Wpisy w kategorii „Bez kategorii”

Kto płaci, ten wymaga

21 lis 2010

Fatalnie sobie wybrali sędziowie i prokuratorzy termin swojego protestu – w ostatnim tygodniu przed wyborami. W ten sposób nie mieli szans na poważne nagłośnienie sprawy, dni bez wokandy i czynności procesowych zniknęły w cieniu… nie, nie wyborów, kto się tam przejmował wyborami, ale medialnych dociekań na temat rozłamu w PiS, który zupełnym przypadkiem napatoczył się właśnie teraz.

Podobnie zresztą umknęła uwadze wcześniejsza reakcja premiera, który formę zapowiadanego protestu uznał za „przesadną” i „ekscentryczną” i zapewnił, że wymiar sprawiedliwości „na pewno nie jest poszkodowany finansowo”. Ale też, trzeba mu oddać, łaskawie przyznał sędziom i prokuratorom, że „mają prawo do własnej oceny” ich materialnej sytuacji.

A mógł postraszyć, na przykład, odebraniem sędziowskich i prokuratorskich emerytur, tak jak niedawno jeszcze groził krytykującym jego politykę zadłużeniową ekonomistom, że odbierze im 50-procentowy „uzysk”. Platformizm z ludzką twarzą?

Nie chcę tu rozważać zasadności protestu. Skoro państwo łoży na dziesiątki rzeczy, które nic go nie powinny obchodzić, to nic dziwnego, że na bezpieczeństwo, którego utrzymanie należy do jego podstawowych obowiązków, pieniędzy brakuje. Protest warto odnotować głównie z uwagi na podnoszony przez prokuratorów argument, wskazujący, iż tak głośno otrąbione uniezależnienie prokuratur jest w znacznej mierze fikcją. Otóż prokuratury zostały oddzielone od rządu, ale o zarobkach prokuratorów nadal decyduje minister. A kto decyduje o czyichś zarobkach, ten w sposób oczywisty ma na niego wpływ. Proste.

Ten mechanizm stosowany jest w III RP wcale szeroko. Nie musisz słuchać władzy, ale lepiej się z nią licz. No bo niezależność, generalnie, tak, ale przecież ktoś musi to kontrolować.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione
intrygującymi nagrodami.


Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rozłam z pewną taką nieśmiałością

16 lis 2010

O nieudolności „rozłamowców” z PiS można by mówić długo, ale ośmieszający ich falstart i groteskowe niezdecydowanie to i tak nie jest największy ich problem – uważa publicysta „Rzeczpospolitej”

Odkąd Polska scena polityczna zakrzepła w formie duopolu Tusk – Kaczyński podzielona między partię władzy, która nie chce i nie potrafi rządzić, a wieczną opozycję, która nie umie w żaden sposób zagrozić panującym, sądziłem, że już gorzej być nie może. Okazuje się, że owszem: obok beznadziejnego premiera i beznadziejnego szefa opozycji można mieć jeszcze „odnowicieli sceny politycznej”, którzy również są beznadziejni.

Tak właśnie wygląda fronda u Jarosława Kaczyńskiego, na razie potwierdzająca potoczną opinię, że prezes PiS, w ramach eliminowania potencjalnych zagrożeń dla swego przywództwa, dawno już usunął z tej formacji wszystkich, którzy, delikatnie mówiąc, cokolwiek potrafią.

Przeczytaj cały artykuł na rp.pl

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Rób liberalizm…

7 lis 2010

Doroczny raport „Doing Business” przygotowywany przez ekspertów Banku Światowego jakoś nie wzbudził wielkiego zainteresowania. A przecież należałoby odnotować wielki sukces – Polska w stosunku do roku ubiegłego awansowała o trzy miejsca, na 70. z 73. Co prawda wciąż nie zdołaliśmy dogonić Bułgarii, Rumunii, Białorusi i Ghany, ale Namibia już jest tuż.

Dokument Banku Światowego mówi wiele, gdyż bada kwestie bardzo konkretne – ile czasu trzeba zmarnować, ile procedur urzędniczych przejść, zgód otrzymać, podatków i składek zapłacić, aby załatwić podstawowe sprawy. Samo założenie firmy wymaga u nas poddania się sześciu procedurom zajmującym 32 dni, co daje nam miejsce 113. W dziedzinie przejrzystości podatków jesteśmy na miejscu 121. (29 różnych podatków – 42,3 proc. dochodu – których zapłacenie zajmuje 325 godzin).

A kto by chciał, zamiast robić politykę, coś zbudować, zgodę na to otrzyma po wypełnieniu 32 procedur i 311 dniach (miejsce 164.). Co do odzyskiwania należności na drodze sądowej – kategoria, w której – odkąd badanie to zaczęto robić – co roku miażdżymy konkurentów, to zajmuje to średnio… 830 dni. Które to miejsce? A nie powiem, proszę samemu raportu poszukać.

Bo choć Bank Światowy nie oblicza średniej wysokości haraczów i łapówek, którymi trzeba się okupić, nie bada, jakiej rangi i jak bliskich znajomych trzeba mieć, ewentualnie ilu szwagrów zatrudnić, żeby nie musieć płacić długów ani podatków, nie wylicza, ile dni w przeciętnej firmie spędzają licznie rozmnożone kontrole i o co się najczęściej czepiają, to i tak kreśli obraz życzliwości państwa polskiego wobec biznesu, który warto znać. Na wypadek gdyby premier zechciał nam za jakiś czas zasunąć z plakatów hasełko: „Nie róbmy polityki, myślmy o rozwoju gospodarczym”.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.

Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kaczor zajadły, Donald wszechwładny i bezradny

6 lis 2010

Subotnik Ziemkiewicza

Czarny piątek dla PiS; jakoś mnie to zupełnie nie dziwi. To, że − nawiązując do niezapomnianej metafory Radosława Sikorskiego − wataha dorzyna się sama, to już żadna nowość. Niczym nowym nie jest też, co akurat również powiedział Sikorski, że PiS przeszedł na takie same pozycje, jakie w PRL zajmowały KOR, ROPCiO czy KPN. Bo też − czego już ministrowi tego rządu zauważyć nie wypadało − i władza Tuska przypomina coraz bardziej władzę pierwszych sekretarzy KC PZPR w ostatnich latach „prylu”. Tak samo jest on zarazem wszechwładny i bezradny, i w tym samym tempie, co po wprowadzeniu stanu wojennego, postępują jednocześnie dwa z pozoru sprzeczne procesy: władza się umacnia, a państwo się rozpada. Z jednej strony brane za mordę są ostatnie niezależne media, w środowiskach opiniotwórczych umacnia się „jedność ideowo-polityczna”, nowe pokolenie karierowiczów zasila ochoczo szeregi władzy, dając jej złudzenie, że „młodzież jest z partią” − z drugiej zaś rozsypuje się infrastruktura, rządzenie odbywa się już tylko zrywami i „pokazuchami”, średnie i niższe szczeble autonomizują się i umafijniają, puchnie w sposób niekontrolowany biurokracja i rośnie bezład administracji, a przede wszystkim, narasta zadłużenie, poszerza się szara strefa i spada ściągalność podatków.

Są to te same schorzenia, które w kilka lat doprowadziły do upadku wszechwładnego z pozoru Jaruzelskiego; bo też, choć od jego czasów wiele się w Polsce zmieniło, to jeszcze więcej zmienione w porę nie zostało. Oczywiście, pewne różnice są. W „prylu” jak władza robiła świństwa, to nie czuła pijarowskiej potrzeby zastawiania się przy tym kobietami. Zjawisko „dziewczyn do brudnej roboty”, z jakim mamy dziś do czynienia na przykład w TVP, to znak nowej wrażliwości, właściwej już dla III RP (wątpię, czy to o takie odblokowanie ścieżek awansu zawodowego chodziło rzeczniczkom emancypacji). Nowością jest też fakt, że obecna władza ma drogę ucieczki − i już zresztą widać, że tak naprawdę Tusk gra o to, żeby ile można odwlec katastrofę i zanim do niej dojdzie załapać się w bezpieczne struktury wspólnotowe, na unijnego komisarza albo jakiegoś innego europrezesa; a ludzie z jego otoczenia o to, aby prezes ich wtedy zechciał ze sobą zabrać. Jak wszystko, ma to swoje złe i dobre strony. Złą jest to, że bardziej niż interesem Polski obecna władza kieruje się chęcią zrobienia dobrego wrażenia na tych, którzy o ewentualnym euroawansie będą decydować. Dobrą, że w związku z tym nie mogą się w represjonowaniu opozycji i niezależnej inteligencji posunąć za daleko.

Kiedy się to zawali − Boh odin znajet, może jutro, może za pięć lat. Japonia ma zadłużenie ponad 200 proc. rocznego PKB i żyje, a były w historii państwa, które bankrutowały już przy 20 proc. Argentyna w chwili krachu miała całego długu raptem 150 miliardów dolarów, my mamy już teraz ponad dwa razy więcej, ciesząc się, podobnie jak Argentyna i Grecja w przededniu załamania, doskonałymi ratingami. We współczesnym zglobalizowanym świecie nie ma się co nad tym zastanawiać. Jakiś milioner na drugiej półkuli nakryje żonę z gachem i na złość jej postanowi umorzyć we wspólnym funduszu wszystkie oszczędności, a wskutek tego zacznie się lawina bankructw, które sprawią, że w dalekiej Polsce ministrowi nie uda się zrolować kolejnej transzy obligacji − i sruuuu… Może być tak, może być i inaczej.

Jarosław Kaczyński w każdym razie zakłada, że będzie tak jak w banku. A może to nie założenie, nie kalkulacja? Może po prostu instynktownie wchodzi w schemat, który jest oswojony, doskonale znany i jemu samemu, i milionom rodaków? W przeciwieństwie do procedur demokratycznych, które pozostają dla nas dziwne, niezrozumiałe, zwłaszcza, że realizować się tu mogą, wobec braku gruntownego zerwania z „prylem”, tylko w szczątkowych, karykaturalnych formach − procedury stawiania oporu ruskim i szwabom oraz kolaborującej z nimi władzy mamy w małym palcu. A człowiek zawsze stara się dopasować rzeczywistość do wzorca, który zna i w którym wie, jak się poruszać.

Jest rzeczą oczywistą, że takiej optyki, jaką po Smoleńsku przyjął prezes Kaczyński, nijak się nie da pogodzić z optyką, w której pozostali ci, którzy robili mu kampanię prezydencką. W jednej istnieje „umiarkowane centrum”, o które trzeba zabiegać, bo to właśnie jego głosy zadecydują − w drugiej zaś nie jest to żadne centrum, tylko, mówiąc językiem rewolucji francuskiej, „bagno”, które pójdzie za silniejszym, i trzeba machnąwszy na nie ręką tworzyć zwartą, posłuszną grupę wykonawczą, taką, jak miał Lenin w 1917. Pani Kluzik-Rostkowska dzieckiem nie jest i wie, że w logice, jaką obecnie kieruje się PiS, jej występy u Lisa czy Kublik były czymś takim, jak gdyby młody Kaczyński poszedł „nadawać” na niedemokratyczny styl zarządzania KOR przez Kuronia do „Trybuny Ludu” i „Żołnierza Wolności” (gdzie by to opublikowano równie chętnie). Zwłaszcza po klęsce i marginalizacji Palikota, która dowiodła, że nie ma w polskiej polityce nic oprócz Tuska i Kaczyńskiego, i tych, na których chwilowo spoczywa ich łaska, było oczywiste i pewne, że za taką zdradę prezes ją wyleje bez drgnienia powieki.

Dlaczego chciała − jak mniemam − aby zrobił to teraz? Po prostu, gdyby „liberałów” nie wylano z PiS przed wyborami, to oni byliby oskarżani o spowodowanie miażdżącej wyborczej klęski. A tak to oni będą mogli oskarżać o to „ziobrystów”. Jedno jest pewne, że wszyscy w PiS spodziewają się klęski i są z nią już pogodzeni. To też należy do przećwiczonej procedury: przegrywamy, na razie, więc się hartujemy i odsiewamy niepewnych, w oczekiwaniu na moment wielkiego zwycięstwa, który Pan nam dać musi, bo nasza sprawa jest słuszna. Tu też jest pewna drobna różnica − opozycja antypeerelowska nie miała tej pewności zwycięstwa, jaką ma obecnie zakon Kaczyńskiego. Jak to pisałem już we „wrzeszczących staruszkach”, kto dwa razy w życiu przeżył cud, tego nic nie przekona, że cuda się nie zdarzają. A w karierze politycznej Jarosława Kaczyńskiego były właśnie dwa cudy − pierwszym był upadek PRL, drugim powrót z kompletnego niebytu do podwójnego zwycięstwa w 2005 roku. Obecnie więc czeka on na cud trzeci, który karierę tę ukoronuje zdobyciem pełnej władzy i wyprowadzeniem narodu z Morza Czerwonego (czy może raczej, czerwonego bagna?).

Najśmieszniejsze, że nie mając żadnych pewnych przecieków od Opatrzności sam wcale nie jestem gotów zakładać się o zbyt wielkie pieniądze, czy się prezes PiS tego Trzeciego Cudu nie doczeka. W każdym razie, jeśli tak, to proszę zauważyć, odziedziczy po Tusku państwo całkiem już dostosowane do, jak to nazwał bodaj Rokita, a może Śpiewak, „rządów osobistych”. W ogóle, ktokolwiek przejmie władzę po Tusku, weźmie państwo praktycznie już gotowe na dyktaturę, z całkowicie obezwładnioną opozycją i rozbitymi potencjalnymi strukturami stawiania władzy oporu oraz z gotowymi narzędziami narzucania woli władcy wszędzie, na przekór konstytucyjnym pozorom. Sam Tusk używa tych narzędzi kunktatorsko, woląc panowanie, niż władzę, a więc o tyle tylko, o ile mają mu bezpieczeństwo tego panowania zapewnić − ale następca może mieć inne priorytety. W zależności, kim się ów następca okaże, będą mówić przyszłe pokolenie o historycznej zasłudze Tuska albo o odegranej przez niego zgubnej dla Polski roli.

Jarosław Kaczyński za wszelką cenę nie chciał dopuścić do powstania w PiS frakcji, i to już się udało − zamiast, jak partia, na frakcje, PiS jest podzielony na koterie, o dość luźnym składzie, zajęte wzajemnym przepychaniem się do ucha prezesa i donoszeniem mu na siebie nawzajem. Gdyby miał jakąkolwiek władzę, nazwałbym to dworem, ale ponieważ ma jedynie słuszność, trzeba raczej mówić o sekcie, choć po tym, jak zaczął po mnie to rozpoznanie powtarzać salon, trochę mi wstyd przy nim trwać. Mieć u władzy mafię, a w opozycji sektę − oto jest miara naszej obecnej beznadziei. Kto ma rację? Kto wskazuje mniej złą drogę dla Polski? Proszę mnie w ten piękny sobotni poranek nie zmuszać do obstawiania tej narodowej loterii. No to co robić? Róbmy swoje, przyjaciele (bo to też procedura już przećwiczona i oswojona) i na wszelki wypadek zachowujmy się przyzwoicie. Jak to ujął wybitny a młodo zmarły klasyk: „pisarze niech piszą, malarze niech malują, politycy niech… A, zresztą, niech szlag trafi polityków”.


***

Redakcja dziennika „Rzeczpospolita” zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w konkursie Rafała Ziemkiewicza „GIERKIZMY„. Najlepsze opisy, skąpane w oparach absurdu III RP, zostaną wyróżnione intrygującymi nagrodami.

Idea konkursu: absurdalnie prosta! ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Święto wieśniaka

30 paź 2010
Subotnik Ziemkiewicza

Dzień Wszystkich Świętych to taki dzień, kiedy szczególnie dobitnie widać, że wszyscy Polacy są ze wsi; zwłaszcza ci z dużych miast. Kiedy od święta wracają do siebie, to miasta pustoszeją, za to w pociągach i na drogach tłok robi się nie do wytrzymania.

Dla Polaka „aspirującego” to wiejskie pochodzenie jest nieustającym źródłem wstydu i niskiej samooceny. Im dłużej nad tym myślę, tym bardziej przypomina mi się jedna z podróży gwiazdowych Ijona Tichego − ta, podczas której odwiedził on planetę rządzoną przez roboty, na której celem powszechnej nienawiści i pogardy, konstytuującej robocią dyktaturę, są ludzie. W największej tajemnicy ten i ów robot zawierza Tichemu swą największą tajemnicę: panie Tichy, ja jestem człowiekiem! Zaszczutym, zapewne ostatnim − na szczęście ukryłem się w tej blaszanej  skorupie i dobrze nauczyłem udawać. W poincie okazuje się, że na planecie w ogóle nie ma żadnych robotów, są tylko pochowani w blaszanych przebraniach ludzie. Nie wiem, czy opowiadanko − krótkie przecież − podkreśla także i tę obserwację, że charakterystycznym sposobem bardziej przekonującego udawania, że się wcale nie jest człowiekiem, jest demonstracyjna zajadłość w nienawiści do ludzi właśnie. Chyba raczej podpowiada mi to doświadczenie życiowe; nie mogę sprawdzić, jak wszyscy wróciłem chwilowo do siebie na wieś i piszę ten felieton z dala od biblioteki.

Im dłużej nad tym myślę, tym bardziej jestem pewien, że to właśnie w żartobliwym i aluzyjnym opowiadanku mistrza Lema kryje się klucz do zrozumienia popularności Donalda Tuska. Rząd beznadziejnie knoci jedną sprawę po drugiej, jego zaplecze polityczne w coraz bardziej oczywisty sposób okazuje się zorganizowaną grupą przestępczą, a intelektualne − zbieraniną rozhisteryzowanych durniów, w parze z dowodami na nieudolność panującej ekipy (nie przypadkiem tak piszę: panującej, Tusk z założenia zrezygnował z rządzenia i oddał je różnym sitwom, zadowalając się panowaniem) idzie coraz więcej przykładów jej cynicznego i bezwzględnego gangsterstwa, choćby w mediach − a słupki stoją jak przymurowane. Większość Polaków zdecydowanie źle i coraz gorzej ocenia rząd, i samego Tuska jako premiera, ale zarazem deklaruje niezmienną gotowość do głosowania na partię ten rząd tworzącą i tegoż Tuska jako jej przewodniczącego. Przede wszystkim zaś, ochoczo podpisuje się pod wszystkim, pod czym trzeba się podpisywać, by należeć do „młodych i wykształconych i z wielkich miast”: katastrofę w Smoleńsku spowodował Lech Kaczyński, za zbrodnię Ryszard C. winę ponosi sam PiS i tak dalej.

Odpowiedź, że ludzie tak się zachowują, „bo nie chcą Kaczyńskiego”, nie wszystko wyjaśnia. Trzeba odpowiedzieć na pytanie, dlaczego go tak histerycznie nie chcą. Ano, zanurzmy się na chwilę (nie lubię tego, ale czego się nie robi dla wiedzy) w internetowe szambo rozmaitych forów i portali, najlepiej tych nie moderowanych, gdzie duchowe wydzieliny polactwa płyną swobodną strugą. Najczęściej używaną tam obelgą pod adresem Jarosława Kaczyńskiego, jego nieżyjącego brata i „pisowców” w ogóle jest „burak”. Symptomatyczne, prawda?

Można zrozumieć przypisywanie Kaczyńskiemu, nie wiem, zapędów dyktatorskich, psychopatii, wszelkich nikczemnych cech charakteru − ale „buractwo”? To przecież przedwojenny, żoliborski inteligent, z całą właściwą tej formacji kindersztubą. Ludzie podzielający jego przekonania, choć niekoniecznie zachwyceni samym Kaczyńskim, to też w większości pogrobowcy starej polskiej inteligencji, poeci, profesorowie, inżynierowie, niewątpliwi specjaliści w swych dziedzinach, a przy tym ludzie, którzy zupełnie nawykowo, bez zwracania na to uwagi, trzymają widelec garbkiem do góry. Jeśli tropić w naszej polityce schamienie, to bardziej właśnie w Platformie, której liderzy w większości awansowani zostali, jak Zdzisiu, Miro i jego młody sekretarz, symboliczny wręcz dla istotnej części „aspirującego” pokolenia, z lokalnych, samorządowych układów, i swe potrzeby duchowe, wzorem szefa, zaspakajają na boisku, nie w teatrze.

Potężny stereotyp już w czasie „wojny na górze” przypisał posolidarnościowym postępowcom „inteligenckość”, a patriotyzmowi „wiejskość” − wedle wzorca manipulatorskiego filmu Sulika, gdzie Mazowiecki pokazywany jest w kręgu rozdyskutowanych krawaciarzy, w scenografiach z „kina moralnego niepokoju”, a Wałęsa na rozchełstanym wsiowym podwórku, wśród ludzi ścinających akurat toporkiem łeb kurze na świąteczny rosół. W rzeczywistości w pierwszych wyborach prezydenckich III RP poparcie dla Mazowieckiego i Wałęsy podzieliło inteligencję równo na pół. I tak jest, jeśli chodzi o fakty, do dziś. Tyle, że jedna z tych połówek zyskała, na mocy decyzji politycznych, ogromne propagandowe wzmocnienie, a druga, ta, która nie potrzebuje sobie przypisywać fikcyjnych tytułów arystokratycznych czy naukowych, bo ma dość prawdziwych, została przytłoczona propagandową lawiną i zepchnięta do gremiów dość elitarnych, pozbawionych przełożenia na masową widownię.

Otóż, nie odkrywam tu chyba żadnej Ameryki w puszkach, niezatapialność Tuska polega na tym, że zdołał on kompletnie odkleić się od realności, polityki rozumianej jako mniej lub bardziej sensowne decyzje przekładające się na poziom życia czy sytuację międzynarodową, a stał się − mówiąc językiem dla tej ekipy najlepiej zrozumiałym − marką, której nabywanie daje klientowi poczucie wyższego statusu. Platforma i salon to coś takiego, jak kryształy Svarowskiego; w gruncie rzeczy odpustowe badziewie, a ludzie bulą za nie jak za zboże, bo to przecież kryształy Svarowskiego. Popieram Tuska − prosty mechanizm − więc nie jestem burakiem. Nienawidzę Kaczyńskiego, więc nie jestem burakiem. Takie proste! Jeśli ktoś akurat nie czuje się burakiem, to taka marka może nie jest dla niego sama w sobie atrakcyjna. Ale jeśli się właśnie czuje, i jeśli ma obiektywne powody się nim czuć, jeśli bardzo potrzebuje jakiegoś glejtu na wielkomiejskość, nowoczesność i europejskość, to Tusk jest tym właśnie, co kupić musi za każdą cenę. Także za cenę beznadziejnie złych rządów i przyszłości; państwa i własnej.

I to by była pointa, ale zza płota, gdzie młodzi wykształceni z wielkich miast integrują się z rówieśnikami dopiero do miasta się wybierającymi, i gdzie pęka właśnie na to konto kolejna flaszka, dobiega jeszcze lepsza: chóralny ryk, że „Kaczyński to pedał!”. „Aspirujący” może jeszcze nie do końca trafiają w ten ton, który trzeba opanować, aby być prawdziwym europejczykiem, ale, przyznajmy, starają się jak potrafią.

***

Serwis rp.pl zaprasza wszystkich czytelników do wzięcia udziału w akcji: TRON. Wymień jedną rzecz, za którą najbardziej cenisz serwis rp.pl oraz jedną rzecz, którą byś zmienił/-a, by cenić go jeszcze bardziej. Pole widzenia powiększamy o wasz punkt widzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop