Archiwum z gru 2009

Wzmożenie kontrolne

29 gru 2009

Wkrótce po ustaleniu przez premiera oficjalnej wykładni, że aferą jest nie załatwianie sobie przez cwaniaków ustaw ani prawdopodobny przeciek z jego otoczenia, który cwaniakom owym pozwolił umknąć śledztwu, tylko hazard jako taki, zaczęły się masowe kontrole lokali i bud z automatami do gry.

Początkowo rząd twierdził zresztą, że to tylko działania rutynowe. Potem zmienił zdanie. Jak doniósł wczorajszy „Dziennik”, Ministerstwo Finansów wręcz pochwaliło się, że tylko w grudniu odbyło się już prawie 4300 takich nalotów celniczo-skarbowych i że w ich wyniku skonfiskowano blisko 500 automatów.

Jeśli się zastanowić, sprawa negliżuje dobitnie, do jakiego stopnia marne i niedocywilizowane jest wciąż, po 20 latach budowania, nasze państwo. W kraju normalnym urzędy mają swoje zadania i je w miarę spokojnie, metodycznie realizują. Natomiast biurokracja kraju zacofanego pracuje szaleńczymi zrywami. Powiedzmy, wódz rzucił złotą myśl, wybuchł pożar albo afera – i trzeba się wykazać. Premier wzywa i opatycza ministrów, ci swoich zastępców, ci znowu szefów wojewódzkich, i tak dalej, spływa w dół lawina rugania, i poderwana nią rzesza kontroli rzuca się w teren, wykazać się przed zwierzchnością zaangażo-waniem.

Zawalił się dach – to wszyscy sprawdzają, czy dachy odśnieżone. Spalili się bezrobotni – w całym kraju kontrole zabezpieczeń pożarowych. Teraz znowu automaty… zryw trwa tydzień, dwa, w tym czasie może się dziać, co chce, nikt nie zauważy, bo wszyscy się wykazują aktywnością na niwie. Aż się sytuacja uspokoi i cały aparat państwa machnie ręką, ciśnie „wnioski pokontrolne” w kąt i zastygnie w zwykłym tumiwisizmie. Do następnego razu. A śnieg na dachach znowu się zbiera, instalacje pożarowe niszczeją… i hazard też nie zginie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Reforma finansów – aby do wyborów?

29 gru 2009

Jacek Rostowski tłumaczy, że prawdziwe zmiany będą dopiero, gdy w Pałacu Prezydenckim zasiądzie Donald Tusk. Do tego czasu pretensje o to, że premier i jego gabinet niczego nie robią, kierować należy do Lecha Kaczyńskiego

Pod choinkę dostaliśmy od rządu zapowiedź wielkiej reformy finansów publicznych oraz ich konsolidacji. Takiej reformy domagają się specjaliści bodaj od samego początku istnienia III RP, z każdym rokiem coraz głośniej, w tonie coraz bardziej dramatycznym.

Ale po dwóch latach rządów PO – PSL i jego zespołów eksperckich mamy prawo oczekiwać już nie tylko zapowiedzi, ale konkretnych projektów zmian. Otrzymujemy tymczasem tylko tezy przypominające hasła wyborcze. Najwyraźniej prace nad wielką reformą dopiero się rozpoczynają, czy wręcz dopiero mają się rozpocząć. Dlaczego? Rząd i pracownicy kibicujących mu mediów wyjaśniają, że dopiero teraz, bo dopiero, gdy minął światowy kryzys, można się za to zabrać.Trudno nie przypomnieć, iż zanim kryzys ten się rozpoczął, rząd miał na przygotowanie reformy cały rok doskonałej koniunktury. I że premier zdążył nawet zapowiedzieć, bardzo ambitnie i ku ogólnemu zaskoczeniu, wejście do strefy euro w roku 2012 – o czym nie można marzyć bez ograniczenia zadłużenia i deficytu budżetowego.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gwiazdy bez matury

27 gru 2009

Andrzej Brycht, pisarz przez krótki czas bardzo lansowany, zapisał się w pamięci spotkaniem w szkole (za owych czasów takie spotkania „z ciekawym człowiekiem” urządzano często). „Uczycie się pilnie?” – zapytał, na co dzieci, oczywiście, odpowiedziały, że uczą się pilnie. Wtedy literat kazał im wyjrzeć za okno, gdzie zaparkował swoją szalenie drogą limuzynę. „To popatrzcie, ja się nigdy nie uczyłem i jeżdżę taką gablotą, a wy się będziecie uczyć do us… śmierci i nigdy was na nic podobnego nie będzie stać!”.

Pół wieku temu powiedzieć tak dzieciom, to był skandal. Dziś taki „mysydż” wbija im się w głowę na okrągło. Na przykład telewizja TVN w czasie świąt zaprezentowała specjalną edycję teleturnieju „Milionerzy” z udziałem gwiazd swych seriali. Gwiazdy dostały między innymi pytanie, która z wymienionych postaci – Doktor Judym, Cezary Baryka, Rafał Olbromski, Antek Boryna – nie pochodzi z powieści Żeromskiego. I padły. Okazało się, że wymienione nazwiska nie mówią im nic a nic. Mimo że wszystkie cztery powieści nie tylko są w obowiązkowych lekturach szkolnych, ale zostały też zekranizowane i co najmniej dwie z tych ekranizacji uważa się za część kanonu polskiej filmografii. W końcu w mozole doszły gwiazdy TVN, że Boryna z „Chłopów”, a to chyba napisał Żeromski. Na szczęście pomogła publiczność, potwierdzając tezę z niedawnego wywiadu Ryszarda Makowskiego w „Rzeczpospolitej”, że jest, generalnie, mądrzejsza od tych, którzy fundują jej telewizyjny „fun”.

Kto tym ludziom dał maturę, chciałoby się spytać. Tylko po co? Nie matura – ani tym bardziej talent czy umiejętności – zrobi z ciebie gwiazdę, lecz… Właśnie, co?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Schizofrenia parytetoidalna

20 gru 2009

Akcja zbierania podpisów pod żądaniem ustawy o parytetach, pomimo zaangażowania w nią wielu celebrytów, przyniosła skutek daleko gorszy od zamierzonego.

Nie kryje rozgoryczenia Piotr Pacewicz, wicenaczelny „Gazety Wyborczej”, która we wspieranie projektu bardzo się zaangażowała. Przyczyny marnego wyniku upatruje w nieumiejętności zmobilizowania się środowisk, a które gazeta oddziałuje. Może niesłusznie? Może przyczyna jest gdzie indziej?

Osobiście w ogóle słabo jestem przekonany do tezy, że większa obecność kobiet w polityce przełoży się na jej lepszą jakość. Może sprawić raczej, że jeszcze więcej dziedzin życia publicznego zacznie wyglądać jak Warszawa pod rządami Hanny Gronkiewicz-Waltz albo polska służba zdrowia pod rządami Ewy Kopacz. Obie panie zdobyły swe stanowiska bez parytetu – pierwszą wybrała oszalała z nienawiści do Kaczyńskich warszawka tylko po to, by na złość im odmrozić sobie uszy, a drugą premier wypromował w jakimś niepojętym odurzeniu. Ale dają one przedsmak tego, do czego parytet mógłby doprowadzić.

Jest zresztą na to przykład doskonały – szefowa unijnej dyplomacji Catherine Ashton. Na dyplomacji się nie zna i nigdy nie miała z nią do czynienia, walorów nie posiada żadnych, ale rozliczne parytety wypełnia doskonale, i to był jedyny powód jej nominacji. Ta sama „Gazeta Wyborcza”, relacjonując przesłuchanie pani Ashton przez stosowną komisję europarlamentu, użyła w tytule słowa „kompromitacja”. Wszyscy to przyznali – parytetowa eurominister to kompromitacja. Kompromitacja przecież nie niczego innego, tylko myślenia parytetami właśnie!

Jak może ta sama gazeta stwierdzać tę kompromitację i – jednocześnie, zupełnie jej nie zauważając, intensywnie parytet promować? I co nam to mówi o jej redaktorach?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Państwo podsłuchów, czyli − gdzie jesteście, pajace?!

19 gru 2009

W normalnym kraju taka sprawa musiałaby wstrząsnąć posadami państwa − najdalej w kilka dni po pierwszej publikacji prasowej posypałyby się dymisje, a premier musiałby się co najmniej gęsto tłumaczyć przed parlamentem i opinią publiczną. U nas padła jak niewypał w szambo, nawet bez szczególnie głośnego plusku.

Myślę o odkrytej przez „Dziennik − Gazetę Prawną” notatce urzędnika Ministerstwa Finansów, który zgłasza przełożonemu wątpliwość, czy udostępniając Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, na polecenie bezpośredniego zwierzchnika, dane zebrane przez tzw. wywiad skarbowy nie złamał prawa. Z tej jednej skromnej notatki, i z ustaleń gazety, że praktyka jest nagminna, wyłania się obraz więcej niż niepokojący.

Oto ABW, kierowanej przez związanego z PO Krzysztofa Bondaryka, człowieka o dyskwalifikującej go na to stanowisko przeszłości i powiązaniach (nawiasem, w „establisz-mętowych” mediach pełniących wiernie propagandową służbę u Tuska, które tyle razy wbijały swym odbiorcom w głowę „pisowskość” byłego szefa CBA, nigdy nie znalazła się informacja, iż wspomniany Bondaryk był przez pewien czas członkiem władz PO) nie wystarczają już „pięciodniówki”, dzięki którym może sobie podsłuchiwać prawie każdego kogo chce i kiedy chce. Korzysta jeszcze z usług kuriozalnej i obdarowanej licznymi przywilejami służby specjalnej, utworzonej przy ministerstwie z pozoru zupełnie ze służbami nie związanym, i przez nikogo nie nadzorowanej − jeśli nie liczyć czysto formalnego nadzoru komisji sejmowej.

ABW, przynajmniej teoretycznie, jakoś tam opowiadać się musi prokuraturze i sądom. Wywiadowi skarbowemu do zakładania podsłuchów i stosowania innych form inwigilacji wystarczy podejrzenie, że ktoś nie płaci podatków. Nasz system podatkowy jest zaś taki, że podejrzany o to może być właściwie każdy. W tym samym numerze „DGP” przypomina na swych stronach prawnych, iż każdy, kto dał swym najbliższym − na przykład dzieciom − więcej niż 9637 złotych w ciągu pięciu lat, obojętne, w gotówce czy w formie konkretnych prezentów, ma prawny obowiązek zgłosić to w Urzędzie Skarbowym wraz z prośbą o umorzenie, ze względu na bliskie pokrewieństwo, podatku od darowizny. Kto tego nie robi, jest karno-skarbowym przestępcą. A kto to robi? Nikt, oczywiście. Nikt nawet nie wie, że obowiązujące w Polsce prawo zawiera aż takie idiotyzmy (ten przecież jest tylko jednym z wielu). Gdyby ludziska to wiedzieli, pozbierali by się w końcu i władzę, która te przepisy toleruje, pogoniliby na kopach.

Wystarczy więc podejrzenie, że obywatel − a poza wąskim marginesem żyjącym w skrajnej nędzy, dotyczy to każdego − nie dopełnił obowiązku podliczenia wartości i zgłoszenia do Urzędu razem wziętych prezentów przekazanych dziecku na komunię i pięć kolejnych imienin, urodzin oraz świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy, żeby założyć mu podsłuch. A dane z tego podsłuchu Wywiad Skarbowy przekaże bratniej ABW. W bratniej ABW zaś, jak pokazuje choćby sprawa bezprawnego użycia stenogramów podsłuchów dziennikarzy przez p. Mąkę, dzieją się z takimi zapisami dziwne rzeczy. Niby powinny być, jeśli nie świadczą o żadnym przestępstwie, niszczone. Ale najwyraźniej nie są.

A można obawiać się czegoś gorszego. Skoro w ABW toleruje się na samej górze ludzi o przedziwnych parantelach, to czy można mieć pewność, że służba ta, bądź jakaś jej część, nie stanie się narzędziem w rękach którejś z licznych w Polsce mafii? Tak, jak prawdopodobnie użyte zostały służby skarbowe do niszczenia Romana Kluski, albo prokuratura do egzekucji na zlecenie na firmie Bestcom i jej właścicielach? Jeśli mafia zagnie parol na jakiegoś biznesmena, którego chce oskubać, zniszczyć albo porwać mu syna, jeśli zaplanuje jakieś „wrogie przejęcie”, jeśli zechce zgnoić kogoś, kto jej wlazł na odcisk, zwróci się jakiś ubek zweryfikowany ongiś negatywnie do kolegi zweryfikowanego ongiś pozytywnie i poprosi o drobną przysługę zajrzenia do przechowywanego przez służby zbioru haków. Wicie-rozumicie, korek, worek i rozporek, zawsze się znajdzie coś, co pozwoli figuranta przycisnąć. Narazi się mafii albo służbom jakiś polityk czy urzędnik przypadkiem nie przez nie wykreowany i jeszcze nie skorumpowany − to samo.

Prawdopodobne nadużywanie przez ABW Wywiadu Skarbowego to przecież tylko jeden element pasującej do siebie układanki. Wczoraj prasa doniosła o próbie wprowadzenia tylnymi drzwiami, pod pozorem walki z hazardem, prawa pozwalającego służbom na inwigilowanie internetu. Być może ta wiadomość wzbudzi większe oburzenie, bo internauci wydają się społecznością bardziej świadomą zagrożenia niż tzw. ogół. Być może nawet uda się nagłośnić draństwo na tyle, że premier, jak to ma we zwyczaju, wycofa się, by nie narazić swego wizerunku, udając, że skądże znowu. Za czas jakiś te same regulacje zostaną do Sejmu przemycone w jakiejś innej ustawie, choćby o prawach dziecka czy skupie ziemiopłodów, i, jeśli nic się w Polsce nie zmieni, przejdą niezauważone.

Czy nie jest stosowne sformułowanie, że coś tu brzydko pachnie?

Nie jest. Słowo „pachnie” absolutnie tu nie pasuje. Tu ŚMIERDZI, cuchnie zgnilizną Rywinlandu, od pewnego czasu coraz mocniej dobywającą się spod coraz grubiej pudrowanej przez Tuska fasady III RP.

W tym smrodzie wraca do mnie wspomnienie tych wszystkich intelektualistów, artystów, celebrytów, którzy przed ostatnimi wyborami przewijali się korowodem przez media, drżącym głosem wyznając, jak bardzo dusi ich ta pisowska atmosfera podejrzliwości i inwigilacji, jak boją się świateł jadącego za nimi samochodu, jak przeraża ich, że ktoś załomoce im do drzwi o czwartej nad ranem i nie będzie to mleczarz…

Nie mogę nie zapytać − gdzie wy teraz jesteście, salonowe pajace? Teraz się nie boicie, nie duszno wam? Nie przeszkadza wam ten, jak to ujął satyryk, „ryk Bonda”, ani podsłuchy, ani wywiady skarbowe, ani magazyny haków w ubeckich szufladach? No, dajcie głos!

Nie jestem okrutny. Nie będę domagać się od arbitrów elegancji, którzy rajcowali półinteligencką gawiedź uwagami o powierzchowności Anny Fotygi, żeby teraz powiedzieli coś o urodzie Catherine Ashton. Pies ich miłował. Ale tym, których tak trwożyła „duszna atmosfera państwa podsłuchów”, nie przepuszczę. No, chcieliście przecież zbijać punkty na pokazywaniu, jacy to jesteście zaangażowani w obronę obywatelskich swobód. No to się angażujcie, żałosna zgrajo. Bo zadam sobie trud grzebania w starych gazetach i zacznę przypominać, konkretnie, z nazwiskami, gdzie, kto, co.

No?

Czekam.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop