Posts Tagged „katastrofa smoleńska”<

Wuje-muje i Złote Węże

28 kwi 2012

Subotnik Ziemkiewicza

Za każdym razem siadam do felietonu z mocnym postanowieniem, że tym razem powstrzymam się od pisania o Nich. Że poświęcę tę chwilę i tych parę tysięcy znaków czemuś fajniejszemu. Literaturze, zwłaszcza fantastyce, cywilizacji. Albo − a tak! − rozrywce. Od paru tygodni na przykład noszę się z zamiarem objawienia światu, co sądzę o filmowych „antynagrodach” Złotych Węży, czyli polskiej podróbce amerykańskich Złotych Malin (jak to wszystkie polskie podróbki zachodnich „formatów” − chcieli jak najfajniej, a wyszło…), Jeżom, lecąc sławną piosenką Kelusa. Ale − „wariackie papiery i obsesja czysta” − Oni nie dają mi napisać o czymkolwiek innym. Żeby choć jednego dnia nie zrobili czegoś głupiego albo nikczemnego, wstrzeliłbym się w ten jeden dzień z jakąś lżejszą, ożywczo odmienną tematyką. Tylko że nie ma takiego nie dnia.

Więc zamiast o Złotych Wężach, muszę odnotować najnowszy pomysł pijarowców premiera Tuska. Owoż premier przed długim majowym weekendem ogłosił poddanym radosną nowinę: autostrady będą tańsze! No, nie wszystkie oczywiście, tylko kilka odcinków. Tam, gdzie taka decyzja zależy od rządu. A tam, gdzie zależy od „koncesjonariuszy”, rząd będzie na nich „naciskał”, aby też obniżyli opłaty, choć z góry, niestety, wiadomo, że nie obniżą.

Łaskawe panisko! Opłaty obniżył… O jednym tylko nie wspomniał − że mu to nakazała zrobić Unia Europejska, pod groźbą kary zwrotu pobranej przez III RP na te autostrady subwencji.

Na co to-to liczy? Że Polacy tak głupi, że się o prawdziwych przyczynach tej pierwszomajowej łaski pańskiej nie dowiedzą? Że tak się bezmyślnie zachłysną wdzięcznością za obniżkę opłat na kilku szczęśliwie ukończonych odcinkach, że nie zauważą odcinków, mimo gigantycznej mobilizacji i kosztów, nie ukończonych, że ominą wzrokiem pęknięcia, blokujących budowy podwykonawców, którym „koncesjonariusze” nie zapłacili za wykonane roboty i cały ten szajs?

Może się przeliczy. A może to tylko moje chciejstwo.

Tak nawiasem, w tegorocznym budżecie pan minister Rostowski zapisał wpływ 1,2 miliarda (słownie:  tysiąc dwieście milionów) złotych z fotoradarów. Już się nie chce przypominać, jak to się pan premier pogardliwie wyrażał kiedyś o rywalu, co to zamiast budować drogi stawia fotoradary, ale warto przypomnieć, że pierwszym kwartale, jak podała prasa, wpływy z tego foto-haraczu wyniosły 7 milionów (słownie siedem milionów), co nie zwraca nawet kosztów, jakie rząd PO-PSL włożył w rozbudowę orwellowskiego systemu ich ściągania. Okazuje się, że wszystkie fotoradary na nic, bo cała Polska zamiast jechać i przekraczać prędkość stoi w korkach.

A może tak stanie w korkach obłożyć mandatami? Kto autostradą lub drogą szybkiego ruchu, spełniającą warunki „przejezdności” określone specustawą, posuwa się z prędkością niższą od dozwolonej, podlega karze… Ho ho, to by zapewniło dziurawej państwowej kasie spływ gotówki znacznie większy, niż 1,2 miliarda. Praktycznie nieograniczony. I to na długie lata, bo przecież każdy wie, że jak się tych autostrad rządowi i „gdace” nie udało oddać na Euro, to potem już ich nie dokończą tym bardziej.

A pan minister Rostowski, mówiąc nawiasem, zażądał od Balcerowicza, żeby zdjął ludziom z widoku licznik długu publicznego, bo „zagrożenie już minęło”. Nie chce mi się już nawet podejmować polemiki z tym przekonaniem, że niby dlaczego minęło − bo według Eurostatu, który olewa jego „kreatywną księgowość”, wynosi już ponad 56 proc. PKB (a więc tak naprawdę jesteśmy już poza drugim progiem oszczędnościowym) i stale rośnie. Ale zwróćcie Państwo uwagę − trzy lata nas zapewniał, bożył się, omalże jak Wałęsa przysięgał na Matkę Boską, że żadnego zagrożenia nie ma. A teraz radośnie oznajmia, że już minęło. Jak takim nie wierzyć? Jak ich nie szanować?

Skoro przy fachowcach, to jak mam spokojnie pisać o Złotych Wężach, kiedy salon znalazł sobie nowego autoryteta od Smoleńska? Już nie pana Hypkiego, który redaguje pismo o lotnictwie, więc z grubsza wie przynajmniej co to samolot, ale niejakiego Krzysztofa Łozińskiego. Tenże pan Łoziński, którego pamiętam mgliście z czasów gdy bez większych sukcesów próbował kariery dziennikarza od wszystkiego, ogłasza, że profesor Binienda „plecie bzdury”, a jego obliczenia nie są nic warte. I w ogóle nie jest żadnym tam ekspertem ani autorytetem. Dowodem fakt, że − twierdzi pan Łoziński − na stronie internetowej NASA nie znalazł on żadnych jego publikacji.

Otóż na stronie NASA jest 58 prac profesora Biniendy, co natychmiast opublikowali, z kompletem linków, prawicowi blogerzy. Do demaskowania nieuctwa i „bzdur” eksperta NASA, na dodatek, jak na złość naszym salonom, właśnie uhonorowanego prestiżową nagrodą Amerykańskiego Stowarzyszenia Inżynierów ASCE, bierze się facet, który nie umie nawet obsłużyć przeglądarki internetowej. Jego kompetencje są takie, że przedstawia się jako „pasjonat lotnictwa”, i że kiedyś ścinał brzozę − a właściwie nie wynika z rozmowy, że sam to robił, może tylko rozmawiał z kimś, kto brzozę rąbał − i „każdy wie, jakie to twarde drzewo”.

I takie oto mądrości komentatorzy i publicyści salonu oraz gwiazdy dziennikarstwa III RP ogłaszają „rozbiciem w puch pisowskich kłamstw o rzekomym zamachu”, z tą samą groteskową butą, z jaką Janina Paradowska ogłasza, że „twarde i celne słowa premiera wywołały popłoch w szeregach PiS”. Oczywiście, mogliby przecież znaleźć innego profesora, choćby nie tak utytułowanego, który by − odpowiadając za to swoim nazwiskiem − zweryfikował obliczenia profesora Biniendy (których jedyną podstawą, przypomnijmy, są dane podane w oficjalnym raporcie) i pokazał, gdzie i jaki popełnił on błąd. Mogli by, oczywiście, przecież całe elity intelektualne są u nich i z nimi. Ale z jakiegoś powodu wyciągają tylko takiego wuja-muja, „pasjonata lotnictwa”, i nadrabiają pewnością siebie, bluzgami i agresją wobec tych, którzy ośmielają się kwestionować ustalenia pp. Anodiny i Millera. Którzy, nota bene, niczego nie przeliczali, ani nawet, co ostatnio przyznano, w ogóle nie badali tej nieszczęsnej brzozy. Bo po co, skoro wszystko było z góry było wiadomo.

I jak nie szanować takich „elit opiniotwórczych”?

I jak o tym nie pisać? A jak się już o tym pisze, to jak nagle, u licha, przejść do tych nieszczęsnych Złotych Węży, z którymi noszę się od tak dawna, że temat stracił już aktualność?

Przejdę − krótko − wyjaśniając, dlaczego w ogóle się na ten temat wypowiadam. Otóż dlatego, iż rzecz jest charakterystyczna i jako przykład toczącej wspomniane elity choroby wydaje się ciekawa także dla ludzi, którzy się filmem nie zajmują i do kina nie chodzą, a „szczególnie nie chodzą na filmy polskie”.

Pomysł − jak powiedziałem, amerykański: napiętnować filmową chałę, zwłaszcza tę wpychaną niekumatej widowni nachalną i kosztowną reklamą.

Wykonanie − polskie: załatwić swoje prywatne zawiści, nienawiści i niechęci.

Zestawienie na jednym poziomie utrzymanej w najgorszym guście, prymitywnej komedyjki „Wyjazd integracyjny” z „Bitwą Warszawską” to żenada, która kompromituje i samą ideę antynagrody, i gremium, które ją przyznaje. Zapewne, „Bitwa” nie jest filmem do końca udanym − właściwie wszystko jest w nim znakomite, bardzo dobre albo przynajmniej dobre, poza rzeczą najważniejszą: scenariuszem. Niestety, od początku wiadomo, jak się akcja potoczy i dokąd zaprowadzi − zero napięcia. Ale to przecież w ogóle inna klasa, inna liga, co jest oczywiste dla każdego widza.

Domyślam się jednak, że „dziennikarzy filmowi”, którzy stoją za inicjatywą filmowych antynagród, nie polubili „Bitwy” przede wszystkim za temat, i w ogóle za całokształt: patriotyczny patos, postać księdza Skorupki, i że w ogóle, wiecie − Ojczyzna i inne takie sprawy, które na część „młodych wykształconych z dużych miast” działają jak kropidło egzorcysty na opętanego. Domyślam się też, że nie lubią Nataszy Urbańskiej, bo z jakichś przyczyn nikt jej nie lubi (taki szczególny rodzaj celebryctwa).

Ale starając się zbyt gorliwie utytłać nielubiany film i grającą w nim aktorkę w „Wyjeździe integracyjnym”, powiedzieli coś nie o filmach, tylko o sobie. A mianowicie, że są takimi samymi − że powtórzę to modne w moich latach młodzieńczych określenie − małymi wujami-mujami, jak inne nasze „elity”, i te opiniotwórcze, i te rządzące. Tylko mniej, jak dotąd, fartownymi w dopychaniu się do znaczenia. Kropka, tyle na dziś.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Taka musi być prawda

31 lip 2011

Profesor Kazimierz Kik stwierdził, iż raport Millera rozczarował ludzi, którzy – co podkreślił – tak jak on sam wierzą, że przyczyną katastrofy były „naciski” na lądowanie za wszelką cenę.

Pan profesor zasłużył na wdzięczność za wyjaśnienie, być może nieświadomie, o co tak naprawdę chodzi. Nie o to, jakie są fakty, tylko o to, że znaczna część tzw. środowisk opiniotwórczych po prostu święcie wierzy, iż winę za tragedię ponosi śp. Lech Kaczyński i jego „naciski”. Tak po prostu musiało być, bo to im doskonale pasuje.

Zwracam uwagę na użyty przez  politologa czas teraźniejszy, podkreślający, iż wiara w „lądowanie za wszelką cenę” pozostaje równie  żywa i po „rozczarowującym” raporcie. Widać to zresztą w redakcyjnej linii reprezentatywnej dla tych środowisk gazety, która z jednej strony deklaruje, iż raport jest znakomity  i niepodważalny, a z drugiej od pierwszej chwili deprecjonuje go, sugerując, że „oczywistą” winę „głównego pasażera” komisja zatuszowała, „no wiadomo przecież dlaczego”.

Członkowie sekty porozumiewają się pomiędzy wierszami i na marginesach swoistym „wiesz-rozumiesz”. Proszę przyglądać się tym, którzy miesiącami kłamali o rzekomej kłótni generała Błasika z pilotami czy manipulowali wyrwanymi z kontekstu wyrywkami relacji dotyczących lotu do Tbilisi. Doskonale realizują oni Orwellowską zasadę dwójmyślenia, jednocześnie gromko wyszydzając podważanie jedynie słusznych ustaleń komisji Millera przez „pisowców” i samemu je podważając w tej części, która sprzeczna jest z ich głęboką, bo wynikłą z serdecznej nienawiści, wiarą.

Są ludzie, którzy wbrew wszystkiemu „wiedzą”, że w dniu zamachu do WTC nie przyszło 4 tysiące  Żydów i że to przecież wszystko wyjaśnia. Wyznawcy „nacisków”  z naszych salonów są ich lustrzanymi odbiciami.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wielki konkurs smoleński

10 lip 2011

W początkach III RP redagowałem dla dynamicznie się rozwijającej prywatnej oficyny.

Konkurencja była ostra, a rynek wygłodzony, więc pracowało się całodobowo; „Czwarty protokół” Forsytha czy „Na skrzydłach orłów” Folleta gotowe były – przy ówczesnej technice składu i druku – w miesiąc. Zgoda, że raport komisji Millera zapewne nastręcza więcej redakcyjnych problemów niż wspomniane powieści, ale jako facet, który kiedyś odpowiadał za pracę tłumaczy oraz scalanie i weryfikowanie ich urobku, gdy słyszę, jak rząd nie może znaleźć nikogo, kto by szybko przetłumaczył sto kilkadziesiąt stron i kto by znał rosyjską nazwę systemu ILS, to myślę sobie, że głupszego wykrętu naprawdę już nie można było wymyślić.

W istocie, czego wszyscy się  domyślają, przyczyną wstrzymania publikacji raportu jest problem  z przygotowaniem odpowiedniej „wrzutki”. Wiadomo, że jakkolwiek by kuglować, muszą się w tym  raporcie znaleźć rzeczy zbyt kompromitujące dla Kancelarii Premiera i szefa MON, odpowiedzialnych  za przygotowanie feralnego lotu,  by premier mógł swoim zwyczajem udawać, że „Polacy, nic się nie  stało”.

Dziennikarska giełda podała, że szykowaną „wrzutką” miał być kolejny polityk wyrwany z szeregów SLD, tym razem na miejsce ministra Klicha – ale ostatecznie zwiódł on negocjatorów i odmówił ratowania premierowi twarzy (czyżby mały  rewanż Kwaśniewskiego i Millera  za „wygumkowanie” z prezydencji?). I teraz rządowi pijarowcy są  w kropce.

W tej sytuacji, kto chce poznać  raport, powinien sam pomóc  doradcom premiera od marketingu politycznego wykreować szybko  taki „iwent”, który jakoś rozmyje  odpowiedzialność za narodową  tragedię. Propozycje opatrzone godłem można wysyłać na adres KPRM z dopiskiem: „Konkurs smoleński im. Igora Ostachowicza”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Skrzynek nie oddadzą, ale premiera zabrać mogą

30 kwi 2011

Subotnik Ziemkiewicza

Fraza o „sztucznej mgle” z zamiłowaniem używana jest przez przedstawicieli tzw. elit do wykpiwania prób wyjaśnienia tragedii smoleńskiej.

W istocie, jeśli traktować hipotezę czysto technicznie, nie jest ona absurdalna, a tylko bardzo mało prawdopodobna. Kto był w wojsku, albo choć odrobinę się techniką wojskową interesuje, wie, że każda armia świata ma na składzie chemikalia oraz agregaty, za pomocą których można w kilku minut zamglić (bo to znacznie wydajniejsze od zadymiania) obszar wystarczający dla ukrycia sporego nawet pododdziału.

Nie ma więc z czego drzeć łacha. Rzecz nie w tym, żeby wytworzenie sztucznej mgły było technicznie niewyobrażalne, ale w tym, że nie dałoby się tego zrobić w sposób niezauważony. Jeśli nawet przyjąć, że ktoś zdołałby tak skutecznie zastraszyć okolicznych mieszkańców, by do świata nie dotarła najmniejsza nawet wzmianka o rozjeżdżających od rana okolicę wojskowych ciężarówkach, to na zdjęciach satelitarnych każdy ekspert natychmiast pokazałby, iż mgła pojawiła się w sposób nienaturalny. Potencjalny zamachowiec wywiesiłby w ten sposób ogłoszenie z przyznaniem się do winy; suponując, teoretycznie, że zamachowcem tym miałyby być rosyjskie służby inspirowane przez władzę, byłoby to tak, jakby Rosjanie sami założyli sobie stryczek i drugi jego koniec wręczyli, z prośbą o pociągnięcie w chwili dowolnej, CIA, MI-6 i służbom jeszcze kilku innych krajów. Chyba, żeby założyć, że w plan zamordowania braci Kaczyńskich i grona ich najbliższych współpracowników włączeni byli także Amerykanie, Brytyjczycy, Chińczycy, Francuzi i kto tam jeszcze dysponuje satelitami szpiegowskimi.

I tyle na temat mgły, helu i innych daleko idących teorii o domniemanym zamachu. Tytułem wstępu, bo chcę wspomnieć o problemie znacznie poważniejszym, niż te teorie.

Otóż jest pewna grupa ludzi, których nic nigdy nie wybije z przekonania, że 11 września 2001 roku cztery tysiące Żydów nie przyszło do pracy w WTC, i ten fakt wszystko tłumaczy. Są i tacy, którzy z grymasem wyższości na twarzy gaszą wszelkie dyskusje o najnowszej polskiej historii ostatecznym dowodem żydowskiego megaspisku w postaci zapisu rzekomej rozmowy Bronisława Geremka z Hanną Krall, opublikowanego w prasie stanu wojennego.

Identyczna jest mentalność części „wykształciuchów”, którzy od pierwszych chwil po tragedii całym sercem wiedzą, że tak czy owak jedynym winnym jest Lech Kaczyński. Bo niepotrzebnie się tam do Katynia pchał, bo naciskał na pilotów, a nawet jeśli nie naciskał, to sama jego obecność terroryzowała i paraliżowała wszystkich, włącznie z rosyjskimi kontrolerami lotów i ich najwyższymi przełożonymi. Ci ludzie mają swoje gazety, a nawet całodobowe radia i telewizje informacyjne, które dzień w dzień upewniają ich, że nienawiść, jaką żywią do ofiar katastrofy, jest uzasadniona i klasowo słuszna. I swoich ekspertów, tłumaczących wszystko pod założony z góry strychulec. A ktokolwiek przeczy ich wierze, jest śmiesznym oszołomem bredzącym o sztucznej mgle czy rozpylanym z samolotu helu.

Fakt, wśród wypowiadających się o katastrofie zdarzają się ludzie plotący rzeczy zupełnie nieprawdopodobne, i niestety dotyczy to nie tylko internetowych anonimów. Ale jest to nieuniknione. Taka na przykład śmierć prezydenta Kennedy’ego zbadana była i wyjaśniona wielokrotnie, wedle standardów amerykańskich, a nie sowieckich, a od prawie pół wieku daje pożywkę do głoszenia szalonych teorii różnym oszołomom, z których wielu cieszy się poważaniem i nawet dostaje oskary. Tym bardziej nie może nie obrastać w szalone teorie katastrofa, której wyjaśnianie od samego początku jest pasmem kłamstw, manipulacji, zaniedbań, naginania faktów do z góry założonej tezy o wyłącznej winie pilotów, niszczenia bądź ukrywania dowodów, nieopisanego bałaganu (co najmniej) i lekceważenia cywilizowanych procedur. Zwłaszcza, jeśli na to wszystko nakłada się jeszcze postępowanie polskich władz, trudne do wytłumaczenia nawet skrajną nieudolnością i paraliżującym lękiem przed premierem Rosji, oraz prowadzona przez wpływowe polskie media kampania insynuacji i zniesławiania ofiar tragedii.

Wiemy na dobrą sprawę tylko tyle, że klucz do poznania prawdy jest przed nami skutecznie ukrywany. Ale po roku dociekań możemy formułować pewne dość prawdopodobne hipotezy. Idą one w dwóch kierunkach. Wątek pierwszy, to błędy kontrolera lotów, potwierdzanie pilotom pozycji innej niż faktyczna, niejasności co do zapisów pracy komputera pokładowego oraz ustawienia radiolatarń, a także naprowadzanie samolotu mimo złej widoczności od strony mylącego przyrządy jaru, co raz już doprowadziło na tym lotnisku do wypadku. Wątek drugi, jak ja osobiście sądzę, kryjący klucz do zagadki, to możliwość nieprawidłowego działania sterów samolotu w chwili, gdy piloci próbowali przerwać lądowanie i odejść na drugi krąg.

W każdym razie, żadne „naciski” czy „psychologiczna presja” nic do rzeczy nie miały i mieć nie mogły. Ale, jako się rzekło, to jest tak, jak z tymi „czterema tysiącami Żydów”. Ilekroć pojawiają się nowe fakty, mogące rzucić nieco światła na sprawę, „Gazeta Wyborcza” wyskakuje z jakąś pseudosensacją (proszę sprawdzić w archiwach zbieżności dat) a to o zamierzchłym locie o Gruzji, a to o tym, co powiedział skompromitowany po wielokroć w tej kwestii szef BOR, choć sam nie widział, tylko słyszał, że tak mówili ci, co mówią, że wcale tak nie mówili.

Z tymi ludźmi nie da się dyskutować. Trzeba ich, w najlepszym wypadku, leczyć. W najlepszym, bo wciąż optymistycznie zakładam, że ich obsesyjna nienawiść do zmarłego prezydenta i jego przypadkiem ocalałego brata jest spontaniczna, a nie sponsorowana.

Ale skoro zacząłem od krytykowania nader daleko idących teorii, to na zakończenie sam taką wygłoszę. Tyle, że nie dotyczy ona samej katastrofy rządowego samolotu z prezydentem i jego gośćmi na pokładzie, ale tego, co nazywam, „katastrofą posmoleńską” i co uważam za tragedię w skutkach jeszcze dla Polski gorszą. Kolejne zagrania władz rosyjskich można opisać jako swego rodzaju testy, do jakiego stopnia można Tuskowi i jego ludziom wejść na głowę i co jeszcze z nimi zrobić; testy za każdym razem pokazujące, że można wszystko. Z takim doświadczeniem wyjechali właśnie z Priwislanskiego Kraju prokuratorzy, którzy przesłuchali tu naszych wysokich urzędników odpowiedzialnych za organizację feralnego lotu. Teraz będą opracowywać ten materiał. Znając sławną niezawisłość i rzetelność rosyjskiej prokuratury, można domniemywać, że jak długo będą go opracowywać i do czego ostatecznie dojdą, zależy od tego, jak będą się zachowywać miejscowi „partnerzy”. I gdyby na przykład premier Tusk zechciał teraz jakoś odzyskać dawno utraconą twarz, albo gdyby badania polskiej prokuratury czy komisji Millera poszły w kierunku hipotezy, że w dopiero co serwisowanym u rosyjskiego producenta samolocie zawiódł układ sterowania, to nagle może się w Moskwie odbyć konferencja, na której ogłoszona zostanie światu wina ministrów Arabskiego i Klicha, a może nawet samego Tuska.

I co wtedy zrobią nasze, z przeproszeniem, orły błotne?

Nic właśnie. Nic nie zrobią, bo już sobie wszelkie możliwości zrobienia czegokolwiek odebrali.

Nic by nie mogli zrobić nawet gdyby, jak za księcia Repnina, z nakazu swej prokuratury Rosjanie zapakowali potem Arabskiego, Klicha, a bodaj i samego Tuska do kibitki i za spowodowanie śmierci polskiego prezydenta oraz osób mu  towarzyszących przeflancowali ich do jednej celi z Chodorkowskim. Opozycja w żadnym wypadku bronić ekipy Tuska nie będzie, bo nie znajdzie ku temu powodów, zresztą sama prosiła Putina, żeby sobie zabrał premiera, a oddał czarne skrzynki (skrzynek oczywiście Rosja nie odda, no, ale dobra i psu mucha). A propagandyści dziś drący łacha z „rozpylania mgły” zaczną chórem krzyczeć, że Tusk ma krew na rękach i zawsze to mówili, a nieprawidłowości w 36 pułku, w organizacji lotu etc. od dawna są przecież dla wszystkich oczywiste i kto za nie ponosi odpowiedzialność, wiadomo. Jako najwyższe autorytety przemówią zaś do nas w wywiadach profesor Norman Davies, który ponownie skrytykuje polski obsesyjny brak zaufania do Rosjan, i profesor Brzeziński, który raz jeszcze dobrotliwie pouczy, że cały demokratyczny świat ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej na czele oczekuje po nas dobrych stosunków z Rosją, że stosunki te traktowane są jako probierz naszej dojrzałości do bycia podmiotem międzynarodowej polityki, i że w żadnym wypadku nie powinniśmy ulegać emocjom.

Kpię sobie? Jasne. Jak wielokrotnie powtarzałem, kpina jest jedyną bronią kompletnie bezsilnych. Absurdy? Oczywiście. Ale, niech sobie każdy z ręką na sercu spróbuje wyobrazić, gdyby tak rok temu jakiś prorok opowiedział mu dokładnie, co się przez najbliższy rok w śledztwie smoleńskim zdarzy, co zrobią Rosjanie, co nasze władze polityczne, a co tzw. autorytety i media − czy nie uznałby wtedy jego słów za kompletne absurdy i brednie?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Na kolana, łajdaki!

20 kwi 2011

Trudno doprawdy „Gazecie Wyborczej” popisać się tekstem na tyle obłudnym, by jeszcze zwracał uwagę po tylu dotychczasowych − a jednak… Ostatnio zaniosła się ona współczuciem, jakie to dla smoleńskich rodzin musi być straszne, że naraża się je na ekshumację szczątków bliskich.

Chodzi oczywiście o trefny protokół sekcji zwłok śp. Zbigniewa Wassermana, w którym opisano stan organów wewnętrznych, których zmarły wcale nie miał, bo mu je swego czasu usunięto w ramach leczenia operacyjnego. Ten protokół jest oczywiście jednym z wielu znaków, iż rosyjskie „śledztwo” to piętrowe oszustwo, ale, zbiegiem okoliczności, daje właśnie możliwość przygwożdżenia tego oszustwa. I w chwili, gdy przypadkiem taki dowód się nadarzył, michnikowszczyzna leje krokodyle łzy: nie ekshumujmy, po co, czy ci, którzy do tego wzywają, nie mają serc? Czy nic ich nie obchodzi, co czują rodziny?

Od roku, od pierwszych chwil po katastrofie, „Wyborcza” prowadzi konsekwentnie kampanię zohydzania nieżyjących pilotów tupolewa oraz ich przełożonego, śp. generała Błasika (o samym śp. Prezydencie nie wspominając). Nigdy jakoś czułych sumień redaktorów z Czerskiej nie nawiedziła myśl, co czują rodziny ofiar, gdy oni kolportują sowieckie oszczerstwa o „naciskach”, o bezmyślnym szarżowaniu we mgle, o pijanym generale, naciskającym na podwładnych.

Nie było żadnych słów o „debeściakach”. Nie było słów „jeśli tu nie wylądujemy, to on się będzie mnie czepiał”, nie było przed odlotem żadnej awantury generała z pilotami, żadnego jej zapisu kamery przemysłowej, ani żadnego świadka, który miał niby o niej opowiedzieć. Piloci nie próbowali lądować „za wszelką cenę”, i więcej, nie próbowali w ogóle lądować, na regulaminowej wysokości podjęli decyzję o odejściu. Nie wykazali się też wcale niekompetencją, używając przycisku „uchod”, działającego jakoby tylko we współpracy z lotniskowym systemem ILS, którego na Siewiernym nie było − okazuje się, że znali posiadany sprzęt, usprawniony względem standardowego, i że przycisk powinien był zadziałać, tak jak zadziałał w bliźniaczym tupolewie podczas prokuratorskiego eksperymentu. Przy okazji prokuratura stwierdziła też, że nie znalazła żadnych najmniejszych śladów wywierania przez kogokolwiek na pilotów nacisku. A w zwłokach ludzkich wytwarza się w krótkim czasie, jak twierdzą anatomopatologowie, tzw. alkohol endemiczny. Zresztą wspomniany na początku przykład pokazuje, na ile rosyjskie protokoły sekcji zwłok są wiarygodne.

Przez cały rok polskie, czy raczej tylko polskojęzyczne media karmiły Polaków podłymi kłamstwami. Na kłamstwach tych zbudowały całą piramidę insynuacji, niedomówień, aluzji, łypania okiem. Korowody funkcjonariuszy władzy i celebrytów różnej rangi z grymasem wyższości bądź politowania powtarzały, że „przecież” wszystko jest wiadome, oczywiste, jasne, żadne czarne skrzynki czy badania wraku, nie mówiąc już o ekshumacjach, nikomu do niczego nie są potrzebne.

A teraz, kiedy docierają do opinii publicznej fakty obnażające bezmiar nikczemności oszczerców, czy którykolwiek z nich poczuwa się, by przeprosić? Skądże znowu. Oni nawet nie przestają powtarzać swych łgarstw nadal, najbezczelniej, w zupełnej pogardzie dla rzeczywistości, o tyle tylko dostosowując się do zmienionej sytuacji, że nie formułują już zbyt łatwych do przygwożdżenia kłamstw wprost, ale na poziomie niedomówień, napomknień i autorytatywnych stwierdzeń, na poziomie tego „przecież” − wciąż powtarzają swoje. I do starych manipulacji dodają wciąż nowe, jak choćby to o usuniętej przez Rosjan tablicy, gdzie starannie unikają informacji, że umieszczona ona została w Smoleńsku podczas oficjalnej ceremonii, z udziałem miejscowych władz i polskiego konsula, by tym niedomówieniem wytworzyć atmosferę nagonki na Zuzannę Kurtykę, jakby przekradła się do Smoleńska nocą, by potajemnym, nieodpowiedzialnym użyciem wiertarki sabotować wysiłki naszych najmiłościwiej panujących na rzecz pojednania narodów.

„Na kolana, łajdaki − sypać popiół na głowę!”. Ależ zagęgało z oburzenia całe to parszywe towarzystwo, gdy rok temu rzucił mu w załgane gęby te słowa Marcin Wolski. A dziś, po roku, można tylko, i trzeba, powtórzyć je jeszcze głośniej.

 

…………………………………………………………………………………………………………………………………….

Od redakcji rp.pl:

W sieci komentarzy, cytatów i analiz coraz trudniej się odnaleźć.

Dlatego ZAPRASZAMY DO NOWEGO SERWISU wsieci.rp.pl.

Wyławiamy z polskiej sieci internetowej tylko najciekawsze opinie. Najświeższe. Najgłośniejsze. Najbardziej kontrowersyjne. Wyciągamy na brzeg wszystko co interesujące i serwujemy w jednym miejscu i w wygodnej formie. ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop