Archiwum z lut 2010

Ratujmy dzieci (4)

20 lut 2010

Subotnik Ziemkiewicza

Kolega opowiadał mi kiedyś dykteryjkę z przedszkola − prywatnego, co ma dla historii pewne znaczenie.

Jedno z przyjętych do niego dzieci, jak się szybko okazało, miało zwyczaj ściągania przed wszystkimi majtek i obnażania… no, wiadomo czego. Nie reagowało przy tym na uwagi wychowawców, przeciwnie, upierało się, że „mama jej tak pozwala”, więc nie może być w takim zachowaniu nic złego. Mama, gdy się do niej zwrócono, potwierdziła. Tak jest, oznajmiła, ona nie będzie tłumić seksualności dziecka i życzy sobie, aby także w przedszkolu nikt się tego nie ważył robić.

Była to, generalnie, dykteryjka o tym, do czego doprowadza pogoń właścicieli prywatnych placówek wychowawczych za mamoną − chodziło bowiem o to, że właściciele przedszkola uznali, iż skoro mama płaci, to co im tam. Dopiero, gdy inni rodzice zagrozili, że w takim razie oni zabierają swoje dzieci, przekalkulowali i poprosili postępową rodzicielkę, żeby swoją postępowo wychowywaną latorośl nauczyła nie eksponować „seksualności”, albo zabrała.

Ale teraz przypomniała mi się ta historia z zupełnie innego powodu. Zapoznałem się bowiem z fragmentami projektu ustawy „o zapobieganiu przemocy w rodzinie”, którą wysmażyli wspólnie posłowie SLD i PO, a Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, jak się zdaje, zaaprobowało.

Nie uwierzyłbym własnym oczom, gdybym od dawna nie wiedział, że w polskim Sejmie każda głupota przejdzie, i każdy „lobbysta” albo fanatyk może wpisać do ustaw dowolną brednię, mając uzasadnioną nadzieję, że posłowie ją, głosując jak barany za przewodnikiem, uchwalą, nie zauważywszy. To, co jacyś nawiedzeni usiłują wprowadzić do prawa pod pretekstem „walki z przemocą w rodzinie” nie tylko urąga zdrowemu rozsądkowi − to zamordyzm, na jaki w walce z polską rodziną, tradycją i religią nie ważyli się nawet komuniści. Wiem, że takich fraz się dziś nadużywa, ale proszę mi wierzyć – nie przesadzam.

Przeczytaj cały tekst

NA TEJ STRONIE MOŻESZ WYRAZIĆ SPRZECIW WOBEC USTAWY ZAKŁADAJĄCEJ KONTROLĘ ŻYCIA PRYWATNEGO PRZEZ PAŃSTWO

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Redaktor Paradowska z niszczarką

18 lut 2010

Próba politycznego rozegrania śmierci Barbary Blidy przeciwko liderom PiS jest, jak wielokrotnie pisałem, jednym z większych propagandowych draństw lewicy i salonu. Barbara Blida popełniła, ponad wszelką wątpliwość, samobójstwo. Na pewno podczas jej zatrzymania doszło do nieprawidłowości, ale polegały one na tym właśnie, że funkcjonariusze chcieli być wobec zatrzymywanej uprzejmi, zamiast ją regulaminowo skuć, co próbie samobójczej by zapobiegło. Można oczywiście podważać zasadność decyzji o zatrzymaniu, dywagować, czy nie wystarczyłoby wezwać byłej minister na przesłuchanie listem poleconym, ale, po pierwsze, to, że podejrzewa się kogoś, wobec kogo zarzuty potem się nie potwierdzą, to w śledztwie sytuacja częsta, po drugie − osoba chora na depresję, a wszystko wskazuje, że właśnie ta choroba zabiła Blidę, mogłaby się targnąć na życie równie dobrze na widok wezwania z prokuratury jak na widok ekipy ABW.

Szczególnie obrzydliwe jest zaś, kiedy swoją świętą męczennicą usiłuje zrobić Barbarę Blidę SLD. To właśnie sposób, w jaki została ona, jako „millerowski złóg” potraktowana w ramach walk frakcyjnych przez własną partię wydaje się jednym z istotnych, jeśli nie decydujących powodów załamania nerwowego. Miotając oskarżenia i grając na uczuciach publiki postkomuniści zatracili wszelkie granice śmieszności. Pamiętam jeszcze ogłoszenie prasowe, w którym Sojusz Lewicy Demokratycznej zapraszał na uroczystą Mszę Świętą w intencji Blidy, z udziałem partyjnych tuzów − bodajże towarzyszy Kalisza, Szmajdzińskiego i Olejniczaka. Było to tylko odrobinę bardziej żałosne, niż prace sejmowej komisji śledczej, brnącej w dzieleniu każdego włosa na osiem w szczegóły, których znaczenia dla sprawy sama nie umie wyjaśnić a jednocześnie dotąd nie mającej czasu przesłuchać osoby, której obciążające Blidę zeznania były podstawą decyzji prokuratury.

Ostatnio kultowi „dumnej Ślązaczki, która wolała śmierć niż upokorzenie” silny cios zadała prokuratura, która uznała, że nie da się już dalej odwlekać tego, co w braku jakichkolwiek dowodów oczywiste, i umorzyła postępowanie w sprawie rzekomych nacisków Kaczyńskiego oraz Ziobry na prowadzących sprawę śledczych. Komentator „Gazety Wyborczej” oprotestował tę decyzję, pouczając prokuraturę o rozmaitych (wątłych, delikatnie mówiąc) przesłankach, które powinna wziąć pod uwagę, skoro od tylu miesięcy deliberuje nad nimi sejmowa komisja − w duchu sądy sądami, ale Kaczora trzeba dopaść.

Ale zupełnie kapitalny komentarz do umorzenia sprawy, stanowiący kolejny popis „kalizmu” establishmentowych mediów, dała w „Polityce” Janina Paradowska.

Cytuję:

„Zaskoczona nie jestem. Trudno sobie wyobrazić, że premier Kaczyński, minister Ziobro czy ich podwładni z ABW lub prokuratury pisali sobie polecenia, że mają naciskać i wreszcie coś na Blidę znaleźć. Takie sprawy załatwia się inaczej. Wystarczy awansować na wysokie stanowiska młodych, oddanych sobie ideowców albo po prostu cynicznych pragmatyków i oni już intencje przełożonych odczytają w lot, nawet telefonować nie trzeba. Rzecz nie w pismach, poleceniach, ale w stworzonym systemie podległości i klimacie politycznej nagonki”.

Czy Państwo jeszcze pamiętają, jak rechotał salon z Ziobry pokazującego niszczarkę? Z argumentu (cokolwiek na siłę włożonego mu w usta), że skoro dowodów nie ma, to dowód, że zostały zniszczone? Jeśli nie, to proszę sięgnąć do internetowego archiwum paru mediów, choć, niestety, w takich archiwach nie ma tego, co najbardziej charakterystyczne i wredne, czyli wypowiedzi przyrządowych redaktorów w Radiu Zet, Tok FM czy TVN-24. Niszczarka ubawiła wtedy salon do rozpuku.

A teraz? No PRZECIEŻ to oczywiste, że żadnych nacisków nie było. Była ATMOSFERA i SYSTEM PODLEGŁOŚCI (a widział kto kiedy prokuraturę czy inną strukturę administracji państwowej nie bez hierarchii podległości?!). Im bardziej Ziobro i Kaczyński nie pozostawili po sobie żadnych dokumentów świadczących o wywieranych naciskach, tym bardziej to dowodzi, że naciskali tak, żeby nie zostawiać śladów.
A przy okazji − takie pytanie do pani redaktor: czy Pani zdaniem atmosfera „trzeba wreszcie coś na Blidę znaleźć”, no bo już tyle czasu rządzimy, a układu ani widu − nie ma aby czegoś wspólnego z atmosferą „trzeba wreszcie coś znaleźć na Kaczorów i Ziobrę, bo już tyle czasu rządzimy, a tych straszliwych zagrożeń dla demokracji jakoś ani widu”? Czy aby nie zauważa Pani „atmosfery politycznej nagonki” wokół samej siebie? I jak Pani redaktor określiłaby swój własny udział w tej „atmosferze”, czy zalicza siebie samą do młodych ideowców, oddanych premierowi, który „musi” – czy raczej do pragmatyków?

PS. Warto przy okazji zajrzeć w archiwa, jak redaktor Paradowska dyskredytowała raport z rozwiązania WSI. Przyłożenie do tamtych spraw wiedzy że „takie sprawy załatwia się inaczej”, i „nawet telefonować nie trzeba”, którą najwyraźniej uzyskała niedawno na okoliczność Kaczyńskich, powinno, jak sądzę, zachwiać Jej pewnością, że w WSI nic złego się nie działo, bo nie ma na to żadnych dokumentów?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

O przeszłości trzeba rozmawiać

15 lut 2010

„Rzeczpospolita”, pochlebiamy sobie, jest tą właśnie gazetą, która miała odwagę wprowadzić do głównego nurtu debaty bolesne tematy, jakie inni woleli przemilczać.

Jako pierwsi z mediów wysokonakładowych zdecydowaliśmy się głośno zaprotestować przeciwko pleniącemu się zwyczajowi pisania o „polskich obozach koncentracyjnych”. Jako pierwsi też zaprotestowaliśmy przeciwko przemilczaniu, w imię doraźnej polityki, prawdy historycznej o krzywdach doznanych przez polską ludność Kresów z rąk ukraińskich nacjonalistów.

Zrobiliśmy to z przekonaniem, że – jak często powtarza zasłużony w tej sprawie ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski – „nie o zemstę, lecz o pamięć wołają ofiary”. Współcześnie Polacy i Ukraińcy mają wiele powodów, by trzymać się razem. Aby było to możliwe, przeszłość musi zostać sprawiedliwie osądzona. A to się może dokonać tylko w dialogu, w konfrontacji pamięci polskiej z pamięcią ukraińską. Jakkolwiek czasem wydaje się to przykre, trzeba słuchać głosu Ukraińców. Choćby po to, by wiedzieć, jak bardzo to, co oni chcą o owych czasach pamiętać, różni się od naszych świadectw.

Wywiad z wnukiem Stepana Bandery, który przeprowadziliśmy, pokazuje stan świadomości znacznej części ukraińskiej diaspory w Ameryce. Przeprowadzić z kimś wywiad, nie znaczy aprobować jego poglądy ani udzielać mu wsparcia. Przykro, że trzeba to wyjaśniać Kresowiakom, którzy na tę publikację zareagowali niekiedy w tonie nazbyt emocjonalnym. Doskonale rozumiejąc, jak bolesnych spraw dotykamy – nie możemy się zgodzić, że powinniśmy się ograniczyć tylko do naszego, polskiego, punktu widzenia.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dworacy w obłędzie

15 lut 2010

Kilka oczywistych uwag na temat dziennikarstwa dworskiego, rzuconych na papier przez mojego redakcyjnego kolegę Igora Janke 3 lutego, wywołało pomruki oburzenia wymienionych przez niego redaktorów. Rafał Kalukin z „Gazety Wyborczej” wytłumaczył , że jego komentarz, rozpoczęty wyznaniem, iż „tak po ludzku” Donald Tusk mu zaimponował, był w istocie głęboko zdystansowany do premiera i obiektywny, a nawet krytyczny. Również Mariusz Janicki z „Polityki” zapewnił, że wraz z Wiesławem Władyką i całą redakcją „patrzą władzy na ręce”. A to, że przy okazji ją po tych rękach gorliwie całują, wynika tylko z faktu, że rachunek jej zalet i wad „wciąż jest zdecydowanie na plus”.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Fakty są tendencyjne

14 lut 2010

„Taki historii pierwszy elementarz: bardziej od faktów liczy się komentarz” – pisał przed laty satyryk. Po ustrojowej zmianie, przez niektórych czczonej jako „największy, bezkrwawy sukces Polaków w ich historii”, twierdzenie to nie straciło bynajmniej na aktualności. Sukces sukcesem, a znów się okazało, że wiele trzeba zmienić, żeby nic się nie zmieniło.

Histeria po emisji filmu „Towarzysz generał” nie jest pierwszym tego dowodem, ale skoro jest najnowszym, proszę, zwróćmy na to uwagę. Żaden z krytyków filmu, sypiąc najmocniejszymi inwektywami, orzekając gołosłownie, iż film jest „propagandowym gniotem” czy nawet stawiając przewrotne oskarżenia, że „w gruncie rzeczy przysporzył sympatii generałowi”, nie jest w stanie, nie próbuje nawet podważyć pokazanych w filmie faktów. Nie próbuje tego nawet sam Jaruzelski, choć jemu, korzystającemu ze swoistego przywileju oskarżonego pozwalającego bronić się wszelkimi metodami, byłoby łatwiej.

Nie, fakty zostawmy na boku – wściekłość wywołuje to, że te fakty nie zostały odpowiednio skomentowane. Że ich nie „zrównoważono” opisaniem kontekstu i innych okoliczności łagodzących.

Tak samo przecież było z książkami Cenckiewicza i Gontarczyka oraz Zyzaka. Nikt nie przeczył faktom ani tym z czasów „Bolka”, ani bardziej kompromitującym, z czasów prezydentury – oprócz Wałęsy, który wszakże szybko zaplątał się w sprzecznych wyjaśnieniach. Ale gromko żądano „zrównoważenia” faktów innymi, bardziej korzystnymi. Albo histeria oburzenia po publikacji zapisów rozmów Kuronia z pułkownikiem Lesiakiem…

III RP nie jest jedynym państwem na szerokim świecie, w którym fakty historyczne są niecenzuralne i nie mogą być publicznie przywoływane bez odpowiedniej egzegezy. Ale w Unii Europejskiej – tak.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop