Posts Tagged „Barbara Blida”<

Badania atmosferyczne

15 sty 2011

Subotnik Ziemkiewicza

To byłoby bardzo śmieszne, ten poglądowy przykład jak polski picuś-glancuś został przez cwanych graczy z Kremla zrobiony bez mydła, gdyby nie fakt, że w osobie wzmiankowanego zrobiono bez mydła całą Polskę.

Myślał nasz mistrz bajeru i wielki człowiek do małych intryg, że jak okaże Kremlowi spolegliwość, to Kreml się odwdzięczy, coś tam półsłówkiem przyzna o rosyjskich niedociągnięciach i tym sposobem pozwoli mu jakoś ocalić twarz. A Kreml się nigdy nie odwdzięcza. Kreml, taka już niezgłębiona rosyjska dusza, takich, którzy mu są ulegli, uważa za tchórzy, a tchórzami się tam gardzi. Świat dostał jasny sygnał: z Polakami można zrobić wszystko, idąc zupełnie na chama, na bezczelnego, bez liczenia się z pozorami − a Polacy nie odważą się nawet miauknąć w obronie swego. Jak za najciemniejszej, saskiej nocy. Trochę postraszyć, trochę sypnąć jurgieltem, trochę pomóc lokalnym mafiozom w ich drobnych interesach, trochę podbechtać do mędrkowania różnych durniów uważających się tu za elitę, i czekać, aż państwo toczone głupotą i deprawacją samo zgnije do reszty, a cały świat zacznie prosić sąsiadów, aby wreszcie zrobili z tym polskim bałaganem porządek.

Części tak demonstracyjnie upokorzonych Polaczków − tym związanym ze swym krajem raczej miejscem zamieszkania, niż czymkolwiek innym − nie pozostaje nic innego, niż gorliwie nie przyjmować do wiadomości, co się stało. Może i są jakieś „ale”, ale „faktem przecież jest, że polski generał miał we krwi alkohol”, powtarzają jednobrzmiącym chórem zdeklarowani kolaboranci i „pożyteczni idioci”. Jest to dokładnie takim samym faktem, jak „niezidentyfikowana łódź podwodna zachodniej konstrukcji”, która jakoby zatopiła „Kursk” − ale z idiotami trudno dyskutować, a ze zdeklarowanymi kolaborantami tym bardziej.

Dla pragnących sobie wmówić, że nic się nie stało, prawdziwym darem z niebios jest „news” o terminie planowanej beatyfikacji Jana Pawła II. Ludzie, których pamiętam z rozmaitych korytarzy, a często i wręcz z ekranów, jak zapluwali się na samą wzmiankę o Janie Pawle II z nienawiści, a z entuzjazmem powtarzali urbanowe plugastwa o „Breżniewie Watykanu”, nagle z przejęciem tokują na wszystkich antenach o fenomenie polskiego Papieża, godzinami, aby tylko nie mieć czasu na mówienie o czym innym.

No, może przesadzam, są w sobotni poranek w mediach jeszcze inne ważkie tematy. Wiele czasu zajmują zastrzeleni pod Nairobi… pardon, w Tunisie (nie wiem, skąd mi się tu nagle jakaś Gwatemala przyplątała), co przecież bardzo każdego Polaka dotyczy, bo każdy mógł się tam akurat znaleźć albo mógł znać kogoś kto mógł się tam akurat znaleźć. Wrócił też temat z ostatniej chwili − śmierć Barbary Blidy. Po trzech latach żmudnego ustalania komisja nie zdołała ustalić niczego konkretnego, ale ponad wszelką wątpliwość stwierdza, że na samobójstwo byłej minister miała wpływ ogólna „atmosfera”. Katastrofa Smoleńska, jak wygłosiła pani z „Gazety Wyborczej”, też była wynikiem atmosfery wytworzonej przez, jakżeby inaczej, śp. Lecha Kaczyńskiego. To ta atmosfera sprawiła, że pilot chciał lądować, a rosyjscy kontrolerzy nie odważyli się mu zabronić. Skoro atmosfera wytwarzana przez śp. Kaczyńskiego była tak potężna, że nawet ruscy oficerowie ze strachu przed jego gniewem trzęśli hajdawerami, to już jasne jest, dlaczego to właśnie nieżyjący prezydent, a nie konstytucyjnie nadzorujący te sprawy premier, odpowiada za bajzel w specjalnym pułku lotnictwa wojskowego, które w chwili tragedii stało się cywilne, za złe szkolenie, braki kadrowe, za bardak w kancelarii premiera, która organizowała wizytę, za niejasny status lotu, brak jego należytego planu, brak podstawowych ustaleń co do bezpieczeństwa, za karygodne błędy popełnione przez ochronę… Za wszystko odpowiada atmosfera, a za atmosferę wiadomo kto odpowiada. Sławna sejmowa komisja „naciskowa” powinna zmienić nazwę na „atmosferyczną”, bo też żadnego konkretnego „nacisku” nie zdołała znaleźć, ale istnienie atmosfery potwierdza.

Są i inne ważkie problemy – na przykład zagrożona wolność słowa. Na Węgrzech, oczywiście, przecież nie w Polsce. W Polsce nic wolności nie zagraża, każdy, kto chce, może swobodnie krytykować atmosferę wytworzoną przez PiS i nieżyjącego prezydenta, albo szukać sobie pracy poza mediami, nikt mu nie zabrania. Ale sytuacja na Węgrzech bardzo niepokoi autorytety, z samym Sharkeyem, to jest, chciałem powiedzieć, Michnikiem na czele, i nawet młodych z fejsbuka, którzy się spontanicznie skrzyknęli na demonstrację przed ambasadą w obronie wyrzucanych z pracy za przekonania węgierskich dziennikarzy.

Ach, są i wydarzenia ważkie dla ducha narodu. W Katowicach Narodowa Orkiestra Polskiego Radia dała światową prapremierę Requiem dla ofiar zbrodni w Jedwabnem Krzysztofa Meyera do wiersza Adama Zagajewskiego. Ponieważ nie wszyscy rozumieją publicystyczny dynamit zawarty w poezji Zagajewskiego, nie mówiąc już o muzyce, więc prapremierę poprzedzono „dyskusją” z udziałem kompozytora i poety oraz kilku autorytetów, którzy spierali się − szatański wynalazek Internetu pozwalał głębię tej debaty podziwiać niemal na bieżąco − czy Jedwabne było największą zbrodnią w dziejach ludzkości, czy największą polską zbrodnią w dziejach. Ostatecznie ustalili, że największą polską zbrodnią w dziejach ludzkości, i że po tej zbrodni nic już nie ma sensu, nic już nie istnieje, a w każdym razie niemożliwa jest muzyka i poezja. To po co w takim razie panowie Meyer i Zagajewski pitolą, zamiast się zająć czymś możliwym − chciałoby się zapytać, gdyby się nie wiedziało, że po prostu kolejny miejscowy poeta stara się zasłużyć na Nobla. Wyrażając przy tym najistniejszą istność polskiej duszy, bo przecież o czym innym może w dzisiejszej dobie myśleć przejęty sprawami swego narodu Polak, jak nie o swoim wstydzie, wiecznej sromocie i odpowiedzialności za prześladowania Żydów? Przecież nie o tragedii smoleńskiej i demonstracyjnym sponiewieraniu Ojczyzny przez sposób jej „wyjaśnienia”, na ten temat wszystko wiadomo, zawiniła atmosfera i „pora skończyć z żałobą, z wieńcami i wołaniem o uczczenie”, jak apeluje wspomniana pani z „Wyborczej”. Wszystko jest jasne, pozamiatane − i kto śmie protestować?

Tylko ziemia jakby się poruszyła. Zabobonny naród bredzi coś, że to tu czy tam dawni Polacy się w grobach przewracają, ale to pewnie tylko ten deszcz. I to wszechobecne błoto.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dokument atmosferyczny

28 lis 2010

Władze TVP udaremniły starania o produkcję filmu dokumentalnego na temat katastrofy smoleńskiej. Jak poinformował były dyrektor telewizyjnej Jedynki Witold Gadowski, użyto przy tym argumentu: nie ma sensu prowadzić śledztwa dziennikarskiego, kiedy trwa prokuratorskie.

Te same władze TVP uznały jednak, że istnieje potrzeba wyprodukowania filmu… no, może nie do końca dokumentalnego, którego autorzy zaprezentowali własną, autorską wersję śmierci Barbary Blidy – nie samobójczą, ale z rąk funkcjonariuszki ABW. Wprawdzie nad wrobieniem rządu PiS w odpowiedzialność za śmierć byłej minister już od trzech lat pracuje sejmowa komisja, ale oddelegowany do tego odpowiedzialnego zadania towarzysz Kalisz, niestety, nie stanął na wysokości zadania. Zamiast dokumentów procesowych muszą się więc salonowi mściciele zadowolić dokumentem fabularyzowanym.

Jak już zareklamował produkcję usłużny „cyngiel” „Gazety Wyborczej”, film dobrze oddaje „atmosferę”, w jakiej doszło do śmierci Barbary Blidy. Się rozumie – po raz kolejny okazuje się, że całe zło rządów PiS, o którym tyle słyszeliśmy, ograniczało się do „atmosfery”. A jedynym dowodem, że taka „atmosfera” była, są świadectwa tych, którzy wtedy pisali, że jest atmosfera.

Osnową stawianej w filmie hipotezy są wyznania Barbary K., pseudo Alexis, tej właśnie, która obciążyła Blidę w śledztwie. Teraz opowiada telewizji, że ją do tego zmuszono. Gdyby opowiedziała to przed sejmową komisją, miałoby to jakieś znaczenie, bo tam zeznaje się pod przysięgą. Niestety, komisja, która przez tyle czasu zajmowała się dzieleniem każdego włosa na czworo, kluczowego świadka na przesłuchanie nie wezwała, odstępując to zadanie telewizji. Może właśnie po to, żeby świadek nie miał dyskomfortu, że musi mówić całą prawdę i tylko prawdę?


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Redaktor Paradowska z niszczarką

18 lut 2010

Próba politycznego rozegrania śmierci Barbary Blidy przeciwko liderom PiS jest, jak wielokrotnie pisałem, jednym z większych propagandowych draństw lewicy i salonu. Barbara Blida popełniła, ponad wszelką wątpliwość, samobójstwo. Na pewno podczas jej zatrzymania doszło do nieprawidłowości, ale polegały one na tym właśnie, że funkcjonariusze chcieli być wobec zatrzymywanej uprzejmi, zamiast ją regulaminowo skuć, co próbie samobójczej by zapobiegło. Można oczywiście podważać zasadność decyzji o zatrzymaniu, dywagować, czy nie wystarczyłoby wezwać byłej minister na przesłuchanie listem poleconym, ale, po pierwsze, to, że podejrzewa się kogoś, wobec kogo zarzuty potem się nie potwierdzą, to w śledztwie sytuacja częsta, po drugie − osoba chora na depresję, a wszystko wskazuje, że właśnie ta choroba zabiła Blidę, mogłaby się targnąć na życie równie dobrze na widok wezwania z prokuratury jak na widok ekipy ABW.

Szczególnie obrzydliwe jest zaś, kiedy swoją świętą męczennicą usiłuje zrobić Barbarę Blidę SLD. To właśnie sposób, w jaki została ona, jako „millerowski złóg” potraktowana w ramach walk frakcyjnych przez własną partię wydaje się jednym z istotnych, jeśli nie decydujących powodów załamania nerwowego. Miotając oskarżenia i grając na uczuciach publiki postkomuniści zatracili wszelkie granice śmieszności. Pamiętam jeszcze ogłoszenie prasowe, w którym Sojusz Lewicy Demokratycznej zapraszał na uroczystą Mszę Świętą w intencji Blidy, z udziałem partyjnych tuzów − bodajże towarzyszy Kalisza, Szmajdzińskiego i Olejniczaka. Było to tylko odrobinę bardziej żałosne, niż prace sejmowej komisji śledczej, brnącej w dzieleniu każdego włosa na osiem w szczegóły, których znaczenia dla sprawy sama nie umie wyjaśnić a jednocześnie dotąd nie mającej czasu przesłuchać osoby, której obciążające Blidę zeznania były podstawą decyzji prokuratury.

Ostatnio kultowi „dumnej Ślązaczki, która wolała śmierć niż upokorzenie” silny cios zadała prokuratura, która uznała, że nie da się już dalej odwlekać tego, co w braku jakichkolwiek dowodów oczywiste, i umorzyła postępowanie w sprawie rzekomych nacisków Kaczyńskiego oraz Ziobry na prowadzących sprawę śledczych. Komentator „Gazety Wyborczej” oprotestował tę decyzję, pouczając prokuraturę o rozmaitych (wątłych, delikatnie mówiąc) przesłankach, które powinna wziąć pod uwagę, skoro od tylu miesięcy deliberuje nad nimi sejmowa komisja − w duchu sądy sądami, ale Kaczora trzeba dopaść.

Ale zupełnie kapitalny komentarz do umorzenia sprawy, stanowiący kolejny popis „kalizmu” establishmentowych mediów, dała w „Polityce” Janina Paradowska.

Cytuję:

„Zaskoczona nie jestem. Trudno sobie wyobrazić, że premier Kaczyński, minister Ziobro czy ich podwładni z ABW lub prokuratury pisali sobie polecenia, że mają naciskać i wreszcie coś na Blidę znaleźć. Takie sprawy załatwia się inaczej. Wystarczy awansować na wysokie stanowiska młodych, oddanych sobie ideowców albo po prostu cynicznych pragmatyków i oni już intencje przełożonych odczytają w lot, nawet telefonować nie trzeba. Rzecz nie w pismach, poleceniach, ale w stworzonym systemie podległości i klimacie politycznej nagonki”.

Czy Państwo jeszcze pamiętają, jak rechotał salon z Ziobry pokazującego niszczarkę? Z argumentu (cokolwiek na siłę włożonego mu w usta), że skoro dowodów nie ma, to dowód, że zostały zniszczone? Jeśli nie, to proszę sięgnąć do internetowego archiwum paru mediów, choć, niestety, w takich archiwach nie ma tego, co najbardziej charakterystyczne i wredne, czyli wypowiedzi przyrządowych redaktorów w Radiu Zet, Tok FM czy TVN-24. Niszczarka ubawiła wtedy salon do rozpuku.

A teraz? No PRZECIEŻ to oczywiste, że żadnych nacisków nie było. Była ATMOSFERA i SYSTEM PODLEGŁOŚCI (a widział kto kiedy prokuraturę czy inną strukturę administracji państwowej nie bez hierarchii podległości?!). Im bardziej Ziobro i Kaczyński nie pozostawili po sobie żadnych dokumentów świadczących o wywieranych naciskach, tym bardziej to dowodzi, że naciskali tak, żeby nie zostawiać śladów.
A przy okazji − takie pytanie do pani redaktor: czy Pani zdaniem atmosfera „trzeba wreszcie coś na Blidę znaleźć”, no bo już tyle czasu rządzimy, a układu ani widu − nie ma aby czegoś wspólnego z atmosferą „trzeba wreszcie coś znaleźć na Kaczorów i Ziobrę, bo już tyle czasu rządzimy, a tych straszliwych zagrożeń dla demokracji jakoś ani widu”? Czy aby nie zauważa Pani „atmosfery politycznej nagonki” wokół samej siebie? I jak Pani redaktor określiłaby swój własny udział w tej „atmosferze”, czy zalicza siebie samą do młodych ideowców, oddanych premierowi, który „musi” – czy raczej do pragmatyków?

PS. Warto przy okazji zajrzeć w archiwa, jak redaktor Paradowska dyskredytowała raport z rozwiązania WSI. Przyłożenie do tamtych spraw wiedzy że „takie sprawy załatwia się inaczej”, i „nawet telefonować nie trzeba”, którą najwyraźniej uzyskała niedawno na okoliczność Kaczyńskich, powinno, jak sądzę, zachwiać Jej pewnością, że w WSI nic złego się nie działo, bo nie ma na to żadnych dokumentów?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop