Posts Tagged „Adam Michnik”<

Histeria

17 kwi 2011

Wiele wypowiedzi, które przyniósł ostatni tydzień, przekonuje, że w zacietrzewieniu nie ma dla „autorytetów” III RP żadnych granic.

Adam Michnik, potępiając w rosyjskim tabloidzie tych Polaków, którzy nie podzielają jego sielankowej wizji posmoleńskiego pojednania narodów, używa określeń: „ludzie z zoo”, „idioci”, „swołocz” etc. Janusz Głowacki kpi z pytań o przyczyny katastrofy, oznajmiając, że „Smoleńsk to wielka groteska”, a inny literat z tego samego kręgu szydzi, iż kupionego na swe ranczo czarnego barana nazwie Smoleńsk. Andrzej Wajda z licznymi pomniejszymi autorytetami, niczym tknięty olśnieniem, rzucił się zapewniać, że Katyń wcale nie był ludobójstwem (kto wie, czy jeszcze w ogóle był zbrodnią?). W ogóle wszystko to wina Zuzanny Kurtyki podważającej sojusze wiertarką i faszystów, którzy godzą w demokrację, nielegalnie kładąc na ulicy tulipany.

Standardy salonu podnosi jak zwykle Stefan Niesiołowski, który za ujawnienie przez generała Petelickiego haniebnego esemesa do członków PO demaskuje go jako tajnego współpracownika służb.  I, co ciekawe, salony, które do dziś przeżywają oburzenie żartem Jarosława Kaczyńskiego, że delegacja PO podczas obchodów stanęła tam, gdzie w czasie strajku stało ZOMO, w powyższych zachowaniach nic oburzającego nie widzą. Nawet „dzika lustracja” – wydawałoby się, dla michnikowszczyzny największa zbrodnia – nie oburza, gdy czyniona jest ze słusznych  pozycji.

Rozumiem, że eksperyment z tupolewem niweczący od roku uparcie propagowaną „oczywistość” winy pilotów i nacisków, „kilka tysięcy osób” przed pałacem i bezradność politycznych idoli sprawiają,  iż michnikowszczyzna nerwy ma  w strzępach. Nie zdziwmy się więc, jeśli w przypływie ostatecznej  desperacji sięgnie po „ultima ratio”  i zdemaskuje Kaczyńskiego jako…

 

…………………………………………………………………………………………………………………………………….

Od redakcji rp.pl:

W sieci komentarzy, cytatów i analiz coraz trudniej się odnaleźć.

Dlatego ZAPRASZAMY DO NOWEGO SERWISU wsieci.rp.pl.

Wyławiamy z polskiej sieci internetowej tylko najciekawsze opinie. Najświeższe. Najgłośniejsze. Najbardziej kontrowersyjne. Wyciągamy na brzeg wszystko co interesujące i serwujemy w jednym miejscu i w wygodnej formie. ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wszystko przez PiS. Nawet Michnik

5 kwi 2011

Kabarety, za sprawą telewizji, strasznie zeszły na psy, ale za to mamy Jacka „Jasia Fasolę” Żakowskiego. Dzielny publicysta „Polityki” w felietonie dla „Gazety Wyborczej” zachwycił się „genialnym terminem” Wojciecha Mazowieckiego „spisienie”. Byłyby te jego zachwyty równie niewarte wzmianki, jak niedawno wygłaszane pochwały dla „znakomitego dziennikarskiego pomysłu” Urbana, by grzebać w śmieciach Jarosława Kaczyńskiego, ale Żakowski, jak zwykle, musiał przefajnować. Zamiast ograniczyć się do kalumnii, w czym jest jeszcze jako taki, zabrał się też do definiowania „genialnego terminu”. I wyszło mu, że „spisienie” to „że reguły obowiązują tylko, gdy są doraźnie użyteczne dla tego, kto je głosi”.

He, he… − jak to pisał Przybyszewski. Czyli, na przykład, jak redaktor Michnik nazwie Kaczyńskiego i jego partię kontynuatorami tradycji KPP, to w porzo; ale jak miesiąc później poeta Rymkiewicz napisze to samo o Michniku i jego współpracownikach, skądinąd faktycznie dzieciach działaczy KPP, to hańba, obraza boska, bluźnierstwo i delikt sądowy. O to Żakowskiemu chodzi?

A właśnie, skoro jesteśmy przy KPP, to okazuje się, że już nie tylko ślązactwo, ale nawet i pochodzenie od działaczy partii komunistycznej, a więc ludzi, którzy się jakiejkolwiek identyfikacji narodowej programowo wyrzekali,  podnoszone jest do rangi narodowości, a nawet rasy. Wystarczyło, że zwróciłem uwagę, iż potomkowie czerwonych szumowin, skoro nie mają na tyle przyzwoitości, by się odciąć od własnego haniebnego dziedzictwa, a przeciwnie, przy każdej okazji swych ojców wybielają, nie powinni być tak skłonni do obłudnego przepraszania za rzekomy antysemityzm polskich chłopów, bo takie bicie się w cudze pierwsi jest żałosne. I już rozjazgotało się paru dyżurnych pętaków, że to rasizm i antysemityzm. I że nie mam prawa „wykluczać z polskości” (?) Agnieszki Holland, bo ona „więcej wniosła do polskiej kultury, niż Ziemkiewicz”. Obosieczny argument. Zapewne więcej wniosła, nie będę się kłócił, ale z kolei ja na pewno więcej wniosłem do polskiej kultury niż autor tej błyskotliwe konstrukcji myślowej Cezary Michalski. Więc jeśli Michalski chce pozostać wierny sobie, powinien się teraz ukłonić, spiesznie oddalić i wreszcie zaprzestać ciągłego wycierania sobie gęby moim nazwiskiem, stanowiącego − obok wycierania jej sobie nazwiskami Wildsteina, Zaręby, Lisickiego, Terlikowskiego i Gmyza − jeden z wyłącznych motywów jego twórczości.

Oczywiście − oczekiwanie ze strony byłego anarchisty, byłego katolika, byłego konserwatysty, byłego liberała i byłego lewicowca aktualnie świeżo nawróconego na Palikota (a może już i byłego palikociarza, nie zaglądałem w jego dzisiejszy tekst) wierności sobie, czy w ogóle czemukolwiek, to tylko żart.

Wspominam o nim jednak, by zwrócić uwagę czytelnika na monumentalny przykład „doraźnego” naginania reguł dla potrzeb tego, kto je głosi. Ani ja, ani w ogóle nikt (nie liczę tu oczywiście anonimowych wpisów w necie i na ścianach szaletów względnie publicystów na poziomie p. Kontka z „Faktu”) nie sugerował nigdy, żeby za draństwa wykorzenionych z judaizmu komunistycznych kolaborantów, owych różnych Bermanów, Szechterów, Hollandów, Wagmanów i im podobnych, obciążać winą Żydów jako takich. To byłoby myślenie niewątpliwie rasistowskie, antysemickie i podłe. Kiedy tymczasem urządza się z Grossem na czele orwellowskie seanse nienawiści do Polaków, wedle ideologicznego założenia,  że udział przed laty jakichś polskich kolaborantów (załóżmy nawet, że faktyczny) w mordzie na Żydach to nasza, polska wina, wina wszystkich Polaków, za którą wszyscy musimy się z rozliczyć jako naród i jako państwo, bić za nią w piersi i pokornie płacić każdy haracz, jakiego zażądają amerykańskie organizacje żydowskie…To co? To nie jest oczywisty rasizm, okazuje się. To jest „szlachetne” rozliczanie się z haniebnym narodowym dziedzictwem, nie własnym, oczywiście, tylko tych starszych, gorzej wykształconych i z mniejszych ośrodków.

Żakowski chce to nazwać „spisieniem”. Znalazłbym lepszą nazwę.

To może coś mniejszej skali, ale równie aktualnego. Wyobraźmy sobie, że to PiS wyrzuca w błoto 120 tysięcy publicznych złotych, żeby kolory krzesełek na stadionie zmienić na biało-czerwone. Ileż by to było głosów oburzenia, potępienia, ile wyliczania, na co można by te bezmyślnie wyrzucone pieniądze przeznaczyć, ile żłobków wywianować, ile wydać numerów pism kulturalnych… No, ale to akurat wyrzuciło w błoto PO, aby przypodobać się koalicjantowi, czyli zawodowym ślązakom, którzy z niejasnych przyczyn ukraińskie barwy narodowe uznali za swoje.

Oho, dużo, naprawdę dużo by się znalazło dowodów stawianej przez Żakowskiego tezy, że „spisienie idzie jak tsunami”. Nie jestem Żakowskim, więc poszukam przykładu na własnych, nie na cudzych łamach. Otóż udostępniliśmy je niedawno panu Sadurskiemu, który jest jednym z modelowych przykładów mentalności tzw. salonu. Zwracam uwagę na stanowiące istotę, i w zasadzie zresztą jedyną zawartość jego tekstu, bluzgi wobec ludzi, którzy ośmielają się żywić nie podzielane przez niego uczucia. Zwłaszcza na „kiepski kabarcieciarz, były działacz PZPR”. Cała obłudna, świętoszkowata „wyższość moralna” michnikowszczyzny zbudowana została na „grubej kresce”, na pseudoszlachetnym „wyrzeczeniu się rozliczeń” i „polowań na czarownice”. Patrzcie, jacy my szlachetnie i moralni, jak nie szukamy zemsty, nie zaglądamy nikomu w życiorysy! Ale ta amnezja zgodnie z leninowskimi, w pewnych środowiskach dziedzicznymi zasadami klasowej dialektyki, obowiązuje tylko wobec „swoich”. Nikt nie ośmieli się wytykać członkowstwa w PZPR Stefanowi Bratkowskiemu, ale o Marcinie Wolskim − który był tam z podobnych powodów i w tym samym czasie − żaden salonowy bubek nie umie nie napisać inaczej, niż „były członek PZPR”. Podobnie, jak na przykład o byłym ministrze skarbu Jasińskim. No i ten „kiepski kabareciarz”… To jest właśnie michnikowszczyzna w stanie czystym. Jak nie nasz, to już wszystko co zrobił, nawet „Sześćdziesiąt minut na godzinę”, było kiepskie. Jajo jak balon polega na tym, że drugi z twórców „sześćdziesiątki”, Jacek Fedorowicz, sprzedał się akurat duszą i ciałem „dobremu towarzystwu” i jako taki nie jest bynajmniej kiepski, jest wielkim mistrzem polskiego kabaretu. Czego dowodem właśnie − „legendarna”, „kultowa” Sześćdziesiątka. Ta sama, która w dorobku Wolskiego jest cienizną i obciachem. Wyda się to komuś niekonsekwencją? Przeciwnie, konsekwencja jest żelazna. Gdyby − teoretycznie − Wolski pewnego dnia zmienił front, i naszczekał na Kaczyńskiego, nagle by się okazał mistrzem, wybitnym intelektualistą, i nikt by już nigdy słowem nie wspomniał o PZPR. I odwrotnie, gdyby tak Fedorowicz… Mało już wiedzieliśmy w III RP takich cudownych metamorfoz? Od samego Wałęsy, przez Niesiołowskiego, po zawodową „kobietę roku” Krzywonos, która z dnia na dzień okazała się w trzydzieści lat po Sierpniu jedną z jego głównych bohaterek? Ba, ja też, kiedy skrytykowałem  Kaczyńskiego, bo było akurat za co, natychmiast przeczytałem o sobie w „Gazecie Wyborczej” że jestem nie antysemitą, oszołomem czy pisowcem, ale „prawicowym liderem opinii”.

Dlaczego nazywać to akurat „spisieniem” i udawać, że zaczęło się wczoraj i za sprawą otaczanego histeryczną nienawiścią establisz-mętów Jarosława Kaczyńskiego? To się zaczęło od − tak, tak − od Adama Michnika. To on zaprzągł etykę i moralność do służby swym politycznym gierkom, będąc na domiar złego politycznym graczem wyjątkowo marnym. To on zdeprawował debatę publiczną, narzucając jej jako przewodnią zasadę moralność Kalego, z dnia na dzień z pozycji tytana moralności mianując zbrodnię pragmatyzmem, a niezłomność nienawiścią. Całą książkę kiedyś o tym napisałem, pełną konkretnych przykładów.

A nasz Jaś Fasola potrzebował dwudziestu paru lat, żeby zauważyć, że się u nas nagina zasady do doraźnych interesów… I zauważył dopiero, kiedy mu inny tytan intelektu podpowiedział, że to przez Kaczyńskiego.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………

Zaproszenie od redakcji rp.pl: Złóż swój wpis w refleksyjnej księdze wspomnień

Jak wyglądał Twój dzień 10 kwietnia 2010? Czy pamiętasz swoją reakcję po ogłoszeniu komunikatów prasowych? Podziel się z nami swoimi wspomnieniami w rocznicę tragedii smoleńskiej. Zjednoczmy się, celebrując w ten sposób pamięć o zmarłych.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Co nam szkodzi prawda?

19 lut 2011

Subotnik Ziemkiewicza

Całkiem możliwe, że w przyszłości bronić się będzie redaktora Adama Michnika argumentem, że, cokolwiek mówić, to on wychował Artura Domosławskiego i Romana Graczyka. I sam może sobie teraz pluć w brodę, ale fakt jest faktem. To właśnie legenda Adama Michnika, niezłomnego poszukiwacza sprzeczności i intelektualisty służącego prawdzie, kształtowała autorów dwóch najważniejszych książek faktograficznych ostatnich kilkunastu miesięcy. To Michnik podawany był im za wzór odwagi w docieraniu do prawdy, w odrzucaniu kłamstw i pozorów; ten właśnie wzór wzięli sobie do serca i naśladują.

Co za literacki temat! Gdy Mistrz i bohater, okazuje się, dawno już o głoszonych ideałach zapomniał, uwikłał się w kłamstwa okropne, załgał na amen w jakichś bezsensownych makiawelicznych gierkach, wymienił swą legendę na brzęczącą polityczną monetę i przepuścił wszystko co do centa, nagle stają przeciwko niemu uczniowie, którzy niegdyś uwierzyli w jego wizerunek moralnego mocarza, i wierzą weń nadal. I teraz były bohater musi szczuć na nich nagonkę swoich najemnych pismaków, tak jak kiedyś na niego samego słał swoich propagandystów Moczar czy inny Gomułka. Bo psują mu polityczny układ i ogólną koncepcję. A zaszczuwani bronią się argumentacją wziętą jakby z dawnych pism Michnika: że przecież nie można żyć w kłamstwie…

Z dwóch wymienionych, łatwiej było biografowi Ryszarda Kapuścińskiego. Stanęło za nim środowisko dość już wpływowe, jakim jest „Krytyka Polityczna”. Odmitologizowanie Kapuścińskiego trafiło w potrzeby środowiska lewicowców-antyglobalistów, dla których Domosławski stworzył w ten sposób bohatera o wolność uciskanych przez amerykański imperializm ludów, w walce o słuszną sprawę nie wahającego się współpracować z sowieckimi wyzwolicielami, pisać na ich zamówienie mitologię rewolucji etiopskiej, a nawet samemu chwytać za kałacha. W pewnym sensie, można nawet rzec, spór o książkę Domosławskiego stał się swoistą próbą sił między „starym” a „młodym” salonem, zwycięską dla tego drugiego.

Natomiast książki Romana Graczyka o „Tygodniku Powszechnym”, obawiam się, nie ma kto bronić przed kłamstwami i kalumniami, z którymi michnikowszczyzna nie zaczekała nawet na udostępnienie pierwszych jej fragmentów. Atak na Graczyka gładko wchodzi w utarte koleiny − lustracja, „ubeckie szambo”, ohydny IPN, niszczenie autorytetów etc. A tymczasem książka ta jest tak naprawdę nie o tym.

Nie ma bowiem znaczenia, że Graczyk ogranicza się do faktów, że bezustannie przypomina, by je widzieć w konkretnym historycznym kontekście, że wszystkie wątpliwości tłumaczy na korzyść podejrzanych. Że nikogo nie oskarża, tylko po prostu stara się, najlepiej jak to dziś historyk może zrobić, opisać prawdę. To właśnie jest jego zbrodnią, i cokolwiek by zrobił, samo przyjęte założenie decyduje o tym, że przez michnikowszczyznę musi zostać opluty i zgnojony jako oszalały inkwizytor, nienawistnik, pisowiec i co tam jeszcze.

Bo prawda siłą rzeczy niweczy legendę. Legenda, baśń, właściwie, którą przez ostatnich lat dwadzieścia budowano, korzystając z całkowitego i świadomego wyłączania mózgów przez życzliwą publiczność, każe widzieć w „Tygodniku Powszechnym” pismo opozycyjne wobec PRL. W owej baśni, jakimś cudem, którego nikt nie próbuje tłumaczyć, w państwie totalitarnym reżim pozwalał grupie swoich przeciwników wydawać tygodnik i liczne książki, zachowywać sformalizowaną strukturę, ba − uczestniczyć nawet, jakkolwiek w funkcji dekoracyjnej, w organach najwyższej (formalnie) władzy. I nic z tego reżim nie miał, poza kłopotem z niesfornymi intelektualistami.

Jest to oczywisty historyczny nonsens. Żadne środowisko w najmniejszym nawet stopniu opozycyjne, nawet gdyby wyrzekło się jakichkolwiek ambicji walki z „dziejowymi koniecznościami” socjalizmu i „bratniego sojuszu”, po roku 1949 fizycznie istnieć nie mogło, czego dowodem los rówieśnego „Tygodnika Warszawskiego”.

Graczyk po prostu przedstawia fakty. Nie będę jego książki streszczał. Jest to jedna z tych publikacji, które szanujący się polski inteligent bezwzględnie powinien znać i mieć na półce. Ograniczę się do stwierdzenia, skądinąd oczywistego, że książka Graczyka zapisuje po prostu pewną grę, jaką środowisko katolickich lewicujących intelektualistów prowadziło niejako na dwóch płaszczyznach: z Kościołem, który chcieli zmienić, i z reżimem, w którym chcieli znaleźć dla siebie niszę i z czasem ją coraz szerzej rozpychać. Ta gra była możliwa dlatego, że dla Kościoła każdy sposób dotarcia do katolickiej inteligencji i organizowania życia intelektualnego był wtedy ważny, a z kolei reżimu w „Tygodniku Powszechnym” widział narzędzie dywersji wobec prymasa Wyszyńskiego i sposób rozkruszania jedności Kościoła.

Niewybaczalny grzech Graczyka − z punktu widzenia michnikowszczyzny, oczywiście − polega na tym, że w świetle historycznych faktów rozwiewa się jak mgła urojenie o jakimś szczególnym immunitecie tego, co nazywa on „grupą krakowską”. W łeb bierze hagada o dobrym „Znaku” i złym „Paksie”. Gra Stanisława Stommy czy Jerzego Turowicza nie była, wedle ocen moralnych, czymś diametralnie innym, niż gra Bolesława Piaseckiego czy Zenona Komendera. Jerzy Turowicz nie stał moralnie wyżej niż Jan Dobraczyński, ani Jerzy Zawieyski nie był większym opozycjonistą niż Ryszard Reiff. „Znak” i „Tygodnik Powszechny” miały swoje chwile wielkości, ale i momenty hańby − na przykład, gdy komuniści użyli znakowskich intelektualistów do zachęcania Watykanu, za plecami Prymasa i wbrew jego woli, do nawiązania stosunków dyplomatycznych z rządem PRL. Podobnie, jak swoje chwile wielkości i hańby miały „Pax” i „Słowo Powszechne”.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie miał za złe Stommie seniorowi, Woźniakowskiemu czy Turowiczowi, że starali się robić, co ich zdaniem robić było można. Ale nimb świętości albo się im nie należy, albo należy się także ludziom Piaseckiego czy Zabłockiego. Jedyna bowiem, generalnie, różnica pomiędzy ugodowością jednych a drugich była taka, że jedni się w III RP „załapali”, a drudzy nie. A to nie jest podstawa do ferowania ocen moralnych.

Pozwalam sobie na to streszczenie, aby przestrzec czytelników przed gębą, którą „dziarscy chłopcy” od Michnika już przyprawiają Graczykowi, i przed formatowaniem, któremu już podlega jego książka. Wbrew temu, co Państwo słyszeliście, kwestie, kto i jak się kontaktował z SB i co „nadawał”, mają tu znaczenie marginalne.

Istnieje więc − wracając do porównania z Domosławskim − zwarte i wciąż jeszcze w pewnym stopniu wpływowe, choć to już tylko cień dawnej potęgi, środowisko, które jest zainteresowane tym, aby autora i jego dzieło zniszczyć. Nie widzę natomiast, kto ma interes go bronić. Mit „Tygodnika Powszechnego”, w przeciwieństwie do mitu „Bolka”, nie jest mitem założycielskim obecnej ekipy rządzącej. Jego odkłamanie nie ma więc znaczenia politycznego, jakie miały, czy autorzy tego chcieli, czy nie, prace Cenckiewicza i Gontarczyka oraz Zyzaka. Sam tygodnik jest dziś pismem niszowym, regionalnym, które mimo wszelkich starań i ściągania na gościnne występy autorów o nazwiskach wyrobionych gdzie indziej, sprzedaje się gorzej nawet od komuszego „Przeglądu”. Środowisko postpaksowskie, które może najbardziej jest zainteresowane, by do Polaków dotarła prawda o tamtych czasach i tamtych próbach ugrania czegoś w nieodwracalnym, jak się przez wiele lat wydawało, komunistycznym zniewoleniu, jest jeszcze mniej wpływowe.

Właściwie nie stoi za Graczykiem nic, poza przyzwoitością, która każe docenić rzetelność i uczciwość historyka. A w III RP przyzwoitość, jak przecież wszyscy wiemy, znaczy naprawdę niewiele.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ludzie honoru przez „ch”

5 lut 2011

Subotnik Ziemkiewicza

Kilka miesięcy temu (dokładnie: 16.10.2010) zamieściłem w „Plusie Minusie” artykuł zatytułowany „Życie w kłamstwie”.

Podaję tam przykłady licznych manipulacji i zupełnie bezczelnych kłamstw „Gazety Wyborczej”, z konkretnymi przykładami i cytatami. Ograniczona objętość tekstu sprawiła, że ograniczyłem się tylko do kilku przykładów, po jakie sposoby propagandowego oddziaływania na opinię publiczną potrafi ona sięgać.

Adam Michnik, znany z obyczaju reagowania na negatywne opinie o nim pozwami sądowymi, jakoś nie znalazł podstaw do procesowania się o tekst, z którego jasno wynika, iż praca, której jako redaktor naczelny przywodzi, nic nie ma wspólnego z dziennikarstwem, i przypomina raczej trudy peerelowskiego aparatu propagandy, które towarzysz Maciej Szczepański definiował jako „codzienne wbijanie miliona gwoździ w milion desek”. Choć w tekście mowa jasno, że „Wyborcza” w swych kampaniach, czy to obliczonych na uzyskanie społecznego przyzwolenia dla wątpliwych działań władzy, czy na pozbawienie kogoś czci i dobrego imienia tudzież pozbawienie go publicznej funkcji bez skrupułów sięga po kłamstwo i przeinaczania faktów, mecenas Rogowski nie przysłał mi żadnego pozwu ani nawet pisma przedprocesowego. Dudy w miech.

Osobiście się nie dziwię. Nawet najlepszy prawnik nie zdołałby nawet najbardziej życzliwego sądu przekonać, że słowa „to mogło zdarzyć się w środę… to była ta elita narodu” są równoznaczne z stwierdzeniem „szkoda, że ten samolot nie spadł wtedy, gdy leciał nim Tusk”. Żadna biegłość w prawniczych kruczkach nie pomoże zaprzeczyć faktowi, że wiadomość o rzekomym wystąpieniu dyrektora Trójki na „wiecu wyborczym PiS”, będąca formalnym pretekstem usunięcia go ze stanowiska, w istocie została przez „Wyborczą” sfałszowana, a rzekomy „wiec” był organizowanym przez „Gazetę Polską” koncertem ku pamięci ofiar katastrofy.

Jedyne wyjście − udawać, że nikt kłamstw i manipulacji organu nie zdemaskował i zlecać redakcyjnym pętaczynom wesołkowate felietony, jakie to śmieszne, że „oni” w kółko piszą o „Wyborczej”.

Ale nie po to zatrudnia przecież Agora prawniczą eskortę, aby ta spała. Nie mogąc reagować na udokumentowany spis jej grzechów, dopadła oto pana Antoniego Klusika z Opola, który ośmielił się publicznie stwierdzić, że „Wyborcza” jest „organizacją przestępczą, wrogą naszej cywilizacji”.

O, to coś dla nich. Po pierwsze, za Antonim Klusikiem nie stoi żaden koncern, żadna prawnicza kancelaria, co, zważywszy na koszta procesowania się w podobnych sprawach, czyni go przegranym zanim jeszcze mecz zdążył się zacząć. Po drugie, pan Klusik nie jest zawodowym dziennikarzem i nie wie, co to ostrożność procesowa. Że można − jak w tym celują dziennikarze wspomnianej gazety − zniesławiać kogoś do woli, jeśli używa się pewnych sugestii, na przykład nie nazywa kogoś wprost „antysemitą”, ale stale pisze o nim jako o człowieku „oskarżanym o antysemityzm”. Pan Klusik więc się podłożył, podobnie jak niegdyś minister Ziobro, który gdyby powiedział „nikt już przez tego pana życia nie straci”, to by go mógł ten pan pocałować w dłoń, ale że nieostrożnie powiedział „nikt już przez tego pana nie będzie pozbawiony życia”, to się go udało dopaść.

Podłożył się oszołom − to huzia! Nic bardziej nie poprawia samopoczucia, niż mała, łatwa, zwycięska wojenka. Po niemiecku − „freudige Krieg”.

W tym samym mniej więcej czasie redaktor naczelny dolnośląskiego wydania „Wyborczej” Jerzy Sawka uznał, jak się domyślam, że zapobieżenie niebezpieczeństwu wyboru pisowskiego prezydenta Wrocławia wymaga odłożenia zasad procesowej ostrożności na bok. (Pamiętacie państwo „Piłkarski Poker”? Tę scenę, jak przed meczem o wszystko działacz sportowy mówi sędziemu: „przestań mnie szanować”? No, to właśnie mam na myśli). Więc choć sprawa nieszczęśliwego wypadku z udziałem posła PiS Dawida Jackiewicza została zamknięta prawomocnym wyrokiem stwierdzającym jego niewinność, redaktor Sawka poszedł na całego i w komentarzu „Trup w szafie Jackiewicza” przestrzegł przed kandydatem, który bezkarnie zabił człowieka.

W kategoriach czysto prawniczych, redaktor Sawka nie ma oczywiście najmniejszych szans − ale wszak stoi za nim gazeta oskarżona o bycie organizacją przestępczą. Więc w istocie aż takim kamikadze nie jest. Działał przecież w ramach linii swej redakcji, nakazującej obiektywizm, bezstronność w politycznych sporach i rzetelność, więc redakcja go nie opuści. Po pierwsze, redaktor Sawka już okazał się kolejnym w swej gazecie „człowiekiem bezdomnym”. Opluty poseł Jackiewicz oskarżyć go od miesięcy nie może, albowiem redaktor Sawka nie ma adresu, a redakcja oficjalnie informuje sąd, że miejsca zamieszkania swojego naczelnego nie zna i pozwu mu przekazać nie jest w stanie.

W jaki sposób może redakcja nie znać adresu człowieka, który nią kieruje, i któremu, jak można domniemywać, wypłaca pensję, a więc i wypełnia arkusze do Urzędu Skarbowego, gdzie jest również rubryka „adres”? A może, może… Uważni moi czytelnicy wiedzą, że o zjawisku przedprocesowej bezdomności dziennikarzy „Wyborczej” pisałem już dawno, bo to stały numer jej prawniczego „stafu”. Żeby nie przypominać po raz kolejny przypadków pomniejszych cyngli, redakcja ta przecież przez rok nie była kiedyś w stanie ustalić miejsca pobytu samego Adama Michnika. I to w czasach, kiedy był jej rzeczywistym, a nie tylko, jak obecnie, malowanym naczelnym. Kiedy sprawa jest oczywista, to staraniem prawnika jest ją maksymalnie opóźnić, tak, aby, gdy wyrok w końcu zapadnie, był z uwagi na upływ czasu możliwie mało dolegliwy. Ukrywanie miejsca zamieszkania pracownika i nie odbieranie pism sądowych to ledwie pierwsze sztuczki z bogatego arsenału. Pamiętam na przykład sprawę, którą mecenas Rogowski znacznie przedłużył, domagając się w sądzie dowodu, że gazeta rzeczywiście napisała to, co jest w jej archiwum internetowym − czyli oryginalnego egzemplarza gazety sprzed kilkunastu miesięcy…

Z jednej strony bezwzględny atak opłaconych prawników na prostego człowieka, który w nerwach powiedział parę słów bardziej otwarcie, niż pozwalają to czynić kodeksy. Z drugiej codzienna praktyka redakcji, która pouczając wszystkich o etyce i moralności nie cofa się dla realizacji propagandowych celów przed łamaniem dziennikarskiej etyki i oczywistymi manipulacjami. I która do tego stopnia nie zna miejsca pobytu swoich szefów, że potrafiła kiedyś wystawić panu Michnikowi usprawiedliwienie nie stawienia się na rozprawie, zaświadczając, że bawi on za granicą − w dniu, kiedy fotoreporter sfotografował go przed jego warszawskim mieszkaniem. Ot, prawdziwa emanacja naszych intelektualnych i duchowych elit. Prawdziwi ludzie honoru.

Pisanego przez „ch”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czemuż mówić nie chcecie, panowie?

8 sty 2011

Subotnik Ziemkiewicza

Pewien wydawca, znajomy znajomych, w sytuacji półoficjalnej, westchnął, że od dawna chciałby bardzo wydać biografię Adama Michnika, ale, niestety, jej napisanie jest niemożliwe. Żeby nie było nieporozumień – wydawca ów nie jest bynajmniej prawicowcem, „pisowcem” (wtedy zresztą by nie miał problemu). Należy do tej licznej rzeszy Polaków, którzy starając się nie interesować polityką, mają w tej kwestii kompletny chaos w głowie, i o biografii Michnika mówił jako człowiek zainteresowany zyskiem, a nie budowaniem kultu jednostki.

− Dlaczego niemożliwe? − spytałem z głupia frant, udając, że nie wiem. Popatrzył na mnie jakbym spadł z Księżyca i wyjaśnił: − No przecież nikt nie chce o nim opowiadać. Nie do druku, nie pod nazwiskiem. Zresztą i anonimowo, prywatnie – też nie chcą. Żadnych konkretnych wspomnień, żadnych anegdot. To znaczy, przyjaciele. Wrogowie, co innego, chętnie, ale przecież nie można się opierać na relacjach nienawistników.

Nie drążyłem, ale wyglądało na to, że wydawca wie, o czym mówi, że coś tam już w kierunku przygotowania biografii Michnika próbował robić. Hm, no cóż − wydawałoby się, takich biografii powinno powstać już kilka. A nie powstała żadna, bo trudno tu liczyć zupełnie niestrawną hagiografię francuskiego dziennikarza, w której Michnik, że użyję rubasznego, ale naprawdę idealnie do tej książki pasującego określenia ze sztuki Shaffera o Mozarcie, jest tak posągowy, jakby sr… marmurem.

Wspomniana niechęć przyjaciół Adama Michnika do współtworzenia jego biografii wydaje się zresztą wtórna wobec niechęci samego bohatera. Nie jest w środowisku żadną tajemnicą, że inni wydawcy podchodzili już parokrotnie do autobiografii byłego bohatera albo do wywiadu-rzeki, że zadania podejmowało się już kilku kolejnych dziennikarzy, wiernych wychowanków michnikowszczyzny, i nic z tego nie wyszło. Podobno główną przyczyną niepowodzenia były ponawiane żądania ciągłego wprowadzania w opisaną, czy wręcz opowiedzianą przez niego samego przeszłość wciąż nowych korekt w zależności od zmieniającej się sytuacji aktualnej. Skoro sam bohater zmienia zeznania, to nic dziwnego, że jego wielbiciele wolą milczeć, nie wiedząc, czy na danym etapie ich wspomnienia związane z Michnikiem by się jemu samemu spodobały, czy może nie; lepiej tego nie sprawdzać.

Jest w tym, przyznacie Państwo, paradoks godny zauważenia. Przecież biografia Adama Michnika jest biografią chwalebną. Przynajmniej ludzie, którzy mogliby o niej opowiadać, o nim samym nie wspominając, nie mają co do tego żadnej wątpliwości. Dlaczego ta chwalebna, wzorcowa, bohaterska, heroiczna biografia jest okryta mgłą wstydliwej tajemnicy? Dlaczego „nienawistnicy” nie mają hamulców w jej odsłanianiu, a właśnie wielbiciele, miłośnicy, stronnicy – się boją? Gdzie przyczyna tego tabu? Sławimy, podziwiamy, podajemy za wzór, ale nie chcemy widzieć, jak to było.

Trudno o coś bardziej charakterystycznego dla III RP. Zasada „nie pytaj, nie mów” rządzi pamięcią nie tylko o jednym wybitnym działaczu opozycji, ale pamięcią w ogóle. Wystarczy parę frazesów, że było pięknie, chwalebnie, ale kto chciałby dowiedzieć się szczegółów, ten zdradza się jako wróg.

Cóż, powiedziałbym − my, Polacy, nie odrzucamy dumy z III RP, jej historii powstania i sukcesów, ale pozwólcie nam wiedzieć, z czego mamy być dumni. Na przykład strajk sierpniowy, który dotąd nie doczekał się żadnej monografii: co tam się działo, tak dzień po dniu? Gdzie był ten płot, który przeskoczył Wałęsa? Dlaczego „dzielną tramwajarkę”, dziś, po trzydziestu latach, największą obok Wałęsy bohaterkę i medialną ikonę tego strajku, ze stoczni wyproszono i ponownie wpuszczono dopiero na podpisanie porozumień? Albo dalej: dlaczego w 1983 roku Macierewicz wzywał do szukania kompromisu z Jaruzelskim za pośrednictwem Kościoła, Kuroń do powstania, a Michnik pryncypialnie odsądzał od czci i wiary każdego, kto by próbował jakichkolwiek kontaktów w komunistami – a sześć lat później było dokładnie odwrotnie? Czego szukał Michnik w archiwach MSW, czy to znalazł, czy zostawił te archiwa w takim samym stanie w jakim je zastał, i dlaczego, jeśli nie było w tym nic podejrzanego, prace jego „komisji historyków” przerwano z dnia na dzień, gdy jej istnienie przestało być tajemnicą? Dlaczego najbardziej chwalebne życiorysy bohaterów III RP mogą być ujawniane tylko we fragmentach, a jeśli ktoś brakujące fragmenty uzupełnia, naraża się na los Cenckiewicza czy Zyzaka?

Są to wszystko pytania, których zadawać nie wolno. W normalnym kraju istnieją dobre i złe odpowiedzi, ale nie ma złych pytań. Skoro u nas takowe są, to kraj, w którym żyjemy, nie jest normalny. Wypadało by w takim razie wyjaśnić, na czym polega jego nienormalność i z czego się bierze. Ale tego też, oczywiście, nie wolno.

Z pozoru z innej beczki, w istocie z tej samej: „Gazeta Wyborcza” (ale w dziale ekonomicznym, jedynym tam porządnym) pisze o ministrze Rostowskim, cytując z aprobatą jego powiedzenie: „zmiany trzeba przeprowadzać tak, żeby nikt ich nie zauważał”. Nie zadaje pytania, które człowiekowi żyjącemu w normalnym kraju wydałyby się oczywiste: dlaczego?

Przecież to są „dobre zmiany”, prawda? Na lepsze? To dlaczego się z nimi kryć? To tak samo niepojęte, jak wstydliwie milczeć o historii, która przecież jest chwalebna.

Bo jest chwalebna, prawda?

Prawda?!

PS. Po napisaniu niniejszego tekstu, przed ponownym sczytaniem, właśnie sobie dla chwili relaksu zarzuciłem TVP Historia. Leciał tam program o enigmatycznym tytule „ścinki”. Okazało się, że są to stare, dziwnym trafem zachowane materiały kręcone do dzienników TVP, które z różnych względów nie zostały wyemitowane. Perełką było wśród nich przemówienie jakiegoś partyjniaka, cytuję z pamięci, ale na gorąco: „my nic nie mamy do ukrycia przed klasą robotniczą. My wszystko co robimy robimy dla dobra tej klasy, i nie musimy się niczego wstydzić. Czy to znaczy, że będziemy mówić wszystko? Nie. No bo oczywiście są przecież pewne rzeczy, o których my informować nie możemy. Takie rzeczy to »Wolna Europa« sobie może mówić, ale my się nimi nie będziemy chwalić”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop