Posts Tagged „III RP”<

W obronie żywej legendy

19 lut 2012

Oryginalne dokumenty dotyczące konfidenta SB o kryptonimie „Bolek” ostatni raz miał w ręku, kazawszy je sobie dostarczyć do gabinetu, prezydent Lech Wałęsa.

Po otwarciu zwróconej przez niego teczki okazało się, że papiery zniknęły. Zważywszy na okoliczności i oczywisty fakt, że Lech Wałęsa nie był zainteresowany zniknięciem dowodów swojej niewinności, jest jasne, że kwity „Bolka” zniszczyć mogła tylko jedna osoba: tajemniczy don Pedro, szpieg z Krainy Deszczowców.

Czynem tym umożliwił on różnym „gorszym od faszystów” powtarzanie do dziś oszczerstw przeciw największemu i najbardziej znanemu na świecie z żyjących Polaków. Oczywiście, wszyscy ludzie na pewnym poziomie wiedzieli i tak, że prawdą jest tylko to, co mówi Wałęsa, zarówno gdy „przysięgał na Matkę Boską”, że nic nigdy nie podpisał, jak i gdy tłumaczył, że „podpisał tylko, żeby ich oszukać”. Tym bardziej że za każdym razem ręczyły za niego największe autorytety III RP. Oczywiście, „rozgrzani sędziowie” robili i robią co mogą, zamykając usta historykom, a nawet dopisując im do książek „dla równowagi” peany dla Największego. Niemniej jednak, brak rozstrzygającego dowodu mocno utrudnia im wszystkim robotę.

Z największym zatem oburzeniem społeczeństwo dowiaduje się, że wiarygodne kopie zaginionych  dokumentów od lat leżą najściślej utajnione w archiwum sejmowym, i uporczywie odmawia się do nich dostępu. Dlatego wzywam wszystkie autorytety, luminarzy, celebrytów i intelektualistów, radę gminy Popowo Podgórne i w ogóle wszystkich ludzi „na poziomie” do ponownego pisania protestów, zbierania podpisów, alarmowania instytucji międzynarodowych i domagania się na wszelkie sposoby, by władze przestały wreszcie ukrywać przed nami niezbity dowód prawdziwości mitu założycielskiego III RP.

Autor jest publicystą  tygodnika „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Oburzające oburzenie

6 lis 2011

Cały świat analizuje fenomen „oburzonych”. Nie wiem, czy może się tu światu na coś przydać nasze polskie doświadczenie, ale podzielę się nim chętnie. Otóż u nas oburzeni – powiedziałbym, wiecznie oburzeni – są od zarania III RP  znaczącym elementem pejzażu, zwłaszcza medialnego. Tyle że  u nas nie jest to ruch ze społecznych nizin, ale przeciwnie. U nas artykułowanie nieustającego najgłębszego oburzenia za pomocą listów, oświadczeń indywidualnych  i zbiorowych oraz akcji ma zaświadczać, że się jest inteligentem i autorytetem.

Bo też u nas oburzanie się nie jest zajęciem dla ludzi prostolinijnych. Nasi oburzeni u zarania oburzali  się na Lecha Wałęsę, że „przyśpieszacz z siekierą”, który nic nigdy nie zrobił, wszystko zawdzięcza  doradcom, śmie się pchać  do Belwederu – a potem oburzali się, że można temu największemu  z Polaków odmawiać czegokolwiek. Oburzali się, że na prezydenta  wybrano chama, który się nie umie wysłowić i z którego cała Polska (czyli oni) się śmieje, potem zaś,  że można nie szanować majesta- tu prezydenta i wytykać mu,  iż nie ma dyplomu, a zapewniał,  że ma.

A potem znowu oburzali się, że można nie szydzić wraz z nimi i nie poniewierać prezydentem, teraz zaś oburzają się, gdy ktoś nazwie prezydenta brzydkim słowem. Najbardziej chyba oburza ich odwoływanie się do pojęcia „naród”, ale jeszcze bardziej, gdy się odmawia prawa do uważania się za osobną narodowość Ślązakom.

Oburza ich od zawsze, gdy ksiądz Rydzyk czy prałat Suchecki coś  mówią i zwierzchność im nie zabrania – ale teraz oburzają się właśnie  na to, że zwierzchność zakonnika ośmieliła się mu zabronić. I tak  dalej. Doprawdy, trzeba przemyślności, by się w tym połapać.  Cóż, każdy kraj ma takich oburzonych, jakich zdolny był stworzyć.  My mamy takich raczej groteskowych.

Autor jest publicystą tygodnika „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czemuż mówić nie chcecie, panowie?

8 sty 2011

Subotnik Ziemkiewicza

Pewien wydawca, znajomy znajomych, w sytuacji półoficjalnej, westchnął, że od dawna chciałby bardzo wydać biografię Adama Michnika, ale, niestety, jej napisanie jest niemożliwe. Żeby nie było nieporozumień – wydawca ów nie jest bynajmniej prawicowcem, „pisowcem” (wtedy zresztą by nie miał problemu). Należy do tej licznej rzeszy Polaków, którzy starając się nie interesować polityką, mają w tej kwestii kompletny chaos w głowie, i o biografii Michnika mówił jako człowiek zainteresowany zyskiem, a nie budowaniem kultu jednostki.

− Dlaczego niemożliwe? − spytałem z głupia frant, udając, że nie wiem. Popatrzył na mnie jakbym spadł z Księżyca i wyjaśnił: − No przecież nikt nie chce o nim opowiadać. Nie do druku, nie pod nazwiskiem. Zresztą i anonimowo, prywatnie – też nie chcą. Żadnych konkretnych wspomnień, żadnych anegdot. To znaczy, przyjaciele. Wrogowie, co innego, chętnie, ale przecież nie można się opierać na relacjach nienawistników.

Nie drążyłem, ale wyglądało na to, że wydawca wie, o czym mówi, że coś tam już w kierunku przygotowania biografii Michnika próbował robić. Hm, no cóż − wydawałoby się, takich biografii powinno powstać już kilka. A nie powstała żadna, bo trudno tu liczyć zupełnie niestrawną hagiografię francuskiego dziennikarza, w której Michnik, że użyję rubasznego, ale naprawdę idealnie do tej książki pasującego określenia ze sztuki Shaffera o Mozarcie, jest tak posągowy, jakby sr… marmurem.

Wspomniana niechęć przyjaciół Adama Michnika do współtworzenia jego biografii wydaje się zresztą wtórna wobec niechęci samego bohatera. Nie jest w środowisku żadną tajemnicą, że inni wydawcy podchodzili już parokrotnie do autobiografii byłego bohatera albo do wywiadu-rzeki, że zadania podejmowało się już kilku kolejnych dziennikarzy, wiernych wychowanków michnikowszczyzny, i nic z tego nie wyszło. Podobno główną przyczyną niepowodzenia były ponawiane żądania ciągłego wprowadzania w opisaną, czy wręcz opowiedzianą przez niego samego przeszłość wciąż nowych korekt w zależności od zmieniającej się sytuacji aktualnej. Skoro sam bohater zmienia zeznania, to nic dziwnego, że jego wielbiciele wolą milczeć, nie wiedząc, czy na danym etapie ich wspomnienia związane z Michnikiem by się jemu samemu spodobały, czy może nie; lepiej tego nie sprawdzać.

Jest w tym, przyznacie Państwo, paradoks godny zauważenia. Przecież biografia Adama Michnika jest biografią chwalebną. Przynajmniej ludzie, którzy mogliby o niej opowiadać, o nim samym nie wspominając, nie mają co do tego żadnej wątpliwości. Dlaczego ta chwalebna, wzorcowa, bohaterska, heroiczna biografia jest okryta mgłą wstydliwej tajemnicy? Dlaczego „nienawistnicy” nie mają hamulców w jej odsłanianiu, a właśnie wielbiciele, miłośnicy, stronnicy – się boją? Gdzie przyczyna tego tabu? Sławimy, podziwiamy, podajemy za wzór, ale nie chcemy widzieć, jak to było.

Trudno o coś bardziej charakterystycznego dla III RP. Zasada „nie pytaj, nie mów” rządzi pamięcią nie tylko o jednym wybitnym działaczu opozycji, ale pamięcią w ogóle. Wystarczy parę frazesów, że było pięknie, chwalebnie, ale kto chciałby dowiedzieć się szczegółów, ten zdradza się jako wróg.

Cóż, powiedziałbym − my, Polacy, nie odrzucamy dumy z III RP, jej historii powstania i sukcesów, ale pozwólcie nam wiedzieć, z czego mamy być dumni. Na przykład strajk sierpniowy, który dotąd nie doczekał się żadnej monografii: co tam się działo, tak dzień po dniu? Gdzie był ten płot, który przeskoczył Wałęsa? Dlaczego „dzielną tramwajarkę”, dziś, po trzydziestu latach, największą obok Wałęsy bohaterkę i medialną ikonę tego strajku, ze stoczni wyproszono i ponownie wpuszczono dopiero na podpisanie porozumień? Albo dalej: dlaczego w 1983 roku Macierewicz wzywał do szukania kompromisu z Jaruzelskim za pośrednictwem Kościoła, Kuroń do powstania, a Michnik pryncypialnie odsądzał od czci i wiary każdego, kto by próbował jakichkolwiek kontaktów w komunistami – a sześć lat później było dokładnie odwrotnie? Czego szukał Michnik w archiwach MSW, czy to znalazł, czy zostawił te archiwa w takim samym stanie w jakim je zastał, i dlaczego, jeśli nie było w tym nic podejrzanego, prace jego „komisji historyków” przerwano z dnia na dzień, gdy jej istnienie przestało być tajemnicą? Dlaczego najbardziej chwalebne życiorysy bohaterów III RP mogą być ujawniane tylko we fragmentach, a jeśli ktoś brakujące fragmenty uzupełnia, naraża się na los Cenckiewicza czy Zyzaka?

Są to wszystko pytania, których zadawać nie wolno. W normalnym kraju istnieją dobre i złe odpowiedzi, ale nie ma złych pytań. Skoro u nas takowe są, to kraj, w którym żyjemy, nie jest normalny. Wypadało by w takim razie wyjaśnić, na czym polega jego nienormalność i z czego się bierze. Ale tego też, oczywiście, nie wolno.

Z pozoru z innej beczki, w istocie z tej samej: „Gazeta Wyborcza” (ale w dziale ekonomicznym, jedynym tam porządnym) pisze o ministrze Rostowskim, cytując z aprobatą jego powiedzenie: „zmiany trzeba przeprowadzać tak, żeby nikt ich nie zauważał”. Nie zadaje pytania, które człowiekowi żyjącemu w normalnym kraju wydałyby się oczywiste: dlaczego?

Przecież to są „dobre zmiany”, prawda? Na lepsze? To dlaczego się z nimi kryć? To tak samo niepojęte, jak wstydliwie milczeć o historii, która przecież jest chwalebna.

Bo jest chwalebna, prawda?

Prawda?!

PS. Po napisaniu niniejszego tekstu, przed ponownym sczytaniem, właśnie sobie dla chwili relaksu zarzuciłem TVP Historia. Leciał tam program o enigmatycznym tytule „ścinki”. Okazało się, że są to stare, dziwnym trafem zachowane materiały kręcone do dzienników TVP, które z różnych względów nie zostały wyemitowane. Perełką było wśród nich przemówienie jakiegoś partyjniaka, cytuję z pamięci, ale na gorąco: „my nic nie mamy do ukrycia przed klasą robotniczą. My wszystko co robimy robimy dla dobra tej klasy, i nie musimy się niczego wstydzić. Czy to znaczy, że będziemy mówić wszystko? Nie. No bo oczywiście są przecież pewne rzeczy, o których my informować nie możemy. Takie rzeczy to »Wolna Europa« sobie może mówić, ale my się nimi nie będziemy chwalić”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop