Archiwum z sty 2010

Cyncynatusk

31 sty 2010

Wielkość premiera Tuska jest jeszcze większa, niż głosili nawet najbardziej oddani panegiryści.

Fakt, że niczym legendarny Cyncynatus wyrzekł się zaszczytu prezydentury, aby wszystkie siły poświęcić pracy, to wielkie szczęście nie tylko dla Polski, ale i dla Europy. Europa bowiem także potrzebuje go ponad wszelkie pojęcie.

Tak, zupełnie poważnie, wyjaśnia rezygnację Tuska z walki o prezydenturę Bartosz T. Wieliński z „Gazety Wyborczej”, bijąc tym samym rekord w dziedzinie, nazwijmy to ładnie, schlebiania premierowi – choć konkurencja w wiadomych mediach jest tu, każdy przyzna, ogromna.

Kreśląc obraz Tuska, „którego w Unii się słucha” i który „dogaduje się z wielkimi (…), ale nie jest ich marionetką”, i stwierdzając, że „rola Tuska na pewno będzie rosła”, pointuje zupełnie fantastycznie: „z dobrego źródła wiem nawet, że do pozostania szefem rządu od kilkunastu miesięcy namawiała go Angela Merkel”. Co skądinąd jest fantastycznym przykładem salonowej dialektyki, bo przecież gdyby podobna sugestia wyszła np. od profesora Krasnodębskiego, byłaby to „podłość roku”. Można tylko zapytać, czemu redaktor zakłada, że gdyby wyznaczył Tusk innego premiera, to musiałby „toczyć z nim spór o krzesło na unijnych szczytach” i „podstawiać nogę”, i nie byłby ów hipotetyczny premier infant równie lubiany przez panią kanclerz. No, ale koledzy z „Wyborczej” są znacznie bliżej z władzą niż my, więc widocznie coś wiedzą.

„Tusk będzie się dalej rozwijać jako europejski polityk. Wkrótce stanie się jednym z głównych rozgrywających na unijnej scenie. A to trampolina do dalszej kariery w unijnych instytucjach” – wieszczy Wieliński. Ach! Więc przyjdzie nam oddać Europie naszego ukochanego przywódcę, nasz narodowy skarb? Hm, skoro tak być musi, to na co czekać… to może już?

Od razu?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gdy myślę: Partia

30 sty 2010

Dziennikarska klaka Donalda Tuska zatraciła już ostatnie resztki przyzwoitości.

Takich tonów, w jakim utrzymane są jej peany na cześć Ukochanego Przywódcy, który dał nam wszystkim najwyższy przykład patriotyzmu i poświęcenia, i mając pewną prezydenturę dobrowolnie się jej wyrzekł w imię miłości ojczyzny, nie używano w polskich mediach od czasów Gierka (bo już za Jaruzelskiego nawet zajadłym partyjniakom byłoby wstyd). Podobnie zresztą jak i wtedy peany są mocno na bakier z logiką. Jeśli Tusk powiedział prawdę, iż rzeczywista władza jest w URM, nie w Belwederze, to się niczego nie wyrzekł i nie ma czym się tak zachwycać. A jeśli jednak „duży pałac” to coś więcej od „małego”, to wypada przetłumaczyć jego argumentację z pokrętnej politycznej nowomowy na język prosty.

Inna sprawa, że pod wieloma względami sytuacja psychologiczna dzisiejszego prorządowego redaktora przypomina sytuację pracowników propagandy peerelu. W miejsce politycznego chaosu tworzy nam się oto po dwóch dekadach znowu jedna, wielka partia, Partia właściwie, która jednoczy aspiracje całego społeczeństwa i wiedzie nas do wielkiego cywilizacyjnego skoku. Jeśli kuluarowe pogłoski są prawdziwe, to w Partii owej mieści się każdy, kto nie narusza pryncypiów. Jest już ponoć gotowe miejsce i dla Włodzimierza Cimoszewicza, i dla Wojciecha Olejniczaka, i dla Wojciecha Mojzesowicza… Pasuje jej i Krzaklewski, i może znajdzie na powrót miejsce dla wyliniałego Olechowskiego, który po tym, jak prokuratury odstrzeliły mu dotychczasowego promotora, ma do wyboru albo ułożyć się szybko ze zwycięzcami, albo czekać, aż i na niego prokuratury coś znajdą (bo ludzie gadają… No, ale o kim u nas nie gadają − dopiero prokuratura musi sprawdzić, czy w tym gadaniu jest coś na rzeczy. Niekiedy, jak w wypadku Piskorskiego, potrafią sprawdzić nawet po wielu latach). „Ach, ileż w Platformie treści − w Platformie każdy się zmieści”, chciałoby się sparafrazować satyryka. Każdy, oczywiście, kto ma do rzeczywistości stosunek pozytywny. Dla sił wrogich postępowi i rozwojowi, pisowskich, w Partii miejsca nie ma.

„Partia otwiera się szeroko na aktywne współdziałanie wszystkich sił patriotycznych uznających realia socjalizmu… Szczególne historyczne wyzwania, które przed nami stoją, wymagają jedności działania w obliczu… Tylko wspólną, odpowiedzialną pracą wszystkich Polaków zbudujemy… Aktywna jedność naszych szeregów… zapewnimy…” − tak sobie lecę cytatami z przemówienia tow. Barcikowskiego na V plenum KC PZPR z roku 1983, ale równie dobrze możemy się posłużyć dowolnym stenogramem z jakiegoś innego plenum. Wystarczy zmienić „realia socjalizmu” na „realia Unii Europejskiej” i proszę, pasuje jak ulał.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zawiedziona miłość polskich elit

28 sty 2010

Platforma wybaczała Juszczence wszystko, bo widziała w nim polityka prounijnego, PiS – bo wszystko przesłaniał fakt, iż osobistą nienawiść do prezydenta Ukrainy zadeklarował Władimir Putin

Ukraińscy wyborcy udzielili swemu prezydentowi Wiktorowi Juszczence bardzo bolesnej lekcji – z zaledwie kilkuprocentowym wynikiem zajął on dopiero piąte miejsce w stawce kandydatów. Ale chyba jeszcze boleśniejszej lekcji udzielili w ten sposób Ukraińcy nam. Bo Wiktor Juszczenko do samego końca, mimo wszystkich apeli o opamiętanie, pozostawał dla naszych polityków jedynym partnerem branym pod uwagę w kontaktach z Ukrainą.

Mówiąc szczerze, polskie elity polityczne i opiniotwórcze od dawna w swym ślepym uwielbieniu dla bohatera pomarańczowej rewolucji pozostawały osamotnione. Zachód spisał go na straty już kilka lat temu, choć bez spektakularnego zerwania. Po prostu chłodna obserwacja poczynań Juszczenki jako prezydenta doprowadziła tamtejszych analityków – a za ich poradą polityków – do przekonania, iż Juszczenko, mimo otaczającej go legendy, albo nie chce zmieniać postsowieckiego systemu oligarchicznego, albo tego nie potrafi. W zachodnich publikacjach coraz wyraźniej podkreślano jego niezdolność do uprawiania skutecznej polityki, irracjonalność paraliżującego kraj konfliktu z Julią Tymoszenko, pozorność zmian ustrojowych i gospodarczych, unikanie reform, a także – last but not least – coraz wyraźniejsze ciągoty ku neofaszystowskim radykałom, odwołującym się wprost do tradycji zbrodniczego nacjonalizmu ukraińskiego Dymytro Doncowa, Romana Szuchewycza i Stepana Bandery.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Coraz ściślej tajne

26 sty 2010

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP dopuściło się haniebnej, wręcz, użyjmy śmiało tego słowa, pisowskiej prowokacji.

Mianowicie pod pozorem badań przez dłuższy czas wysyłało do rozmaitych urzędów, także ministerstw i Kancelarii Premiera, ludzi domagających się różnych informacji. Informacji wyłącznie tego rodzaju, które, na mocy obowiązującego prawa, urząd ma obowiązek udostępniać każdemu obywatelowi (np. ile osób zatrudniacie, ile zarabia szef gabinetu politycznego, ilu osobom przyznano w ostatnim roku takie czy inne zwolnienie albo ulgę).

Cóż, ustawa faktycznie przez jakieś niedopatrzenie została kiedyś przegłosowana i weszła w życie, ale urzędnicy dobrze wiedzą, że informacja to władza, i skutecznie bronią się przed jej utratą. Raport CMWP dokumentuje obsesję tajności tak daleko posuniętą, że aż momentami śmieszną; szczególnie zabawne jest, iż urzędnicy, powołując się na tajemnicę służbową lub państwową, konsekwentnie odmawiają podawania nawet tych informacji, które znaleźć można w Biuletynie Informacji Publicznej czy na stronach internetowych reprezentowanych przez nich instytucji.

Prawo o dostępie do informacji publicznej jest, jak dowiódł raport (skądinąd pełen uroczych bareizmów), prawem martwym. Niejedynym przecież – i nie to jest najgorsze. Najgorsze, że z tym faktem wszyscy wydają się pogodzeni, i, na przykład, prawie się nie zdarza, żeby sprawy bezprawnej odmowy informacji trafiały do sądów.

Cóż, profesor Paweł Śpiewak zauważył niedawno, że największą tajemnicą w Polsce jest program polityczny premiera, który od czasu exposé ani razu nie pokusił się o poważną strategiczną wizję dla Polski. A że i w exposé raczył nas raczej ogólnikami… Nie wymagajmy od niskiego szczebla urzędników, by zawstydzali swych szefów.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Każdy milion trzeba ukraść

24 sty 2010

Komentarz Witolda Gadomskiego „Normalne stosunki biznesu z polityką”, napisany w obronie Ryszarda Sobiesiaka, to prawdziwy rarytas dla czytelników zbierających wypowiedzi, w których środowisko „Gazety Wyborczej” odsłania swój prawdziwy sposób myślenia.

Czołowy „liberał” gazety wprawdzie „nie jest naiwny” i domyśla się, jakie musiały być przyczyny niezwykłej życzliwości urzędów dla szemranego biznesmena, ale „nie potrafi wykrzesać z siebie oburzenia”, a „moralistów”, którzy się oburzają, oskarża o uleganie histerii. Przecież w efekcie mamy piękny obiekt sportowy, pisze, a to wartość każąca na domniemaną korupcję machnąć ręką. W końcu, sugeruje Gadomski, mamy taką biurokrację i takie prawo, że uczciwie nic się zbudować nie da.

Owszem, mamy takie prawo i biurokrację, o jakich pisze Gadomski. Nie przypadkiem. Tak zbudowano III RP celowo, w interesie wpływowych sitw i mafii – tak aby uczciwie się tu interesów robić nie dało, a w każdym razie, aby było to skrajnie trudne, by każdy dorabiający się dużych pieniędzy musiał się uwikłać i „zblatować”. Środowisko Michnika zaś dorabiało do tego procesu ideologiczną podkładkę, suflując cyniczne: „pierwszy milion trzeba ukraść”.

Ludzie, którzy na kapitalizm nawrócili się dopiero w Magdalence, nie rozumieją, że kapitalizm sprawdza się i daje cywilizacyjny rozwój tylko wtedy, gdy jest oparty na uczciwych regułach. Jeśli zaś pozwoli się komuś ukraść pierwszy milion, to również drugi, piąty i 20. będzie on chciał ukraść, zamiast męczyć się uczciwą pracą. W tym celu owe pierwsze miliony wydaje głównie na korumpowanie urzędników i polityków – i zamiast kapitalizmu powstaje republika bananowa.

Niestety, przez 20 lat pseudoliberałowie z Czerskiej nic nie zrozumieli i niczego się nie nauczyli.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop