Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

To nie wypadek, to rezultat

19 paź 2010

A co, kogoś to dziwi? Jeśli ktoś dzień w dzień podjudzany jest ze wszystkich stron histerycznymi okrzykami, że pisowcy to zagrożenie, faszyści, KPP, podpalacze Polski, że trzeba ich powstrzymać za wszelką cenę, wyeliminować raz na zawsze, jeśli co dnia ma mediach korowody histeryzujących w tym duchu „autorytetów” − to w końcu wariuje.

Oczywiście, nie o to chodziło w tym szczuciu, żeby ktoś dosłownie „pisowca” zabił, ale to nieuchronny skutek uboczny.

Ci, którzy nigdy nie mieli wątpliwości, że moralną odpowiedzialność za śmierć Narutowicza ponosiła endecja i narodowe gazety, nie mogą zaprzeczyć, że tragedia w Łodzi jest skutkiem ich działalności. Skutkiem decyzji politycznej, cynicznie podjętej przez rządzących, by dla utrzymania władzy i odwrócenia uwagi wyborców od swej totalnej indolencji oprzeć całe życie publiczne na wojnie, na stałym wzmaganiu napięcia, na pogardzie jednej części Polaków, mianowanych przez manipulatorów lepszymi, nowocześniejszymi i bliższymi Europie, dla drugiej części, przytłaczanej nienawiścią i pogardą jako narodowo-katolicka ciemnota, przeszkadzająca w cywilizacyjnym awansie. A także skutkiem gorliwości dysponentów prorządowych mediów i ich funkcjonariuszy w realizowaniu tej polityki.

Nie mam wątpliwości, że Jarosław Kaczyński myli się, nazywając morderstwo „finałem” kampanii nienawiści. To tylko przekroczenie kolejnej granicy, do finału jeszcze daleko. Ci, których bezpośredni sprawca tej zbrodni jest w istocie ofiarą w stopniu nie mniejszym, niż ci, których zabijał, szybko wytłumaczą sobie, że „nic się nie stało”. Skoro z przekonania o jedynie słusznej linii, jaką realizują, nie wytrąciła ich katastrofa smoleńska, tym bardziej zbrodnia szaleńca nie sprawi, by wyrzekli się przekonania, że „Polska ciemna” musi wymrzeć i zniknąć, a reprezentującą ją w polityce „watahę” trzeba dorzynać wszelkimi metodami. A wypadki przy pracy… cóż, wszystkiemu winni są „pisowcy”. Gdy ich nie było, nie trzeba by było ich dorzynać.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Towarzysz Kaczyński?

17 paź 2010

To ci dopiero! Od paru tygodni środowisko Adama Michnika upowszechnia odkrycie, że PiS to coś w rodzaju NSDAP, a Jarosław Kaczyński to jakby Hitler z początku lat 30., wyliczając tak poważne podobieństwa, jak pochodnie, wyprowadzanie zwolenników na ulice i wygłaszanie przemówień poza parlamentem. A teraz sam Michnik, na gościnnych występach w tygodniku „Wprost” (rozmowa z Najsztubem u Lisa – samo w sobie stanowi to wzorzec dialogu lewicy, centrum i prawicy w nowej rzeczywistości medialnej, określonej objęciem pełni wpływów przez siły jedynie słuszne), oznajmia, że PiS przypomina przedwojenną Komunistyczną Partię Polski, albowiem, tak jak ona, „chce unicestwić państwo polskie”.

Cóż, chciał Michnik ukąsić wroga boleśnie, no to boleśniej już nie mógł. Przy okazji przyznał jednak wreszcie rację nam, „jaskiniowym” i „zoologicznym antykomunistom” (jaśnie pana własne słowa), iż KPP i NSDAP, a szerzej sowiecki komunizm i niemiecki narodowy socjalizm były siebie warte. Co więcej, napluł straszliwie na wielu swych współpracowników i przyjaciół, których rodzinne korzenie w KPP są wszak znane (choć gdy wspomniał o nich Kaczyński, oburzenie było pod niebiosa).

Więc już nie byli to idealiści, może trochę błądzący, ale w sumie zacni, tylko nikczemnicy chcący unicestwić państwo polskie? A w ich liczbie i sam ojciec Michnika, Ozjasz Szechter, działacz KPZU – teraz to Michnik przyznaje, już po wygraniu procesu, który w jego obronie wytoczył IPN? Mój ojciec nie był szpiegiem, twierdził Michnik, ale teraz twierdzi, że był takim samym, hm, delikatnie, szkodnikiem jak Jarosław Kaczyński?

Coś się nam oberautorytet zaplątał. Ale cóż, w kampanii obelg tak bezsensownych i niespójnych, jaką prowadzi jego środowisko, w końcu musiało się to stać.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pryszczaci na starość

16 paź 2010

Subotnik Ziemkiewicza

Właściwie, skoro nigdy nie może być do końca dobrze, czyli zawsze musi być mniej lub bardziej źle, to mądrość tego świata (jak to ujmował o. Bocheński) nakazuje od razu nastawiać się na zły rozwój wypadków i w złym losie zbiorowym szukać dobrej, no – znośnej ścieżki indywidualnej. A co mi się tak zebrało tego słonecznego poranka na filozofowanie? A, to przez Nadredaktora Wolskiego.

Nadredaktor napisał był bowiem powieść „Cud nad Wisłą” (na srebrnej okładce śliczny różowy Wałęsa z anielskimi skrzydłami), którą, właściwie, powinienem tu zrecenzować, bo bodaj jeszcze nikt tego nie zrobił. Podwładni, mówiąc ezopowym kodem powieści, redaktora Adama Pysznika, nauczyli się już, że miażdżące recenzje w ich giewu znacząco podnoszą nakład flekowanych książek, i raczej starają się gorliwie zamilczać istnienie „Polski ciemnej”; a tak zwana „druga strona”, jeśli takowa w ogóle jest, nigdy nie znała właściwej salonom środowiskowej dyscypliny i solidarności, i nigdy nie miała ambicji kopiować tamtejszej maszyny wzajemnego wspierania i promowania się.

Jeśli w gazecie oskarżanej o prawicowość (boć w języku towarzystwa to oskarżenie) uprawia się kult takiego czerwonego palanta jak John Lennon, to trudno o bardziej dobitny dowód nieobecnego w „wiodących” mediach pluralizmu. Właściwie powinien uznać, że to dobre. Muszę sobie zapisać, żeby się ucieszyć, jak będę miał wolniejszą chwilę.

Wracając do Wolskiego − ja też nie napiszę recenzji, ale to dlatego, że trudno byłoby to zrobić bez streszczania perfidnie pozwijanej fabuły, a to odebrałoby część przyjemności tym czytelnikom, którzy, wierzę, dowiedziawszy się ode mnie o istnieniu książki rzucą się na jej poszukiwania. Dość rzec, iż w wolskiej rzeczywistości ustawiczna niedokończoność Polski zirytowała w końcu samą Opatrzność, która popchnęła sytuację boskim, a właściwie anielskim paluchem − i zrobiło się tak, „jak powinno być od początku”. Mówiąc krótko, opisał Wolski ten wariant polskiej rewolucji, w którym wszystko potoczyło się jak w bajce, doskonale, transformacja nie stała się rozszabrowywaniem majątku narodowego, media, wolne i pluralistyczne, zajęły się informowaniem, a nie indoktrynowaniem i manipulacjami, podłość została ukarana a uczciwość nagrodzona, społeczną hierarchię określiły rzeczywiste zasługi i talenty, a nie służalstwo i kolesiowstwo, słowem, w III RP jest tak, jak by być mogło, o włos, gdyby tylko… Ach, taka piękna literacka wizja − a i tak jest smutno.

„Smutno mi, Boże” („A Bóg na to: mnie toże”, dopowiadał Słowackiemu mój Tata, nie wiem, czyim cytatem). Przeczytałem tekst Agnieszki Romaszewskiej o byłych znajomych z podziemia, ludziach niegdyś uczciwych i szlachetnych, którym coś jeszcze z dawnej uczciwości musiało pozostać, bo na jej widok zakrywają dziś twarze i uciekają na drugą stronę ulicy. Mają powody, piszę o tym w dzisiejszym PlusieMinusie, zupełnie przypadkiem tak się zbiegło − pewnie dlatego, że zakłamanie obozu władzy przekroczyło ostatnio jakąś granicę, za którą najbardziej nawet sfanatyzowani nienawiścią do Kaczora intelektualiści nie mogą sobie nie zdawać sprawy, w czym uczestniczą.

Mają do wyboru: albo brnąć w totalne szaleństwo, wyłączając sobie w mózgu kolejne panele szarych komórek, tak, jak je rozłączał oszalałemu komputerowi bohater „2001: Odysei Kosmicznej” − albo się wstydzić i uciekać przed wzrokiem pani Romaszewskiej. Doprawdy, czym się dziś różnią od „intelektualnych elit” tamtej władzy, która opluwała ich w roku 1968?

Na okoliczność ześwinienia się kilkorga starych poetów „Nowej Fali”, którzy kupili sobie chwilę skupienia uwagi mediów i łaski establishmentu, który generalnie poezję ma… no, powiedzmy, darzy ją znacznie mniejszym szacunkiem niż piłkę kopaną, poprzez dołączenie do nagonki na IPN, ukułem określenie „pryszczaci na starość”. We wspomnianej grupie są osoby obdarzone mniejszym i większym talentem, ale wszyscy ci ludzie byli kiedyś ludźmi obdarzonymi odwagą posiadania niezależnego sądu − a teraz co? Znajomy dermatolog mówił kiedyś, że kto nie przejdzie trądziku za młodu, ten za starość ma na gębie czerwone plamy łojotokowego zapalenia skóry, tak już jest i nie ma zmiłuj − czyżby prawidłowość ta dotyczyła także „pryszczatości” metaforycznej? (Nie powinienem objaśniać kulturowych odwołań, ale obserwując skuteczność wysiłków pani minister Hall w upowszechnianiu świadectw na wszelki wypadek proszę tych, którzy czytają ten tekst z organizacyjnego obowiązku, aby przed komentowaniem sprawdzili sobie hasło „pryszczaci” − powinno jeszcze być w szkolnym podręczniku do polskiego.)

Psychika ludzka dąży zawsze do likwidacji dysonansu poznawczego, mówi jedno z podstawowych praw psychologii. Oczywiście nie każda psychika posiada dość mocy sprawczej, żeby usunąć ze świata to, co powoduje ten dysonans i każe się czuć wrednie − niektóre muszą wprawiać się w stan sfanatyzowania, pozwalający nie dostrzegać nawet najoczywistszych faktów. Ale są i takie, które posiadają dość mocy, by sobie i swoim współbraciom w świństwie pomóc, po prostu eliminując wrogie ich dobremu samopoczuciu treści z rzeczywistości. Mijający tydzień niesie dla nich same dobre wieści. Z TVP 1 znika Wildstein i „Misja Specjalna”, ktoś w rządowej sferze wykombinował wreszcie prawniczy fortel, żeby odzyskać dla władzy „Rzeczpospolitą”, a co najmniej zatkać jej pysk i ograniczyć, jak o to delegaci „waadzy” w spółce walczyli od dawna, do roli ściśle trzymającej się swojej niszy gazety ekonomiczno-prawnej. Niezauważalnie zniknęła też już rubryka „opinie” w wysokonakładowym tabloidzie, lękliwie skasowana prze wydawcę po tym, jak jedynie słuszna władza ogarnęła ostatni już brakujący jej Pałac. Po co obciążać umysł prostego czytelnika długiem, walącą się służbą zdrowia, wojska, bizantyńskimi zachciankami nowego prezydenta, i narażać się przez to tak wpływowym siłom? Lepiej pisać, o, że jakaś gwiazdka, sławna z pokazywania do obiektywu pupy lekko przysłoniętej krucyfiksem, nawsadzała drugiej za noszenie futer, bo to okrucieństwo wobec zwierząt. Nawiasem mówiąc, biedactwo nie wie zapewne, że pantofelki Manolo Blahnika czy torebki Vuittona nie są bynajmniej robione z plastiku, i niech jej lepiej nikt nie mówi, bo gotowa dostać spazmów.

Dryfuje na pudelkowe tematy nie przypadkiem − świat, nawet jak wraca w stare koleiny, to się jednak trochę zmienia. Komuna kierowała uwagę gawiedzi na spust surówki w hucie, na przekraczających plany bohaterów pracy socjalistycznej i rekordowe zbiory buraka z ha. I pewnie dlatego w końcu jej wszyscy mieli dość. Obecna recydywa „prylu” jest fajniejsza. Tak samo chodzi o to, żeby, gdy gwiazda dziennikarska, przekazująca dziś adeptom w „biblii dziennikarstwa” to, czego nauczył ją Lesław Maleszka, znów sfabrykuje jakichś „prawdziwych Polaków”, to żeby nie było już tego gdzie skutecznie sprostować; albo gdyby nawet przypadkiem interesy kolejnego Rysia, Mira i Zbysia wyszły na jaw, to żeby nikt się nie odważył och nagłaśniać. Ale medialny kit, używany do zalepiania ludziskom mózgów, jest dużo bardziej kolorowy.

Trochę się porobiło tak, jak wyprorokował 30 lat temu Maciej Parowski w „Twarzą ku Ziemi” − gdzie w medialnym „duraczeniu” posługiwano się nie transmisjami z plenum, ale twardą pornografią. Za siermiężnego „prylu”, kiedy celnicy konfiskowali na granicy „Playboya” tak samo, jak wydawnictwa paryskiej „Kultury”, a nawet znacznie chętniej, bo brali go dla siebie, mogliśmy o takich mediach tylko marzyć. A dziś tylu ludzi może sobie śmiało powiedzieć: o to walczyliśmy, do tego zmierzaliśmy.

Tylko dlaczego w takim razie na widok Romaszewskiej odwracają głowy i uciekają w popłochu na drugą stronę ulicy?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rewolucja w weekend otwarcia

9 paź 2010

Subotnik Ziemkiewicza

Jakoś nie mogę nigdzie znaleźć informacji o tych licznych, ważkich ustawach, reformujących państwo, które miały być do wczoraj zaprezentowane przez Platformę Obywatelską w ramach tzw. rewolucji legislacyjnej.

Który to już raz zapowiedziana rewolucja rusza i ruszyć nie może? Sejm deliberował nad nowym prawem pocztowym, nad ukróceniem skandalicznej skądinąd praktyki dojenia kierowców przez gminy za pomocą fotoradarów (piramida nonsensu warta swoją drogą osobnego felietonu) – dobrze, ale czy to-to jest aż „rewolucja”? To trzeba było aż przeflancowywać premiera do Sejmu, żeby przegłosować likwidację monopolu Poczty Polskiej?

Ale nikt już, jak się zdaje, o zapowiedzianej rewolucji nie pamięta, bo jej zapowiedź padła bardzo dawno temu, w zeszłym tygodniu − a potem przyszły zapowiedzi zlikwidowania problemu dopalaczy, a bodaj czy nie narkotyków w ogóle. Taka jest zasada rozwoju rozwiniętej demokracji medialnej, że już nie nowe wydarzenia odwracają uwagę od poprzednich, ale nowe zapowiedzi wypierają ze świadomości poprzednie zapowiedzi, i nie ma czasu, żeby cokolwiek za zapowiedziami poszło, nawet gdyby iść chciało. Jak w przemyśle filmowym (jest zasadnicze podobieństwo, i tu, i tam sprzedaje się „narracje”) liczy się już tylko „weekend otwarcia”.

W ten akurat „weekend otwarcia”, a ściślej w otwierającą go noc, premier postawił przed partią nowe zadanie – oczyścić kraj z narkotyków. I partia, poniechawszy zapowiedzianej rewolucji, zajęła się pisaniem na kolanie ustawy antydopalaczowej. Co prawda, ustawa zakazująca sprzedaży substancji psychoaktywnych leży już w tym Sejmie od ponad dwóch lat w którejś z marszałkowskich szuflad, ale ten projekt się nie liczy z uwagi na niewłaściwie partyjne ojcostwo – napisali go posłowie SLD, a nie rząd, i zanim kazał to zrobić nasz ukochany przywódca. Opozycja chciała bowiem zakazywać narkotyków wtedy, gdy rząd, i z racji mody, i, być może, pod wpływem prasowych doniesień o nie zaciąganiu się przez młodego Tuska, stawiał na legalizację miękkich narkotyków i generalną ich depenalizację – w tym duchu zresztą, co dziś jest gorliwie zapominane, przygotował poprzednią nowelizację tej ustawy zaledwie dwa miesiące temu.

Oczywiście, malkontentom się przeprocesowana „na cito” ustawa nie podoba, czepiają się, że o tym, co jest, a co nie jest dopalaczem będzie podle swego widzimisia decydował minister. Jak zwykle nic nie rozumieją. Urzędnik, który wedle uznania decyduje, komu pozwolić zarobić miliony, a kogo milionami kary obciążyć, staje się urzędnikiem cenniejszym. Państwo będzie mogło oszczędzić nie tylko na jego pensji, ale też, ponieważ urzędnika mianuje Partia, na kosztach partii. Partia zyska bowiem kolejne, istotne źródło dotacji, dzięki któremu można śmiało myśleć o zniesieniu dotacji budżetowej. Kto śmie mówić, że PO nie myśli perspektywicznie? Dla mnie zresztą wzorem tego dalekosiężnego myślenia jest minister Hall. Jej kolejne reformy upowszechniające wykształcenie wśród młodzieży z różnych względów niezdolnej do przyswojenia niepotrzebnie wymaganej od niej wiedzy i umiejętności to wszak uporczywa, organiczna praca nad rozmnożeniem naturalnego elektoratu PO. Jej ukoronowaniem będzie reforma wprowadzająca matury i dyplomy uniwersyteckie w formie audiobooka, dla absolwentów, którzy nie potrafią czytać.

Po co zresztą czytać? Przedsiębiorca powinien wiedzieć, że nie ma co czytać przepisów, bo co do wczoraj było legalne, po jednej zapowiedzi premiera może przestać być legalne i grozić karą do 10 lat na podstawie przepisów właśnie w pośpiechu pisanych. Zamiast w artykuły i paragrafy, lepiej się wczytywać w oblicze władzy; tę lekcję mam nadzieję polscy przedsiębiorcy przyswoją, jeśli dotąd jeszcze nie wiedzieli. Natomiast prosty człowiek może sobie poczytać najwyżej gazety, a w ten sposób naczyta się tylko głupot.

I tak, na przykład, giewu ogłosiło wszem i wobec, że Rada Etyki Mediów potępiła Joannę Lichocką za zadawanie stronniczych pytań kandydatom na prezydenta. Rada Etyki Mediów działa jak zakład usługowy, w którym można zamówić oświadczenie potępiające politycznie niesłuszną osobę, i po ostatniej kompromitacji z „Faktem” nie chciało mi się na takie sensacje nawet wzruszać ramionami. Ale jest jeszcze śmieszniej, bo okazało się, że Rada bynajmniej takiej opinii nie wydała. To tylko jeden z jej członków wyraził w liście do jednego pana z PO, który zamawiał potępienie Lichockiej, swoją opinię, że się z nim zgadza, co pan z PO rozgłosił za pośrednictwem giewu. O ile zakład, że giewu nie sprostuje i nie przeprosi? Zresztą nie ma na to czasu, bo giewu odkryło teraz, że straszliwe CBA podsłuchiwało dziennikarzy. Właściwie, to news jest nieco inny − że prokuratura w Zielonej Górze, nadzorowana wtedy jeszcze przez PO, nie zdołała znaleźć na CBA haka, choć jej tego haka giewu wkładało i nadal wkłada w dłonie.

Jeśli to ma być powodem oburzenia, to rozumiem sens demaskacji – natychmiast powierzyć to spaprane śledztwo prokuraturze w Rzeszowie, tamci już coś znajdą! Choć, bogiem a prawdą, już i najwierniejsi z wiernych nie wyrabiają. To właśnie rzeszowska prokuratura wymiękła ostatnio w sprawie Engelkinga, umarzając kolejną rzekomą zbrodnię PiS-u, o której giewu swego czasu rozpisywało się tygodniami.

Kwestia inwigilowania obywateli, nie tylko dziennikarzy, przez specsłużby, zasługuje na zainteresowanie jakichś uczciwszych i poważniejszych mediów, niż gazeta, która wielokrotnie dawała dowody, iż dla politycznej propagandy i dla oplucia wrogów „salonu” nie cofa się przed żadnym kłamstwem, przeinaczeniem ani manipulacją. Zwłaszcza, odkąd służby te, „odzyskane” przez jedynie słuszną władzę, rozbezczelniły się już tak, że nielegalnie zdobyte informacje z podsłuchu potrafią ich funkcjonariusze przedkładać jako dowody w sprawach cywilnych, którymi prywatnie nękają stających im na drodze dziennikarzy. Oczywiście, w tym giewu nie widziało dla siebie „niusa”, bo nie dało się sprawy przykleić znienawidzonym kaczorom.

Co do bezczelności, zaproponowałbym właśnie jej wzrostem mierzenie poziomu rywinlandu w tuskolandzie. Mam na myśli nawet już nie giewu i jej personalne nagonki, stałe plucie na Lichocką, Karnowskiego czy Gargas, na „Wiadomości” i „Misję Specjalną” i bezustannie powtarzanie nie popartej absolutnie niczym frazy o „pisowskiej propagandzie” (przy czym jedynym „dowodem” uzsadniającym te obelgi są wyzwiska użyte wcześniej przez giewu), jakkolwiek jest to szczególnie groteskowe w wykonania gazety, której naczelny przekroczył już ostatnią miarę pajacowania wygrażając sądem Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi. Mam na myśli rozbezczelnienie rozmaitych sitw, układów i kacyków wymuszających na Polakach haracze, przede wszystkim za rozmaite czynności urzędowe. Gdziekolwiek jestem i pytam, powtarza się opinia, że tak bezczelnego i otwartego domagania się łapówek nie było od czasów Millera. Strach, jaki za czasów PiS i CBA trochę drani skłaniał do opamiętania, minął bez śladu − stąd radość, że przywróciło się wreszcie normalność, i pewność jutra. Jutra, które przynieść ma wszak miażdżące wyborcze zwycięstwo tam, gdzie korupcja i możliwość łupienia obywateli największa – na dole, w gminach i powiatach. Byle tylko trzymać sztamę.

Bez silenia się na politologiczne wygibasy, można opisać władzę w Polsce jako rozbudowaną organizację przestępczą, zajmującą się na masową skalę dokonywaniem „wymuszeń urzędniczych” oraz innymi, pomniejszymi procederami, których wspólnym sensem jest wyciskanie z obywateli rozmaitych danin na rzecz kasty rządzącej. A kasta ta nie potrzebuje, gdyby kto pytał, żadnych reform ani rewolucji. I dlatego − kto się gotów założyć? − pan premier, który rządzić może tylko na tyle, na ile mu mandaryni wspierający jego władzę rządzić pozwalają, o rewolucji to sobie może pogadać. Giewu i parę afiliowanych przy nim stacji zawsze chętnie to gadanie nagłośnią. I tyle. Da zdrawstwujet.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Tempo zadłużania − wierzyć Ministerstwu czy Balcerowiczowi?

30 wrz 2010

Część czytelników zarzuciła mi, że w ciągu kilku dni o połowę obniżyłem tempo wzrostu długu publicznego. Pisałem, że wzrasta on o 300 milionów złotych dziennie. Tymczasem kilka dni później w moim felietonie „W pętli czasu” znalazło się sformułowanie dużo skromniejsze „o ponad 150 milionów dziennie”.

Prawdopodobnie wynikło to z redakcyjnego dostosowania mojego tekstu do umieszczonej obok informacji o uruchomieniu przez prof. Balcerowicza „zegara długu publicznego”, który liczy nasze zadłużenie właśnie w takim tempie – 150 milionów na dobę. Co, mówiąc nawiasem, także jest tempem horrendalnym.

Skąd wytrzasnąłem liczbę dwa razy większą? Ano… ze strony Ministerstwa Finansów. Wedle ostatniego komunikatu, wielkość długu publicznego na dzień 1 lipca wzrosła w stosunku do stanu z 1 czerwca o 9 miliardów złotych. Czerwiec miał w tym roku, jak zwykle zresztą, 30 dni, 9 miliardów podzielone przez 30 dni daje nam właśnie 300 milionów jak w pysk. Kto chce, może sprawdzić.

Można też w podobny sposób podzielić przez dni wzrost długu przez ostatnich 12 miesięcy sprawozdawczych. Wtedy wyjdzie nam około 250 milionów. Przy uwzględnieniu faktu, że rząd zaniża deficyt wyprowadzając na papierze liczne zobowiązania poza budżet państwa i księgując je jako długi samodzielnych podmiotów, a także faktu, iż tempo rolowania długu stale przyśpiesza, uznałem okrągłą liczbę 300 milionów dziennie za uzasadnione zaokrąglenie.

Jak oblicza deficyt prof. Balcerowicz nie wiem, ale wygląda na to, iż wyłączył on z zadłużenia państwa OFE. Według norm unijnych powinno ono być wliczane do całości długu. I tak podawane jest przez Ministerstwo. Inna sprawa, że rząd Tuska od trzech lat doprasza się w Brukseli o zgodę na zmianę sposobu księgowania tego długu i wyprowadzenie z budżetu także tej kwoty. Chodzą pogłoski, że w najbliższym czasie Unia ma się na to zgodzić. Wygląda na to, że prof. Balcerowicz antycypował tę będącą na razie tylko prasowym „przeciekiem” zgodę.

W ten sposób, można powiedzieć, że „zegar długu” Balcerowicza jest sposobem perswazji bardzo wobec rządu uprzejmej, licząc zadłużenie w taki sposób, o jakim premier i jego minister finansów marzą. I tak wychodzi ono przeraźliwie wielkie. Ale mniejsze niż prawdopodobnie jest. Piszę „prawdopodobnie”, bo, jak zgadzają się ekonomiści, oficjalne bilanse stały się już taką ściemą, że tak naprawę nikt nie wie, co się właściwie z finansami publicznymi dzieje, i nie dowie się, dopóki się nie zawalą. Jesteśmy w sytuacji tego pacjenta z kawału, któremu lekarz powiedział, że na co właściwie choruje, wyjaśni dopiero sekcja zwłok.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop