiedyś na niego samego słał swoich propagandystów Moczar czy inny Gomułka. Bo psują mu polityczny układ i ogólną koncepcję. A zaszczuwani bronią się argumentacją wziętą jakby z dawnych pism Michnika: że przecież nie można żyć w kłamstwie…

Z dwóch wymienionych, łatwiej było biografowi Ryszarda Kapuścińskiego. Stanęło za nim środowisko dość już wpływowe, jakim jest „Krytyka Polityczna”. Odmitologizowanie Kapuścińskiego trafiło w potrzeby środowiska lewicowców-antyglobalistów, dla których Domosławski stworzył w ten sposób bohatera o wolność uciskanych przez amerykański imperializm ludów, w walce o słuszną sprawę nie wahającego się współpracować z sowieckimi wyzwolicielami, pisać na ich zamówienie mitologię rewolucji etiopskiej, a nawet samemu chwytać za kałacha. W pewnym sensie, można nawet rzec, spór o książkę Domosławskiego stał się swoistą próbą sił między „starym” a „młodym” salonem, zwycięską dla tego drugiego.

Natomiast książki Romana Graczyka o „Tygodniku Powszechnym”, obawiam się, nie ma kto bronić przed kłamstwami i kalumniami, z którymi michnikowszczyzna nie zaczekała nawet na udostępnienie pierwszych jej fragmentów. Atak na Graczyka gładko wchodzi w utarte koleiny − lustracja, „ubeckie szambo”, ohydny IPN, niszczenie autorytetów etc. A tymczasem książka ta jest tak naprawdę nie o tym.

Nie ma bowiem znaczenia, że Graczyk ogranicza się do faktów, że bezustannie przypomina, by je widzieć w konkretnym historycznym kontekście, że wszystkie wątpliwości tłumaczy na korzyść podejrzanych. Że nikogo nie oskarża, tylko po prostu stara się, najlepiej jak to dziś historyk może zrobić, opisać prawdę. To właśnie jest jego zbrodnią, i cokolwiek by zrobił, samo przyjęte założenie decyduje o tym, że przez michnikowszczyznę musi zostać opluty i zgnojony jako oszalały inkwizytor, nienawistnik, pisowiec i co tam jeszcze.

Bo prawda siłą rzeczy niweczy legendę. Legenda, baśń, właściwie, którą przez ostatnich lat dwadzieścia budowano, korzystając z całkowitego i świadomego wyłączania mózgów przez życzliwą publiczność, każe widzieć w „Tygodniku Powszechnym” pismo opozycyjne wobec PRL. W owej baśni, jakimś cudem, którego nikt nie próbuje tłumaczyć, w państwie totalitarnym reżim pozwalał grupie swoich przeciwników wydawać tygodnik i liczne książki, zachowywać sformalizowaną strukturę, ba − uczestniczyć nawet, jakkolwiek w funkcji dekoracyjnej, w organach najwyższej (formalnie) władzy. I nic z tego reżim nie miał, poza kłopotem z niesfornymi intelektualistami.

Jest to oczywisty historyczny nonsens. Żadne środowisko w najmniejszym nawet stopniu opozycyjne, nawet gdyby wyrzekło się jakichkolwiek ambicji walki z „dziejowymi koniecznościami” socjalizmu i „bratniego sojuszu”, po roku 1949 fizycznie istnieć nie mogło, czego dowodem los rówieśnego „Tygodnika Warszawskiego”.

Graczyk po prostu przedstawia fakty. Nie będę jego książki streszczał. Jest to jedna z tych publikacji, które szanujący się polski inteligent bezwzględnie powinien znać i mieć na półce. Ograniczę się do stwierdzenia, skądinąd oczywistego, że książka Graczyka zapisuje po prostu pewną grę, jaką środowisko katolickich lewicujących intelektualistów prowadziło niejako na dwóch płaszczyznach: z Kościołem, który chcieli zmienić, i z reżimem, w którym chcieli znaleźć dla siebie niszę i z czasem ją coraz szerzej rozpychać. Ta gra była możliwa dlatego, że dla Kościoła każdy sposób dotarcia do katolickiej inteligencji i organizowania życia intelektualnego był wtedy ważny, a z kolei reżimu w „Tygodniku Powszechnym” widział narzędzie dywersji wobec prymasa Wyszyńskiego i sposób rozkruszania jedności Kościoła.

Niewybaczalny grzech Graczyka − z punktu widzenia michnikowszczyzny, oczywiście − polega na tym, że w świetle historycznych faktów rozwiewa się jak mgła urojenie o jakimś szczególnym immunitecie tego, co nazywa on „grupą krakowską”. W łeb bierze hagada o dobrym „Znaku” i złym „Paksie”. Gra Stanisława Stommy czy Jerzego Turowicza nie była, wedle ocen moralnych, czymś diametralnie innym, niż gra Bolesława Piaseckiego czy Zenona Komendera. Jerzy Turowicz nie stał moralnie wyżej niż Jan Dobraczyński, ani Jerzy Zawieyski nie był większym opozycjonistą niż Ryszard Reiff. „Znak” i „Tygodnik Powszechny” miały swoje chwile wielkości, ale i momenty hańby − na przykład, gdy komuniści użyli znakowskich intelektualistów do zachęcania Watykanu, za plecami Prymasa i wbrew jego woli, do nawiązania stosunków dyplomatycznych z rządem PRL. Podobnie, jak swoje chwile wielkości i hańby miały „Pax” i „Słowo Powszechne”.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie miał za złe Stommie seniorowi, Woźniakowskiemu czy Turowiczowi, że starali się robić, co ich zdaniem robić było można. Ale nimb świętości albo się im nie należy, albo należy się także ludziom Piaseckiego czy Zabłockiego. Jedyna bowiem, generalnie, różnica pomiędzy ugodowością jednych a drugich była taka, że jedni się w III RP „załapali”, a drudzy nie. A to nie jest podstawa do ferowania ocen moralnych.

Pozwalam sobie na to streszczenie, aby przestrzec czytelników przed gębą, którą „dziarscy chłopcy” od Michnika już przyprawiają Graczykowi, i przed formatowaniem, któremu już podlega jego książka. Wbrew temu, co Państwo słyszeliście, kwestie, kto i jak się kontaktował z SB i co „nadawał”, mają tu znaczenie marginalne.

Istnieje więc − wracając do porównania z Domosławskim − zwarte i wciąż jeszcze w pewnym stopniu wpływowe, choć to już tylko cień dawnej potęgi, środowisko, które jest zainteresowane tym, aby autora i jego dzieło zniszczyć. Nie widzę natomiast, kto ma interes go bronić. Mit „Tygodnika Powszechnego”, w przeciwieństwie do mitu „Bolka”, nie jest mitem założycielskim obecnej ekipy rządzącej. Jego odkłamanie nie ma więc znaczenia politycznego, jakie miały, czy autorzy tego chcieli, czy nie, prace Cenckiewicza i Gontarczyka oraz Zyzaka. Sam tygodnik jest dziś pismem niszowym, regionalnym, które mimo wszelkich starań i ściągania na gościnne występy autorów o nazwiskach wyrobionych gdzie indziej, sprzedaje się gorzej nawet od komuszego „Przeglądu”. Środowisko postpaksowskie, które może najbardziej jest zainteresowane, by do Polaków dotarła prawda o tamtych czasach i tamtych próbach ugrania czegoś w nieodwracalnym, jak się przez wiele lat wydawało, komunistycznym zniewoleniu, jest jeszcze mniej wpływowe.

Właściwie nie stoi za Graczykiem nic, poza przyzwoitością, która każe docenić rzetelność i uczciwość historyka. A w III RP przyzwoitość, jak przecież wszyscy wiemy, znaczy naprawdę niewiele.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Literatura w segmencie glamour

12 lut 2011

Subotnik Ziemkiewicza

Tych kilka słów mogłoby być follow-upem do mojego eseju z poniedziałkowego „Uważam Rze”. A właściwie, jego zapowiedzią (jak to będzie w modern-polish: follow-downem? Pre-adem?) bo chodzi o „Uważam Rze” z tego poniedziałku pojutrze, a nie tego poprzedniego.

Na dobrą sprawę, mógłby być nawet częściowym lub całkowitym autoplagiatem, bo nasz tygodnik nie doczekał się jeszcze wydania „on lajn”, a czytelnicy papieru i czytelnicy sieciowi stanowią ponoć zbiory rozłączne. Ale na taką chałturę oczywiście nie pójdę, honor nie pozwala. Po prostu napiszę tak, jakby wszyscy czytelnicy mój tekst o polskiej inteligencji z pojutrzejszego „Uważam Rze” już znali, względnie niebawem mieli poznać. Jeśli kogoś zachęcę do wykosztowania się na promocyjne półtora złocisza, to mój zysk.

Bo było tak: wspomniany eseik skończyłem, oczyściłem z grubsza z nazbyt ekspresywnych wyrażeń i odesłałem do redakcji, a potem zaszedłem na zakupy. Między innymi na stojaku w megastorze (znowu ten modern polish) przekartkowałem sobie miesięcznik „Nowe Książki”, a w nim recenzję z książki Janusza (Dżanusa?) Głowackiego „Good night, Dżerzi”. Właściwie, to z całej recenzji wystarczyła mi tylko konkluzja: „Janusz Głowacki napisał powieść znakomitą”! Pani recenzentka zachwycona. Wszystkim. Nie tylko, że czytało się jednym tchem, w co jeszcze mogę uwierzyć. Pani recenzentka dopatrzyła się tam niezwykłych głębi. Analizy sytuacji człowieka, który jest „pomiędzy”, wielkich duszoznawczych odkryć, refleksji o życiu emigranta, o twórcy i tworzywie, o Nowym Jorku, tyglu kultur, roli przypadku w życiu człowieka i Bóg wie czym jeszcze.

Może bym na to nie zwrócił uwagi, gdyby nie fakt, że stosunkowo niedawno zakończyłem lekturę rzeczonej powieści. Zakończyłem ją, przeklinając swe durne przyzwyczajenie z dzieciństwa, że jak już coś zaczynam czytać, to brnę do końca, nawet jeśli dzieło w najmniejszym stopniu nie rokuje − z uczuciem straty czasu i znudzenia. I właściwie z jedną tylko refleksją: że gdyby Chińczycy robili podróbki markowej literatury, jak wszystkiego innego, to właśnie tak by one wyglądały.

Żeby nie być źle zrozumianym: to nie jest książka grafomańska czy nieudolna. Wchodzi gładko jak danie z fast-foodu i w takim samym stopniu organizm wzbogaca. Jest tam Nowy Jork i jego zblazowany od nadmiaru dobrobytu haj-lajfik, bogaci pederaści z hollyłudów i parę obrazków kolorowej i pstrokatej biedoty dla kontrastu, wątek ruskiej imigrantki (ruskiej, bo, jak się domyślam, trzeba to sprzedać na Zachodzie, a Polka by tam psa z kulawą nogą nie zainteresowała), a więc jest i ruska mafia, i – w reminiscencjach – coś o ciężkim życiu w realnym socjalizmie, o Czeczenii, ogólnie − szczypta perwersyjno-brutalnego romantyzmu. I jako clou nowojorskie kluby sado-maso. No i ten nieszczęsny „Dżerzi” który pęta się po całokształcie właściwie po nic, ale musi się pętać, bo przecież, jak to w markowej podróbce, najważniejsza jest tu metka, a „Dżerzi” jest właśnie jedną z dwóch decydujących o sprzedaży metek (drugą jest sam Głowacki).

Przeczytałem, pochwaliłem własną przebiegłość, która kazała mi modne dzieło wysępić od wydawcy, bo gdybym na coś takiego wydał własnych trzydzieści parę złotych, nie mógłbym przeboleć długo. I właściwie nie zamierzałem się z nikim refleksjami o nieszczęsnym utworze dzielić.

No bo cóż… W „Good Night, Dżerzi” nie ma, jak to ujmował Conrad, żadnej godnej zapisania prawdy. Nie ma tam nawet żadnej godnej uwagi nieprawdy, w jakie obfitowała zabawnie wyłgana autobiografia „Z Głowy”. Nie ma nic w ogóle, poza banałem, sztampą i obrazkami jak raz do kolorowego pismana kredzie. Ale − czy musi być coś więcej? Nie musi. Rzecz jest z założenia stargetowana na czytelnika „Gali”, „Vivy” i temu podobnych wydawnictw. A kto jak kto, ale współautor „Rejsu” wie doskonale, że Mamoń i Mamoniowa, cokolwiek się w danej epoce u Mamoniów nosi, lubią to, co znają. Mnie się nie spodobało, ale nie takim jak ja podobać się miało, moja wina, że z własnej woli i niezdrowej ciekowości przeczytałem.

Proszę nie szukać w tym żadnej przygany. Janusz Głowacki swoje lata ma, swoje sukcesy zaliczył, nie musi się naprężać i wyskakiwać. Uwił sobie ciepłe gniazdko w światku michnikowszczyzny i nie w głowie mu donkiszoterie, naprawianie świata czy nawet ironiczne krzywienie ust na jego nieprawości − co oczywiście nie budzi mojego szacunku. Ale ogranicza się w tym światku do czerpania przyjemności z bycia bon-wiwantem, nie wypłacając się za to demonstrowaniem postawy po linii i na bazie ani pluciem na tych, co nie są po linii, daleko mu do zajadłości zwapniałego zetempowca, prezentowanej przez wielu innych tuzów salonu − co też jest coś warte. Więc co się go będę czepiać? Nie chce mu się pisać, względnie nie umie już pisać, tekstów na miarę swych najlepszych dokonań, a coś pisać musi, nazwisko ma wyrobione, dlaczego z tego nie korzystać − no to szyje literacką konfekcję, a co, nie wolno? Wolno.

Więc nie Głowackiego się czepiam, jego rozumiem. Rozumiem nawet jego nabywców. Rzesza czytelników kolorowych pism potrzebuje takiego właśnie markowego produktu. Dzieło znanego intelektualisty, o drugim znanym intelektualiście (bargajn: dwa w jednym) więc jego nabycie znacząco podnosi intelektualny status nabywcy w mniemaniu jego własnym i bliskich. Powieść wybitnego pisarza, a on, czytelnik (względnie ona, czytelniczka) wszystko rozumie, nie musi sięgać po słownik, wracać się w lekturze, sprawdzać − więc satysfakcja: mądry (mądra) jestem. Powieść, zapewniają recenzenci, rozważająca poważne problemy, pełna głębokich refleksji i w ogóle, treści, a czytelnik (czytelniczka) wszystko to zna (ze swoich ulubionych, kolorowych pism) i mało tego, nigdzie autor w zasadzie nie wykracza poza tę wiedzę − i to już satysfakcja do kwadratu: ależ mądry (mądra) jestem!

Więc fakt, że „Dżerziego” sprzedało się już ponoć prawie sto tysięcy, nijak mnie nie dziwi. Segment rynku, tworzony przez ludzi, którzy chcą być „glamour” jest mniej więcej taki właśnie. A trzy dychy z drobnym hakiem to dla nabywcy z tego segmentu doprawdy niewiele, jak za satysfakcję bycia na bieżąco z tym, co najwartościowsze we współczesnej kulturze.

Tylko te „Nowe Książki”… To mi do tego wszystkiego nie pasuje. Na to czegoś trudno mi wzruszyć ramionami. Kiedy takie popiskiwania rozanielonych recenzentek zamieszczają „Twój Styl” i „Pani”, niechby nawet „Polityka” czy „Wyborcza”, to wszystko jest na swoim miejscu. To jest produkt plejsment, czy press kit, czy jak to tam się nazywa (nie, produkt plejsment to chyba co innego; cholerny modern polish, ciągle miewam kłopoty). Ale „Nowe Książki” to pismo niszowe, adresowane do fachowców. I teoretycznie powinno zatrudniać fachowych krytyków, piszących prawdziwe recenzje, a nie notki reklamowe. Na to doi dotacje.

Zresztą, rzetelność recenzentki jest poza wszelkim podejrzeniem. Jaki media-planer marnowałby energię na załatwianie powieści pozytywnej recenzji w miesiąc czy dwa po premierze, w piśmie, które rozchodzi się w kilkuset egzemplarzach prenumerowanych przez biblioteki, które tylko czasem, incydentalnie, przejrzy ktoś w empiku? Nie, pani krytyk musi naprawdę uważać to, co napisała.

I to jest właśnie problem. Nie to, że jest kupa ludzi, którzy aspirują do bycia inteligencją nie mając potrzebnej ku temu wiedzy, ogłady ani rozumu, że ludzie ci tworzą może niezbyt liczny, ale na tyle szmalowny target, że wydaje się dla nich błyszczące, drogie pisma pozwalające im zaspokoić się intelektualne bez umysłowego wysiłku. Problemem jest to, że do tej grupy należą także ludzie, którzy powinni być prawdziwą elitą. Którzy powinni umieć odróżnić literaturę od podróbki, artyzm od kiczu, myśl od frazesu, bo tego wymagają wykonywane przez nich elitarne zawody.

A oni te zawody wykonują zupełnie bez kwalifikacji.

Kiedy to samo dzieje się w sprawach bardziej przyziemnych, fuszerka wyłazi dość szybko. Ignorant w infrastrukturze rozkłada infrastrukturę, ignorant w służbie zdrowia czy finansach rozkłada służbę zdrowia albo finanse, i żaden pijar tego na dłuższą metę nie ukryje. Kiedy kwalifikacji nie ma ktoś, kto buduje domy, to dom się wali i nie ma o czym dyskutować.

A kiedy ignoranci zaczynają dominować w kulturze, jest im znacznie łatwiej. Mogą się powoływać na swoje świadectwa nawzajem, a taka na przykład literatura nie gnije tak spektakularnie, jak wali się źle postawiony most. Literatura może gnić po cichu, długo, infekując inne dziedziny kultury, a od tej z kolei gnije… jak to ująć? Modern-polish nie zna odpowiedniego słowa, a tradycyjne określenie „duch narodowy” brzmi nieznośnie oldskulowo.

Ale tak, cholera, jest. Good Night, objawie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop