Posts Tagged „Jacek Żakowski”<

Kłamstwo o mgle

10 kwi 2011

Wielokrotnie już kpiłem tu z nieudacznictwa Jacka Żakowskiego, ale znowu muszę. Facet nie potrafi nawet tego, co w jego środowisku jest oczywiste jak oddychanie: rzucić oszczerczej insynuacji. Od razu daje się przy tym złapać na oczywistym kłamstwie.

Insynuacja jest zresztą standardowa. Ktokolwiek kwestionuje rzetelność smoleńskiego „śledztwa” i dobrą wolę Tuska, ośmieszany jest przez propagandystów władzy grepsem o „rozpylaniu przez ruskich sztucznej mgły”. W istocie ta bardzo wyszydzana przez salon teza pochodziła z jakiegoś internetowego anonimu. Nikt występujący pod nazwiskiem i odpowiadający ze swe słowa nigdy tak nie mówił. Nikt taki też nigdy nie twierdził kategorycznie, że w Smoleńsku dokonano zamachu, choć jest oczywiste, że nie mając wciąż dostępu do wraku, czarnych skrzynek ani nawet zeznań kluczowych świadków, nie powinniśmy z góry niczego wykluczać.

Propagandyści równie jak Żakowski wredni, ale od niego sprytniejsi, poprzestają na ogólnikowych kpinach i stronią od konkretów. On zaś powiada: „widzę, że u Ziemkiewicza siedzi trzech kolegów rozwijających wersję zamachu i sztucznej mgły…”. Niczego takiego Żakowski nie widział i widzieć nie mógł. Kłamie bardzo nieudolnie, bo wszystkie moje programy, które usiłuje zdyskredytować, są dostępne na stronach internetowych TVP i nikt w nich opisanej sceny nie znajdzie, choćby zniósł jajo.

To, co wygaduje w swym wywiadzie Żakowski, wyczerpuje więc znamiona „rozpowszechniania fałszywych dyskredytujących informacji w celu odebrania zaufania osobie publicznej”. Ma szczęście, że wystarcza mi samo przygwożdżenie kłamstwa i nazwanie kłamcy po imieniu, a o ewentualne przeprosiny procesować mi się nie chce, bo – jak każde słowo Żakowskiego – nie mają one żadnej wartości.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wszystko przez PiS. Nawet Michnik

5 kwi 2011

Kabarety, za sprawą telewizji, strasznie zeszły na psy, ale za to mamy Jacka „Jasia Fasolę” Żakowskiego. Dzielny publicysta „Polityki” w felietonie dla „Gazety Wyborczej” zachwycił się „genialnym terminem” Wojciecha Mazowieckiego „spisienie”. Byłyby te jego zachwyty równie niewarte wzmianki, jak niedawno wygłaszane pochwały dla „znakomitego dziennikarskiego pomysłu” Urbana, by grzebać w śmieciach Jarosława Kaczyńskiego, ale Żakowski, jak zwykle, musiał przefajnować. Zamiast ograniczyć się do kalumnii, w czym jest jeszcze jako taki, zabrał się też do definiowania „genialnego terminu”. I wyszło mu, że „spisienie” to „że reguły obowiązują tylko, gdy są doraźnie użyteczne dla tego, kto je głosi”.

He, he… − jak to pisał Przybyszewski. Czyli, na przykład, jak redaktor Michnik nazwie Kaczyńskiego i jego partię kontynuatorami tradycji KPP, to w porzo; ale jak miesiąc później poeta Rymkiewicz napisze to samo o Michniku i jego współpracownikach, skądinąd faktycznie dzieciach działaczy KPP, to hańba, obraza boska, bluźnierstwo i delikt sądowy. O to Żakowskiemu chodzi?

A właśnie, skoro jesteśmy przy KPP, to okazuje się, że już nie tylko ślązactwo, ale nawet i pochodzenie od działaczy partii komunistycznej, a więc ludzi, którzy się jakiejkolwiek identyfikacji narodowej programowo wyrzekali,  podnoszone jest do rangi narodowości, a nawet rasy. Wystarczyło, że zwróciłem uwagę, iż potomkowie czerwonych szumowin, skoro nie mają na tyle przyzwoitości, by się odciąć od własnego haniebnego dziedzictwa, a przeciwnie, przy każdej okazji swych ojców wybielają, nie powinni być tak skłonni do obłudnego przepraszania za rzekomy antysemityzm polskich chłopów, bo takie bicie się w cudze pierwsi jest żałosne. I już rozjazgotało się paru dyżurnych pętaków, że to rasizm i antysemityzm. I że nie mam prawa „wykluczać z polskości” (?) Agnieszki Holland, bo ona „więcej wniosła do polskiej kultury, niż Ziemkiewicz”. Obosieczny argument. Zapewne więcej wniosła, nie będę się kłócił, ale z kolei ja na pewno więcej wniosłem do polskiej kultury niż autor tej błyskotliwe konstrukcji myślowej Cezary Michalski. Więc jeśli Michalski chce pozostać wierny sobie, powinien się teraz ukłonić, spiesznie oddalić i wreszcie zaprzestać ciągłego wycierania sobie gęby moim nazwiskiem, stanowiącego − obok wycierania jej sobie nazwiskami Wildsteina, Zaręby, Lisickiego, Terlikowskiego i Gmyza − jeden z wyłącznych motywów jego twórczości.

Oczywiście − oczekiwanie ze strony byłego anarchisty, byłego katolika, byłego konserwatysty, byłego liberała i byłego lewicowca aktualnie świeżo nawróconego na Palikota (a może już i byłego palikociarza, nie zaglądałem w jego dzisiejszy tekst) wierności sobie, czy w ogóle czemukolwiek, to tylko żart.

Wspominam o nim jednak, by zwrócić uwagę czytelnika na monumentalny przykład „doraźnego” naginania reguł dla potrzeb tego, kto je głosi. Ani ja, ani w ogóle nikt (nie liczę tu oczywiście anonimowych wpisów w necie i na ścianach szaletów względnie publicystów na poziomie p. Kontka z „Faktu”) nie sugerował nigdy, żeby za draństwa wykorzenionych z judaizmu komunistycznych kolaborantów, owych różnych Bermanów, Szechterów, Hollandów, Wagmanów i im podobnych, obciążać winą Żydów jako takich. To byłoby myślenie niewątpliwie rasistowskie, antysemickie i podłe. Kiedy tymczasem urządza się z Grossem na czele orwellowskie seanse nienawiści do Polaków, wedle ideologicznego założenia,  że udział przed laty jakichś polskich kolaborantów (załóżmy nawet, że faktyczny) w mordzie na Żydach to nasza, polska wina, wina wszystkich Polaków, za którą wszyscy musimy się z rozliczyć jako naród i jako państwo, bić za nią w piersi i pokornie płacić każdy haracz, jakiego zażądają amerykańskie organizacje żydowskie…To co? To nie jest oczywisty rasizm, okazuje się. To jest „szlachetne” rozliczanie się z haniebnym narodowym dziedzictwem, nie własnym, oczywiście, tylko tych starszych, gorzej wykształconych i z mniejszych ośrodków.

Żakowski chce to nazwać „spisieniem”. Znalazłbym lepszą nazwę.

To może coś mniejszej skali, ale równie aktualnego. Wyobraźmy sobie, że to PiS wyrzuca w błoto 120 tysięcy publicznych złotych, żeby kolory krzesełek na stadionie zmienić na biało-czerwone. Ileż by to było głosów oburzenia, potępienia, ile wyliczania, na co można by te bezmyślnie wyrzucone pieniądze przeznaczyć, ile żłobków wywianować, ile wydać numerów pism kulturalnych… No, ale to akurat wyrzuciło w błoto PO, aby przypodobać się koalicjantowi, czyli zawodowym ślązakom, którzy z niejasnych przyczyn ukraińskie barwy narodowe uznali za swoje.

Oho, dużo, naprawdę dużo by się znalazło dowodów stawianej przez Żakowskiego tezy, że „spisienie idzie jak tsunami”. Nie jestem Żakowskim, więc poszukam przykładu na własnych, nie na cudzych łamach. Otóż udostępniliśmy je niedawno panu Sadurskiemu, który jest jednym z modelowych przykładów mentalności tzw. salonu. Zwracam uwagę na stanowiące istotę, i w zasadzie zresztą jedyną zawartość jego tekstu, bluzgi wobec ludzi, którzy ośmielają się żywić nie podzielane przez niego uczucia. Zwłaszcza na „kiepski kabarcieciarz, były działacz PZPR”. Cała obłudna, świętoszkowata „wyższość moralna” michnikowszczyzny zbudowana została na „grubej kresce”, na pseudoszlachetnym „wyrzeczeniu się rozliczeń” i „polowań na czarownice”. Patrzcie, jacy my szlachetnie i moralni, jak nie szukamy zemsty, nie zaglądamy nikomu w życiorysy! Ale ta amnezja zgodnie z leninowskimi, w pewnych środowiskach dziedzicznymi zasadami klasowej dialektyki, obowiązuje tylko wobec „swoich”. Nikt nie ośmieli się wytykać członkowstwa w PZPR Stefanowi Bratkowskiemu, ale o Marcinie Wolskim − który był tam z podobnych powodów i w tym samym czasie − żaden salonowy bubek nie umie nie napisać inaczej, niż „były członek PZPR”. Podobnie, jak na przykład o byłym ministrze skarbu Jasińskim. No i ten „kiepski kabareciarz”… To jest właśnie michnikowszczyzna w stanie czystym. Jak nie nasz, to już wszystko co zrobił, nawet „Sześćdziesiąt minut na godzinę”, było kiepskie. Jajo jak balon polega na tym, że drugi z twórców „sześćdziesiątki”, Jacek Fedorowicz, sprzedał się akurat duszą i ciałem „dobremu towarzystwu” i jako taki nie jest bynajmniej kiepski, jest wielkim mistrzem polskiego kabaretu. Czego dowodem właśnie − „legendarna”, „kultowa” Sześćdziesiątka. Ta sama, która w dorobku Wolskiego jest cienizną i obciachem. Wyda się to komuś niekonsekwencją? Przeciwnie, konsekwencja jest żelazna. Gdyby − teoretycznie − Wolski pewnego dnia zmienił front, i naszczekał na Kaczyńskiego, nagle by się okazał mistrzem, wybitnym intelektualistą, i nikt by już nigdy słowem nie wspomniał o PZPR. I odwrotnie, gdyby tak Fedorowicz… Mało już wiedzieliśmy w III RP takich cudownych metamorfoz? Od samego Wałęsy, przez Niesiołowskiego, po zawodową „kobietę roku” Krzywonos, która z dnia na dzień okazała się w trzydzieści lat po Sierpniu jedną z jego głównych bohaterek? Ba, ja też, kiedy skrytykowałem  Kaczyńskiego, bo było akurat za co, natychmiast przeczytałem o sobie w „Gazecie Wyborczej” że jestem nie antysemitą, oszołomem czy pisowcem, ale „prawicowym liderem opinii”.

Dlaczego nazywać to akurat „spisieniem” i udawać, że zaczęło się wczoraj i za sprawą otaczanego histeryczną nienawiścią establisz-mętów Jarosława Kaczyńskiego? To się zaczęło od − tak, tak − od Adama Michnika. To on zaprzągł etykę i moralność do służby swym politycznym gierkom, będąc na domiar złego politycznym graczem wyjątkowo marnym. To on zdeprawował debatę publiczną, narzucając jej jako przewodnią zasadę moralność Kalego, z dnia na dzień z pozycji tytana moralności mianując zbrodnię pragmatyzmem, a niezłomność nienawiścią. Całą książkę kiedyś o tym napisałem, pełną konkretnych przykładów.

A nasz Jaś Fasola potrzebował dwudziestu paru lat, żeby zauważyć, że się u nas nagina zasady do doraźnych interesów… I zauważył dopiero, kiedy mu inny tytan intelektu podpowiedział, że to przez Kaczyńskiego.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………

Zaproszenie od redakcji rp.pl: Złóż swój wpis w refleksyjnej księdze wspomnień

Jak wyglądał Twój dzień 10 kwietnia 2010? Czy pamiętasz swoją reakcję po ogłoszeniu komunikatów prasowych? Podziel się z nami swoimi wspomnieniami w rocznicę tragedii smoleńskiej. Zjednoczmy się, celebrując w ten sposób pamięć o zmarłych.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jacek „Jaś Fasola” Żakowski

26 mar 2011

Tydzień Jacka Żakowskiego. Jak to mówią w radiu − co miks, to kiks.

Pierwszego babola palnął, gdy w stylu godnym Nagrody im. Trenera Jarząbka (tak, tak, mam na myśli właśnie tego od „łubudubu, łubudubu…”) bronił prezydenckiej pisowni. Gdyby ograniczył się do sugerowania, że „wynoszenie się” ponad prezydenta tylko dlatego, że pisze on „bul”, jest „półinteligencką pychą” − nie byłoby o czym wspominać. Nawet stwierdzenie, że za zrobienie dwóch poważnych błędów w dwóch sąsiednich słowach prezydent zasługuje na pochwałę, bo dodał ducha młodym ludziom, którzy mają kłopoty z nauką ortografii, też można by puścić mimo uszu, choć niesie ciekawe implikacje − tą samą karkołomną metodą można by równie dobrze bronić Kwaśniewskiego, że wielokrotnie występując publicznie w stanie poalkoholowej niedyspozycji pomógł setkom tysięcy Polaków zagrożonych alkoholizmem walczyć ze swa chorobą.

Ale chcąc maksymalnie przypochlebić się prezydentowi, Żakowski przedobrzył: zaapelował, żeby Bronisław Komorowski poddał się oficjalnie badaniu na dysleksję.

No, proszę sobie wyobrazić, że prezydent by Żakowskiego posłuchał. I okazałoby się − a czegoś jestem pewien, że tak by się okazało, bo dysleksja raczej nie atakuje nikogo w tak późnym wieku − że prezydent dyslektykiem nie jest?!

No to kim jest, w takim razie? No… właśnie. I to mamy mieć stwierdzone urzędowo i podstemplowane, jak sławne orzeczenie komisji wojskowej, którym chlubił się dzielny wojak Szwejk?

Chyba się Żakowski nie spodziewa, że go za takie podszepty w Belwederze pogłaszczą.

Niezrażony Żakowski parę dni później zabrał się za wspieranie władzy w walce z Leszkiem Balcerowiczem. Tu zresztą trzeba przyznać, że akurat w tej roli publicysta „Polityki” jest wiarygodny − na tle Salonu, licytującego się w neofickim liberalizmie pozostawał zawsze wyjątkiem ze swą antyliberalną retoryką. Cóż, kiedy i tu Żakowski przedobrzył. Podczas piątkowych obrad swego radiowego politbiura w Tok FM pojechał po Balcerowiczu tak, że odmówił mu nawet profesorskiego tytułu.

Bo, ściśle biorąc, zauważył przenikliwie Żakowski, nie powinno się zwracać do Balcerowicza „panie profesorze”, skoro jest on tylko doktorem habilitowanym.

Ho, ho, ho! − jakby to powiedział obiekt uwielbienia pana redaktora.

Nie będę dyskutował, jak to jest z profesurą Leszka Balcerowicza, akurat w jego wypadku, jak sądzę, ewentualny papierek z Belwederu bądź jego brak nie sprawią, żeby cień, który rzuca, stał się dłuższy albo krótszy.

Chodzi o zupełnie inną minę, na którą wdepnął Żakowski. Państwo już się zapewne domyślają, o kogo konkretnie.

No bo, załóżmy, że to ściśle biorąc racja. Komuś, kto ma tylko doktorat i habilitację nie przysługuje tytuł profesorski.

A komuś, kto nie ma habilitacji, tylko doktorat? No, też nie.

A jeśli ma tylko magisterium? Też nie.

A jeśli nie ma w ogóle dyplomu, i nawet nie do końca wiadomo, jak z maturą?

Aaaa, właśnie, redaktorze Żakowski. Zamachnęliście się na największy autorytet moralny naszego społeczeństwa! Na najczcigodniejszego z czcigodnych! I fakt, że zrobiliście to niechcący was nie usprawiedliwia! Jak śmiecie odmawiać nestorowi III RP, człowiekowi o tak fantastycznym życiorysie, o tylu zasługach, tych marnych paru literek, dołączając w tym do najgorszych moherów od Rydzyka?!

No, więc wbijcie sobie w tę waszą redaktorską głowę: prawo do tytułowania profesorem ma ten, kogo na salonach przyjęło się tytułować profesorem!

Wydawałoby się, tydzień akurat taki, że dla kogoś tak po linii i na bazie jak Żakowski − po prostu samograj. Gromić spekulantów, którzy podbili ceny cukru. Aptekarzy, którzy, przez zbyt niskie ceny leków, narazili budżet na nadmierne wydatki refundacyjne (bo wszak wiadomo, że staruszkowie wykupują stosy lekarstw i zadają się z nimi z nudów, dla rozrywki). Lobbystów z OFE, przez których mamy dług publiczny. Albo po prostu jak co tydzień powtarzać, niczym Władyka z Janickim, te same jedynie słuszne hasła ze sztandarów walki z PiS.

Ale zachciało się redaktorowi być ambitnym; i takie dwie wtopy, omalże dzień po dniu…

PS. Jeden z licznych, drobnych, ale za to codziennych przykładów „rzetelności” dziennikarskiej „Gazety Wyborczej”. Podczas spotkania na Uniwersytecie Opolskim mówiłem (często powtarzam to podczas takich spotkań) o tym, że Polska ma ten sam problem, co wszystkie kraje i społeczności, które przez kilka pokoleń pozostawały w zniewoleniu. Ponieważ w kraju wolnym elity biorą się z awansu, a w kraju skolonizowanym to kolonizator dobiera sobie miejscowych kolaborantów, potrzebnych mu do administrowania podbitego terenu, ściągania z tubylców podatków i trzymania ich w posłuszeństwie. W efekcie przeciętny Amerykanin o swoich elitach myśli odruchowo: są tam, gdzie są, bo na to zapracowali; a przeciętny Polak − są tam, gdzie są, bo się sprzedali; co niesie znaczące konsekwencje dla tzw. kapitału społecznego.

Jak streszcza te oczywiste skądinąd uwagi opolska „Gazeta Wyborcza”? Przyjechał prawicowy Ziemkiewicz do prawicowych oszołomów i mówił im, że polskie elity to świnie, które się sprzedały. (http://opole.gazeta.pl/opole/1,35114,9311348,Ziemkiewicz_mowi_w_Opolu_o_elitach____WIDEO_.html)

Gdybym nie wiedział, z kim mam do czynienia, pomyślałbym po prostu, że redakcja dla spostponowanie mnie przysłała najmniej rozgarniętego stażystę, który nie nauczył się jeszcze poprawnie streścić kilku prostych zdań. Ale przecież wiem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Krzywonos santo subito!

22 mar 2011

Ćwiczę nową formę − twittletony. Jak się nauczę mieścić ze wstępem, rozwinięciem i pointą na ekraniku komórki, ruszę na podbój naszych intelektualnych elit.

*

W telewizji migawki z czwartej już francuskiej ekspedycji poszukującej na dnie oceanu „czarnych skrzynek” rozbitego wiele miesięcy temu Airbusa. Nie wiem, czy to dla Francuzów pociecha, ale i tak prędzej wydobędą oni te skrzynki bodaj z dna Rowu Mariańskiego, niż my nasze z Moskwy.

*

Henryka Krzywonos została już kobietą roku miesięcznika „Twój Styl”, i pospołu z mężem parą roku miesięcznika „Pani”, teraz dołącza do trofeów pół człowieka roku tygodnika „Wprost” (drugą połową jest Justyna Kowalczyk; kobieta to tylko pół człowieka − to chciał „Wprost” pokazać takim werdyktem?). Wystarczyło się publicznie rozpruć na Kaczyńskiego… Gdyby tak Krzywonos jeszcze mu po babsku przejechała pazurami przez lica, zrobiliby z niej chyba człowieka/2kobiety tysiąclecia. Santo subito!

*

Nie tak dawno przez salonowe media przewaliła się fala alarmujących reportaży i słusznego oburzenia na to, co się wyrabia w niektórych prywatnych domach starców. Powszechnie i wyczerpująco skrytykowano prawo, pozwalające prowadzić taki dom praktycznie każdemu bez żadnej kontroli, wykazując przenikliwie, że w takiej sytuacji nie mogło nie dojść do skandalicznych nadużyć i zdziczenia.

Obecnie przez te same media przechodzi fala zachwytu i wdzięczności dla PO za ustawę, która praktycznie zlikwidowała jakiekolwiek wymagania od zakładających żłobki i kontrolę nad nimi. To wielki sukces. Dzięki temu będzie więcej żłobków.

Ale żadnej wajchy nie ma, broń Boże. Co za oszołomskie posądzenia!

*

Redaktor Żakowski ogłosił, że to bardzo dobrze, że prezydent nie umie poprawnie pisać, bo to doda ducha małym dyslektykom. W innym miejscu potępił wynoszenie się nad kogoś tylko dlatego, że nie zna ortografii, jako „półinteligencką” pychę. Nie wiem jak to możliwe, że Żakowski nie załapał się wczoraj u Króla Bula na żaden order, nawet na marny krzyż zasługi. Tak się stara!

*

Właściwie, to Tusk mógłby przywrócić order postulowany za czasów Gierka: Krzyż Za Długi. W kapitule oczywiście on sam (Krzyż Wielki Złoty z gwiazdą, brylantami, mieczami i dębowymi liśćmi), Jan Vincent, i, dla pluralizmu, Leszek Miller, którego zasługi − podwojenie długu publicznego przez niepełną kadencję − na tle sukcesów Tuska nieco przybladły, niestety, i szkoda, że pamięta o nich już tylko BCC.

*

„»Jeżeli kobiety mają mieć robioną cytologię, to mężczyźni obowiązkowe badania prostaty« – w ten sposób organizacje feministyczne zareagowały na pomysł resortu zdrowia wprowadzenia obowiązkowych badań cytologicznych i mammograficznych”. Cytat za tekstem Dominiki Sikory w „Dzienniku. Gazecie Prawnej”. Kobieto polska, nikt inny tak cię nie obroni.

*

Radiu Maryja słuchalność wzrosła, bez żadnych widocznych przyczyn, dwukrotnie. Sprzedaż „Gazecie Polskiej” − o 250 proc. Uparte powtarzanie, że „Rzeczpospolita” upada, a nowy tygodnik to tylko „tratwa ratunkowa” też brzmi coraz cieniej. Nerwy salonowców w strzępach.

*

„Takie bogoojczyźniane patriotyzmy to okropne, nie daj się wciągnąć, nie idź tą drogą…” Ta pani Kora to zawsze coś mądrego ma do powiedzenia. A jeśli przypadkiem akurat nie ma, to zawsze równie ciekawie można pogadać z jej pudelkiem.

*

A w księgarniach pojawiła się już książka Rafała Geremka „Wkurzam salon” − wywiad z Rafałem A. Ziemkiewiczem. Dziwnie się czuję w nowej roli. Na usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że samemu z siebie nie przyszłoby mi do głowy pisać o większości spraw, o które Geremek wypytywał. Fascynująca opowieść o rodzinie, szkole, klubach fantastyki, pracy w amerykańskiej Partii Republikańskiej, życiu uczuciowym i seksualnym, i ogóle wszystkim, co ze mnie zrobiło prawicowego zakapiora, za cenę, na którą możecie sobie pozwolić. Bite 260 stron tekstu i ani jednego błędu ortograficznego!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop