Posts Tagged „Krytyka Polityczna”<

Jaka brzydka katastrofa!

13 lis 2011

Środowisko „Krytyki Politycznej”, które miało być intelektualną kuźnią lewicowej myśli, zapraszając na 11 listopada niemieckich chuliganów, zniweczyło część swego dorobku – uważa publicysta

W jednym miejscu Warszawy odbył się Marsz Niepodległości. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi, w tym działacze ONR i Młodzieży Wszechpolskiej, mniej lub bardziej zorganizowane grupy kibiców, rozmaite środowiska patriotyczne i katolickie, takie jak Solidarni 2010 i aktywni czytelnicy „Gazety Polskiej”, kombatanci AK i NSZ, piłsudczycy, sympatycy Nowej Prawicy i młodzieżowych organizacji konserwatywno-liberalnych oraz rzesza zwykłych warszawiaków, pragnących w tradycyjny sposób zamanifestować swą dumę z niepodległości, przeszło po nabożeństwie w kościele Świętej Rodziny od placu Konstytucji poprzez Waryńskiego, Spacerową i Belwederską, pod gmachami rządowymi, aż do placu Na Rozdrożu.

Dwugodzinny przemarsz, na całej trasie praktycznie niezabezpieczany przez policję, odbył się we wzorowym porządku i spokoju, w godnym święta nastroju. Śpiewano, skandowano hasła, niesiono transparenty.

W innym miejscu Warszawy kilka tysięcy sympatyków lewicy zebrało się, aby zaproponować swój alternatywny sposób obchodzenia Dnia Niepodległości – oderwany od historii i symboli patriotyczno-narodowych, w formie beztroskiego festynu, akcentującego „kolorowość” i wielokulturowość postulowaną dla Polski przez lewicowe autorytety jako „europejską normalność”. Swój wiec, reklamowany przez życzliwych lewicy intelektualistów i celebrytów, nazwali oni „Kolorowa Niepodległa”.

Oba te wydarzenia praktycznie nie zaistniały w mediach skupionych bez reszty na bijatykach wywołanych przez przybyłych specjalnie w tym celu ulicznych „zadymiarzy”.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kryptokryptolodzy

25 cze 2011

Subotnik Ziemkiewicza

O tym, że w Internecie można bezkarnie, korzystając z anonimowości, napisać każdy idiotyzm, wiadomo od dawna i rzecz niespecjalnie dziwi. Dziwić może, gdy kto wypisuje idiotyzmy pod swoim nazwiskiem. A raczej, gdy wypisując idiotyzmy i sygnując je nazwiskiem, potem domaga się dla swego nazwiska szacunku. Taki na przykład Wojciech Sadurski, było nie było, profesor i wykładowca, postanowił pokazać, że ma coś dowcipnego do powiedzenia o literaturze. Oczywiście tej głęboko niesłusznej:

„Jak wiadomo, zazwyczaj jest tak, że książkę Wildsteina recenzuje pozytywnie Marcin Wolski, Wolskiego – Ziemkiewicz, a Ziemkiewicza Wildstein (lub na odwrót). Na tym polega odwieczne koło bytu, radosne prawo synergii, napełniający otuchą mechanizm ludzkiej solidarności” – ironizuje pan profesor. Ha, ha, bardzo śmieszne. Mam tylko jedną drobną prośbę − żeby tak jeszcze pan profesor Sadurski znalazł chociaż jedną moją recenzję o Wildsteinie. Albo o Wolskim. Albo żeby znalazł jedną recenzję Wildsteina o mnie. Albo o Wolskim. Bo prawdą jest w jego wysilonych dowcipach tylko tyle, że Wolski, który ma w „Gazecie Polskiej” stała recenzencką rubrykę pisał o książkach nas obu, tyle że to dla uzasadnienia jego szampańsko lekkich złośliwości trochę za mało.

Kiedyś od człowieka z tytułem profesorskim oczekiwano, że jeśli coś mówi, a zwłaszcza jeśli pisze, to wie co. „Ale co tam marzyć o tem”, jak powtarzał pan Rzecki. A taki na przykład Daniel Passent, od dziesięcioleci podpora tygodnika „Polityka”, profesorem nie jest, więc tym bardziej wiedzieć nie musi. Panu Passentowi z kolei zebrało się na ironizowanie nad moimi słowami „nie byłem zachwycony rządami PiS”. Och, doprawdy, kryguje się czołowy publicysta stanu wojennego, to jakaś nowość… Ależ nic prostszego, redaktorze Passent: znajdźcie po prostu jakiś cytat, w którym daję upust swojemu zachwytowi rządami PiS. Nie żeby nawet zaraz jakieś takie totalne lizusostwo, w rodzaju „Passent o Jaruzelskim” czy innych komunistycznych wodzach, nie, wystarczą choćby wyrazy zachwytu umiarkowanego. Rozumiem wstręt do wertowanie książek, ale prawie cała moja publicystyka prasowa jest dostępna w Internecie, a na jutubie wiszą dziesiątki nagrań ze spotkań z czytelnikami, wystarczy użyć wyszukiwarki. Tak, wiem, to skomplikowane, ale proszę spytać jakieś dziecko, poinstruuje i objaśni. No, proszę. Swego czasu oferowałem znalazcy takiego cytatu cenną nagrodę, było to dość dawno, ale wciąż nikt się po nią nie zgłosił, więc może wy, towarzyszu, spróbujcie szczęścia.

Wracając do powieści Wildsteina, z której natrząsa się Sadurski nie ukrywając zresztą, że wcale jej nie czytał (po co niby, skoro powieść jest głęboko niesłuszna, a on, wręcz przeciwnie, po linii i bazie?) bardzo zazdrościłem Bronkowi recenzenckiego cytatu: „czyż może być przypadkiem, że Wildstein wydał swoją powieść akurat przed wyborami”. Ale − cudze chwalicie, swego nie znacie − zerknąłem w google’a i znalazłem o swojej powieści coś równie słodkiego: „Wydaje się oczywiste, że pod przykrywką czułej miłości do rodziny i troski o Ojczyznę, RAZ chce zgarnąć nasze dusze i oddać je Kaczyńskiemu w najbliższych wyborach.” Co prawda, nie stoi za tą opinią żaden profesorski tytuł, rzecz pochodzi z blogu, ale widać wyraźnie, że myślenie recenzującej książkowe nowości damy uformowane zostało przez recenzentów z okolic Czerskiej.

Stanisław Lem w powieści „Pamiętnik znaleziony w wannie” wymyślił arcydzieło kryptologii, maszynę do absolutnego deszyfrowania, która potrafiła odnaleźć i objaśnić zaszyfrowaną treść we wszystkim. Kiedy na przykład do tej maszyny wrzucono dzieła Szekspira, wyszło zdanie: „Ech, gdyby mi ona dała, fajnie by”. Recenzenci z okolic Czerskiej, kiedy się zabierają do literatury głęboko niesłusznej, też działają jak ta deszyfrująca maszyna − cokolwiek im dać, znajdą w tym agitację na rzecz znienawidzonego Kaczora. No, i jeszcze sceny erotyczne, bo środowisko postępowych literaturoznawców z nieznanych mi przyczyn pełne jest seksualnych frustratów, którzy jak znajdą w utworze tzw. moment, o niczym innym już myśleć nie potrafią − ale przede wszystkim wspomnianą agitację. Na podobnej zasadzie, jak w peerelowskim kawale o milicjancie, który aresztuje faceta za powiedzenie, że w rządzie są złodzieje, a gdy ten próbuje się tłumaczyć, że myślał o rządzie amerykańskim, albo niemieckim, w każdym razie kapitalistycznym, gasi go: obywatelu, ja dwadzieścia lat w MO służę, to ja dobrze wiem, w którym rządzie są złodzieje!

Owoż kiedy w literaturze opisana zostaje jakakolwiek ze współcześnie się w Polsce dziejących nieprawości − to już wiadomo, że jest to książka pisowska. Oni to wiedzą, w końcu pracują w prorządowych mediach. Jak ktoś mówi, że w Polsce są złodzieje, że są sitwy, że się łamie prawa człowieka, to przecież każdy dobrze wie, że nie chodzi tu o „pisowców”. Ta świadomość zresztą dotyczy nie tylko literatury. Podobnie michnikowszczyzna recenzuje homilie duchownych. Kiedy arcybiskup Gądecki skrytykował ułomności naszego kapitalizmu, zaraz go zgromiono, że jak śmie krytykować PO. Kiedy wcześniej biskup Frankowski ośmielił się w kazaniu pouczyć wiernych, żeby głosowali na ludzi uczciwych, „Wyborcza” wsiadła na niego, że to niedopuszczalne, agitować od ołtarza na rzecz PiS. Co jeszcze można wymyślić śmieszniejszego?

„Ten sam chamuś, ten sam prymitywny macho, ten sam neoliberał, który napisał Polactwo, teraz nagle uważa za stosowne przejmować się losem biednych staruszek i ludzi pracy” − oburza się na mnie za napisanie „Zgreda” recenzent „Krytyki Politycznej”, konstatując zresztą, że to wielki sukces nowej lewicy, że z liberała nawróciła mnie na endeka (jak boniedydy, tak tam stoi, proszę sprawdzić]). To ci dopiero: na dostrzeganie ludzkiej biedy i innych nieszczęść monopol ma lewica. A kto jest lewicą? A ten, kto się tak nazwał. Nawet, jeśli się tak nazwie młody salon, gromada dobrze sytuowanych  paniczyków, godnych dziedziców marcowego towarzystwa, które tak ładnie podsumował kiedyś bodajże Andrzej Mencwel, że to ludzie, którzy w życiu nie splamili się pracą i nie umieliby odróżnić młotka od hebla, a po całych dniach dyskutują o problemach klasy robotniczej.

Najciekawsza jest ta bijąca z tego wszystkiego dialektyka. Jakby „losem biednych staruszek i ludzi pracy” przejął się literat koncesjonowany przez salony, to by było okazanie godnej pochwały wrażliwości społecznej. Ale jak zauważa ludzi skrzywdzonych prawicowiec, to groźna polityczna agitacja na rzecz Kaczyńskiego. Cała nadzieja salonowych owieczek w tym, że mają czujnych recenzentów, którzy potrafią ich w porę ostrzec przed podstępnymi literatami, którzy podstępem chcą im porwać dusze i złożyć je u stóp złowrogiego prezesa PiS.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Tacy mądrzy, a głupi

14 maj 2011
Subotnik Ziemkiewicza

Cokolwiek sądzić o „Krytyce Politycznej”, za jedno niewątpliwie należy się jej szacunek − za przypominanie dorobku Stanisława Brzozowskiego. Co niby rzeczony Brzozowski, natchnienie młodych narodowców ze „Sztuki i Narodu”, miał wspólnego ze współczesną lewicą, a już zwłaszcza tą „rozporkową”, którą przede wszystkim reprezentuje KP, to osobna rozmowa. Jeśli słuszne jest moje odczucie, że środowisko zdominowane przez intelektualistów w rodzaju Jasia Kapeli, Tomasza Piątka czy Cezarego Michalskiego promując Brzozowskiego, negliżuje własną słabość, to właśnie tym bardziej należy jego odwagę docenić, nawet jeśli wynika z nieświadomości.

Otóż właśnie w ramach promocji wznowionych dzieł jednego z najważniejszych polskich myślicieli przeprowadził portal KP wywiad z profesorem Andrzejem Mencwelem. Uderza szczególnie jeden fragment tej rozmowy:

„Można przypomnieć, że pierwszy rząd niepodległej Rzeczpospolitej w 1918 roku nazywał się rządem ludowym, a pierwsza konstytucja przyznawała wszystkim równe prawa wyborcze. Było to coś niebywałego w kraju o panującej przez wieki tradycji stanowo-feudalnej, ale nie zostałoby dokonane bez tego zaplecza myśli nowoczesnej, które stworzył Brzozowski i cała formacja działaczy i uczonych, nazwana „warszawiakami” w »Przedwiośniu«. Dopiero teraz też widzimy, po stu latach od tamtych przepowiedni z »Legendy Młodej Polski«, że naród polski został gruntownie przeistoczony i nie jest już szlachecki ani nawet chłopski. Choć nie wiemy nadal, na kim społecznie się opiera.

Więc kim są Polacy dzisiaj?

Nie wiemy. Brzozowski stawiał takie pytania i nadal je ożywia. Narody nie są jednorodnymi bytami idealnymi − składają się z członów, które rywalizują albo walczą o dominację. A kto dziś dominuje? Nie wiadomo. Kto nami włada? Nie wiadomo. Mówi się, że rządzą partie polityczne, ale czym one władają? Jakie siły społeczne one reprezentują? Kto wyznacza na przykład normy stosunków międzygrupowych, międzyetnicznych, międzypłciowych, międzypokoleniowych?”

Właściwie mógłbym zacytować krótszy fragment: „kim są Polacy dzisiaj? Nie wiemy”.

Oto jest waśnie stan wiedzy polskiego intelektualisty w 20 lat po kontrolowanym rozpadzie peerelu. Nie znamy odpowiedzi na najbardziej podstawowe pytania, nic nie wiemy. Chwała Andrzejowi Mencwelowi, który jak Sokrates ma odwagę wprost powiedzieć, że nie wie. W przeciwieństwie do swoich kolegów profesorów, którzy tak licznie gotowi są nas pouczać w różnych sprawach, choć ta liczba mnoga w „nie wiemy” do nich się właśnie odnosi.

Rzecz najgorsza nawet nie w tym, że nasi filozofowie, historycy idei, politolodzy i inni mędrcy nic nie wiedzą. Problem w tym, że oni nawet nie chcą wiedzieć i nie chcą wiedzieć, że nie wiedzą. Nie potrzebują wiedzieć, jak to było widać choćby na zjeździe socjologów. Wiedzieć jest niebezpiecznie, bo ta wiedza nie pasuje do ideologicznych założeń. Jeszcze można zostać uznanym za „pisowca”. Dlatego jedyne miejsce, gdzie się wiedzy szuka, to spotkania takie, jak niedawny kongres „Polska − wielki projekt”. Kongres, o którym tzw. intelektualistom wystarczy wiedzieć tyle, że to, he, he, się zebrała jakaś „pisowska inteligencja” od Kaczyńskiego.

Taka radosna niewiedza, rezygnacja z zadawania pytań, z dociekliwości, jest charakterystyczną cechą elity postkolonialnej. Ona nie zamierza tworzyć żadnych projektów, bo po co, skoro gotowy projekt przyślą nam z metropolii, gdzie wszystko wiedzą lepiej. Zamiast polską pospolitość, wystarczy studiować mądrości stamtąd płynące. A potem nakładać je na tutejszą  rzeczywistość, tak samo, jak się „implementuje” przysyłane z Unii Europejskiej ustawodawstwo. A jak nie pasuje − dopchnąć kolanem. To rzeczywistość musi się dostosować, bo przecież nie nadesłane instrukcje.

Proszę zobaczyć: inteligenci czasu zaborów potrafili, w przekonaniu, że „Polska to jest wielka rzecz”, stworzyć ją na nowo. Do grobu złożono szlachecką Rzeczpospolitą Obojga Narodów, a wyszła z niej Polska, przy wszystkich swych wadach, jednak demokratyczna, państwo równych dla wszystkich praw i wolności obywatelskich. Dziś warstwa, która uporczywie przypisuje sobie nazwę owej XIX-wiecznej inteligencji, choć w istocie jest tylko żałosną, postkomunistyczną obrazowanszcziną, nie wie nawet, czym Polska w ogóle jest, kto nią włada, z jakich społecznych żywiołów się składa. Choć do wykonania tej intelektualnej pracy ma nieporównanie lepsze warunki, infrastrukturę, granty i uczelniane katedry.

„Polska to jest wielka rzecz”, mówili inteligenci. A obrazowanszczina ma do powiedzenia tyle, że Polska to obciach, jakiś porąbany kraj, i co za pech ich spotkał, urodzić się tutaj, zamiast w Ameryce albo przynajmniej w Paryżu.

Jeśli nasza „elita intelektualna” nic nie wie, to nie sposób nie zapytać − to po cholerę wy tutaj? Zajęlibyście się sadzeniem szczypiorku, byłby z was przynajmniej jakiś pożytek.

Ja, prosty felietonista, coś tam mogę powiedzieć o tym, kim jesteśmy, kto nami włada − napisałem o tym parę książek. Lepiej czy gorzej, próbuję się ze swojej pracy wywiązać. Jeśli ktoś ma zastrzeżenia, czekam na polemikę. Czekam bezskutecznie, bo przecież dla pań i panów celebrytów intelektu zniżać się do polemiki z jakimś prawicowym oszołomem byłoby poniżej godności. Proszę bardzo, nie chcecie ze mną gadać − wasza strata, nie moja. Ale przedstawcie, do czego wy doszliście. No, chętnie się dowiem − kto nami włada, kim jesteśmy, kto i w oparciu o co wyznacza nam normy? No? Nic, dziady sakramenckie, nie macie do powiedzenia?!

Więc czym ta banda utytułowanych darmozjadów się w ogóle zajmuje? Owoż zajmuje się tylko jednym. Jak to genialnie prosto ujął śp. Jerzy Dobrowolski:  „naprzemiennym odczuwaniem pogardy i strachu”.

„Rzeczpospolita” opublikowała niedawno tekst profesora Ireneusza Krzemińskiego „Zwierzęca nienawiść oszalałych paranoików” (mówiąc Hemarem: „sam tytuł wyborny”). Wspominam o tej publikacji z najwyższą niechęcią i niesmakiem – choć zgadzam się z redakcją, że takie teksty, podobnie jak elaboraty pani Flis-Kuczyńskiej czy podobnych tuzów, trzeba publikować. Trzeba pokazywać, do jakiego stanu umysłu doprowadzili się niektórzy przedstawiciele intelektualnej elity, bo przecież ten odlot rozumu, który zaprezentował Krzemiński, nie jest przypadkiem odosobnionym.

Mniejsza z tym, że profesor socjologii nie jest zdolny do racjonalnego uzasadniania swoich tez, że tylko wydziela potok obelg, bluzgów i insynuacji, przypisując adwersarzom schorzenia psychiczne, których symptomy sam prezentuje w całej okazałości. Mniejsza z tym, że człowiek, od którego wymagałoby się pewnej „dystynkcji w rozumowaniu” nie dostrzega własnej śmieszności, gdy z histerią wykrzykuje, że Porównanie »Gazety Wyborczej« do »Żołnierza Wolności« jest czymś po prostu niewiarygodnie obrzydliwym. W istocie, sensowną odpowiedzią na taki tekst byłoby skierowanie na badania psychiatryczne albo pozew do sądu” − a nie dostrzega niczego bulwersującego w uporczywym porównywaniu opozycji wobec „systemu Tuska” do hitlerowców. To, że ktoś publicznie żąda, aby władze państwa polskiego kierowały się interesem narodowym − ma być równoznaczne z wywołaniem światowej wojny, zbudowaniem systemu terroru i przemocy, z gestapo i obozami zagłady oraz eksterminowaniem całych narodów i ras; nie dostrzega w tym pan profesor niczego przesadnego, nagannego ani obrzydliwego. Ale porównaj mu „Gazetę Wyborczą”, skądinąd przecież nagminnie dopuszczającą się kłamstw i cynicznych manipulacji na rzecz władzy, do „Żołnierza Wolności” − dostaje szału, bluzga jak pijany monter na moście i zapluwa z wściekłości, tocząc pianę z ust. No dobrze; mniejsza o to, mówię. Może jakiś młody, obiecujący psychiatra napisze o Krzemińskim doktorat.

Ale przemóżmy naturalne obrzydzenie i zobaczmy, co się kryje wśród tych bluzgów. Oto profesor socjologii oznajmia nam − mniejsza już o formę tego oznajmienia − że on po prostu nie rozumie jednej trzeciej aktywnych politycznie obywateli. No, nie rozumie, jak mogą oni podzielać światopoglądowe i ideologiczne założenia, które jemu osobiście wydają się paranoją i absurdem. I nie zamierza takich ludzi rozumieć. On by ich tylko wysłał do psychiatry albo do więzienia, względnie eksterminował w inny sposób, bo rozumieć − nie warto.

Co tam o nich sobie sądzi, Bóg z nim, ma do tego oczywiste prawo − ale takie wyznanie w ustach socjologa? Profesora socjologii? Toż po tych słowach pan Krzemiński powinien odejść ze swego zawodu i zająć szuflowaniem gnoju albo tańcem na rurze, czymkolwiek, tylko nie socjologią!

A jestem dziwnie pewien, że ten stek kalumnii, jakim się popisał, a zwłaszcza stanowiące jego ukoronowanie wyznanie kompletnej pogardy dla rzeczywistości, zyska mu poklask i uznanie podobnych mu histerycznych obrońców III RP ze wszystkimi jej brudami, nikczemnościami i patologiami. Brawo, ale „im” dowalił! Ale powiedział o tej hołocie, o tych pisowcach, burakach, którzy nas kompromitują przed światem i powinni wyzdychać jak najprędzej!

Myślę sobie, że gdy III RP ma takich ludzi na narodu czele − to jest, przepraszam, na wierzchu − może nieostrożnie jest ze strony „młodego salonu”, jaki stworzyła „Krytyka Polityczna”, wskrzeszać wielkie polskie duchy, do jakich niewątpliwie zalicza się Brzozowski? Wiecie, jak to mówią Anglicy: kiedy mieszkasz w szklarni, nie rzucaj kamieniami…

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop