Archiwum z sty 2010

Subotnik Ziemkiewicza: Wołanie ze studni

23 sty 2010

Pewne fakty wpadają u nas w medialny szum niczym w studnię.

Parę tygodni temu profesor Staniszkis zwracała na naszych łamach uwagę na wygraną rządu Francji z Komisją Europejską przed eurotrybunałem w sprawie pomocy publicznej. Rzecz dla nas niezwykle znacząca, bo przypadek był – zdaniem fachowców – właściwie identyczny w porównaniu ze sprawą naszych stoczni. Też szło o subwencje, którymi rząd zasilił formalnie prywatną firmę, a które Komisja uznała za nielegalne. Gdyby nasi rządzący mieli więcej ikry i też zaskarżyli decyzję pani komisarz Neelie Kroes, może udałoby się stocznie ocalić. Przynajmniej uniknęlibyśmy cyrku z „katarskim” inwestorem.

Wydawało mi się, że ta informacja gdzieś się jeszcze pojawi, do kogoś dotrze. Nic podobnego. Została kompletnie przykryta – głównie duperelami.

W ostatnim numerze „Wprost” znajdujemy coś podobnego kalibru. Produkując na chybcika ustawę – która miała przenieść punkt ciężkości w aferze hazardowej z nielegalnego lobbingu i załatwiania Rysiowi zwolnienia z dopłat i pracy dla córki na samo istnienie hazardu jako takiego – rząd nie dopełnił tzw. notyfikacji, czyli nie poinformował o ustawie organów unijnych. Rzecz może mieć niebagatelne konsekwencje, bo polska ustawa okazuje się w zasadniczych punktach niemal identyczna z ustawą grecką z roku 2002, którą uznano za sprzeczną z prawem wspólnotowym. Grecja musiała się z niej nie tylko wycofać, ale także zapłacić sporą karę. A Grecja notyfikację miała i to było dla niej okolicznością łagodzącą, na którą my liczyć nie możemy. Wygląda na to, że rząd, który tyle dumy czerpał z faktu doprowadzenia do końca sporu z Eureko, wpakował państwo w kabałę, która może być równie kosztowna. Przy czym jest tu ciekawy wątek: można podejrzewać, że notyfikację zaniedbano nie ze zwykłej nieudolności, ale po to, by nie opóźniać wejścia w życie ustawy, którą „premier kazali” wyprodukować „na cito”, i która miała dla partii rządzącej wielkie znaczenie prestiżowe oraz propagandowe.

I znowu − cisza. Choć powinno być głośno.

Jeśli ktoś chciałby zapytać na czym polega tak często diagnozowana nieudolność PiS jako opozycji, to odpowiadam, że właśnie na tym − na kompletnej niezdolności reagowania i wykorzystywana narzędzi, których jednak trochę opozycja posiada. Zamiast mówić o takich sprawach, działacze PiS wyciągają z zapomnienia sprawę rockowego wyjca, który przed laty podarł na koncercie Biblię. Może to efekt wypłukania przez wodza partii z elementów posiadających jakikolwiek własny potencjał umysłowy, jako perspektywicznie zagrażających jego przywództwu. Może panującego tam „centralizmu demokratycznego”, który oduczył polityków PiS podejmować jakiekolwiek sprawy bez prikazu z góry? A może jakiś niewiarygodny makiawelizm? Liderzy PiS zakładają (jeśli tak, to nie bez podstaw), że idziemy do nieuchronnej katastrofy na wzór argentyński i nie chcą się znaleźć w sytuacji niemieckich socjaldemokratów, którzy w 1918 roku objęli rządy tylko po to, by podpisać kapitulację? Świadomie ograniczają się do przekonywania przekonanych, do żelaznego elektoratu, niech sobie Tusk wygra prezydenturę i weźmie odpowiedzialność za wszystko, a zaraz potem, jak walnie, to zostaną z niego tylko swąd i buty? Brzmi to jak żart i w zasadzie miało nim być, ale z Jarosławem Kaczyńskim nigdy nie wiadomo.

Ale nie ograniczajmy problemu tylko do bieżącej polityki. Oto mamy właśnie na taśmie informację, że himalajskie lodowce nie rozpuszczą się do roku 2035. Osławiony IPCC przyznał się, że tak tylko „polewał”. Mniejsza o same lodowce, naprawdę znaczący jest mechanizm tej „pomyłki”. Otóż IPCC (PICC?) oparło się na artykule w gazecie, w której zacytowano – bez szczegółów – słowa pewnego naukowca, który potem powiedział, że tak sobie tylko spekulował i wyrwano jego wypowiedź z kontekstu. Można sądzić, że i inne dowody „globalnego ocieplenia” są oparte równie poważnych i głębokich badaniach. Trzeba czegoś więcej?

Ale idę o zakład, że i ten news się nie przebije. Przecież pisaliśmy już o skandalu, którym było ujawnienie przez Rosjan, jak „wybitni brytyjscy klimatolodzy” zupełnie jawnie domagali się od nich fałszowania pomiarów. Pisaliśmy wcześniej o ujawnieniu e-maili owych „klimatologów” z pełną dokumentacją takich szwindli i manipulacji. I to też poszło jak w studnię. Tzw. wiodące media nie mają czasu na podobne sprawy, bo zajęte są bez reszty śledzeniem tego, co ostatnio pokazano w „Wiadomościach”, a z czym się histeryczni wrogowie PiS nie zgadzają. Zajmują się też odkrywaniem skandali tego rodzaju, że Ojciec Rydzyk ośmiela się podczas pobytu w USA zbierać od miejscowej Polonii datki na swoje radio.

(To swoją drogą ciekawe. Jedyny argument, jakim giewu potrafi odpowiedzieć na moje konkretne zarzuty przeciwko jej szefowi, to wykpiwanie mojej rzekomej „obsesji Michnika”. Powiedzmy, niech będzie, że to obsesja wspomnieć o facecie raz na kilkanaście tekstów. Ale kiedy giewu przez wiele dni z rzędu pisze o telewizyjnych „Wiadomościach”, kiedy codziennie poświęca kilka tekstów Kaczyńskim, kiedy w ciągu jednego roku zamieszcza 450 tekstów o Radiu Maryja − to oczywiście obsesją nie jest i nie dyskwalifikuje? Dlaczego? „Proszę pana, człowiek na poziomie takiego pytania by nie zadał!”, jak odpowiedziała pewna oburzona udeczka znajomemu, gdy spytał, dlaczego, skoro salon jest tak wspaniały, to śp. Kisiel tak źle o nim pisał w swoich „Dziennikach”.)

Wracając do kolejnych informacji kompromitujących dyrygentów histerii o „globalnym ociepleniu” − najwyraźniej jeszcze nie przyszedł czas. Czas przyszedł natomiast na śledztwo: kto wpuścił Europę w wielomilionowe zapasy szczepionek przeciwko HAHAHA1N1. Media kombinują, zastanawiają się, a przecież…

Zaraz… najpierw jedno wyjaśnienie. Otóż ja od samego początku pisałem, że „pandemia” świńskiej grypy to zwykła histeria i pic z wielką kasą w tle. Z pozoru powinienem więc – konsekwentnie – wspierać minister Kopacz przeciw RPO. Ale sprawa jest bardziej skomplikowana. Janusz Kochanowski zrobił to, co z racji urzędu zrobić miał obowiązek − potraktował WHO i organa unijne poważnie. Z punktu widzenia prawa pani minister rzeczywiście zaniedbała swych obowiązków, bo nie kupiła żadnych szczepionek (nikt nie mówi zaraz o milionach). Zagrała w ten sposób pokerowo. Ryzykowała naszym zdrowiem. Fakt, że akurat szczęście się do niej uśmiechnęło, to zupełnie inna sprawa.

Wracając… przecież to nikt inny, tylko właśnie europejskie media rozdmuchały i nakręciły tę histerię. Może za pieniądze lobbystów, a może tylko dla własnych interesów. W każdym razie rządy czy WHO nie musiały być już dodatkowo lobowane. Wystarczał nacisk nabuzowanych medialną histerią wyborców i strach polityków, że jeśli natychmiast nie ogłoszą zakupienia milionów ton Tamiflu i szczepionek, to w następnych wyborach będą mogli ugryźć się w ucho.

A teraz − na abarot. Te same medialne potęgi rozpoczynają gigantyczną akcję szukania winnych i „śledztwa w sprawie szczepionek”. Już się nie mogę doczekać kiedy zakrzykną, by łapać lobbystów, przez których świat pakował miliardy w idiotyczną walkę z ociepleniem, gdy w istocie szło akurat ochłodzenie.

Ale to dopiero za parę lat (plus jeszcze czas potrzebny, by światowe „tryndy” dotarły na naszą prowincję). Na razie wszystko co na ten temat − do studni. Plooonk!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

O nienawiści

21 sty 2010

Dawno już się tak nie wzruszyłem. Po prostu oczy mi się zeszkliły. Pan Tomasz Jastrun zadumał się w „Newsweeku” nad nienawiścią. „Spotkanie z grupą dawno niewidzianych a bliskich znajomych. Jestem zaskoczony, a nawet strapiony, ile w nich nienawiści do PiS. Nareszcie rozumiem, skąd ta straszna, niszcząca siła wojen domowych. Szczególnie kobiety płyną na falach emocji. Staram się tonować ich emocje, ja, który czasami nie panuję nad własnymi. Każda nienawiść jest zła”. Zważywszy, że pisze to człowiek, który od dwóch lat zajmuje się głównie szczuciem przeciwko domniemanym „pisowcom”, trudno by te potępienia dla nienawiści uznać za cokolwiek innego, niż skończone kabotyństwo, nawet gdyby nie towarzyszyła im pointa, że „PiS budzi głębinowe polskie lęki i fobie”. Aha − więc nawet i tej nienawiści, która przeżera Jastruna i jego bliskich znajomych, też winien jest, jak wszystkiemu, PiS.

Z panem Jastrunem miałem niedawno pewną polemiczną okoliczność. Opisałem w telewizyjnym poranku przypadek bliskiej mi osoby, która w czerwcu, jak to się mówi, „nabyła uprawnienia emerytalne”. Złożyła w terminie stosowne papiery i czeka na decyzję ZUS − czeka zresztą dotąd, już ponad pół roku, i Bóg jeden wie, ile poczeka jeszcze. Na swoje szczęście, ma z czego żyć. Gdy o tym opowiedziałem, dostałem dziesiątki telefonów i mejli od ludzi, którzy tak samo nie mogą się doczekać pierwszej emerytury. Ale także od rolników, którym przyznano „klęskowe” kredyty po powodzi, i dotąd ich nie wypłacono, przedsiębiorców, którzy wpuściwszy się w koszta różnych inwestycji, miesiącami czekają na skraju bankructwa na przyznane im już dawno pieniądze z unijnych dofinansowań etc. Napisałem o tym parę słów, wydawało by się, tak oczywistych, że bardziej już nie można.

Ponieważ wydrukowałem je w „Fakcie”, salonowy bubek akurat tekst przeczytał i raczył go skomentować − że, mianowicie, jestem „opuchnięty od jadu” i z podobnymi mi wciąż tylko wyglądam jakiejś katastrofy, która by mogła zaszkodzić szybującemu w sondażach Ukochanemu Przywódcy, ale, ha, ha, nie doczekam się, bo przecież jest świetnie.

Tyle facet z opisanych zdarzeń zrozumiał.

Ale, uczciwie, czy taki osobnik mógł z lektury mojego komentarza wynieść cokolwiek innego? Co go obchodzi, że jakichś tam staruszków nasze państwo pół roku trzyma bez emerytur, może w nadziei, że przynajmniej część nie ma już po zakończeniu pracy innych źródeł utrzymania i wykorkuje, z pożytkiem dla systemu ubezpieczeń i budżetu państwa? Jemu przecież, ani jego bliskim znajomym to nie grozi.

Obejrzałem właśnie w „Wiadomościach” reportaż o innym staruszku, który czekał półtora miesiąca na wizytę u endokrynologa. Gdy wreszcie dzień ten nadszedł, wziął dzień urlopu i pojechał pocałować klamkę, bo się okazało, że przychodnię zlikwidowano, tylko nikt o tym nie raczył poinformować pacjentów (z łac. – cierpiący, cierpliwy). Skierowano go w końcu z wielką łaską do innej przychodni, parędziesiąt kilometrów dalej, gdzie się dowiedział, że skoro tak długo zwlekał, to teraz zostanie przyjęty przez lekarza dopiero we wrześniu. Reportaż miał dwie pointy. Pierwsza − w Zabrzu, skąd pochodzi bohater reportażu, i tak jest nieźle, bo w innych regionach na wizytę u endokrynologa czeka się już 500, a nawet 700 dni. Druga − od lutego, zgodnie z oszczędnościowym zarządzeniem prezesa NFZ, lekarzom pierwszego kontaktu wolno będzie wypisywać tylko skierowania na najbardziej podstawowe badania. Mocz, morfologia, OB. Jeśli się pojawi konieczność oznaczenia markerów albo USG jamy brzusznej, potrzebna będzie najpierw wizyta u oblężonego przez chorych specjalisty, który, jeśli uparty pacjent tej wizyty doczeka, nic mu przecież nie powie, tylko najpierw wyśle na badania i każe wrócić w pierwszym wolnym terminie − czyli Bóg jeden wie kiedy.

Co to obchodzi establishmentowego bubka i jego bliskich znajomych? Oni się wszak nie leczą w NFZ. A „starsi, gorzej wykształceni i z mniejszych ośrodków”? No cóż, skoro są leniwi, mało mobilni i niezaradni…

Łatwo zrozumieć, dlaczego propagandowe tuby establishmentu tak histerycznie krzyczą o opanowaniu przez „pisowców” telewizyjnych „Wiadomości”. Faktycznie, pokazywać takie rzeczy, buntować ciemne społeczeństwo… To wszak oczywisty atak na Platformę, a Platformy atakować nie wolno, bo − kolejna mądrość Jastruna − „Polska nie zasługuje, by władzę znowu przejęło PiS”.

Pan to wie, Pani wie, społeczeństwo, ale uparcie powtórzę, że tu wcale nie chodzi o PiS. To tylko kryptonim − kiedyś symbolem zła było ZChN, wcześniej Wałęsa. Tu chodzi właśnie o ową nienawiść jastrunowego towarzystwa, nienawiść, dla której akurat PiS jest w tej chwili symbolem i tarczą, ale w istocie skierowaną ku prostym Polakom. Wstrętnym, obskuranckim, wyznającym ciasny katolicyzm, nietolerancyjnym,  antysemickim moherom.

Sam Jastrun jest akurat dobrym źródłem licznych przykładów pogardy dla „człowieka prostego” − niemal każdy jego felieton to wyznanie odrazy, niechęci, wstrętu i − właśnie − nienawiści do Polaków spoza jego sfery.

Pewnie, tych Polaków, po hekatombie elit i półwieczu peerelowskiej deprawacji, nie ma co idealizować. Ale można na nich patrzeć na dwa sposoby. Użyję przykładu filmowego − niedoścignione komedie Barei i zręczne filmy Smarzowskiego. W gruncie rzeczy obaj pokazują takie samo spotwornienie, zakłamanie, degenerację. A jednak każdy kadr „Misia” czy „Co mi zrobisz” przepojony jest jakimś głębokim zrozumieniem, współczuciem i litością, płynącą ze świadomości (niekiedy, jak w finale „Misia”, artykułowanej otwarcie) jacy ci ludzie by mogli być, gdyby nie przetoczył się po nich walec zbrodni i indoktrynacji. U Smarzowskiego zaś każdy kadr zionie nienawiścią, pogardą i odrazą do ludzi pokazywanych jako bydło, które po prostu należałoby wytruć. I bezbrzeżnym poczuciem wyższości nad nimi. Bareja jest jakby z ducha Żeromskiego, ze sztaudyngerowskiego „wszystko marność i koszmarność / lecz czuję z tym solidarność”, gdy Smarzowski to pełną gebą inteligent od Michnika, wściekły na ten polski, jak to ujął podobny mu literat, „gnój”; wściekły głownie za to, że, nie sposób zaprzeczyć, sam z tego gnoju jest ulepiony.

To jest sprawa daleko przekraczająca horyzonty Jastruna, który jest tylko jednym z niezliczonych przykładów. Główną emocją establishmentu III RP, czy to nakładającego maski „inteligencji”, czy „uzdolnionych, przedsiębiorczych” czy też „specjalistów”, jest żywiołowa nienawiść do prostych Polaków, będąca w sumie bardzo freudowską nienawiścią do siebie samych i własnych korzeni. Bo przecież cała ta elita słomę w butach nosi.

PiS? Partia jak partia, pełna wad, choć, oczywiście, przy rządzącej dziś ferajnie kolesiów Rysia i Grzesia stanowiąca zdecydowanie mniejsze zło. Nie o PiS tu chodzi. PiS to symbol tego wszystkiego, czego Jastrun i jego bliscy znajomi nie trawią, na co reagują histeryczną nienawiścią, jak pies Pawłowa ślinotokiem. Nie dziwmy się nasileniu emocji tam, gdzie nie ma szans na jakikolwiek racjonalny argument. Fakty przeczą − tym gorzej dla faktów. Im gorsze okazuje się PO, którego się ta salonowa banda czepiła rękami i nogami, tym większą furię budzi każdy „pisowiec”, który się ośmiela psuć lukrowany obraz rzeczywistości, przedkładać im przed ślepia fakty pokazujące, jak źle uczynili, angażując się tak histerycznie (znowu kłania się Jastrun z jego opowieściami, jak współuczestniczył w mobilizowaniu się tuskowego elektoratu na wybory) w popieranie chłopców z ferajny.

W codziennej informacyjnej strawie, przyrządzanej dla Jastruna i jego bliskich znajomych przez giewu i jej jaczejki mediach elektronicznych, nie ma miejsca na zło inne, niż PiS i ksiądz Rydzyk. Kto od tego wzorca odbija, kto, na przykład, opisze konkretne przejawy gnicia platformerskiego państwa, ten budzi furię jako „pisowiec”.

I taki „pisowiec” już nie będzie bezpieczny. Poeta, tfu, pamięta. Pamięta, mianowicie, komu i czemu zawdzięcza przynależność do warstwy uprzywilejowanej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Czasy pustej kasy

19 sty 2010

W małym, wiejskim kościółku, gdzie czasem bywam, parafianie w ciągu jednej tylko niedzieli zebrali na pomoc dla ofiar trzęsienia ziemi na Haiti równowartość nieco ponad 2 tysięcy dolarów. Rząd, jak się dowiedziałem z mediów, zdołał na ten sam cel znaleźć całe 50 tysięcy. Trudno nie spytać, dlaczego nasz rząd tak nas kompromituje przed światem.

Odpowiedź wydaje się prosta: bo naprawdę nie ma pieniędzy. Dzięki rozmaitym księgowym sztuczkom ministra finansów nie zdajemy sobie sprawy, do jakiego stopnia ich nie ma, ale możemy się domyślać, że właśnie brak pieniędzy jest główną wytyczną rządowych działań. A raczej niedziałań.

Czyż nie jest rzeczą charakterystyczną, że dwa jedyne sukcesy gabinetu Tuska polegają na tym, że nic nie zrobił? Nic nie zrobił w walce z kryzysem, to znaczy, nie wydał publicznych pieniędzy na wspieranie gospodarki. Nic nie zrobił też w walce z ogłoszoną przez WHO pandemią, to znaczy nie wydał pieniędzy na szczepionki, nie tylko na masowe szczepienia, w które wpuściły się pod dyktando Unii państwa zachodniej Europy, ale nie kupił nawet szczepionek dla grup ryzyka. W obu wypadkach mianownik sukcesu jest ten sam – rząd nie sięgnął do budżetowych pieniędzy. Nie sięgnął, bo był tak mądry, tak przewidujący, że od razu wiedział, iż Zachód się myli? Czy może dlatego, że po prostu nie miał do czego sięgnąć?

Skala rozmaitych oszczędności, począwszy od odebrania policjantom grzałek i papieru toaletowego po zapłacenie składki do UE unijnymi pieniędzmi (które i tak będziemy musieli wydać na cele, na które je otrzymaliśmy, albo zwrócić), każe podejrzewać, że raczej to drugie. Rząd stara się donieść do wyborów piramidę długów i pożyczek niczym akrobata piramidę talerzy. Co będzie, gdy w końcu ona runie?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Dziennikarze z wyższej sfory

19 sty 2010

Za liderów polskiego żurnalizmu chętnie uznaje się dziś tych, których znaczenie buduje oglądalność bądź klakierskie zachwyty nad sobą nawzajem

Krótko po ostatnich wyborach parlamentarnych branżowy miesięcznik „Press” zadał kilku prominentnym ludziom mediów pytanie – jak teraz, po miażdżącej przegranej PiS, widzą swą „dziennikarską misję”. Już w samym pytaniu, uzależniającym jakąś zmianę w pojmowaniu misji od układu sił w parlamencie, kryła się sugestia partyjnego zaangażowania: dotąd zajmowaliśmy się zwalczaniem PiS, Samoobrony i LPR, ale dwie ostatnie partie zniknęły, a PiS został zmarginalizowany, więc co będziemy robić dalej?

Indagowani wypowiedzieli się w tym mniej więcej duchu, że teraz, po klęsce PiS, misja dziennikarska polega na dopilnowaniu, aby była to klęska ostateczna i nieodwołalna; aby nigdy już ani sami Kaczyńscy, ani w ogóle nikt podobny, nikt podważający ideowe podstawy III RP i konstytuującej ją umowy kojarzonej z Okrągłym Stołem, nie mógł w Polsce do władzy wrócić. Nie było to, oczywiście, ujęte w takich słowach, tylko w propagandowych frazach o zagrożeniach dla demokracji i populizmie, ale sens był jasny. W chwili szczerości, jaka często się zdarza, gdy doznajemy ulgi po długo przeżywanym napięciu (a niektórzy ze wspomnianych jeszcze miesiąc przed wyborami publikowali jeremiady o niezatapialności odwołującego się do „najgorszych polskich fobii” Jarosława Kaczyńskiego, porównując go z Silviem Berlusconim), przedstawiciele środowiska pozwolili sobie na otwartą deklarację swego zaangażowania.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Skąd nasz ród

18 sty 2010

Właściwie mamy w Polsce tylko dwie orientacje polityczne. Orientację „III RP jest wielkim historycznym sukcesem i państwem dobrobytu” oraz orientację „III RP to złodziej na złodzieju i sitwa na sitwie, a prostego Polaka łupią ze wszystkich stron”.

Zasadnicza linia podziału nie tylko w polityce, ale w najogólniej rozumianej debacie publicznej przechodzi właśnie tędy, sprawy prawicowości, lewicowości, programów gospodarczych etc. mają znikome znaczenie. Ogół społeczeństwa zaś się miota; to stawia na mściciela krzywd ludu wymachującego siekierką i obiecującego „puszczanie w skarpetkach”, to znowu, przerażony, że siekierka może spaść na kark każdego (bo w państwie postkomunistycznym nikt nie jest wobec prawa w porządku), na lalusia z nachapanego establishmentu opowiadającego o miłości i mieszkaniach na wiosnę.

Z tego punktu widzenia sprawa Pawła Piskorskiego jest znacząca. Piskorski dopuścił się zdrady.

O niejasnościach dotyczących jego majątku wszyscy mówili od lat, zgodnie kpiąc z wyjaśnień polityka, ale dopóki był w partiach establishmentu, KLD, UW i PO, najgorszym, co mogło go spotkać, było zesłanie do europarlamentu. Gdy jednak rzucił wyzwanie środowiskom rządzącym, ślepe dotąd prokuratury nagle go zauważyły.

Piskorski nie próbuje być trybunem ludowym, akcja przeciw niemu to „wojna na górze” wewnątrz establishmentu. Ale w tej wojnie przekroczono Rubikon. Jakkolwiek zdobył Piskorski swój majątek, na pewno nie był przypadkiem odosobnionym. U zarania III RP powstała niejedna fortuna i, jak dotąd, obowiązywała zasada, że wszyscy, którzy się załapali, tematu tego nie ruszają. Akcja „odpolitycznionego” (ha, ha) CBA w domu współzałożyciela PO daje nadzieję, że, sprowokowany, i on coś niecoś opowie o byłych przyjaciołach. Ja na to bardzo czekam.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop