Archiwum z mar 2010

Uciszyć tę trumnę!

21 mar 2010

„IPN odzyskany” – ogłosiły triumfalnie propagandowe tuby rządzącego establishmentu, ale od spacyfikowania instytutu do rozwiązania problemu pamięci narodowej droga jeszcze daleka

Kolejnym krokiem powinno być teraz wykoń… pardon, „odebranie politykom” TVP Historia. Niby to tylko niszowa telewizja dla oszołomów, kiedy wyemitowała film „Towarzysz generał”, to żaden z czynników oficjalnych nawet tego nie zauważył, dopiero późniejsza emisja w TVP 1 wzbudziła furię.

Ale ja bym nawet takiej niszy nie lekceważył, bo nigdy nie wiadomo – może ktoś nagrać, powiesić na YouTube, i z takim trudem upowszechniona wizja III RP jako państwa wielkiego historycznego sukcesu i zbawiennego zbratania u koryta światłych elit z obu stron historycznego podziału dozna kolejnego uszczerbku.

Uprzejmie donoszę, że TVP Historia pozwoliła sobie ostatnio wyemitować 20-minutową rozmowę z Jerzym Giedroyciem, ostatnią, jakiej udzielił przed śmiercią. Co on tam opowiadał – skandal i oszołomstwo kompletne!

Nie pozostawił suchej nitki na III RP i jej elitach, zanegował wszystkie autorytety i aksjomaty, podważył ich moralne prawo oraz merytoryczne przygotowanie do rządzenia i stale odwoływał się do interesu narodowego i polskiego patriotyzmu, który, jak dawno autorytety wyjaśniły, był w istocie formą rasizmu.

Nie może być tak, żeby człowiek, którego polskie elity czczą i twierdzą, że się na nim wychowały, był pośmiertnie dopuszczany do głosu i okazywał się kompletnym, jak dziś się to nazywa, pisowcem.

Odejście ostatniego strażnika jego ozłoconej i szczęśliwie wtrąconej w kompletne zapomnienie spuścizny to dobra okazja, by ją należycie opracować, na miarę potrzeb spadkobierców legendy. Nie udała się wolna Polska na miarę Giedroycia, trzeba Giedroycia przyciąć do III RP.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Walendziak po przesiadce

14 mar 2010

Po latach milczenia przemówił Wiesław Walendziak. Przemówił, jak wynika z tego, co powiedział, z kilku powodów. Po pierwsze, by poinformować, że podobnie jak Roman Giertych i Kazimierz Marcinkiewicz właśnie sobie przypomniał, iż Jarosław Kaczyński zbierał haki – i wyjaśnić, dlaczego to robił: bo jest wstrętnym, małym obsesjonatem, który kocha koty, a ludzi nienawidzi

Po drugie, by upomnieć się o martyrologię swojego szefa i chlebodawcy Ryszarda Krauzego, który jest wspaniałym człowiekiem, wielce zasłużonym dla Polski, i bezpodstawna nienawiść Kaczyńskich strasznie go skrzywdziła; nie należy więc zapominać o umieszczeniu go na liście męczenników reżimu obok doktora G., prokuratora Kaczmarka i zaszczutego przez CBA Andrzeja Leppera. Oczywiście, Walendziak nie wspomina, że z męczennikiem łączy go służbowa podległość, a gazeta publikująca wywiad też o tym nie wspomina, i słusznie, bo wszak słowa bezstronnego autorytetu mają większą wagę.

I po trzecie, jako rzeczony autorytet Walendziak miażdżąco recenzuje czynnych polityków, bijąc na alarm, że zamiast dobrem kraju i wizją przyszłości kierują się piarem. Wszelako, i tu jest w wywiadzie nuta optymizmu – nie wszyscy. Tylko ci z PiS. Na szczęście jest jeszcze Donald Tusk. Donald Tusk to co innego, on, przeciwnie, „ma szansę odbudować polską politykę”, a to dzięki decyzji o wycofaniu się z wyborów prezydenckich. Tej decyzji nie może się Walendziak nachwalić do tego stopnia, że aż chce się wyciągnąć z jego zachwytu logiczne wnioski – skoro tak dobrze dla Polski, że Tusk zrezygnował z prezydentury, to jeszcze lepiej by było, gdyby zrezygnował i z premierostwa.

Słowem, wszystko, co trzeba. No, może mógł jeszcze Walendziak dodać jedno: że punkt widzenia zmienia się wraz z punktem siedzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pułapka Kaczyńskiego

14 mar 2010

Dopóki PO utrzymuje wizerunkowy monopol na bycie siłą nowoczesną, namaszczoną przez Zachód do rządzenia w Polsce, a PiS chodzi w gumiakach Leppera, Tuskowi wszystko będzie wybaczone

Sztuka marketingu politycznego polega na tym, by odgadnąć, która z rozmaitych spraw, w których wyborca ma swoje zdanie i swoje emocje, jest tą decydującą dla ostatecznego wyboru. Od 20 lat na przykład w każdym badaniu miażdżąca większość Polaków opowiada się za orzekaniem i wykonywaniem kary śmierci, a mimo to żadna z partii, które karę śmierci ustawiły w centrum swego programu, nie osiągnęła rewelacyjnego wyniku.

Nieodmiennie też Polacy w miażdżącej większości deklarują się jako katolicy, a jako najwyższą wartość wskazują w rozmaitych badaniach rodzinę. Ale siły polityczne eksponujące te wartości nie cieszą się wcale większościowym poparciem.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Historyczna konieczność eutanazji

13 mar 2010

Tak jak w wielu innych sprawach, moje podejście do problemu eutanazji staje się z wiekiem coraz mniej radykalne.

Kiedyś skłonny byłem głosić twardo: mowy nie ma nigdy i za nic! Dzisiaj mówię raczej: w zasadzie odrzucam, ale zależy, o kim konkretnie rozmawiamy. No bo jeśliby za parę lat, tak hipotetycznie, dorosła już córka Alicji Tysiąc stwierdziła, że opiekowanie się starą, ślepą matką źle jej robi na zdrowie i niniejszym życzy sobie rodzicielkę dobić − to kto mógłby zaprzeczyć, że ona akurat ma do tego moralne prawo?

Ja wiem, co usłyszę − że na w ł a s n e życzenie, tylko na własne… Jeśli ktoś jest śmiertelnie, nieuleczalnie chory, albo, wedle najnowszego holenderskiego projektu, stuknęła mu siedemdziesiątka, to może poprosić o skrócenie mu cierpień. Dobra, dobra. Powiedzmy − na razie tak się mówi.

I zresztą już takie gadanie obraża przeciętną inteligencję. Bo wynika z niego, że człowiek ze śmiertelną chorobą (jak potwierdzi każdy lekarz, w zdecydowanej większości wypadków pociągającą za sobą depresję, która przez współczesną medycynę od dawna traktowana jest jako osobna choroba, a myśli samobójcze jako jej typowy, oczywisty objaw) względnie w daleko posuniętej starczej demencji jest bardziej poczytalny, niż człowiek młody i zdrowy. Przecież jeśli człowiek młody i zdrowy popełnia samobójstwo, to się go ratuje. Robi płukanie żołądka, transfuzję, operację, co tam potrzebne. Choć wydaje się oczywiste, że pacjent by sobie tego nie życzył. Zupełnie nie bierze się pod uwagę jego własnej, jednoznacznie wyrażonej samobójczym aktem woli. Ba, po odratowaniu wali mu się w żyłę antydepresanty, aby chemicznie wymusić na nim zmianę decyzji. Często zdarza się, że po odratowaniu taki człowiek żyje jeszcze długo i umiera w sposób naturalny.

Lekceważymy więc wolę rozstania się z życiem człowieka młodego i zdrowego, uznając, że po prostu mu odbiło i zaraz dojdzie do siebie. Ale jeśli tę samą wolę wyrazi człowiek stary i chory, nie zakładamy, że to chwilowe obniżenie nastroju, tylko posłusznie podajemy (to znaczy − mamy podawać, a w niektórych krajach już) mu szpilę, zanim się rozmyśli.

Czy nie dlatego, że młody i zdrowy jeszcze się przyda, a stary i chory to tylko ciężar dla innych? Wszelkie korzyści, jakie mógł w życiu dać, już z niego wyciśnięto, teraz tylko generuje koszty. Jak dawno temu policzył pewien sławny francuski lekarz, chory na raka płuc w ostatnich dwóch miesiącach przed zgonem kosztuje ubezpieczalnię więcej, niż przez całe wcześniejsze życie (zaznaczam, że dawno temu, bo z każdym rokiem przybywa nowoczesnych, a więc coraz bardziej kosztownych terapii). A kto za to zapłaci?

Do pewnego momentu odpowiedź była prosta − młode pokolenie. Ale kraje rozwinięte dawno już zeszły poniżej progu „zastępowalności pokoleń” i mogą liczyć tylko na imigrantów. Ja bym radził na nich nie liczyć. Z prostej przyczyny: imigranci nie mają żadnych powodów, żeby nas na starość utrzymywać. Zresztą w większości wychowali się oni w kulturze muzułmańskiej i od dawna już, biorąc en masse, nie porzucają jej na rzecz europejskiego stylu życia. To zresztą oczywiste. Kto by porzucał wyższą kulturę na rzecz niższej? A z punktu widzenia wyznawcy islamu europejczycy są zdecydowanie kulturą niższą.

W krajach muzułmańskich nie ma domów dziecka ani domów starców. Nie są potrzebne. Dziecko dla wyznawcy islamu jest szczęściem i darem, a nie kłopotem, skutkiem wpadki, której trzeba w porę zapobiec. Więzy rodzinne mają charakter rzeczywisty, a nie symboliczny. Z punktu widzenia muzułmanów jesteśmy cywilizacja zepsutych, samolubnych bydlaków, którzy nie chcą mieć dzieci, nie chcą mieć żadnych obowiązków, całe życie przeznaczają na dogadzanie sobie, a na starość chcą być utrzymywani przez następne pokolenie. O ile zakład, że w chwili, gdy w owym następnym pokoleniu populacja imigrantów przekroczy, mniej więcej, jedną trzecią − po prostu wymówi „umowę pokoleń”, którą przecież nie z nią zawierano (Bogiem a prawdą, w ogóle jej nie zawierano z nikim)? Trudno z góry orzec, czy odmowa przybierze charakter gwałtowny, czy wyrażone zostanie za pomocą narzędzi demokracji. Ale jakie to ma znaczenie?

Tak czy owak, dzisiejsi Europejczycy w średnim wieku nie mają co liczyć na spokojną, dostatnią starość. Chyba, że się wykażą rozsądkiem i w porę dadzą się, jak zajeżdżony koń, zaprowadzić do rzeźni. (Chociaż to nietrafione porównanie − konie właśnie będą na starość miały znakomitą opiekę. Im bardziej nieludzkie stają się normy wobec ludzi, tym, prawem kompensacji, większa wrażliwość wobec zwierząt. Nie jest wcale przypadkiem, że pierwszym krajem Europy, który wprowadził bardzo daleko idące prawa chroniące zwierzęta przed cierpieniem, były nazistowskie Niemcy, i tak samo nie jest przypadkiem, że im większe przyzwolenie opinii publicznej krajów rozwiniętych na abortowanie i eutanazowanie ludzi, tym większe zarazem jej poparcie dla „praw zwierząt”).

A jak ktoś nie będzie miał tyle rozsądku? To spoko, się go przekona. A ty dziadu co tu jeszcze robisz? Nie nażyłeś się jeszcze? Podpisz żesz wreszcie! Nie chcesz podpisać? To już my ci obrzydzimy tę starość, aż dojdziesz do właściwych wniosków.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Obsesja nieobsesyjna

9 mar 2010

W języku „Gazety Wyborczej” słowo „obsesja” należy do najczęściej używanych, chyba zaraz po słowie „podłość”. Właściwie każda polemika z sektą z Czerskiej ogłaszana jest „obsesją” na punkcie Michnika i jego gazety.

Sama „Wyborcza” natomiast w ciągu jednego roku pisze ponad 450 razy o Radiu Maryja, codziennie daje kilka tekstów demaskujących knowania PiS, recenzuje obszernie co drugie wydanie telewizyjnych „Wiadomości” i na każdym nielewicowym spotkaniu umie wypatrzeć tego jednego stukniętego, który krzyknie coś o Żydach. I oczywiście czuje się od wszelkich obsesji zupełnie wolna.

Szczególnie zaś nie ma obsesji na punkcie tropienia prawicy w TVP pani Agnieszka Kublik, czego po raz nie wiadomo który dowodzi, chwaląc dziennikarzy radiowej Trójki za założenie związku zawodowego („Wyborcza” zawsze, jak łatwo sprawdzić, wręcz zionęła miłością do związków zawodowych) przeciwko „tym, którzy przyszli do Trójki wraz z „okupantem”". Tu pada moje nazwisko. Tak Wiktor Legowicz, który mnie kiedyś na wiele lat ściągnął na tę antenę, stał się okupantem.

Jako przeciwieństwo i wzorzec negatywny przywołuje zaś TVP 1, gdzie – jak pisze – „świetnie się czują dziennikarze kojarzeni z prawicą”. I wymienia Anitę Gargas, Bronisława Wildsteina i – znowu – mnie. No jasne, Anita Gargas wylana bez podania przyczyny (którą i tak każdy zna) czy Wildstein, co drugi dzień straszony zdjęciem z anteny lub przesunięciem na po północy, muszą się tam czuć wręcz bosko.

Co do mnie, nie wiem, bo w ciągu ostatniego roku byłem w TVP 1 tylko raz; „Wyborcza” z całej dyskusji zauważyła wtedy tylko, że „czerwieniały mi uszy”. Myślałem dotąd, że to przeoczenie mejkapistki, a okazuje się, że tak się dobrze czułem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop