Archiwum z gru 2009

17 grudnia – świętego Wojciecha generała

17 gru 2009

W 39 lat po „czarnym czwartku” wiedza Polaków o tym, co stało się siedemnastego grudnia 1970 o godzinie 6 rano u bram stoczni w Gdyni jest zerowa. Przeciętny Polak, spytany, powiedziałby pewnie: robotnicy się zbuntowali po podwyżkach cen i wyszli na ulicę, milicja ich rozpędzała, padły strzały.

Było inaczej. Wojsko strzelało nie do manifestantów ani do strajkujących, ale właśnie do tych, którzy strajk chcieli zakończyć, szli normalnie do pracy, tak, jak poprzedniego wieczora zaapelował o to sekretarz wojewódzki Kociołek.

Tymczasem, gdy partia apelowała, by jutro iść jak co dzień do stoczni, dowództwa tzw. ludowego wojska polskiego rozkazało pododdziałom zablokować bramy i nie przepuszczać nikogo, do użycia broni włącznie.

Rzut oka na mapę wystarczy, by zrozumieć, że musiało dojść do masakry. Kolejne nadjeżdżające kolejki wyrzucały ludzi na stacji, ci zaś ani nie mogli wejść do stoczni, ani pójść nigdzie indziej. Coraz bardziej stłoczeni, pozbawieni drogi ucieczki, napierali na kordon wojskowy, coraz mocniej popychani przez kolejnych, nieświadomych niczego ludzi wysiadających na stacji. Padły strzały, bo musiały paść. Zamieszki uliczne rozpoczęły się dopiero później, w reakcji na ten masowy mord.

Żeby uniknąć masakry, wystarczyłoby nakazać kolejarzom nie zatrzymywać kolejek na stacji, tylko dopiero o przystanek dalej. Nikt nie wydał takiego polecenia, choć technicznie byłoby to proste.

Są tylko dwa wyjaśnienia – albo niewiarygodny bałagan decyzyjny i kompletna głupota dowódców niższego i średniego szczebla, albo zaplanowany z zimną krwią mord.

Dowodów niezbitych nie ma − są jednak przesłanki, że mieliśmy do czynienia z zamierzoną zbrodnią. Kilkanaście, kilkadziesiąt niewinnych i zupełnie przypadkowych osób musiało zginąć, aby wewnątrzpartyjny spisek mógł wysadzić z siodła genseka Gomułkę. Plan nie powiódł się tylko w tej części, w której na partyjnym tronie osadzony miał zostać Moczar. Nie zaakceptowała go Moskwa − wskazała na Gierka, od czasów przedwojnia związanego z Kominternem, i, jak sądzić można z przebiegu jego kariery w czasach stalinowskich, darzonego już wtedy zaufaniem sowieckich służb.

Jeśli taki spisek istniał, jego ważnym elementem, obok Moczara i Kani musiał być Jaruzelski, ówczesny szef MON. Teoretycznie można sobie wyobrazić, że bez wiedzy szefa ukartowali sytuację jego podwładni, ale gdyby tak było, po zwycięstwie albo odsunęliby oni Jaruzelskiego, albo on by ich jakoś za niesubordynację ukarał. Tymczasem upadek Gomółki przyśpieszył kariery i Jaruzelskiego, i bezpośrednich dowódców operacji.

Przesłanką rozstrzygającą jest dla mnie farsa, w jaką w III RP zmieniono proces sądowy, mający ustalić ten jeden, kluczowy dla Grudnia 1970 fakt – zbrodniczy bałagan czy zbrodnia z premedytacją. Sąd, który miał to rozstrzygnąć, na wiele lat zadławił się sam decyzją o przesłuchiwaniu ponad tysiąca świadków w oczywistych sposób nie mogących niczego do sprawy wnieść, a gdy żyjących jeszcze uczestników walk ulicznych do przesłuchiwania zabrakło, sędzia przewodniczący na całe lata poszedł na zwolnienie lekarskie.

Wyjaśnienie przychodzi mi do głowy tylko jedno − dla legitymizacji III RP niezbędny jest kult świętego Wojciecha generała, który obronił Polskę przed sowiecką interwencją, a potem pokojowo oddał władzę drugiemu świętemu, Lechowi. Cień rzucony na Wojciecha kładłby się także na tych, z którymi zawarł historyczny geszeft. Dlatego nikt się na niego cienia rzucić nie waży, nawet niezawisły sąd.

Swoją drogą, czas już Dzień Świętego Wojciecha Generała zacząć obchodzić jako święto państwowe III RP. Narzuca się oczywiście 13 grudnia, ale 17 też jest niezłą datą.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zła minister? Nie dla wszystkich

15 gru 2009

Ewa Kopacz regularnie wygrywa wszystkie rankingi na najgorzej ocenianego ministra.

Biorąc pod uwagę jej dokonania na, nazwijmy to, głównych polach działalności – trudno się dziwić. Ale jest dziedzina, w której pani minister ma wielkie zasługi. Jest to ochrona obywateli przed strasznymi skutkami wolnej konkurencji na rynku aptecznym.

Jakiś czas temu media odnotowały pomysł pani minister, by narzucić wszystkim aptekom jednolitą marżę na leki. Dotąd bowiem było tak, że te, które chciały, mogły, schodząc ze swojej marży, oferować towar cokolwiek taniej. To dezorientowało klientelę (wiadomo, że spora jej część to biedota, łasa na groszowe oszczędności), która nerwowo zaczynała szukać, gdzie taniej, zmieniać miejsca zakupów. Szkodził ten chaos większym, okrzepłym na rynku właścicielom aptek, zmuszając ich do prowadzenia biznesu, zamiast wypełniania misji społecznej.

Ale to wcale niejedyny pomysł pani minister. Mniej znanym było rozporządzenie odbierające prawo rozprowadzania wielu powszechnie stosowanych leków tzw. punktom aptecznym. Niewątpliwie wzmocni to duże apteki i podniesie ich dochody. A że klienci zamykanych punktów, które zwykle lokowały się na wsi, będą musieli jechać dalej po prosty lek? Spacer im wyjdzie na zdrowie, niech dziękują, że minister o tym pomyślała.

Pani minister ukróciła też anarchię aptek internetowych, które, dzięki jej zarządzeniom, padają tak samo jak wspomniane punkty. I to też dla naszego dobra – cóż za pomysły, leki przez Internet! I to wtedy, gdy aptek jest i tak, jak twierdzą sami aptekarze, za dużo. Dlatego właśnie ich lobby od dawna stara się o przepis uzależniający liczbę aptek od liczby mieszkańców. Tego jeszcze nie uzyskało, ale dotychczasowe starania pani minister dobrze mu rokują.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

KRUS widziany z osobna

15 gru 2009

Odkąd sięgam pamięcią, próby dyskusji o naprawie gospodarki czy państwa zawsze prowadzą u nas do pustych formułek, magicznych zaklęć. Gdy mowa o wzroście gospodarczym, na przykład, taką chętnie używaną formułką jest (czy do pewnego momentu było) osłabianie złotego. Gdy mowa o deficycie budżetu − „opodatkowanie szarej strefy”. Osłabienie złotego ma sprawić, że produkcja będzie tańsza, tańsze dzięki temu towary łatwiej znajdą zbyt, a więc zwiększą się ogólne wpływy. Opodatkowanie szarej strefy, która wedle różnych szacunków obejmować ma od 30 do 60 proc. gospodarki, przyniesie tyle miliardów, że budżet zacznie być stać na wszystkie rozrzutne poczynania, które obecnie prowadzi na kredyt.

Oczywiście, proste te recepty w istocie są guzik warte. Słaby złoty to, owszem, mniejsze koszty, ale i mniejsze zarobki, a więc mniejsza siła nabywcza społeczeństwa, tak że z grubsza wyszłoby na zero. A szara strefa to właśnie to, czego z zasady opodatkować się nie da. Szarą strefę można najwyżej zlikwidować, ale żadnych miliardów, ani nawet milionów się z niej dla budżetu nie wyciśnie, przeciwnie, zwiększy się liczbę nędzarzy wyciągających rękę po socjal.

Podobnym zaklęciem stało się „reformowanie KRUS”. Budżet co roku dopłaca do KRUS około 12 miliardów, powtarzają różni mędrcy, zreformujmy (zlikwidujmy) KRUS, to te 12 miliardów będzie można przeznaczyć na inne cele.

Mądrzą się w ten sposób politycy, dziennikarze, o zgrozo, nawet ekonomiści − wszyscy, którzy wieś znają tylko z okien samochodu, ewentualnie z serialu „Weterynarz Fred” na kanale Minimini.

Cierpliwie, z dobrotliwym uśmiechem powtarzam więc (choć, z racji swych hektarów znając problem dobrze, pisałem już na ten temat obszernie i na łamach „Rzeczpospolitej”, i w książkach): owe 12 miliardów budżetowej dotacji idzie w całości na wypłatę rolniczych emerytur. Podobnie, jak prawie 58 miliardów dorocznej dotacji do ZUS (łatwo wyliczyć, o ile emeryt wiejski jest dla budżetu tańszy od miejskiego). Likwidacja KRUS, skądinąd potrzebna i pożądana, bynajmniej nie spowoduje, że się te emerytury wypłacać przestanie. Tą czy inną drogą, trzeba będzie to robić, bo to tzw. prawa nabyte.

Chyba, że ktoś na poważnie proponuje, żeby wraz z KRUS zlikwidować rolnicze emerytury. Czemu nie? Ale w takim razie nie ograniczajmy się, zlikwidujmy emerytury w ogóle (i tak kiedyś w końcu na nie zabraknie, więc po co czekać na katastrofę?). Wtedy odciążony budżet poszybuje pod niebiosa.

KRUS jest sztucznym, niepotrzebnym tworem wydzielonym z ogólnych ubezpieczeń tylko po to, by partie i związki chłopskie miały na czym pasożytować. Ale miliardów do wzięcia tam nie ma. Przeciwnie.

Przeciwnie. Zrównanie pod względem ubezpieczeń i składek zdrowotnych chłopstwa z resztą obywateli III RP spowodowałoby z początku znaczne zwiększenie wydatków budżetu. Oczekiwane korzyści, natury bardziej społecznej, niż księgowej, nastąpić mogą dopiero po pewnym czasie − będzie to zwłaszcza ożywienie gospodarki wywołane uwolnieniem znacznej części ludności, która dotąd zamknięta jest w finansowym getcie (na przykład, podjęcie przez wieśniaka pozarolniczej działalności gospodarczej wymaga, żeby na dzień dobry znalazł około tysiąca złotych miesięcznie na ubezpieczenia; ten próg praktycznie zamyka go w „społecznym wykluczeniu”).

Jest tu wiele wątków, dla skrótu tylko jeden. Otóż obecnie rolnik zwolniony jest z płacenia składek na NFZ. Ale też nikt tych składek nie płaci za niego. Jeśli rolnik zachoruje i pójdzie do szpitala, to koszt jego leczenia zwróci Narodowemu Funduszowi Zdrowia budżet państwa. Nie znam danych liczbowych, ale powiedzmy sobie − na wsi korzysta się ze służby zdrowia z dużym umiarem, wystarczy porównać średnią życia z tą w mieście.

Jeśli ta krzycząca dla „mędrców” niesprawiedliwość zostanie naprawiona i chłopstwo przejdzie na ten sam statut, co miastowi, to z dnia na dzień półtora miliona rolników stanie się bezrobotnymi. Niech nawet ani jeden z nich nie uzyska prawa do zasiłku. Wystarczy, że za bezrobotnego budżet państwa zobowiązany jest opłacać składki na NFZ.

Tu właśnie, w stopniu znacznie większym, niż w peeselowskim lobbingu, jest przyczyna, dla której nikt nie odważy się ruszyć dziwacznego statusu ludności wiejskiej − ni to uprzywilejowanej, ni zaliczonej urzędowo do obywateli drugiej kategorii. Oczywiście, to prawda, że w owym półtora milionie formalnych rolników mieszczą się ludzie o krańcowo różnym statusie materialnym. Prawie połowa to właściciele tzw. gospodarstw socjalnych, czyli nic nie produkujących − żyjący właściwie z nie wiadomo czego (państwo, prawdę mówiąc, woli tego nie wiedzieć). Są tam też, prawda, wiejscy przedsiębiorcy, o dochodach porównywalnych z innymi, których teoretycznie można by obciążyć równie duża składką. Teoretycznie − bo, tak jak z szarą strefą, część z nich wychodzi na swoje tylko dzięki temu handicapowi, pozbawieni go zbankrutują i dołączą do wiejskiej biedoty. Nieźle prosperujących gospodarstw rolnych jest w skali kraju 40 tysięcy. Powiedzmy, że połowa z nich wytrzyma haracz w wymiarze zusowskim. Co to oznacza dla budżetu państwa?

Jeśli nic poza KRUSem się nie ma zmienić − ruinę.

Wniosek jest oczywisty: KRUSu nie da się zreformować OSOBNO, nie ruszając ZUS ani przywilejów podatkowych, które różną drogą zdobyły sobie liczne grupy zawodowe i społeczne. Trzeba zreformować cały system ubezpieczeń (właściwie najmądrzej byłoby w ogóle zlikwidować tzw. „powszechne” ubezpieczenia, ale o tym i marzyć nie ma co) i wprowadzić nowy, jednolity, w którym jedynym branym pod uwagę parametrem byłyby dochody podatnika − i to po prostu dochody, liczone w jednym pieniądzu, nie, jak teraz, gdy formalnie stówa zarobiona z takiego, takiego czy jeszcze innego tytułu to dla urzędów czasem osiem dych, czasem pięć, a niekiedy nic. Jest do wyboru wiele wzorców, z różnych krajów, każdy lepszy od tego bałaganu, który panuje u nas.

Ale panuje on nie bez przyczyny. Panuje, bo tak jest wygodnie rządzić. I żaden polityk nie odważy się podjąć wielkiej, całościowej reformy, mimo wszelkich korzyści, jakie by ona dała.

Można więc spokojnie gadać: ach, gdyby tak zreformować KRUS! No, ale, niestety, nie możemy… My, wicie rozumiecie, chcemy dobrze, tylko nie możemy! Nie dają nam! I tak można bezpiecznie chrzanić i rozkładać ręce w nieskończoność.

A przecież o to chodzi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Grzech gorszy od zgorszenia

13 gru 2009

Krytykowanie tabloidów jest popularnym i łatwym sposobem kreowania się na zatroskanego moralistę.  Ich pracownicy często są porównywani z padlinożercami, co niesie głębszy sens, niżby krytycy chcieli. Padlinożercy są bowiem może niesympatyczni, ale bardzo potrzebni – czyszczą ekosystem ze zgnilizny, która inaczej staje się źródłem zarazy i zgubą dla wszystkich.

Przy okazji sprawy Krzysztofa Piesiewicza tabloidy wziął też na cel arcybiskup Józef Życiński, w którym publicysta, z pasją atakujący przeciwników salonu, dawno już wygrał z duszpasterzem. Ale, niestety, nadal jest on hierarchą  i kapłanem. A sądy, które wygłasza, są w wypadku kapłana, i to wysokiej rangi, w najwyższym stopniu zdumiewające.

Świecka publicystyka może głosić, że kto tam co wciąga i jaki seks go kręci, to jego prywatna sprawa. Katolicki ksiądz tak grzechu traktować nie powinien, a tym bardziej widzieć w grzeszniku tylko „człowieka, którego spotkało nieszczęście”. Zwłaszcza gdy kontekst wskazuje, iż „nieszczęściem” jest dla kapłana nie to, co katolicyzm staromodnie nazywa grzechem czy upadkiem, ale raczej wpadka, publiczne zdemaskowanie obłudy. Niektórym, także, niestety, hierarchom, zdarza się myśleć, że grzech sam w sobie ujdzie, w końcu człowiek jest grzeszny – byle sprawa nie wyszła na jaw i nie zgorszyła maluczkich. Do czego taki sposób myślenia prowadzi, mamy właśnie przykład w Irlandii.

Grzmi arcybiskup na media, że „niszczą autorytety”. Wynika z tego jasno, iż autorytety, jego zdaniem, istnieć mogą tylko dzięki oszustwu, dzięki fałszowaniu życiorysów  – gdybyśmy żyli w prawdzie, nie ostałby się żaden. Nie dziwi mnie to, zważywszy, z kim sympatyzuje Życiński-publicysta, ale Życiński-kapłan powinien dopuszczać, że zdarzają się i prawdziwi święci.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kronika czasów zarazy

12 gru 2009

Subotnik Ziemkiewicza

Jerzy Dobrowolski, „Wspomnienia moich pamiętników” − nie sądziłem, że jakakolwiek książka jest mnie jeszcze w stanie poruszyć. A od kilku dni chodzę kołowaty, jakby mnie kto solidnie walnął między oczy. Skończyłem i zacząłem od nowa.

Książka, której, towarzysze, właściwie mogło by nie być. Ot, jakieś zapisane przez Dobrowolskiego bruliony, pourywane notatki, nie opracowane do wydania, bez sensownego początku i końca. Akurat się Roman Dziewoński uparł, żeby je zebrać do kupy i wydrukować. Gdyby nie strzeliło mu to do głowy, mogłyby zapiski Dobrowolskiego pozostać w rodzinnym archiwum, może wręcz w jakim pudle na pawlaczu.

Dobrowolski − kto spoza wąskiego środowiska teatralno-kabaretowego jeszcze dziś faceta pamięta? „Z zawodu dyrektor” z „Poszukiwany-poszukiwana” Barei, cwaniaczek z „Nie ma róży bez ognia” tegoż reżysera, „dzień dobry, jestem z Kobry”, „niestety, niestety, niestety”, „nic właśnie” − strzępki. Kabareciarz. Dzisiaj to słowo, jak wiele innych, zostało upodlone. „Kabareciarzem” nazywa mnie niedouczona miernota, wylansowana przez medialną klakę na dziennikarski autorytet, w przekonaniu, że mnie tym epitetem miażdży i unieważnia. „Kabaretem” nazywają ludzie sejmowe komisje śledcze, chcąc im w ten sposób okazać lekceważenie i pogardę. W kraju Stańczyka na śmierć zapomniano, czym tu był kabaret − kabaret Pietrzaka, Młynarskiego, Dziewońskiego, Wasowskiego i Przybory, Laskowika, no i Dobrowolskiego właśnie. W końcu, nie jedyna i nie najważniejsza z rzeczy zapomnianych. „Myśmy wszystko zapomnieli”.

„Gdybym pociągał sznury wielkich dzwonów/to biłbym, biłbym/na trwogę/ale dzwoneczkiem na błazeńskiej czapce/kogóż ja przestrzec mogę”. Więc w prywatnych, domowych zapiskach Dobrowolski zrzuca tę błazeńską czapkę Stańczyka. Zwierza się.

Właśnie od tych zwierzeń chodzę od kilku dni skołowany, porażony ich prostotą i oczywistością. „Myśmy wszystko zapomnieli”. Nie przypominam sobie równie poruszających zapisków z peerelu. Nawet „Dzienniki” Kisiela wydają się przy tym zapisie blade, błahe, bezsilne. Kisiel grzęźnie w szczegółach, kłócąc się z reżimową propagandą brnie w mało dziś zrozumiałe szczegóły. Dobrowolski, ironiczny, cięty w słowach, skrótowy, kondensuje z tego samego materiału istność ustroju, samą esencję tego − pierwsze i nieostatnie brzydkie słowo w tym tekście, ale proszę redakcję o nie poprawianie, inaczej się napisać nie da – tego kurewstwa.

Oto zapiski człowieka prawego, w prawdziwym sensie tego słowa inteligenta, zanurzonego w kurewskim, do cna załganym, do cna zdeprawowanym świecie. „Wszyscy zginęli − reszta wyjechała…” Pozostało codzienne zbydlęcenie, powszechna deprawacja, i przede wszystkim kłamstwo, kłamstwo, kłamstwo… Kłamstwo, przed którym człowiek prawy broni się rozpaczliwie jedyną dostępną mu bronią − szyderstwem, drwiną, ironią. Żartem, grającym na erudycyjnych skojarzeniach. Pigoniowskie strzelanie do wroga brylantami – tu chamskie ryje partyjnych sekretarzy, tępe gęby propagandystów, słowa jak cepy, „składnia pozbawiona uroków koniunktiwu, dialektyka oprawców, żadnej dystynkcji w rozumowaniu” – a ze strony przeciwnej tylko tych „parę prostych prawd”, broniących przed wszechzbydlęceniem i panświnizmem.

Proces księdza Jerzego (tak, księdza, nie jego morderców): „Ekstremalna działalność księdza zrodziła odrażającą zbrodnię”, powiedział peerelowski prokurator, a Dobrowolski zanotował; ja, przyznaję ze wstydem, zapomniałem. Proces sanitariuszy wrabianych w zabicie Grzegorza Przemyka. „Polsce potrzebny jest wewnętrzny spokój dla zgodnego współdziałania wszystkich patriotów w rozwiązywaniu problemów społecznych i gospodarczych” (przemówienie I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka). „Szerokie otwarcie partii na aktywne współdziałanie ze wszystkimi patriotycznymi, uznającymi realia socjalizmu siłami (przemówienie I sekretarza KC PZPR Wojciecha Jaruzelskiego). „I po co tak pierdolić, panie generale?” − Jerzy Dobrowolski.

I dalej Dobrowolski: „Boże, jak serdecznie mam tego dosyć… nie mogę wziąć do ręki gazety, wysłuchać dziennika, obejrzeć kroniki. Jeszcze straszliwie przeżyłem wprowadzenie stanu wojennego, jeszcze, już leżąc, rozpaczliwie próbowałem rękami chwytać coś w powietrzu, ale chwytałem tylko smród i gówno. Teraz nie chce mi się nawet rzygać. Nie ma nawet we mnie nienawiści, nawet nie śmieszą mnie te przemówienia, odezwy, apele. Te sztandary, wiece i krawaty. Ogarnia mnie tylko bezmierne zdumienie, że są ludzie, nawet nie ludzie pewnie − osobniki, którzy w czymś takim zdolni są uczestniczyć”. Rok 1979, 1984, 1985, 1986.

Litościwa śmierć zamknęła Jerzemu Dobrowolskiemu oczy, zanim mógł zobaczyć, jak całe to dławiące go kurestwo zdołało się przepoczwarzyć w wolną Polskę, rozchamić i rozbezczelnić w „dyskursie publicznym”, usadzić na cokole.

„Czy to była kula, synku − czy to serce pękło?”

Kurwa, nie mogę. Przepraszam. Kończę i zaczynam od nowa. To trzeba przeczytać i przeżyć − jeszcze raz.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop