Archiwum z lut 2010

Fachowa siła lewicy

28 lut 2010

Film Macieja Gawlikowskiego o KPN „Pod prąd” spotkał dziwny los – zamówiony przez TVP 2, skolaudowany niedawno z ocenami wyłącznie pozytywnymi, zaraz potem trafił na półkę pod głupawym pretekstem, że w ramówce nie ma miejsca na tego rodzaju filmy dokumentalne. Prawdziwa przyczyna paracenzorskiego zapisu, co sobie właśnie uświadomiłem, jest zaś zapewne bardzo przyziemna.

Otóż autor użył znalezionego w archiwach fragmentu dziennika telewizyjnego ze stanu wojennego. A ściślej – nadawanego wówczas w DTV programu „Z archiwum solidarności”. Były to, kto jeszcze pamięta, najbardziej gadzinowe, propagandowe paskudztwa, nawet na tle tych czasów wyjątkowo odrażające, redagowane bardziej przez SB niż przez telewizję. „Demaskowano” tam zbrodnicze plany podziemia, pokazując zarekwirowane magazyny broni, listy członków partii do egzekucji i wachlarze dolarów przysłanych „Solidarności” i KPN na wywrotową działalność przez CIA.

Taki właśnie esbecki bloczek przytoczył w swym filmie autor i, zgodnie z wymogami prawa, odnotował cytat w końcowych napisach, podając, za archiwalną metką, autorów wykorzystanego programu. I zapewne nawet nie wiedział, że wychodzi mu „arka przymierza między dawnymi i nowymi laty”. Komisja kolaudacyjna też zresztą nie zauważyła, musiał się ktoś w Dwójce zreflektować: autorem tej ubeckiej propagandy, cedzącym spoza kadru obelgi i kłamstwa pod adresem „pachołków amerykańskiego imperializmu”, był niejaki Jacek Skorus. A Jacek Skorus to dziś, ho, ho, poważany dziennikarz, od niedawna piastujący z rekomendacji SLD odpowiedzialne stanowisko szefa telewizyjnej „Panoramy”.

Tylko czego się dziś lewica wstydzi? Towarzysz Skorus „pracował dla Polski, bo innej Polski wtedy nie było”. Dajcie mu jeszcze medal.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zatrucie Romaszewskiego

27 lut 2010

Subotnik Ziemkiewicza

W perwersyjny sposób ucieszył mnie wywiad, którego udzielił były minister Mirosław Drzewiecki (ksywa Miro) w stanie wyraźnie filipińskim – co, jak wiadomo, sprzyja szczerości. Tak jest! Nie odwracajcie oczu − stać i patrzeć, salonowa trzodo, za karki by was trzymać przy telewizorach. Oto chodzący rezultat waszych inteligenckich bredzeń o postpolityce, w której nie liczą się żadne wartości, a tylko „pragmatyzm” i skuteczność we wdrażaniu reform. Niby normalka. Po niewydarzonych pomysłach kawiarnianych reformatorów – którzy chcieli na zadeptaniu prawdy tworzyć „specyficznie polską syntezę orientacji dawniej przeciwstawnych” i medialnym gwałtem pozdzierać polactwu z grzbietów sukmany, żeby się musiało przebrać za Europejczyków − przyszedł Edek i robi swoje. Jak zwykle mędrkom nie udało się nic zbudować, ale udało się sporo zniszczyć, więc Edek może teraz hulać. Szmaciak chce władzy nie dla śmichu, lecz dla bogactwa, dla przepychu, chce mieć tytuły, forsę, włości… A jak mu się noga opsnie, to nagle tonem podsłuchanym u mędrków bluzga na ten dziki kraj, który nie docenia swych wielkości.

Stać i patrzeć. Oto wasze „Tusku, musisz”, wasze wysokie standardy. Mieliście do wyboru inkwizytorów i szemranych cwaniaczków. Wybraliście szemranych cwaniaczków, bo inkwizytorzy budzili w was paniczny strach, a ferajna – w której Miro trzymał kasę – tylko poczucie wyższości podszyte przekonaniem, że salon nad nią przecież zapanuje. Tamci niech sobie kręcą lody, a rząd dusz będziemy przecież sprawować My. No to sobie przynajmniej popatrzcie i posłuchajcie…

Taaa, ale właściwie ja dziś nie o tym. To, że taki Miro pokazuje się jako stuprocentowy Miro to ani zdziwienie, ani ból. To, że jak Miro zachowuje się ktoś taki jak senator Romaszewski… to jest zdziwienie i ból. Niestety, niestety, niestety. A przecież jest w tym wszystkim żelazna logika: gdzie ktoś taki jak Romaszewski broni immunitetu Piesiewicza, tam ktoś taki jak Drzewiecki z wyżyn autorytetu moralnego wykłada nam o zdeprawowaniu polityki i ogólnym zdziczeniu Polski.

Nie chcę się wdawać w partyjne pierepałki. Napisałem wiele cierpkich słów o polityce Jarosława Kaczyńskiego, prowadzącej do wypłukiwania jego partii z ludzi w jakikolwiek sposób wybitnych (inna sprawa, że taka partyjna erozja to nieszczęście wspólne wszystkim formacjom naszej polityki), ale tu akurat sprawa ma się inaczej i skargi Romaszewskiego w „Gazecie Wyborczej” są zupełnie nie na miejscu. Zawieszenie go nie było żadną tam rozprawą z „inteligentami” w PiS-ie (choć przyznajmy, zasłużony senator dobrze wie z jakiego klucza zaśpiewać, żeby na Czerskiej dostać rozkładówkę) tylko zastosowaniem się do elementarnych prawideł partyjnego pijaru. Przypuszczam, że gdyby senatorowie PiS tylko zagłosowali za immunitetem Piesiewicza, nie byłoby problemu. Ale ich zbrodnia − z punktu widzenia partii − polegała na tym, że dali tej paskudnej akcji obrony „swojego” przed sprawiedliwością twarze. Nie ludzie PO, ale właśnie oni pojawili się w dziennikach telewizyjnych jako jej inicjatorzy i przywódcy. PO zrobiła świństwo, a Polacy zobaczyli, że to PiS. Kaczyński tu akurat nie mógł inaczej postąpić. Musiał jakoś pokazać, że partia się od tego odcina.

A Zbigniew Romaszewski się obraził. Przez myśl mu nie przeszło, że zrobił coś złego. Mniejsza o szkody w politycznym marketingu − że zrobił coś złego pokazując wszem i wobec, iż także Senat, także niewątpliwa elita do jakiej należy, kieruje się u nas regułami gangu. I że także On się nimi kieruje. Prawo jest prawem − Senat stoi na jego straży. Ale kiedy nasz człowiek, kolega, senator, prawo to w oczywisty sposób złamał, to blokujemy i uniemożliwiamy postępowanie przeciwko niemu. Senat nie głosował wszak nad oceną Piesiewicza, więc wszystkie argumenty o okolicznościach łagodzących i nieszczęściu, jakie na niego spadło, są nie pri czom. Senat głosował nad tym, czy człowiek z jego grona podlega takiemu samemu prawu jak szary obywatel − i przegłosował, że nie, że prawo ma gdzieś, bo przeciwko naszym prokuratorskich dochodzeń prowadzić nie wolno, nawet gdy dowody widziała cała Polska. A senator Romaszewski – do niedawna jeden z ostatnich w Polsce ludzi czcigodnych – dał temu twarz i chyba kompletnie nie rozumie, że zachował się dokładnie tak, jakby się na jego miejscu zachował Miro czy inni ludzie, których „noblesse nie oblizało”.

Nie umiem tego inaczej wytłumaczyć, niż zatruciem. Zbigniew Romaszewski jest w polityce nieprzerwanie od zarania III RP. Co prawda na jej obrzeżach, w Senacie, do którego wchodził za każdym razem z poparciem różnych partii albo bez niego − ale ta peryferyjna pozycja procesowi stopniowego zatrucia nie przeszkodziła, najwyżej spowolniła go. Dwadzieścia lat w polityce musiało spowodować, że nawet człowiek tak prawy nasiąkł zasadami jakie tam panują i instynktownie uznał je za swoje. Bo paraliż postępowy najzacniejsze trafia głowy.

To jest dopiero miara naszego upadku, nie jakiś tam prowincjonalny cwaniaczek i jego droga spod sklepu monopolowego do rządu i, daj Boże, z powrotem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Chrońmy kobiety przed polityką

25 lut 2010

Kobiety nie poprawiają polityki. Wręcz przeciwnie: polityka psuje kobiety. Wchodząc w to środowisko, stają się bardziej od mężczyzn brutalne, perfidne i fałszywe

Swego czasu bardzo popularne było w polskich mediach określenie „temat zastępczy”. Szermowano nim głównie w celu zdyskredytowania tradycyjnych pól zainteresowania politycznego katolicyzmu – wzorcowym tematem zastępczym obwoływano aborcję, dopóki zmiana prawa w tej kwestii nie stała się sztandarowym postulatem lewicy.

Nic się nie zmieni

Nic jednak bardziej nie zasługuje na miano tematu zastępczego, niż wymyślony przez grupy feministyczne organizujące tzw. Kongres Kobiet postulat parytetów płciowych na listach wyborczych. Zaproponowana przez te środowiska ustawa nie niesie absolutnie żadnych skutków praktycznych.

Bardzo przekonująco udowodnił to, popierając stosownymi obliczeniami, dr Jarosław Flis – którego wywodu nie mogę w pełni zacytować z braku miejsca – wskazując, w największym skrócie, że nasza ordynacja narzuca gigantyczną nadliczebność kandydatów. W okręgu, gdzie realnie ma szansę na zdobycie jednego – dwóch mandatów, partia wystawić musi listę kilkunastu, niekiedy ponad 20 osób, które z założenia są tylko wyborczą massa tabulettae.

W tej grupie można dowolnie i bezpiecznie dla systemu ustalać sobie dowolne parytety nie tylko dla kobiet, ale też, jak niegdyś w FJN, dla pracowników umysłowych i fizycznych, mieszkańców wsi i miast, a nawet dla łysych i długowłosych – i tak „nie wchodzą”.

O faktycznych szansach wyborczych decyduje umieszczenie przez szefa partii na „mandatowym” miejscu, a niekiedy popularność w regionie – tu autor analizy podawał przykłady, gdy silnie zakorzeniona na Podkarpaciu szefowa lokalnych struktur PO wygrała z przysłanym z Warszawy byłym przewodniczącym „Solidarności”, ale także odwrotnie, przykłady, gdy kobieta spadochroniarz (a takie kandydatki mielibyśmy w wypadku odgórnego realizowania przez partie parytetów) przegrywała ze znanym lokalnym działaczem startującym z niższego miejsca.

„Parytetowe” prawo jest więc z zasady zmianą niczego niezmieniającą i tym tłumaczyć należy fakt, że temat wyraźnie „szarpnął” w politycznej debacie. Nasza polityka „dzieje się” bowiem głównie w sferze pozorów i symboli, polega na nieustannym międleniu w całodobowym radiowo-telewizyjnym maglu tych samych tez, najlepiej ideologicznych, bo o takich można w nieskończoność.

przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Cnotę stracili i jeszcze rubla dopłacili

23 lut 2010

Podsumujmy krótko sukcesy PiS w TVP. Za emisję filmu o Jaruzelskim, w którym nikt nie dopatrzył się ani słowa nieprawdy, wyrzucono szefową publicystyki Jedynki.

Powtórkę filmu zablokowano. Zablokowano emisję filmu o zgnojonym przez komunistów poecie Stefanie Brzozie i o drugiej fali internowań, na półki poszły filmy o historii KPN oraz o oplutym i zaszczutym już w III RP Andrzeju Kernie. Za to do Dwójki triumfalnie wraca kreatura, która wierną propagandową służbą na rzecz SLD zasłużyła sobie niegdyś na tytuł „dziennikarskiej hieny”, a TVP Info szeroko otwiera się na publicystów lewicy.

Wszystko to dzięki temu, że „pisowski” prezes po zaledwie kilku tygodniach urzędowania wyjeżdża na urlop, a „pisowski” członek zarządu zwołuje wtedy posiedzenie w niepełnym składzie, umożliwiając lewicy przegłosowanie wszystkiego.

Są dwa wyjaśnienia – albo po raz kolejny Jarosław Kaczyński postanowił się oprzeć na ludziach bezideowych i interesownych, którzy – tak jak ich poprzednicy – szybko przekalkulowali, że nie warto trzymać z Kaczorem, który nigdy rządzić nie będzie, podczas gdy lewica po następnych wyborach zapewne wejdzie do koalicji rządowej, albo wyprzedaż konserwatywnych dziennikarzy i filmowców w TVP odbywa się z aprobatą prezesa PiS, bo nieważna jest już dla niego prawda o najnowszej historii, rozliczenia z PRL i przygwożdżenie patologii III RP, liczy się tylko reelekcja brata, którą, zapewnić może tylko wyrwanie spod wpływu władzy dziennika telewizyjnego.

Z opinią ludzi prawicy zaś nie musi się liczyć, bo odkąd wykończył wszelką prawicową konkurencję, nie mają wyboru.

Wielu czytelników się oburzało, gdy pisałem o Jarosławie Kaczyńskim „człowiek, który ukradł Polsce prawicę”. Czekam na przeprosiny.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Bohater naszych czasów

21 lut 2010

„Czemuż o tym pisać nie chcecie, panowie?” – pytał przed laty Mickiewicz i gdyby dożył dzisiejszych czasów, mógłby zapytać o to samo raz jeszcze.

Niewiele się zmieniło – nie tylko w kwestii zasadności używania w kontekście polskich usiłowań słowa „dziady”, ale przede wszystkim w kwestiach dotyczących mentalności tak bezlitośnie opisanego przez prowincjonalnego poetę „salonu”.

Liczne media zajmowały w minionym tygodniu uwagę wydumanymi sensacjami tego rodzaju, że armia rosyjska ma samoloty, które latają, a nasza aparat fotograficzny, którym może sobie taki rosyjski samolot sfotografować. Albo że rzecznik praw obywatelskich, człowiek starszy i w nie najlepszym zdrowiu, korzysta z wykupionego przez urząd abonamentu usług medycznych (swoją drogą, ogłasza to jako skandal gazeta, która wielokrotnie gromiła tabloidy i przeciwstawiała się takim wykwitom populizmu jak ustawa kominowa). A nie budzi jakoś uwagi, zbywana notkami na dalszych stronach, sylwetka prawdziwego bohatera tygodnia Marcina Rosoła.

A przecież to prawdziwy bohater naszych czasów, to kariera pokazująca, kto idzie do polityki i zwycięża w niej w czasach, gdy wielu ludzi uczciwych i fachowych nie chce mieć z polityką i partiami nic wspólnego. Człowiek uczynny, każdemu gotów coś załatwić, to dający się pokornie zawiesić, gdy partia potrzebuje kozła ofiarnego, to znów nagradzany przez nią stanowiskami i premiami. Przyjaciel wszystkich przyjaciół, którego „odzyskane” CBA uprzedza o planowanej rewizji. Marcin Rosół to prawdziwa twarz rządzącego Polską establishmentu i nie ma sensu zakrywać jej pod pozorem okrągłej, 88 rocznicy urodzin twarzą Władysława Bartoszewskiego. To kariera na miarę III RP. To nowy Nikodem Dyzma, nowy Arturo Ui… No, przesadziłem – najwyżej mały Uiek.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop