Archiwum z lis 2009

Feministkom się należy

18 lis 2009

Miłośnicy Monty Pythona pamiętają „Żywot Briana” i ten dialog: Kto jest największym wrogiem Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny? Rzymianie? Nie, Narodowy Front Wyzwolenia Palestyny.

Mechanizm odwieczny, nie dziwota więc, że dla animatorek feminizmu w Polsce największym wrogiem nie jest żaden męski szowinista, ale pełnomocnik ds. równego traktowania (kiedyś dodawano: „kobiet”, ale nazwę urzędu zmodyfikowano w imię równego traktowania) Elżbieta Radziszewska. Feministki domagają się od premiera jej dymisji, proponując na to miejsce profesor Małgorzatę Fuszarę, współtwórczynię i pracownika gender studies na UW. Na ile znam jej dokonania, to mniej więcej tak, jakby na szefa komisji wspólnej państwa i Kościoła zaproponować Joannę Senyszyn.

Oczywiście, zarzut, że minister Radziszewska nic nie robi, nie jest, powiedzmy, wyssany z palca. Ale, na litość, gdyby za takie rzeczy odwoływać, to kto z tego rządu pozostałby na stanowisku? Mierzmy panią minister tą samą miarą co jej szefa. Wystarczy, że nie jest z PiS. I nie wolno jej krytykować, bo jeszcze PiS wróci, a wtedy kury przestaną się nieść, krowy dawać mleko, Europa będzie się z nas śmiać i w ogóle demokracja będzie zagrożona porównywaniem opozycji do ZOMO. Czy tego chcą feministki?!

Mówiąc już poważniej, chcą czegoś innego – urzędu, możliwości jego rozbudowywania, „Casa Valdemar” na bankiety i kasy podatników na feministyczne programy. Uważają po prostu, że ten urząd (skądinąd w ogóle bezsensowny, skoro istnieje już rzecznik praw obywatelskich – chyba że kobiety uznajemy za obywateli drugiej kategorii) należy im się tak samo jak Ministerstwo Rolnictwa czy KRUS PSL. Tylko że bez PSL nie sposób Polską rządzić. Bez feministek, Bogu dzięki, można.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

PiS likwiduje alkoholizm

17 lis 2009

Na rynku bardzo drogiej whisky zapowiada się nie lada sensacja – na licytację trafić ma trunek z rocznika 1909, pochodzący z zapasów wyprawy niefortunnego polarnika Ernesta Shackletona i odnaleziony po stu latach w lodzie (trudno wyobrazić sobie whisky lepiej schłodzoną).

Wątpliwe, by trafiła do Polski, ale gdyby, to sprzedawca zapłaci „wysoką, odstraszającą grzywnę”, jeśli nie zalepi butelki zajmującym co najmniej 15 procent jej powierzchni ostrzeżeniem, że picie alkoholu szkodzi.

Taki projekt nowelizacji ustawy o wychowaniu w trzeźwości urodzili właśnie, zapewne w ciężkich bólach, posłowie Prawa i Sprawiedliwości. Sens projektowanej ustawy dla walki z pijaństwem jest oczywisty – już widzę, jak menele w mojej bramie sylabizują ostrzeżenie na bełcie i chwytają się za głowy: „O Boże, to alkohol szkodzi?! Więcej go do ust nie weźmiemy!”.

I tak społeczny problem alkoholizmu zostanie wreszcie rozwiązany. Oczywiście, nie tylko bormotucha, ale i alkoholowe luksusy zostaną przez PiS ozdobione umoralniającą inskrypcją (tylko czemu tak małą? zalepcie pół butelki, albo i całą!).

Ciekawe skądinąd, czy ustawa nie przewiduje wyjątku dla win dostarczanych na stół pana prezydenta?

W ten sposób PiS udowadnia, że jako opozycja nie jest bezczynny, że nie ogranicza się do jałowych obelg pod adresem Tuska, ale potrafi coś merytorycznego zaproponować. A tym samym ostatecznie dowodzi, że jedyną przyczyną, dla której partia ta nie może nijak poprawić swych notowań i zagrozić władzy nawet w najbardziej sprzyjających okolicznościach, jest spisek mediów. Nie żadne błędy, bo takowych nie popełnia, ani tym bardziej nieudolność, bo skoro potrafiła coś tak mądrego zaproponować, i to w kwestii tak ważkiej, to widać, że posiada znaczący potencjał intelektualny.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kuroń w grobie się przewraca

15 lis 2009

Wojny subkultur to nie jest coś, czemu przyzwoity człowiek kibicuje. Gdy na ulicy naparzają się kibole albo uliczne gangi, oczekujemy od policji, że przywoła do porządku – w miarę potrzeby sięgając po tzw. środki przymusu bezpośredniego – obie strony.

To samo dotyczy subkultur politycznych, takich jak skinheadzi czy lewacy, którzy wzajemnie stanowią dla siebie usprawiedliwienie swych zadymiarskich zamiłowań. O tym sprzężeniu świadczy zwyczaj – analogiczny do „ustawek” kiboli – że demonstracja jednych nie może się obejść bez „kontrdemonstracji” drugich.

Gdy więc publicysta „Gazety Wyborczej” wzywa płomiennie, by przychodzić na lewacką kontrdemonstrację „z kamieniami w kieszeniach” – jest źle. Nie cieszy mnie, kiedy młodzi idioci wykonują pod pomnikiem Romana Dmowskiego gest, za który sam Dmowski, zajadły wróg nacjonalizmu niemieckiego, pogoniłby ich lagą. Ale taki jest koszt demokracji. Nie oburza mnie też, gdy policja, chroniąc demonstrację, która, podoba nam się to czy nie, jest legalna, pałuje tych, którzy ją atakują; podczas „marszów równości”, też legalnych, stroną obrywającą jest również ta, która „kontrdemonstruje” – taka jest logika policyjnej akcji.

Oburza mnie natomiast tak jawnie prezentowana przez publicystę mentalność Kalego – furda prawo, nasi są dobrzy, a tamci to źli faszyści, więc mamy moralne prawo miotać kamieniami. Szczególny niesmak zaś budzi, gdy do bojówkarskiego apelu dołącza się nauczycielka z liceum imienia Jacka Kuronia, skądinąd córka rozhisteryzowanego publicysty. Kto jak kto, ale Jacek Kuroń od wezwań do przemocy był jak najdalszy. I, prawdę mówiąc, za słowa wydrukowane w „Wyborczej” szkoła jego imienia powinna panią Blumsztajn zwolnić dyscyplinarnie.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ratujmy dzieci (3)

13 lis 2009

Subotnik Ziemkiewicza

Dwie informacje − pierwsza z Nowego Jorku, druga z Woronicza.

W Nowym Jorku szeregiem hucznych imprez, w tym uroczystą paradą po nowojorskiej ulicy Sezamkowej, uczczono czterdziestolecie programu dla dzieci pod tym samym tytułem; programu, będącego sztandarową produkcją amerykańskiej telewizji publicznej PBS, znanego na całym świecie i mającego w różnych krajach swoje wersje licencyjne.

Z Woronicza natomiast dowiedziałem się, że TVP wstrzymała produkcję programów dla dzieci. Jeszcze nie zdejmuje ich z anteny, będzie puszczać powtórki, ale bez wątpienia wbiła właśnie kolejny gwóźdź do trumny tych programów, od dawna już przez kolejne ekipy rządzące publicznymi mediami traktowanych, najdelikatniej mówiąc, po macoszemu.

Najnowszy sezon „Ulicy Sezamkowej” otworzył odcinek z udziałem pierwszej damy. Nawet jeśli przywiodła ją tam potrzeba promocji, to sam występ żony prezydenta w takim programie podkreśla, iż uważa się go za coś więcej, niż popularny telewizyjny show. Że ma on znaczenie − oczywiste, choćby jako przeciwwaga dla kretyńskich i w większości antypedagogicznych produkcji komercyjnych.

A najnowszego sezonu naszych programów nie będzie, bo TVP nie ma na to pieniędzy. Widzi ważniejsze potrzeby.

Mówiąc krótko: tam program dla dzieci jest uważany za ważną część misji i przy okazji materiał na komercyjny sukces; jest doinwestowany, szanuje się jego tradycję. Tu natomiast takie programy zawsze były głównym polem szukania oszczędności, a jeśli któryś przetrwał na antenie więcej niż pięć lat, jego twórcy słyszeli, że jest przestarzały i „wyczerpał formułę”.

Nie piszę o tym, by ujmować się za Domisiami, Kotem Budzikiem czy „Jedynkowym Przedszkolem”. To nie im dzieje się największa krzywda. Największa krzywda dzieje się dzieciom. Te bogatsze przerzucą się pewnie na Cartoon Network i podobne stacje, wychowujące je dowcipami o, hm, głośnych przejawach fizjologii. A te biedniejsze? Te przecież i tak mają przechlapane, że się urodziły tam, gdzie się urodziły, zamiast w jakichś lepszych sferach. Bo biedota nie ma kablówek ani dekoderów. Dla tej rzeszy dzieciaków programy dziecięce TVP, robione z roku na rok coraz taniej, ale przez naprawdę dobrych i oddanych tej pracy fachowców, były jedynym poza szkołą kontaktem z jakąś myślą, edukacją, kształcącą zabawą. Jedynym sposobem przeciwdziałania od najmłodszych lat temu, co politycy z poważnymi minami nazywają „społecznym wykluczeniem” i z właściwą sobie obłudą obiecują zwalczać. Wszyscy obiecują je zwalczać, od lewej do prawej. I ci, co postanowili zrobić wszystko, aby TVP i PR zagłodzić, pozbawić abonamentu nie tworząc innego systemu finansowania, zniszczyć po prostu, by przysłużyć się powiązanym z nimi obustronnymi interesami stacjom komercyjnym − i ci, co w mediach publicznych widzą tylko narzędzie politycznej promocji, które chcą uchwycić nawet za cenę całkowitego zdemolowania wszystkiego, czego nie da się zaprząc do propagandy.

Przez jakiś czas będą rozżalone dzieci dziwić się, że telewizja nadaje stare, znane im już odcinki, i pytać rodziców, dlaczego. Ale z czasem zrozumieją, że są po prostu ludzką mierzwą, nikomu w tym państwie niepotrzebną. Z czasem, gdy podrosną, należycie tępe i głupie, jak to jest dla rządzących establisz-mętów wygodne, zaczną się uczyć pić i kraść.

Ale czy to kogoś obchodzi?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Miłość i cynizm

8 lis 2009

Od dawna twierdzę, że uwielbienia Polaków dla Donalda Tuska nie ma sensu rozpatrywać w kategoriach racjonalnych.

Po prostu, jak to słusznie zauważyła Manuela Gretkowska, „Polska jest kobietą” – Tusk zaś tym facetem, który doskonale wie, gdzie są jej czułe punkty. A jak kobieta się zadurzy, wybacza wszystko – niech pije, niech kłamie, aby tylko pięknie, niech nawet podkrada biżuterię. Oczywiście, pewnego dnia zadurzenie się kończy. Ale na razie nic nie zmusza Tuska i jego ekipy do smucenia się, że taka chwila nadejdzie.

Przeciwnie – szybujące sondaże najwyraźniej rozzuchwaliły Platformę i przekonały ją, że może wszystko. Pokazuje to sposób, w jaki ukręciła łeb aferze hazardowej. Z jednej strony postulowaną komisję zamieniła w parodię, redukując udział w niej PiS do „loży szyderców”, z drugiej – forsuje w dzikim tempie ustawę, której założenia zupełnie unieważniają przedmiot dochodzenia komisji.

Zakochana w swym premierze Polska pewnie nie weźmie mu za złe, że po pięknych zapowiedziach nawet nie próbował długo zachowywać pozorów, jakoby zależało mu na ujawnieniu prawdy. Zresztą nawet jeśli tak brutalne „zamiecenie” afery zaszkodzi wizerunkowi władzy, to i tak przecież mniej, niż zaszkodziłaby komisja z prawdziwego zdarzenia i wnikliwe, jawne oraz długotrwałe badanie przez nią prawdziwego przebiegu zdarzeń.

W tym kontekście trzeba się zgodzić z Leszkiem Millerem, gdy twierdzi, że stracił władzę, bo przyznał, iż afery, które były, były w istocie. Gdyby twardo poszedł w zaparte i użył posiadanych sił, by nie dopuścić do żadnych śledztw ani komisji, rządziłby do dziś.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop