Archiwum z mar 2010

Niereformowalny Kaczyński

30 mar 2010

Dziwię się, że media znane ze szczerej troski o PiS nie piszą nic o tym, jak bardzo Jarosław Kaczyński znowu zaszkodził swojej partii.

Oto Prawo i Sprawiedliwość miało w końcu doskonałą szansę, by okazać ludzką twarz, by zmienić wizerunek na bardziej bliski Polakom, po prostu bardziej normalny. By pokazać, że też jest partią, która potrafi coś załatwić i zatroszczyć się o drobny, rodzinny biznes – nawet jeśli tylko rodzin zaprzyjaźnionych, to też coś, wszystkich wszak wspierać się nie da.

Co więcej, senator Skorupa – bo do niego tu piję – pokazał wreszcie, że PiS też potrafi mówić ludzkim językiem. Nie żadne tam drętwe, zgredowskie farmazony o patriotyzmie, i to jeszcze genetycznym, i gdzie kiedy stało ZOMO – tylko prosta, k…, gwara, jaką posługują się miliony rodaków. I że jego słowa, ludowe w treści i narodowe w formie, potrafią wyrażać proste, oczywiste spostrzeżenia – co czyni je równie „ożywczymi” jak wiekopomne wystąpienia Palikota. Któż zaprzeczy, że z dziadowskich diet senatorom nie starcza nawet na porządne ubrania, skoro muszą donaszać po domu stare, niemodne sukienki?

Naprawdę, PiS miało wielką szansę załapać się na ten sam mechanizm, który sprawił, że afera hazardowa, a zwłaszcza sprawność w jej „skręceniu” i zamieceniu pod dywan, mocno poprawiła notowania PO, podobnie jak mebelki szwagra i inne drobne grzeszki poprawiały ongiś notowania Aleksandra Kwaśniewskiego. Polacy naprawdę nie lubią sztywniaków kłujących ich w oczy swą cnotą. Lech Wałęsa, póki uchodził za człowieka prawego, też był pośmiewiskiem elit, etatowym głupem i wsiórem, dopiero gdy wyszły na jaw teczki, gdy zaczął kręcić i plątać się w wyjaśnieniach, stał się podziwianą ikoną.

No i co ten Kaczyński robi? Od razu Skorupę wyrzuca. No nic facet z polskiej rzeczywistości nie rozumie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Lustracyjny paradoks

28 mar 2010

Dziennik „Polska” zamieścił, za macierzystym „The Times”, tekst o składaniu przez Niemców największych puzzli świata: pociętych w niszczarkach na kilka milionów drobnych kawałeczków akt enerdowskiej Stasi. Pisałem już o tej sprawie, ale nigdy dość, zważywszy, jak mało jest ona Polakom znana.

Nasi zachodni sąsiedzi od lat dwudziestu wydali na opracowanie, utrzymanie i ujawnianie akt policji politycznej ponad miliard euro. Do sklejania przemielonych kawałeczków zbudowali specjalny superkomputer i wyedukowali specjalistów do jego obsługi. Niemieckie media nigdy nie zakwestionowały sensu tych wydatków. Może dlatego, że w niemieckich mediach – by użyć języka naszych „elit” intelektualnych i politycznych – „Stasi odniosła pośmiertne zwycięstwo” i wskutek „grzebania w ubeckim szambie” „podzielono tam ludzi” i „naruszono elementarne prawa” – czyli, mówiąc po ludzku, kapusiów Stasi natychmiast z nich powyrzucano. Nie tylko z mediów.

Kapuś jest w Niemczech osobnikiem napiętnowanym, któremu nie tylko nie wolno wykonywać zawodów zaufania publicznego, ale wręcz każdy pracodawca może go, zlustrowawszy, bez żadnych kodeksowych wymogów potraktować odmownie.

Wszystko byłoby jasne, gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze, nasze zajadle proamnezyjne „elity opiniotwórcze” nie przedstawiają nam Niemiec jako ponurego reżimu, „pośmiewiska dla cywilizowanego świata”, rządzonego przez „obsesje przeszłości”, tylko jako wzór do naśladowania. Po drugie, robiąc u samych siebie coś diametralnie przeciwnego, u nas Niemcy wspierają wszystkimi siłami obóz antylustracyjny. Nieodparcie przypomina to radę chińskiego stratega Sun Cy, by popierać u wroga wszystko to, co u siebie się zwalcza. Tylko że Niemcy nie są naszymi wrogami, ale najlepszymi przyjaciółmi. Wszyscy przecież tak mówią.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Subotnik Ziemkiewicza: Nie ma rzeczywistości

27 mar 2010

Chyba już nikt poważny nie uznaje za pewną hipotezy, jakoby zawiniona przez działalność człowieka emisja CO² powodowała ocieplenie klimatu Ziemi.

Zakwestionowano ją we wszystkich możliwych punktach. Nie jest oczywiste, czy w ogóle klimat się ociepla – wiadomo, że dane które tego „dowodziły”, były przez wiele lat systematycznie fałszowane. Nie ma pewności, co może powodować ocieplanie się klimatu. Większość naukowców twierdzi, że wysoka zawartość w atmosferze CO² nie ma na ten proces wpływu, a ci, którzy taki wpływ widzą, zgadzają się, że jest to wpływ cząstkowy, znacznie mniejszy niż w wypadku – na przykład – pary wodnej. Nie sposób uznać emisji CO² spowodowanej przez człowieka za znaczącą wielkość wobec emisji naturalnej − jeden wybuch wulkanu wyrzuca w atmosferę mniej więcej taką jego ilość, jaką cała ludzka oparta na spalaniu energetyka wraz z transportem wytwarzają w ciągu ponad dwóch lat, a do wybuchów wulkanów dochodzi na całym świecie 40 – 50 razy w roku. A i tak wszystkie one razem wytwarzają mniej CO² niż powierzchnia mórz i oceanów (a ściślej, żyjący w nich plankton). I tak dalej. Na dodatek w kolejnych miesiącach ubiegłego roku media odkrywały i nagłaśniały coraz to kolejne kompromitujące głosicieli klimatycznej histerii fakty − przewodniczący osławionego „panelu klimatycznego” ONZ, nawiasem mówiąc z wykształcenia inżynier drogowy, powołany na to stanowisko, niczym baronessa Ashton na szefową unijnej dyplomacji, w ramach politycznie poprawnego parytetu, okazał się mieć udziały w firmie zarabiającej krocie na handlu „emisjami”; ujawnione mejle brytyjskich uczonych odsłoniły mechanizmy manipulowania danymi i wręcz fałszowania ich; Rosjanie pokazali światu korespondencję w której wspomniane organa do walki z globalnym ociepleniem wprost namawiają ich do uwzględniania danych tylko z tych punktów pomiarowych, w których temperatury wzrastają…

I z tą całą wiedzą w tle czytam, jak to łaskawie przyjmuje przedstawicieli Polski jakiś unijny komisarz, i – niestety – nie udaje się nam uzyskać u niego zrozumienia dla naszych potrzeb w dziedzinie emisji. Unia każe nam zamykać nasze zakłady, bo emitują za dużo CO² − zamiast produkować i „zanieczyszczać” środowisko wypuszczaniem do atmosfery naturalnego gazu, którego jest w niej mnóstwo, mamy kupować wszystko w Niemczech i innych krajach dysponujących „ekologiczną” technologią. W innej gazecie czytam, jak to z rozmachem, kosztem wielkiej pracy i pieniędzy buduje się w Bełchatowie jakąś kretyńską instalację do wyłapywania CO² z powietrza i tłoczenia go pod ziemię, nie wiadomo, po kiego grzyba. To znaczy, wiadomo − po to, żeby tłoczeniem powietrza pod ziemię wyrównać unijne normy emisji.

Bo Unia tak ustaliła i fakt, że ustalenia te straciły już dawno ostatnie pozory sensu nie mają na ich ważność wpływu. Zupełnie, jak w tej opowieści z „Akwarium” Suworowa, o przewerbowanym szpiegu, któremu okazano łaskę i wycofano rozkaz rozstrzelania. Ale wsadzić go do trumny i zakopać − wsadzili i zakopali. Bo tego rozkazu nie odwołano, a rozkaz jest rozkaz. Dyrektywa zaś pozostaje dyrektywą. Na tym tle z idiotów, którzy chcą na godzinę powyłączać wszędzie światło, nie wiedząc, że w ten sposób nie zmniejszają, tylko właśnie zwiększają zużycie prądu, nie ma już człowiek siły się nawet śmiać.

Rzeczywistość nie ma znaczenia. Odkleiła się od mediów, od działań polityków i cicho, nie zauważona, sfrunęła nam pod buty. Przykłady dostarczane przez „globalne ocipienie” nie należą wszak do wyjątkowych. Weźmy na przykład sprawę wejścia Polski do strefy euro. Wspólna waluta pozostaje naszym celem, jak gdyby nigdy nic się nie działo ani z nią, ani z nami. Aleksander Kwaśniewski oznajmia w wywiadzie, że jest rozczarowany faktem, iż Tusk tak mało robi w tym kierunku i że gdyby zrobił więcej, to zyskałby sobie trwałe miejsce w historii (jak to, to samo uratowanie demokracji przed okropnościami IV RP już przestało do tego wystarczać?). Tusk może i faktycznie mało robi, ale – jak to on – mówi. Mówi przy każdej okazji, że do euro wejdziemy najszybciej, jak tylko się da.

Tak, tak, nie trzeba mi przypominać, że ja też kiedyś gardłowałem za wejściem do strefy euro. I owszem. Ale to były nieco inne czasy − przed kryzysem bankowym, i przede wszystkim przed całą tą historią z Grecją. Jedno i drugie udowodniło, że odrzucana przez część ekonomistów (tych akurat najbardziej wpływowych) teoria optymalnego obszaru walutowego ma swoje uzasadnienie i sprawdza się w praktyce. Używanie wspólnej waluty przez gospodarki pozostające w znaczącej dysproporcji, silną i słabą, daje efekt synergii − jak ta większa rośnie, to ciągnie za sobą tę mniejszą. Ale jak ta wielka zadołuje, ciągnie za sobą mniejszą do dna i nawet jeśli jest ona zdrowsza, to i tak ponosi więcej szwanku.

Ocalenie − choć na poziomie minimalnym − wzrostu PKB w momencie, gdy wszystkie powiązane z naszą gospodarki unijne zanurkowały, z czego tak dumna jest Platforma i jej chwalcy, było w znacznym stopniu zasługą właśnie tego faktu, że nie zdążyliśmy wejść do strefy euro, ani, co byłoby najgorsze, do jej „przedsionka”, czyli narzucić sobie sztywnych kursów. Własna waluta zadziałała tak, jak działa poducha rozściełana przez strażaków dla wyskakujących z okien uciekinierów z płonącego wieżowca. Dobroczynny wpływ wywarła też dokonana z inicjatywy poprzedniego rządu obniżka podatków i składki rentowej, ale właśnie złoty polski był czynnikiem decydującym.

(Swoją drogą znaczące, że PiS, który w czasie swych rządów wykazał się ekonomicznym zdrowym rozsądkiem, w opozycji populistycznie wzywał rząd do wyrzucania pieniędzy i rozdymania deficytu. Zresztą i PO nie zachowywała się w opozycji inaczej, choć inaczej głosowała. Ale że w polityce rzeczywistość zależy od posadowienia partii w danym momencie po określonej stronie sceny to już żadne odkrycie).

Europejska prasa, zwłaszcza niemiecka, ciska teraz gromy na Grecję. Akurat kto jak kto, ale Niemcy, którzy przez kilka lat utrzymywali znacznie wyższy od dopuszczonego kryteriami z Maastricht deficyt budżetowy, zapewniając sobie, dzięki swej politycznej pozycji, bezkarność, mają do tego najmniejsze prawo. Horrendalne jest w wypadku Grecji nie to, że tak popsuła wspólną walutę − horrendalne wydaje się to, że pozwolił sobie na to kraj mało istotny, jedno z, jak to niegdyś ujął pewien francuski ambasador, „gównianych państewek”. Ale że nie mam złudzeń co do naszej pozycji w Europie − wbrew oczywistych głupstw, jakie się wypisuje, świadomie myląc prasowe pochwały za uległość z politycznym znaczeniem w polityce międzynarodowej − to i nie wątpię, że w strefie euro nie zaliczalibyśmy się do gigantów, uprawnionych do bezkarnego łamania wspólnych ustaleń, tylko do pouczanych i stawianych pod ścianą.

Można było się na to godzić, gdy euro wydawało się narzędziem mogącym solidnie podpompować tempo naszego wzrostu. W chwili obecnej widać więcej możliwych szkód niż zysków i to powinno skłaniać polskie władze do jak najdalej idącej powściągliwości w tej sprawie.

Tymczasem premier mówi na unijnym szczycie… No, tak, wszyscy wiedzą, co mówi i że tylko mówi. Ale, jeśli nie daj Boże, również tak myśli, nadal, mimo wszystkiego, co rzeczywistość w ostatnich latach i miesiącach przyniosła? Może tak być. Rzeczywistości wszak nie ma.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Jaruzelski i wszystko jasne

24 mar 2010

Swego czasu pisałem tu dość obszernie o jednym z bezczelnych łgarstw Jaruzelskiego w programie Tomasza Lisa − zupełnie niezgodnej z historyczną prawdą wizji masakry na wybrzeżu w grudniu1970.

Były gensek, wówczas Minister Obrony Narodowej, tłumaczył, że trzeba było otworzyć ogień, bo ludzie wyszli na ulicę, palili i niszczyli, atakowali siły porządkowe, no, słowem, w każdym kraju władze w takiej sytuacji kazałyby użyć środków przymusu do strzelania ostrą amunicją włącznie.

Prawda − przypominam króciutko − była zupełnie inna. W środę 16 grudnia 1970 roku sytuacja wydawała się już opanowana. Towarzysz Kociołek zaapelował do stoczniowców o powrót do pracy i apel ten spotkał się z życzliwą odpowiedzią. Następnego dnia, 17 grudnia (tzw. „Czarny czwartek”) pojechali oni normalnie na poranną zmianę. I wpadli w pułapkę: bramy stoczni obstawiali podwładni Jaruzelskiego, którym wydano rozkaz nie wpuścić robotników do zakładu. Kolejne pociągi wyładowywały na stacji pracowników, którzy (starczy spojrzeć na mapę) nie mieli żadnej drogi ucieczki, siłą rzeczy napierali, popychani przez kolejnych przybyłych, na wojskowy kordon. Ze skutkiem łatwym do przewidzenia.

Strzelano więc wcale nie do uczestników zamieszek, podpalających komisariaty czy rzucających kamieniami w milicję, ale do spokojnych ludzi, którzy szli do pracy. Wiele przesłanek od dawna już znanych wskazuje, że ukartowano to z zimną krwią, aby sprowokować zamieszki, które faktycznie wybuchły − później, w reakcji na opisaną zbrodnię.

Właśnie sięgnąłem − z pewnym opóźnieniem − po najnowszy Biuletyn IPN. A tam, od razu, bo na stronie 2. znalazłem informację znaną być może fachowcom − ale dla mnie będącą rzeczą nową. Mówi profesor Jerzy Eisler: „Jeśli wierzyć kierownikowi sektora polskiego w KC KPZS, Piotrowi Kostikowowi, już 16 grudnia, w środę, czyli jeszcze przed masakrą w Gdyni i przed najbardziej gwałtownymi walkami ulicznymi w Szczecinie, na posiedzeniu Biura Politycznego KPZS w Moskwie Leonid Breżniew postawił kwestię sukcesji władzy w Warszawie i powiedział, że najlepszym kandydatem jest Gierek. Propozycję przyjęto przez aklamację…”

Ciekawe, prawda? W bratniej Polsce właśnie opanowano sytuację, więc, na logikę, sowieckie politbiuro powinno wysyłać do Gomułki depeszę gratulacyjną. Tymczasem, wręcz przeciwnie, podejmuje ono decyzję, kto skompromitowanego „Wiesława” zastąpi. Prorocy jacyś? W Polsce Kociołek dopiero co wygłosił swoje przemówienie wzywające do powrotu do pracy, wojsko bodaj jeszcze nie dostało rozkazu, by strzelać do próbujących się dostać do stoczni, a na Kremlu Breżniew już wie, że dojdzie do masakry, po której trzeba będzie wymienić bratniego genseka, więc stawia tę kwestię na plenum!

Ilu jeszcze podobnych faktów trzeba, by powiedzieć to, czego nie miał odwagi powiedzieć polski sąd, uciekając w bezsensowne przesłuchiwanie tysiąca nie mogących niczego wiedzieć świadków, a potem w ciągnące się ponad rok zwolnienie lekarskie sędziego − to, że jednoczesne wydanie apelu o powrót do pracy i rozkazu strzelania do tych, którzy go posłuchają, nie było skutkiem bałaganu, tylko z premedytacją popełnioną zbrodnią, mającą na czele sprowokowanie zamieszek i odsunięcie Gomułki na rzecz Gierka?

Oczywiście, już słyszę, co mają do powiedzenia obrońcy Jaruzelskiego i on sam. Że nie ma żadnego dokumentu z jego podpisem. Że nie ma dowodu, iż za masakrą stał inspirowany przez sowietów spisek, a jeśli stał, to nie ma dowodu, że Jaruzelski o nim wiedział, a w ogóle to „my nie wierzymy sowieckim generałom”. Jasne, Breżniew miał po prostu przebłysk jasnowidzenia, a Jaruzelski, który do spisku nie należał, nie tylko zachował po udanym puczu wpływy, ale nawet je poważnie zwiększył, bo doceniano jego fachowość i patriotyzm − bardzo to się wszystko trzyma, par excellence, kupy.

I dlatego właśnie rządzący establishment z taką determinacją stara się skończyć z IPN-em. Już, szybko, choćby i całkiem na rympał, bo cholera wie, co jeszcze wyciągną i opublikują. Mniejsza o Jaruzelskiego i Grudzień’70. Są obszary, gdzie ujawnienie prawdy może być dla legitymizacji establishmentu, jego historycznego prawa do władzy i „rządu dusz” znacznie groźniejsze.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Milczenie byłoby złotem

23 mar 2010

Gdy Tomasz Lis publicznie zobowiązał się odgryźć sobie język, jeśli Lech Kaczyński nie wystartuje w wyborach prezydenckich, niektórzy wyrazili zatroskanie. Bo, twierdzą bywalcy kuluarów, prezydent ponoć wcale nie jest od rezygnacji z kandydowania daleki.

Uspokajam: ewentualna utrata języka Lisowi nie zaszkodzi. Język potrzebny jest pani Olejnik, żeby mogła przerywać zaproszonym pisowcom i zakrzykiwać ich. Lis reprezentuje zupełnie inny rodzaj dziennikarstwa. Od dawna zaprasza już wyłącznie gości jedynie słusznych. Jeśli będzie im potakiwać milcząco, mniej uważni widzowie (a, o zgrozo, badania pokazują, że oglądalność jego programu wyrabiają głównie tak pogardzane na salonach „osoby starsze, gorzej wykształcone i z małych ośrodków”) mogą w ogóle nie zauważyć, że coś się zmieniło.

Po obejrzeniu ostatniego „Tomasza Lisa na żywo” sądzę nawet, że odgryzienie sobie języka mogłoby gospodarza tego programu uchronić przed wystąpieniami paskudnymi. Takimi jak rozmowa, w której przerzucał się z Bronisławem Komorowskim wyrazami oburzenia wobec prezydenta Kaczyńskiego za to, że odznaczył Mariusza Kamińskiego za jego dokonania w CBA.

Ta sugestia była wielokrotnie szuflowana do głów widzów i nawet co uważniejsi z nich musieli odnieść wrażenie, że dokonał się akt jakiejś skandalicznej zapłaty państwowym odznaczeniem za partyjne zasługi. (Inna sprawa, że nie przypominam sobie, by Lis czy Komorowski wyrażali absmak, kiedy Kwaśniewski obwieszał orderami redaktorów „Trybuny” i działaczy PZPR oraz jej kontynuacji).

Tymczasem Mariusz Kamiński odznaczony został za swą działalność w NZS. Tak się składa, niestety, że pełną czynów naprawdę odważnych i godnych uhonorowania. Cóż, nawet ordynarna manipulacja jest dobra, jeśli pozwala się przysłużyć…

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop