Pedagogika międzynarodowa

06 maj 2012

Nasza władza pobiera nauki, jak się traktuje w polityce międzynarodowej tych, którzy wierzą w siłę umizgów, odgadywania życzeń i gorliwego „niezadrażniania”. Przykład niedościgniony daje oczywiście Rosja, której minister spraw zagranicznych obiecał polskiemu ministrowi na rocznicę zwrot wraku tupolewa i wmurowanie kamienia węgielnego pod pomnik, a potem się okazało, że niestety nie zgadzają się na to okręgowy wiceprokurator ze Smoleńska i lokalne władze.

Ale i Niemcy, choć mniej bezceremonialni, dotrzymują kroku wschodnim preceptorom. Po zablokowaniu rozwoju portu w Świnoujściu gazrurą pani kanclerz obiecała, że Niemcy rurę zakopią, jeśli zajdzie taka potrzeba, co niezmiernie ucieszyło nasz rząd mimo „kwękolenia” fachowców, iż taka operacja na czynnym gazociągu jest w ogóle niemożliwa.

Bo kiedy „zajdzie potrzeba”? Jak port zacznie przyjmować większe statki i się rozwijać. A kiedy może zacząć się rozwijać? Jak się go wcześniej odblokuje.

Kolejnym sukcesem potwierdzającym naszą rosnącą pozycję w Europie jest sprawa Polonii w Niemczech. W czerwcu 2011 roku udało się skłonić niemieckich przyjaciół (którzy o istnieniu u nich polskiej mniejszości nie chcą słyszeć z tą samą konsekwencją, z jaką upierają się przy granicach Rzeszy z 1937 roku) do podpisania umowy, przyznającej Polakom pewne elementarne prawa.

Niestety, jak stwierdził przywódca niemieckiej Polonii w niedawnym bezsilnym apelu do marszałka Borusewicza, umowa „ugrzęzła w gąszczu biurokracji”. Nic z niej nie daje się zrealizować, bo jacyś niscy rangą urzędnicy mnożą przeszkody. A władze Niemiec chciałyby, ale co mogą poradzić?

Niestety, te lekcje przypominają edukację dworską, gdzie za błędy panicza w skórę brał służący. Rząd broi, a leją nas – więc skutków nauki nie widać…

Autor jest publicystą tygodnika „Uważam Rze”.

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Fajnopolacy

05 maj 2012

Nie ukrywam, że bardzo by mnie ucieszyła wiadomość o spadku sprzedaży  „Newsweeka Polska” po powierzeniu tego tytułu Tomaszowi Lisowi. Ale, jeśli to jakaś okoliczność łagodząca, moje oczekiwanie na cudze niepowodzenie nie ma nic wspólnego z osobistymi antypatiami, ani nawet z całkowitą niezgodą co do tzw. pryncypiów ideowych. Przyczyny są dwie.

Po pierwsze, chciałbym, a może raczej, szczerzej − marzy mi się, aby się okazało, że sformułowana przez amerykańskiego magnata medialnego zasada „pogarda dla widza zawsze owocuje wzrostem oglądalności” w odniesieniu do polskiego czytelnika się nie sprawdza. Że medialne zbydlęcenie − fałszowane wywiady, prymitywnie obelżywe fotomontaże na okładce, tabloidowe podkręcanie tytułów aż do chamstwa na miarę nazwania oddziały nowotworowego dziecięcego szpitala „obozem śmierci” − po prostu się nie opłacają.

Czy taka satysfakcja będzie mi dana, czy też przeciwnie − okaże się, że szmacąc renomowany zachodni tytuł i marnując dorobek ludzi, którzy na sukces jego polskiej edycji pracowali, Lis trafił w gusta prorządowej publiki?

Że trafnie odczytał i zaspokoił potrzeby ludzi, którym gorliwe popieranie szeroko rozumianego establishmentu III RP, i pogarda dla opozycji pozwala leczyć swoje kompleksy i znaleźć orientację w skomplikowanym, zapewne przerastającym ich świecie? Można wszak obawiać się, że za ewolucją „Newsweek Polska” w kierunku rynsztoka stoją przeprowadzone przez wydawcę badania, i zatrudniając takiego właśnie naczelnego, z taką „linią”, „świstaki” z Ringer Axel Springer działają na pewniaka.

Co prawda, takie same badania i może nawet ci sami fachowcy nie dawały cienia szansy tygodnikowi „Uważam Rze”, bo „przecież”, po pierwsze, nikt w ogóle nie chce czytać publicystyki, trzeba iść w krótkie teksty i duże ilustracje, najlepiej obsesyjnie krążące wokół seksu − a po drugie, szczególnie nie ma popytu na publicystykę „prawicową”, bo prawicę popierają wyłącznie analfabeci i wsiowa ciemnota.

I to jest właśnie drugi powód, dla któro liczę na słabe efekty redaktorskiej działalności Lisa i ekipy, którą ciągnie za sobą. Jeśli kupowanie i czytanie tygodnika jest jakimś przejawem aktywności, mającej na celu utwierdzenie się w wybranej tożsamości − to efekty te, bądź ich brak, powiedzą nam coś na temat górnych warstw naszego społeczeństwa. A mianowicie, na ile pewna modyfikacja promowanej przez rządowe media tożsamości, z jaką wystąpił Lis, jest dla Polaków atrakcyjna.

Bo „Newsweek Polska” w swym obecnym, propagandowo-tabloidowym wcieleniu, bardzo konkretnie definiuje swoją „grupę docelową”, o którą zresztą walczy z innymi salonowymi mediami. Bardzo ciekawi mnie zresztą pytanie, na ile wpisany w te media portret odbiorcy wynika z odczytania i podporządkowania się rzeczywistej sytuacji − a na ile z chęci jej kreowania? Inaczej mówiąc, czy media oddane Władzy podążają za czytelnikiem, czy też korzystając z posiadanej siły oddziaływania, i z faktu, iż ich zarobki nie zależą bezpośrednio od czytelników, ale od reklamodawców, kierujących się często bardziej złożonymi kryteriami niż tylko „koszt dotarcia”, starają się tego czytelnika urobić, wytresować pod założony strychulec?

Długo by opisywać ten wpisany w prorządowe media target „młodych wykształconych”. W znacznym stopniu (tu na razie zostawmy na boku tygodnik Lisa i przejdźmy do ogólnych prawidłowości) robota współczesnych propagandystów władzy przypomina tu pracę ich poprzedników sprzed półwiecza. Tak jak i wtedy, i tu widzę analogię, chodzi o zagospodarowanie awansu społecznego i uczynienie z niego twardego, trwałego zaplecza panującego porządku.

Punkt wyjścia jest bezdyskusyjny – skala exodusu ze wsi bądź małego miasteczka do miasta w III RP jest porównywalna tylko z pierwszymi dziesięcioleciami peerelu (dopiero ostatnio ten ruch wygasa na rzecz migracji młodzieży z prowincji bezpośrednio za granicę). Rzecz zrozumiała, że młodzi uciekinierzy z prowincji z jednej strony skłonni są odczuwać za swój awans wdzięczność wobec panującego porządku, z drugiej zaś pragną jak najszybciej upodobnić się elit, pomiędzy które, w swoim przekonaniu, weszli, zrzucić z siebie poprzednie, hańbiące wcielenie, zadokumentować to manifestacyjną pogardą dla własnych korzeni − co czyni ich szczególnie łatwymi do ulepienia przez manipulatorów wedle założonego wzorca. Fakt, że dziś jest to wzorzec „europejskiej normalności”, podparty powołaniem się na Zachód, wobec którego tradycyjnie żywił Polak kompleks niższości, czyni robotę treserów III RP znacznie łatwiejszą niż mieli ci z PRL.

Pamiętajmy jednak, że wtedy, w PRL, oswajanie awansu i wychowywanie „człowieka socjalistycznego” mimo początkowych sukcesów w pewnym momencie się załamało. Najpierw zbuntowała się grupa, na którą władza najbardziej liczyła, wielkoprzemysłowa klasa robotnicza. A gwoździem do trumny systemu było wymówienie lojalności przez beneficjentów systemu − nomenklaturową klasę panującą. Wyrżnięcie partyjnej listy krajowej w czerwcu 1989 w okręgach zamkniętych, tam, gdzie głosowali mundurowi i wybrańcy na dewizowych kontraktach, oznaczało, że „realny socjalizm” nie spełnia już aspiracji nawet swojego bezpośredniego zaplecza.

Masa rozmaitych − by przywołać powszechnie znany film − Birkutów najpierw się zachłysnęła nową, „ludową” tożsamością, ale z czasem ją odrzuciła, w większości powracając pod duchowe władanie Prymasa Wyszyńskiego, Papieża – Polaka i patriotycznej tradycji. Dysydenci, rekrutujący się z rozczarowanej PRL nowej elity, chcąc nawiązać kontakt z masami, musieli się z tym pogodzić i na pewien czas zawarli z Kościołem i polskim patriotyzmem taktyczny sojusz. Poczuli się na siłach sojusz ten wymówić dopiero w III RP, gdy na bazie Okrągłego Stołu ukształtowała się nowa elita − w sposób podobny do tego, co sadownicy nazywają „szczepieniem”. Trzon, siłę uderzeniową tej nowej elity stanowiła stara peerelowska „inteligencja pracująca”, która znacznie bardziej od ludu oddaliła się tradycyjnej polskiej mentalności − a ową uszlachetniającą ją gałązką grupa byłych opozycjonistów, którą nazwano „michnikowszczyzną” (choć, Bogiem a prawdą, nazwa „geremkowszczyzna” byłaby trafniejsza). Zamiast „Ojczyzny Proletariatu” − „Zjednoczona Europa”, zamiast socjalizmu – podatna na doraźną interpretację „europejskość”. Ale postkolonialna zasada funkcjonowania tej elity, jako „elity przeciw narodowi” zamiast „elity narodu”, pozostała. Pozostał też niezmieniony mechanizm, wedle którego dowartościowani przez przemawiające w imieniu tej elity media i autorytety „młodzi, wykształceni z dużych miast” mieli zapewnić III RP stabilność władzy, dokładnie ten sam.

Czy owi „młodzi wykształceni” powtórzą historię Birkuta, czy po dwukrotnym wyniesieniu do władzy Tuska odejdą od nuworyszowskiego oddania Rzeczpospolitej Magdalenkowej? Osobiście jestem przekonany, że tak. Wspomniany redaktor Lis i jemu podobni zapewne są przekonani, że nie, skoro robią to, co robią… Trudno zresztą ocenić, na ile właściwie mają świadomość tego, co robią, a na ile kierują się instynktem. Sami są przecież poruszani − być może w stopniu przemożnym − przez te same proste emocje, którymi warunkują swoich odbiorców: Michnik fajny, Kaczyński niefajny, nowoczesność − dobrze, tradycja − źle, postępowe autorytety − tak, Kościół − nie, i tak dalej.

Czytam w „Newsweeku” (a parę miesięcy temu, pamiętam, coś bliźniaczo podobnego czytałem we „Wprost”) jak portretują się bohaterowie pozytywni narracji salonu. Można powiedzieć, że naczelny ukonkretnia piórem swych podwładnych ów konstrukt „fajnego” Polaka, dla którego robi pismo. Fajnopolacy portretowani, a może bardziej postulowani przez „Newsweek”, oczywiście „patrzą w przyszłość”, oczywiście „nie interesuje ich Smoleńsk”, oczywiście czują lepsi, nowocześni, europejscy − to wszystko nic nowego, to już znamy od czasów Kwaśniewskiego. Ale pojawia się też element, którego wcześniej nie było: wyraźna niechęć do wspólnoty. Fajnopolak Lisa „niczego nie oczekuje od państwa”, „liczy sam na siebie”, i wie, że jego sukces jest jego indywidualną sprawą.

Zwróćcie Państw na to uwagę. Model budowany przez michnikowszczyznę propagował aktywność w budowaniu III RP − działajcie, zwalczajcie zacofanie, zakładajcie komitety i klubu „Krytyki Politycznej”. Lis w redagowanych przez siebie tygodnikach występuje z korektą. Powiada − jesteście fajni, to wszystko co niefajne miejcie w de.

Z punktu widzenia politycznej taktyki ta korekta bohatera pozytywnego oficjalnej narracji jest zrozumiała. Grillowanie i nadzieja, że dzięki „europejskości” będzie coraz fajniej skończyło się. Dzisiaj jedyna szansą trwania obecnej władzy jest już tylko obniżanie oczekiwań Polaka oraz jego atomizacja. Tylko wtedy zaakceptuje on dziadowskie państwo Tuska i jego trampkarzy, gdy niczego od państwa nie będzie oczekiwał, i tylko wtedy będzie się godził na tak marne rządy, jeśli odetnie się go od jakiejkolwiek wspólnoty, zarówno symbolicznej, jak i realnej. Dlatego już nie oczekuje się od niego zaangażowania, ale by zachwycał się mądrościami w stylu „bardziej kocham psy niż Ojczyznę” i „rząd niech mi się tylko nie wtrąca, sam se radzę”. Tu mamy afirmujące potwierdzenie tej atomizacji społecznej, o której − tłumacząc, jakim cudem coś takiego jak Tusk mogło w ogóle nas spotkać − mówili w niedawnych wywiadach dla „Uważam Rze” profesor Staniszkis i profesor Zybertowicz.

Taka zmiana oczekiwań wobec „młodych wykształconych” to już (ciekawe, czy Lisa albo Machała zdają sobie z tego sprawę?) oznaka zaawansowanej  zgnilizny systemu. Bredzić o tym, że „niczego od państwa nie oczekuje” i powtarzać egoistyczne formułki może tylko ktoś, kto się jeszcze nie zderzył z poważnym życiem. Wystarczy paść ofiarą przestępstwa, albo zachorować, albo popaść w inne problemy, żeby zrozumieć, że i państwo dla obywatela, i wspólnota kulturowa jest obywatelowi potrzebna.

Dlaczego w narracji szeroko pojętych elit wzorzec Kuronia, zaangażowanego zwolennika zmian, zastąpiony zostaje wzorcem Wojewódzkiego − dobrze ustawionego i świetnie się bawiącego cynika? Bo zaangażowanie przeważnie prowadzi do uświadomienia sobie, że takim państwem i wspólnotą, które mogą zapewnić i ochronić życiowy sukces, są dla Polaka państwo polskie i polska wspólnota narodowa. A z tego rodzi się − a fuj, exorciso te! − patriotyzm.

Mój Boże, zdarłem gardło, opowiadając po Polsce o Żeromskim, Dmowskim i Balińskim, którzy w swoich czasach obserwowali ze zgrozą wynaradawianie się zmieniańskich dworków i zdziczenie włościan. „Wielu twierdzi dziś, że Polak nowoczesny winien być Polakiem jak najmniej. Jedni sądzą, że w naszym wieku praktycznym myśleć trzeba o sobie, nie o Ojczyźnie, u innych zaś ta Ojczyzna ustępuje miejsca − ludzkości”; przecież te słowa, którym drugi ze wspomnianych otworzył swą najsławniejszą książkę, brzmią jak napisane dzisiaj, może tylko dzisiaj zamiast „ludzkości” napisałby Dmowski „Europie”. Nie pamiętam, ile razy już gadałem i pisałem o tym, jaką odpowiedź znaleźli oni na tę wielką smutę po wypaleniu się wraz z Powstaniem Styczniowym polskich nadziei „wybicia się na niepodległość”, w ten czy inny sposób realizując zadanie, określone przez Balińskiego „polityzowaniem mas”. (Kto ma chęć i czas, wisi na jutubie mój wykład z KUL, pod tytułem „Myśli Nowoczesnego Endeka”; zapraszam).

Dziesięć lat temu użyłem określenia „polactwo”, by opisać ten stan zatraty poczucia dobra wspólnego, rozbicia, zaniku więzi, który sprawia, że można miliony Polaków, każdego z osobna, dymać, z przeproszeniem, w nieskończoność. Nie ulegało dla mnie nigdy wątpliwości, że zjawisko to jest złe. Przeciwnikom − a w tej sprawie może wręcz trzeba użyć słowa „wrogom´− jawi się to, rzecz zrozumiała, wręcz przeciwnie. Właśnie o to chodzi, by Polacy byli każdy sobie i dla siebie, każdy z osobna, bo gdyby się zebrali razem, gdyby poczuli się wspólnotą, zachłysnęli się duchem solidarności − to obecna władza i służące jej elity nie przetrwałyby własnego przerażonego oddechu.

Ten „fajnopolak” od Lisa to nic nowego. To nowe wcielenie tych strasznych, ciemnych, pazernych chłopów z Żeromskiego. Brak tylko inteligentów takich, jakich Żeromski wychowywał, i na jakich oparła się Narodowa Demokracja − patrzących na tych ludzi bez wyższości, bez romantycznej pogardy, która jest tą drugą, ciemną stroną tradycji insurekcyjnej, jak na ludzi, z których będą jeszcze dobrzy obywatele. Trzeba tylko włożyć w nich trochę pracy, i pozwolić działać czasowi i naturalnym mechanizmom.

Treserzy III RP mają, na nasze szczęście, ten sam problem, co ich poprzednicy z PRL. Wzorzec, który ma imponować tresowanym, na dłuższą metę nie działa. III RP jest cywilizacyjną klęską, a obietnica modernizacji, trwałego awansu, jaką uwiodła „młodych wykształconych” − zwykłym oszustwem. A „obniżania oczekiwań” i atomizacji poddanych próbowano i wtedy − na dłuższą metę to nie wystarcza. Na dłuższa metę ludzie potrzebują wspólnoty o nieco szerszej podstawie, niż wspólnota rechotania ze Smoleńska i „pisowców”. Zwłaszcza, że ochota do rechotania nieuchronnie słabnie w miarę, jak zaczyna się burczenie w brzuchu.

Nie ukrywam, że bardzo bym chciał, aby się okazało, że wiara redaktora Lisa i jemu podobnych w liczne masy „fajnopolaków”, którzy podtrzymywać będą w nieskończoność obecną władzę i pasożytnicze elity III RP, już teraz jest bezpodstawna. Sprzedaż poszczególnych tytułów prasowych jest tu jakąś wskazówką. Cóż, zobaczymy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Liderów dwóch

29 kwi 2012

Dwóch polityków starło się o przywództwo na lewicy. Lewicowość obu polega na dobrych stosunkach z biznesem, zwłaszcza wielkim (bez ironii: wszak w państwie postkomunistycznym biznes im większy, tym bardziej lewicowy).

Pierwszego uhonorowano nawet laurem BCC za znaczące zmniejszenie fiskalnego obciążenia najbogatszych poprzez liniowy podatek dla firm. Co niekoniecznie było niesłuszne, ale na pewno nie lewicowe.

Drugi jest z kolei od podatków praktykiem. Odchodząc z biznesu (a tu jego życiorys przypomina powieściowego Wokulskiego, który, jak pamiętamy, pieniądze zdobył dzięki małżeństwu z bogatą kobietą, a pomnożył mętnymi interesami z zaborczym rządem), sprzedał firmę w jednym z rajów podatkowych, rejestrując to jako darowiznę – należność zaś od obdarowanego jako całkiem niezależną od darowizny pożyczkę. Zero podatku i wszystko zgodnie z prawem – rzecz oczywista, że budzi to szacunek rodzimych biznesmenów, ale niewiele ma wspólnego z postulowaną przez lewicę wrażliwością społeczną.

Będąc takimi do szpiku kości lewicowcami, rywale o przywództwo polskiej lewicy starli się, jak na ringu, na grobie Barbary Blidy. Drugi demonstracyjnie pognał tam z kwiatami, przypadkiem w chwili, gdy akurat przechodzili mimo kamerzyści wszystkich programów newsowych. Pierwszy zaś w rocznicę oskarżył PiS o nadużywanie władzy i krew na rękach.

Ma tupet, bo Kaczyńskiemu i Ziobrze mimo pięciu lat intensywnych starań nadużyć nie udowodniono, on sam zaś odpowiada za stwierdzone prawomocnym wyrokiem bezprawne użycie służb do wymuszenia zmian w zarządzie Orlenu. Na jego szczęście aresztowany prezes nie poczuł się wtedy tak zaszczuty, by popełnić samobójstwo, więc nic nie przeszkadza pozować na obrońcę praworządności.

Jak w reklamie: Polakom gratulujemy lewicy.

Autor jest publicystą Uważam Rze

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wuje-muje i Złote Węże

28 kwi 2012

Subotnik Ziemkiewicza

Za każdym razem siadam do felietonu z mocnym postanowieniem, że tym razem powstrzymam się od pisania o Nich. Że poświęcę tę chwilę i tych parę tysięcy znaków czemuś fajniejszemu. Literaturze, zwłaszcza fantastyce, cywilizacji. Albo − a tak! − rozrywce. Od paru tygodni na przykład noszę się z zamiarem objawienia światu, co sądzę o filmowych „antynagrodach” Złotych Węży, czyli polskiej podróbce amerykańskich Złotych Malin (jak to wszystkie polskie podróbki zachodnich „formatów” − chcieli jak najfajniej, a wyszło…), Jeżom, lecąc sławną piosenką Kelusa. Ale − „wariackie papiery i obsesja czysta” − Oni nie dają mi napisać o czymkolwiek innym. Żeby choć jednego dnia nie zrobili czegoś głupiego albo nikczemnego, wstrzeliłbym się w ten jeden dzień z jakąś lżejszą, ożywczo odmienną tematyką. Tylko że nie ma takiego nie dnia.

Więc zamiast o Złotych Wężach, muszę odnotować najnowszy pomysł pijarowców premiera Tuska. Owoż premier przed długim majowym weekendem ogłosił poddanym radosną nowinę: autostrady będą tańsze! No, nie wszystkie oczywiście, tylko kilka odcinków. Tam, gdzie taka decyzja zależy od rządu. A tam, gdzie zależy od „koncesjonariuszy”, rząd będzie na nich „naciskał”, aby też obniżyli opłaty, choć z góry, niestety, wiadomo, że nie obniżą.

Łaskawe panisko! Opłaty obniżył… O jednym tylko nie wspomniał − że mu to nakazała zrobić Unia Europejska, pod groźbą kary zwrotu pobranej przez III RP na te autostrady subwencji.

Na co to-to liczy? Że Polacy tak głupi, że się o prawdziwych przyczynach tej pierwszomajowej łaski pańskiej nie dowiedzą? Że tak się bezmyślnie zachłysną wdzięcznością za obniżkę opłat na kilku szczęśliwie ukończonych odcinkach, że nie zauważą odcinków, mimo gigantycznej mobilizacji i kosztów, nie ukończonych, że ominą wzrokiem pęknięcia, blokujących budowy podwykonawców, którym „koncesjonariusze” nie zapłacili za wykonane roboty i cały ten szajs?

Może się przeliczy. A może to tylko moje chciejstwo.

Tak nawiasem, w tegorocznym budżecie pan minister Rostowski zapisał wpływ 1,2 miliarda (słownie:  tysiąc dwieście milionów) złotych z fotoradarów. Już się nie chce przypominać, jak to się pan premier pogardliwie wyrażał kiedyś o rywalu, co to zamiast budować drogi stawia fotoradary, ale warto przypomnieć, że pierwszym kwartale, jak podała prasa, wpływy z tego foto-haraczu wyniosły 7 milionów (słownie siedem milionów), co nie zwraca nawet kosztów, jakie rząd PO-PSL włożył w rozbudowę orwellowskiego systemu ich ściągania. Okazuje się, że wszystkie fotoradary na nic, bo cała Polska zamiast jechać i przekraczać prędkość stoi w korkach.

A może tak stanie w korkach obłożyć mandatami? Kto autostradą lub drogą szybkiego ruchu, spełniającą warunki „przejezdności” określone specustawą, posuwa się z prędkością niższą od dozwolonej, podlega karze… Ho ho, to by zapewniło dziurawej państwowej kasie spływ gotówki znacznie większy, niż 1,2 miliarda. Praktycznie nieograniczony. I to na długie lata, bo przecież każdy wie, że jak się tych autostrad rządowi i „gdace” nie udało oddać na Euro, to potem już ich nie dokończą tym bardziej.

A pan minister Rostowski, mówiąc nawiasem, zażądał od Balcerowicza, żeby zdjął ludziom z widoku licznik długu publicznego, bo „zagrożenie już minęło”. Nie chce mi się już nawet podejmować polemiki z tym przekonaniem, że niby dlaczego minęło − bo według Eurostatu, który olewa jego „kreatywną księgowość”, wynosi już ponad 56 proc. PKB (a więc tak naprawdę jesteśmy już poza drugim progiem oszczędnościowym) i stale rośnie. Ale zwróćcie Państwo uwagę − trzy lata nas zapewniał, bożył się, omalże jak Wałęsa przysięgał na Matkę Boską, że żadnego zagrożenia nie ma. A teraz radośnie oznajmia, że już minęło. Jak takim nie wierzyć? Jak ich nie szanować?

Skoro przy fachowcach, to jak mam spokojnie pisać o Złotych Wężach, kiedy salon znalazł sobie nowego autoryteta od Smoleńska? Już nie pana Hypkiego, który redaguje pismo o lotnictwie, więc z grubsza wie przynajmniej co to samolot, ale niejakiego Krzysztofa Łozińskiego. Tenże pan Łoziński, którego pamiętam mgliście z czasów gdy bez większych sukcesów próbował kariery dziennikarza od wszystkiego, ogłasza, że profesor Binienda „plecie bzdury”, a jego obliczenia nie są nic warte. I w ogóle nie jest żadnym tam ekspertem ani autorytetem. Dowodem fakt, że − twierdzi pan Łoziński − na stronie internetowej NASA nie znalazł on żadnych jego publikacji.

Otóż na stronie NASA jest 58 prac profesora Biniendy, co natychmiast opublikowali, z kompletem linków, prawicowi blogerzy. Do demaskowania nieuctwa i „bzdur” eksperta NASA, na dodatek, jak na złość naszym salonom, właśnie uhonorowanego prestiżową nagrodą Amerykańskiego Stowarzyszenia Inżynierów ASCE, bierze się facet, który nie umie nawet obsłużyć przeglądarki internetowej. Jego kompetencje są takie, że przedstawia się jako „pasjonat lotnictwa”, i że kiedyś ścinał brzozę − a właściwie nie wynika z rozmowy, że sam to robił, może tylko rozmawiał z kimś, kto brzozę rąbał − i „każdy wie, jakie to twarde drzewo”.

I takie oto mądrości komentatorzy i publicyści salonu oraz gwiazdy dziennikarstwa III RP ogłaszają „rozbiciem w puch pisowskich kłamstw o rzekomym zamachu”, z tą samą groteskową butą, z jaką Janina Paradowska ogłasza, że „twarde i celne słowa premiera wywołały popłoch w szeregach PiS”. Oczywiście, mogliby przecież znaleźć innego profesora, choćby nie tak utytułowanego, który by − odpowiadając za to swoim nazwiskiem − zweryfikował obliczenia profesora Biniendy (których jedyną podstawą, przypomnijmy, są dane podane w oficjalnym raporcie) i pokazał, gdzie i jaki popełnił on błąd. Mogli by, oczywiście, przecież całe elity intelektualne są u nich i z nimi. Ale z jakiegoś powodu wyciągają tylko takiego wuja-muja, „pasjonata lotnictwa”, i nadrabiają pewnością siebie, bluzgami i agresją wobec tych, którzy ośmielają się kwestionować ustalenia pp. Anodiny i Millera. Którzy, nota bene, niczego nie przeliczali, ani nawet, co ostatnio przyznano, w ogóle nie badali tej nieszczęsnej brzozy. Bo po co, skoro wszystko było z góry było wiadomo.

I jak nie szanować takich „elit opiniotwórczych”?

I jak o tym nie pisać? A jak się już o tym pisze, to jak nagle, u licha, przejść do tych nieszczęsnych Złotych Węży, z którymi noszę się od tak dawna, że temat stracił już aktualność?

Przejdę − krótko − wyjaśniając, dlaczego w ogóle się na ten temat wypowiadam. Otóż dlatego, iż rzecz jest charakterystyczna i jako przykład toczącej wspomniane elity choroby wydaje się ciekawa także dla ludzi, którzy się filmem nie zajmują i do kina nie chodzą, a „szczególnie nie chodzą na filmy polskie”.

Pomysł − jak powiedziałem, amerykański: napiętnować filmową chałę, zwłaszcza tę wpychaną niekumatej widowni nachalną i kosztowną reklamą.

Wykonanie − polskie: załatwić swoje prywatne zawiści, nienawiści i niechęci.

Zestawienie na jednym poziomie utrzymanej w najgorszym guście, prymitywnej komedyjki „Wyjazd integracyjny” z „Bitwą Warszawską” to żenada, która kompromituje i samą ideę antynagrody, i gremium, które ją przyznaje. Zapewne, „Bitwa” nie jest filmem do końca udanym − właściwie wszystko jest w nim znakomite, bardzo dobre albo przynajmniej dobre, poza rzeczą najważniejszą: scenariuszem. Niestety, od początku wiadomo, jak się akcja potoczy i dokąd zaprowadzi − zero napięcia. Ale to przecież w ogóle inna klasa, inna liga, co jest oczywiste dla każdego widza.

Domyślam się jednak, że „dziennikarzy filmowi”, którzy stoją za inicjatywą filmowych antynagród, nie polubili „Bitwy” przede wszystkim za temat, i w ogóle za całokształt: patriotyczny patos, postać księdza Skorupki, i że w ogóle, wiecie − Ojczyzna i inne takie sprawy, które na część „młodych wykształconych z dużych miast” działają jak kropidło egzorcysty na opętanego. Domyślam się też, że nie lubią Nataszy Urbańskiej, bo z jakichś przyczyn nikt jej nie lubi (taki szczególny rodzaj celebryctwa).

Ale starając się zbyt gorliwie utytłać nielubiany film i grającą w nim aktorkę w „Wyjeździe integracyjnym”, powiedzieli coś nie o filmach, tylko o sobie. A mianowicie, że są takimi samymi − że powtórzę to modne w moich latach młodzieńczych określenie − małymi wujami-mujami, jak inne nasze „elity”, i te opiniotwórcze, i te rządzące. Tylko mniej, jak dotąd, fartownymi w dopychaniu się do znaczenia. Kropka, tyle na dziś.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zawsze po linii

22 kwi 2012

Wyobraźmy sobie (tak teoretycznie)… Janina Paradowska idzie spokojnie ulicą i nagle z pobliskiego sklepu wypada jubiler, krzycząc: Złodziejka, ukradła mi złoty zegarek, ma go w torebce!

Dookoła zaczynają się zbierać gapie, no, sytuacja kłopotliwa. Nie pytam, co by zrobił w tej sytuacji każdy, bo to oczywiste: pokazałby, że niczego kradzionego przy sobie nie ma, a dopiero udowodniwszy bezzasadność podejrzeń, zażądał przeprosin.

Ale pani redaktor za oczywiste uważa coś przeciwnego: ona by tę torebkę wrzuciła do kanału albo rzeki, by już nikt nigdy nie mógł sprawdzić, czy był tam skradziony zegarek czy nie. Jednocześnie święcie się oburzać, jak można ją podejrzewać. Oczywiście, mogłaby się tak zachować tylko pod jednym warunkiem: że byłaby 100-kilowym agresywnym żulem, budzącym strach na całej ulicy.

Skąd u mnie te pomysły? Z komentarza Janiny Paradowskiej w „Polityce”, w którym stwierdza ona, że przetrzymywanie przez Rosjan i wymycie wraku tupolewa jest zrozumiałe, skoro „ciągle słyszą, że ich premier, a zarazem prezydent elekt uczestniczył w spisku” i że „sami w podobnej sytuacji” zachowywalibyśmy się tak samo. I jeszcze wiedzie do tego wniosku przez kategoryczne stwierdzenia, że skoro dotąd „nie znaleziono żadnych przesłanek, że dokonano jakiegoś wyrafinowanego zamachu”, to wrak do śledztwa „nie jest nam potrzebny”.

Podziwiam zdolność Janiny Paradowskiej, by zawsze być po linii i na bazie, ale prawdziwy problem polega na tym, że nie ona jedna brnie zajadle w oczywiste nonsensy. Gdy się demonstracyjnie niszczy dowody, zrozumiałe jest podejrzenie, że nie były to dowody niewinności. A gdy władza mówi Polakom, że wyjaśnianie Smoleńska grozi wojną z Rosją, to tak jakby już oficjalnie ogłosiła: tak, to był zamach, i dlatego właśnie milczeć!

Autor jest publicystą tygodnika „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop