Posts Tagged „Bronisław Komorowski”<

Jacek „Jaś Fasola” Żakowski

26 mar 2011

Tydzień Jacka Żakowskiego. Jak to mówią w radiu − co miks, to kiks.

Pierwszego babola palnął, gdy w stylu godnym Nagrody im. Trenera Jarząbka (tak, tak, mam na myśli właśnie tego od „łubudubu, łubudubu…”) bronił prezydenckiej pisowni. Gdyby ograniczył się do sugerowania, że „wynoszenie się” ponad prezydenta tylko dlatego, że pisze on „bul”, jest „półinteligencką pychą” − nie byłoby o czym wspominać. Nawet stwierdzenie, że za zrobienie dwóch poważnych błędów w dwóch sąsiednich słowach prezydent zasługuje na pochwałę, bo dodał ducha młodym ludziom, którzy mają kłopoty z nauką ortografii, też można by puścić mimo uszu, choć niesie ciekawe implikacje − tą samą karkołomną metodą można by równie dobrze bronić Kwaśniewskiego, że wielokrotnie występując publicznie w stanie poalkoholowej niedyspozycji pomógł setkom tysięcy Polaków zagrożonych alkoholizmem walczyć ze swa chorobą.

Ale chcąc maksymalnie przypochlebić się prezydentowi, Żakowski przedobrzył: zaapelował, żeby Bronisław Komorowski poddał się oficjalnie badaniu na dysleksję.

No, proszę sobie wyobrazić, że prezydent by Żakowskiego posłuchał. I okazałoby się − a czegoś jestem pewien, że tak by się okazało, bo dysleksja raczej nie atakuje nikogo w tak późnym wieku − że prezydent dyslektykiem nie jest?!

No to kim jest, w takim razie? No… właśnie. I to mamy mieć stwierdzone urzędowo i podstemplowane, jak sławne orzeczenie komisji wojskowej, którym chlubił się dzielny wojak Szwejk?

Chyba się Żakowski nie spodziewa, że go za takie podszepty w Belwederze pogłaszczą.

Niezrażony Żakowski parę dni później zabrał się za wspieranie władzy w walce z Leszkiem Balcerowiczem. Tu zresztą trzeba przyznać, że akurat w tej roli publicysta „Polityki” jest wiarygodny − na tle Salonu, licytującego się w neofickim liberalizmie pozostawał zawsze wyjątkiem ze swą antyliberalną retoryką. Cóż, kiedy i tu Żakowski przedobrzył. Podczas piątkowych obrad swego radiowego politbiura w Tok FM pojechał po Balcerowiczu tak, że odmówił mu nawet profesorskiego tytułu.

Bo, ściśle biorąc, zauważył przenikliwie Żakowski, nie powinno się zwracać do Balcerowicza „panie profesorze”, skoro jest on tylko doktorem habilitowanym.

Ho, ho, ho! − jakby to powiedział obiekt uwielbienia pana redaktora.

Nie będę dyskutował, jak to jest z profesurą Leszka Balcerowicza, akurat w jego wypadku, jak sądzę, ewentualny papierek z Belwederu bądź jego brak nie sprawią, żeby cień, który rzuca, stał się dłuższy albo krótszy.

Chodzi o zupełnie inną minę, na którą wdepnął Żakowski. Państwo już się zapewne domyślają, o kogo konkretnie.

No bo, załóżmy, że to ściśle biorąc racja. Komuś, kto ma tylko doktorat i habilitację nie przysługuje tytuł profesorski.

A komuś, kto nie ma habilitacji, tylko doktorat? No, też nie.

A jeśli ma tylko magisterium? Też nie.

A jeśli nie ma w ogóle dyplomu, i nawet nie do końca wiadomo, jak z maturą?

Aaaa, właśnie, redaktorze Żakowski. Zamachnęliście się na największy autorytet moralny naszego społeczeństwa! Na najczcigodniejszego z czcigodnych! I fakt, że zrobiliście to niechcący was nie usprawiedliwia! Jak śmiecie odmawiać nestorowi III RP, człowiekowi o tak fantastycznym życiorysie, o tylu zasługach, tych marnych paru literek, dołączając w tym do najgorszych moherów od Rydzyka?!

No, więc wbijcie sobie w tę waszą redaktorską głowę: prawo do tytułowania profesorem ma ten, kogo na salonach przyjęło się tytułować profesorem!

Wydawałoby się, tydzień akurat taki, że dla kogoś tak po linii i na bazie jak Żakowski − po prostu samograj. Gromić spekulantów, którzy podbili ceny cukru. Aptekarzy, którzy, przez zbyt niskie ceny leków, narazili budżet na nadmierne wydatki refundacyjne (bo wszak wiadomo, że staruszkowie wykupują stosy lekarstw i zadają się z nimi z nudów, dla rozrywki). Lobbystów z OFE, przez których mamy dług publiczny. Albo po prostu jak co tydzień powtarzać, niczym Władyka z Janickim, te same jedynie słuszne hasła ze sztandarów walki z PiS.

Ale zachciało się redaktorowi być ambitnym; i takie dwie wtopy, omalże dzień po dniu…

PS. Jeden z licznych, drobnych, ale za to codziennych przykładów „rzetelności” dziennikarskiej „Gazety Wyborczej”. Podczas spotkania na Uniwersytecie Opolskim mówiłem (często powtarzam to podczas takich spotkań) o tym, że Polska ma ten sam problem, co wszystkie kraje i społeczności, które przez kilka pokoleń pozostawały w zniewoleniu. Ponieważ w kraju wolnym elity biorą się z awansu, a w kraju skolonizowanym to kolonizator dobiera sobie miejscowych kolaborantów, potrzebnych mu do administrowania podbitego terenu, ściągania z tubylców podatków i trzymania ich w posłuszeństwie. W efekcie przeciętny Amerykanin o swoich elitach myśli odruchowo: są tam, gdzie są, bo na to zapracowali; a przeciętny Polak − są tam, gdzie są, bo się sprzedali; co niesie znaczące konsekwencje dla tzw. kapitału społecznego.

Jak streszcza te oczywiste skądinąd uwagi opolska „Gazeta Wyborcza”? Przyjechał prawicowy Ziemkiewicz do prawicowych oszołomów i mówił im, że polskie elity to świnie, które się sprzedały. (http://opole.gazeta.pl/opole/1,35114,9311348,Ziemkiewicz_mowi_w_Opolu_o_elitach____WIDEO_.html)

Gdybym nie wiedział, z kim mam do czynienia, pomyślałbym po prostu, że redakcja dla spostponowanie mnie przysłała najmniej rozgarniętego stażystę, który nie nauczył się jeszcze poprawnie streścić kilku prostych zdań. Ale przecież wiem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rodzinna tragedia Wioli na pozycji libero

19 mar 2011

Co czyni satyrę, pytał Marian Hemar? „Cytata. Nie komentarz”. Zwykle staram się nie cytować ewidentnych idiotyzmów naszych salonowców, ale czasem dostarczają one tyle ubawu, że grzechem byłoby się z Państwem nie podzielić.

*

A zatem, drodzy czytelnicy, przed Wami Tomasz Jastrun, tygodnik „Newsweek”:

„Obiad z Wiolą. Ma 18 lat. Gra w klubie w siatkówkę na pozycji libero, co bardzo mi się spodobało, znałem wiele liberalnych kobiet, ale na pozycji libero nie. Co u niej? Matura i kłopot z ojcem. Zwleka z wyjaśnieniem.

− Jest pisowcem − mówi szeptem.”

No cóż, panno Wiolu… Łączymy się z panią „w bulu”…

*

„Żeby mieli prezydenta półanalfabetę… ” − przekleństwo rzucane na Polskę przez Murzyna w komiksie Andrzeja Mleczki. Pytanie: w czyim komitecie honorowym jest Andrzej Mleczko? Podpowiedź: w tym samym, co inni celebryci wyszydzający przez wiele lat „półanalfabetę” Wałęsę i „buraka” Kaczyńskiego.

*

A tak przy okazji, skoro dostosowawcza reforma ortografii staje się teraz nieuchronna, to proszę uwzględnić jeszcze i moją propozycję: „chrabia” (od „cha, cha, cha”)

*

W ogóle to się czepiamy. Panu prezydentowi chodziło o „bul, bul, bul”. Taka dowcipna gra słów, aluzja do tsunami… Nieśmieszne? Pewnie, ale doradzałbym sławnym pijarowcom Platformy uprzeć się przy tej wersji. Do nieśmiesznych dowcipów Głowy Państwa już się Polacy przyzwyczaili, i z dwojga złego…

*

A tak przy okazji, skoro już zmieniamy słowniki, trzeba zastanowić się obecnej sytuacji nad sensownością określenia „Głowa Państwa”. Czemu akurat „głowa”? W końcu nawet najbardziej zdeklarowani zwolennicy prezydentury Bronisława Komorowskiego (zresztą dotyczy to całej rządzącej formacji) potrafią znaleźć tylko ten jeden argument na jego rzecz, iż zablokował swą osobą dostęp do prezydenckiego fotela Jarosławowi Kaczyńskiemu. A przecież, mówiąc ściśle, dostęp do tego fotela blokuje nie głową, tylko zupełnie inną częścią swej osoby, bynajmniej. Więc…

*

Z innej beczki. „Zakończyliśmy przedostatni etap reformy armii”, oznajmił Minister Obrony Narodowej Bogdan Klich. Przedostatni; więc jakąś armię na razie jeszcze, przez pewien czas, będziemy mieć.

*

„Gazeta Wyborcza” nie trzyma tego materiału, pochodzącego z jednego z pierwszych jej roczników, w archiwum internetowym. Ale odtworzę z pamięci. Tekst zatytułowany był „Te ohydne, szlahedzkie słufka” i opierał się na cytacie uchwały jakiejś partyjnej egzekutywy z wczesnych lat pięćdziesiątych, domagającej się uproszczenia ortografii, bo te wszystkie skomplikowane reguły kiedy „u”, a kiedy „ó”, służą tylko temu, żeby „burżuje i szlachta mogli się z nas naśmiewać, że źle piszemy”.

*

Wspomniany już Tomasz Jastrun przeczytał tygodnik „Uważam Rze”. I demaskuje: „Spodziewałem się mocnych wrażeń i są… wywiad z Jadwigą Staniszkis. Pytana, czy wierzy w zamach, odpowiada: »Wiele rzeczy jest podejrzanych, choćby siła wybuchu, to, że prawie nic nie zostało z kokpitu. (…) Nigdy nie dowiemy się prawdy.« To przecież genialnie komponuje się z teoriami Prezesa [Kaczyńskiego − przyp. RAZ]!”

I dalej podsumowuje Jastrun nasz tygodnik: „Pismo kontynuuje tradycję nienawiści chama wobec intelektualisty. W Polsce Ludowej na porządku dziennym.”

Czują Państwo klimat? Z jednej strony chamstwo, w rodzaju Staniszkis, Rymkiewicza, Krasnodębskiego, Nowakowskiego, Legutki e tutti quanti. Z drugiej młodzi wykształceni z dużych miast − jak wynika z badań, nie czytający niczego dłuższego niż wpisy na twitterze − i wybrany przez nich chrabia ze swym komitetem honorowym (chonorowym?).

*

Skoro jesteśmy przy chamach i intelektualistach, jeszcze jeden cytat. Mówi hrabia (w tym wypadku przez „h”) Żorż Ponimirski ze sławnej przedwojennej powieści:

„Z was się śmieję! Z was! Elita! Cha, cha, cha… Otóż oświadczam wam, że wasz mąż stanu, wasz Cincinnatus, wasz wielki człowiek, to kompletny kretyn! Idiota, nie mający zielonego pojęcia nie tylko o ekonomii, lecz o ortografii! Skończony tuman, kompletne zero, w żadnym Oksfordzie nie był, żadnego języka nie zna! Sapristi! Czy wy tego nie widzicie? Wwindowaliście to bydlę na piedestał! Wy! Ludzie pozbawieni wszelkich rozumnych kryteriów! Z was się śmieje, głuptasy! Z was! Motłoch!”

Nienawiść chama do intelektualisty to pikuś, ale kto tu jest chamem, a kto elitą, oto prawdziwy problem.

*

A tak przy okazji, pan Prezydent zajmuje się nie tylko upraszczaniem  ortografii tak, aby „chamom” odebrać pretekst do naśmiewania się z intelektualistów z fejsbuka. Pan prezydent nie przestaje myśleć także o swej największej, obok myślistwa, pasji. O wojsku. Cytat za portalem „wpolityce.pl”: „On to właśnie osobiście ponoć wymyślił, by dla dodatkowego uhonorowania Adama Małysza podczas pożegnalnego konkursu skoków, nad Wielką Krokwią latał klucz F- 16. Wczoraj do dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego zadzwonił jeden z generałów, który zamierzał ustalić warunki przelotu myśliwców nad skocznią. Dyrektor TPN kategorycznie się temu sprzeciwił argumentując, że na terenie TPN obowiązuje cisza, zakazane jest używanie sygnałów dźwiękowych, korzystanie z głośno grających odtwarzaczy czy radioodbiorników, i nawet za głośne zachowanie można dostać mandat. Jest to norma nie tylko prawna, lecz także kulturowa, więc tym bardziej niedopuszczalne jest, by na wysokości drzew latały odrzutowce. Jednak rozkaz Prezydenta to rozkaz (…). Zatem do szefa parku zadzwonił Szef Sztabu Generalnego, już nie z prośbą, lecz poleceniem wydania zgody na przelot.”

*

Właśnie dostałem informację, że w Polskich Liniach Kolejowych SA (jedna z coś około 50 spółek, na jakie podzielono dawne PKP) utworzono stanowisko „dyrektor ds. przyspieszania decyzji administracyjnych” z zakresem obowiązków „kontakty z administracją publiczną”. Oszczędności idą pełną parą!

Nawet gdyby „Gazeta Wyborcza” oddała premierowi nie tylko pierwszą stronę i marnych parę kolumn w środku, ale cały podwójny numer, nie zabrakłoby sukcesów do wypełnienia go. Co za fałszywa skromność nie pozwala premierowi chwalić się, że w ciągu zaledwie dwóch pierwszych miesięcy roku 2011 wyrobił już 36 proc. założonego na cały rok deficytu?

Zuch!!!

*

Redaktor Konrad Piasecki, TVN 24: „Prezydent Lech Kaczyński nigdy przecież nie był tak brutalnie atakowany jak prezydent Komorowski!” Co racja, to racja. Nawet Palikotowi, Niesiołowskiemu czy Kutzowi nie przyszłoby do głowy zarzucać śp. Lechowi Kaczyńskiemu, że jest… hm… jak by tu ładnie…  umysłowo ociężały.

Nie dlatego przecież, żeby mieli jakiekolwiek skrupuły. Po prostu poprzedniemu prezydentowi się tego w żaden sposób zarzucić nie dawało.

*

Jeszcze raz Jastrun, nadal o chamach z „Uważam Rze”: „Zgadzam się z Niesiołowskim: Wildstein i Ziemkiewicz dają naszej młodzieży poglądową lekcję, na czym polegało zaczadzenie stalinizmem, są więc w jakimś sensie pożyteczni. Nie ma takiej bredni, której nie kupi zniewolony umysł. Z pismem skojarzył się zapewne już na stałe Czesław Bielecki, występuje tam zresztą z rodziną. Często jeżdżę do mamy do Konstancina, więc widzę jego dzieło architektoniczne, twórcze rozwinięcie kuli i sześcianu… Coś chyba znowu nie wyszło.”

Jakież to budujące. Jastrun powołuje się na autorytet Niesiołowskiego. A w ostatniej „Krytyce Politycznej” Cezary Michalski powołuje się na autorytet Jastruna… Jeszcze jeden cytat na dziś: „Idźże złoto do złota!”

*

Pod felietonem Tomasza Jastruna „Newsweek” zamieszcza wizytówkę: „Tomasz Jastrun jest poetą, prozaikiem, eseistą i krytykiem literackim”. Jako cham i stalinista, dający wyraz nienawiści do intelektualistów wyszukaną pisownią, mógłbym dodać jeszcze parę określeń, kim, a także czym jest Tomasz Jastrun. Ale mniejsza o to. W końcu liczy się tylko to, żeby nie był, jak ojciec nieszczęsnej panny Wioli, pisowcem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zawiedziona miłość salonu

17 sty 2011

Polską rządzi populista, i to najgorszego sortu. Nie taki w rodzaju Blaira czy Sarkozy’ego, który posługując się populistycznymi chwytami, realizuje jakieś dalekosiężne cele, ale polski Berlusconi, który zaspokaja się posiadaniem władzy dla samej władzy, nie ma żadnych przekonań ani żadnych idei i gotów jest zrobić wszystko, aby ukochaną władzę, którą traktuje tak jak skąpiec sztabę złota, zachować jak najdłużej.

Aby ją zachować, jak każdy populista „generuje napięcie między własną partią a elitami” – czyli po prostu szczuje przeciwko mądrzejszym i szerzy „pogardę dla kompetencji i wiedzy, pogardę dla idei”. Co zresztą nie jest u niego niczym nowym: od zarania jako polityk był wyrazicielem „kompleksów prowincji wobec elity warszawsko-krakowskiej”.

Jeśli dodam, że wszystko to mówi tygodnikowi „Newsweek” Aleksander Smolar, prominentna postać owej „elity warszawsko-krakowskiej”, to każdy czytelnik bez chwili namysłu powie, że na pewno chodzi tu o Jarosława Kaczyńskiego, a wywiad pochodzi zapewne gdzieś tak z roku 2006.

I zdziwi się niepomiernie: wywiad jest świeżutki, z ubiegłego tygodnia, a ów populista, którego karierę napędzały kompleksy prowincji wobec elit, to Donald Tusk. Diagnoza Aleksandra Smolara prowadzi nieodparcie do konkluzji, że takiego nieliczącego się z niczym populistę trzeba odstawić od władzy jak najszybciej, zanim narobi szkód. Nie została ona w wywiadzie sformułowana, ale ciśnie się na usta słowo: jeszcze.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Prezydent w działaniu

16 sty 2011

Pan prezydent rządzi krótko, ale sporo już zdążył. Opowiadając amerykańskim ekspertom, że w Unii Europejskiej obowiązuje ta sama zasada liberum, która Polsce przed wiekami przyniosła „bigosowanie” i upadek państwa, wyjaśnił im, jak widzimy przyszłość Europy i naszą w niej rolę. Zgodnie z wyborczymi obietnicami „odpolitycznił” też swoją kancelarię, zatrudniając w niej czynnego szefa jednej ze struktur regionalnych rządzącej partii oraz „skończył z Bizancjum”, zwiększając znacząco budżet i przyjmując do pracy liczne nowe osoby. Nawiasem mówiąc, umknęło uwadze ogółu, że oszczędzając 50 milionów złotych na dotacjach dla partii politycznych, PO jednocześnie zwiększyła o 35 milionów budżety kancelarii Premiera i Prezydenta; można więc odetchnąć z ulgą, że niezbędne oszczędności na opozycji nie odbiją się na działalności rządzących.

Kolejnym sukcesem prezydenta było zajęcie się ustawą wymierzoną w tych emerytów, którzy mają czelność traktować emerytury nie jako łaskę, ale jako należną im wypłatę własnych, uczciwie zapracowanych oszczędności, i nadal pracują, zajmując miejsce młodszym. Pan prezydent rozegrał sprawę z piarowską zręcznością godną swojego politycznego promotora. Najpierw ogłosił, że jest całym sercem za emerytami – dzięki czemu „zapunktował” i okazał polityczną samodzielność. Potem wyjaśnił, że choć jest przeciwny ustawie, nie może jej zawetować w całości, bo to by było ze szkodą dla finansów państwa, zamiast tego zaproponuje nowelizację – dzięki czemu pokazał się jako odpowiedzialny mąż stanu. A potem zupełnie po cichu okazało się, że nic w tej sprawie robić nie zamierza, a jego szumnie zapowiedziana nowelizacja ma charakter kosmetyczny – dzięki czemu dowiódł, że profesor Balcerowicz jest w ocenie Polaków nadmiernym optymistą.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop