Archiwum z lis 2009

Interes na powietrzu

29 lis 2009

Popularyzujące historię pismo „Mówią Wieki” przypomniało ostatnio historię niejakiego Johna Lawa – bankiera, który w XVII wieku tak zakręcił emitowanymi przez siebie papierami, że puścił z torbami pół Francji. Materiał zilustrowano karykaturą z epoki: „John Law handluje powietrzem”. Jak z tego widać, dla naszych przodków „handlowanie powietrzem” uchodziło za szczyt tupetu i niewyobrażalnej bezczelności oszusta.

Dzisiaj wielki, międzynarodowy handel powietrzem – czy „limitami emisji” – uprawiany jest już nie tylko przez pojedynczych grandziarzy, ale przez rządy mocarstw, ze wsparciem wielkich mediów oraz paneli naukowych czy za takie się podających.

Istoty sprawy to jednak nie zmienia i żaden jazgot, nawet taki, jaki zorganizowano przed klimatycznym szczytem w Kopenhadze, nie jest w stanie tego zmienić. Co szczególnie zabawne, w globalny szwindel klimatyczny najgorliwiej włącza się lewica wszelkich odcieni – co stanowi kolejny z licznych dowodów, iż lewicowość to postawa wynikająca z przerostu szlachetnych intencji nad rozumem. Przecież cały ten zgiełk to właśnie robota tak przez lewicę znienawidzonych wielkich korporacji i realizacja potępianego przez nią turbokapitalizmu, wpychającego masom rzeczy coraz to bardziej im niepotrzebne.

Chodzi wszak o to, żeby miliony konsumentów zmusić, jeśli nie propagandą, to ukazem, do wyrzucenia lodówek, samochodów i innych urządzeń, które z powodzeniem mogłyby służyć jeszcze kilkanaście lat, i kupienia nowych, wcale nie lepszych, ale „ekologicznych”. I żeby w zaraniu zniszczyć konkurencję ze strony krajów rozwijających się, które nie dysponują „ekologicznymi” i „energooszczędnymi” technologiami. A z troską o Ziemię ma to wszystko wspólnego mniej więcej tyle, co karmelici z karmelizacją.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ludzie z eurogumy

28 lis 2009

Subotnik Ziemkiewicza

Gdy dowiedziałem się, że nowo wybranej szefowej europejskiej dyplomacji przysługuje tytuł baronessy, w pierwszej chwili sądziłem, że to z racji urodzenia. W końcu zdarza się dość często, że zblazowani potomkowie arystokratycznych rodów znajdują perwersyjną podnietę w komunizowaniu − zbyt często, by się nad sprawą rozwodzić.

Dopiero po czasie dowiedziałem się, że pani Catherine Ashton arystokratką jest nie z urodzenia, ale z mianowania parę lat temu przez lewicowego premiera Browna. Cóż to jest za, przepraszam za podwórkowe słownictwo, żenua i obciach! Kim trzeba być, żeby podawać się za człowieka lewicy, opowiadać te wszystkie kawałki o sprawiedliwości społecznej, równości i innych takich, a potem, gdy się na tych opowiastkach udało zrobić jako taką karierę, przyjmować tytuł arystokratyczny?!

Ale przecież pani baronessa nie jest żadnym wyjątkiem. W zachodnioeuropejskich elitach roi się od ludzi, którzy dokonali w życiu zdumiewających ideowych wolt. Javier Solana, przez czas pewien piastujący godność sekretarza generalnego NATO, za młodu był podobnie jak baronessa zajadłym, prosowieckim pacyfistą i jako taki domagał się rozwiązania sojuszu, który po latach dał mu tak tłustą synekurę. Podobnie z byłym szefem dyplomacji Niemiec, Joszką Fisherem czy brylującym do dziś w mediach przywódcą ruchawek z 1968 Danielem Cohn-Benditem. Pomniejszych nie chce się liczyć. Po wytropieniu, że pani Ashton swą karierę, uwieńczoną dziś nominalnym kierowaniem europejską dyplomacją, rozpoczęła od brania „pieniążków moskiewskich” dziennikarze zabrali się za kolejnych kandydatów do unijnych urzędów, którzy mieli podobny start, i nazbierało się już takowych całkiem sporo.

Czy wszyscy ci ludzie przeszli jakąś duchową przemianę, podobną temu, co stało się udziałem na przykład Paula Johnsona, wybitnego konserwatywnego intelektualisty, który też za młodu lewicował (choć nigdy nie był akolitą Kremla)? Przypuszczam, że wątpię, jak mawiał Walery Wątróbka. Po prostu, kiedy całe to towarzystwo zaczynało kariery, opłacało się odstawiać komunistów. To było „trendy”, przynosiło profity i zachwyty. A potem, kiedy już się wgryźli w struktury tego, co lewacy nazywają „systemem”, gdy zakosztowali związanych z tym korzyści, moda się zmieniła, przestał być „trendy” komunizm, nawet w wydaniu maoistowskim czy czegewarystowskim, „trendy” stał się, jak to nazwał Vaclav Klaus, „europeizm”. Więc bez bólu przerzucili się na nową modę.

Fakt, że tego rodzaju ludzie, całkowicie pozbawieni szkieletów, szturmują wspólnotowe instytucje, sam w sobie nie wydaje się dziwny. Oni są wszędzie i zawsze, nieodmiennie gotowi służyć, za godziwe wynagrodzenie, każdej jedynie słusznej sprawie. Problem jest w czym innym − że nie bardzo widać innych, a w każdym razie, że tacy właśnie, bezbarwni, bezideowi karierowicze są najwyraźniej w strukturach europejskich promowani. Jest to bowiem oczywisty znak, że zjednoczona Europa coraz bardziej staje się współczesną Ligą Narodów − fasadą, która służy do ukrycia rzeczywistych mechanizmów międzynarodowej polityki za plecami dobrze opłacanych figurantów.

Gdy grzano w mediach temat traktatu lizbońskiego − czy Kaczyński podpisze, kiedy podpisze, dlaczego jeszcze nie podpisał, tyle już czasu czekamy, a kiedy podpisze Klaus, dlaczego etc. − pisałem, że po wybuchu „subprime’owego” kryzysu gospodarczego nie ma to już znaczenia. Traktat Lizboński i tak bowiem pozostanie martwą literą, bo wiara w europejskie superpaństwo po prostu zmarła, zanim jej owoc doczekał się ratyfikacji. Kryzys pokazał, że europejska solidarność i jedność to mrzonka − każde z dużych państw ma swoje interesy i te są dla niego najważniejsze, wypadkową tych interesów wyznacza się w negocjacjach pomiędzy owymi państwami, nie w żadnych instytucjach wspólnych, a kraje mało, cóż, muszą znać swoje miejsce i grzecznie słuchać. Kariery takich tuzów jak Catherine Ashton czy Herman Van Rompuy dowodzą tego dobitnie. Ale proszę mi wierzyć, że ten dowód trafności postawionej diagnozy jakoś mnie wcale nie cieszy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Hipokryzja

24 lis 2009

Kolejne wydarzenia z cyklu – że tak sparafrazuję klasyka – „Z dziejów obłudy w Polsce”. Stefan Niesiołowski, skamlący, że jeśli przegra proces z prezesem NBP (a „pisowskiego funkcjonariusza” trudno obronić nawet przed najżyczliwszym sędzią), będzie musiał sprzedać mieszkanie, jest mało przekonujący, gdy przypomnieć sobie, jak przyjął wyrok skazujący na horrendalnie drogie przeprosiny Zbigniewa Ziobry. Dopiero gdy przychodzi ponieść konsekwencję własnego żałosnego nieumiarkowania w miotaniu obelg, zauważa pan Niesiołowski niewspółmierność tego rodzaju kar!

Jeszcze bardziej wymowne są pretensje, że to nie obywatel Skrzypek, ale instytucja państwowa wytacza proces. Nie słyszałem, by panowie Stefan Niesiołowski czy Andrzej Halicki zauważyli coś dziwnego w fakcie, że to właśnie ich rząd włączył, rzecz bez precedensu, samego prokuratora generalnego w prywatny proces płk. Ryszarda Bieszyńskiego przeciwko dziennikarzom badającym jego udział w wypuszczeniu z Polski bez przesłuchania Edwarda Mazura.

Co jest tym ciekawsze, że pod wnioskiem o kasację niekorzystnego dla Bieszyńskiego wyroku podpisał się były członek prokuratorskiego gremium podejrzanego o podjęcie tej do dziś zdumiewającej decyzji, a sam Bieszyński swymi zeznaniami przed amerykańskim sądem walnie przyczynił się do odmowy ekstradycji do Polski człowieka, którego obecnie prokuratura uważa za zleceniodawcę zabójstwa generała Marka Papały.

Odnotujmy też, że propagandowa „wrzutka” premiera o zmianie konstytucji odniosła ciekawy skutek – wierni mu propagandyści nagle zauważyli zgodnie, że „oczywiście” konstytucja jest zła. Jeszcze wczoraj była pomnikiem i ikoną III RP, z której winniśmy być dumni nie mniej niż z „historycznego kompromisu”. Wystarczyło, że jej wady zauważył premier, a stały się oczywiste. I kto tu „musi”?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Trzy wywiady

22 lis 2009

Kilka wywiadów, które ukazały się w ostatnim tygodniu, wartych jest zapamiętania. Między innymi rozmowa z premierem Tuskiem, w której afera, będąca wszak jeszcze niedawno przyczyną wylania przez niego kilku bliskich współpracowników, okazuje się „tak zwaną aferą”.

I oczywiście opowieści generała Kiszczaka, jak to oddawał byłym kapusiom bezpieki i razwiedki, „porządnym ludziom”, których do dziś widuje w telewizji, ich teczki, a także, że mógłby wskazać fortuny powstałe z zagarnięcia pieniędzy przysyłanych z Zachodu na podziemną „Solidarność”.

Trzeba też koniecznie zwrócić uwagę na wywiad z Lechem Wałęsą, który zamieścił „Tygodnik Solidarność”. Nie jest to pismo obecne w przeglądach prasy i z tej racji wywiad może przejść niezauważony, a tymczasem znalazło się w nim parę bardzo ciekawych stwierdzeń.

Mówi bowiem Lech Wałęsa o tych samych chyba „porządnych ludziach” co Kiszczak i ich oficerach prowadzących. „A co ja mogłem zrobić?… Oni jeszcze dzisiaj są silniejsi od nas! A w tamtych czasach co my mieliśmy za siłę?”. Z kontekstu jasno wynika, że ci „oni” to mniej więcej to samo, co prezes PiS nazywa „układem”. Przedstawia też historyczny przywódca „Solidarności” kolejną wersję wyjaśnienia swych kontaktów z SB, których świadectwem stało się zarejestrowanie go jako TW „Bolek”: „Czy ja, przywódca strajku w 1970 r., miałem prawo rozmawiać i jaki ja miałem wpływ na to, co oni pisali? (…) Nikt nie miał prawa zachowywać się tak jak ja, bo nikt nie był przywódcą. Każdy, kto chciał rozmawiać z bezpieką, powinien się mnie zapytać. A ja nie miałem się kogo zapytać i dlatego miałem prawo rozmawiać. I to jest główne pytanie, którego nie uwzględniają fanatycy od lustracji”.

Brzmi to już nieco bardziej wiarygodnie. Czekajmy na następną wersję wydarzeń.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Człowiek honoru i porządni ludzie

21 lis 2009

Gwoli ścisłości, Czesław Kiszczak raz już to powiedział − niemal słowo w słowo tak samo. Bodajże w roku 1994, przed zapomnianą już sejmową komisją ds. ustalenia odpowiedzialności za stan wojenny (zdominowana przez SLD, ustaliła ona oczywiście, że stan wojenny był OK).

We wczorajszym „Dzienniku − Gazecie Prawnej” wyznanie to brzmi następująco: „W 1989 roku przychodzili do mnie, jako do szefa MSW, działacze opozycji, którzy byli tajnymi współpracownikami SB, wywiadu i kontrwywiadu. Naciskałem na guzik. Odbierał szef biura, w skład którego wchodziły archiwa. Prosiłem o przyniesienie teczki. Następnie dawałem ją mojemu gościowi. A on na zapleczu gabinetu wrzucał dokumenty do niszczarki.”

Jedyna różnica w stosunku do zeznań sejmowych jest taka, że wówczas Kiszczak powiedział, iż teczki do niszczarki wrzucał sam (tak czy owak, powtórnie przyznaje się do popełnienia przestępstwa, ale jemu to przecież niczym nie grozi). No i nie było przy jego słowach tak morderczej pointy: na pytanie „Kim były te osoby?” były szef bezpieki odpowiada: „Porządni ludzie − działacze, politycy. Niektórych do dziś oglądam w telewizji”.

Trudno o bardziej cyniczne podsumowanie minionego dwudziestolecia. Wieloletni szef komunistycznego aparatu przemocy, zbrodni i łamania ludzi wystawia świadectwo moralności tym, którym oddał władzę − tajnym współpracownikom SB, wywiadu i kontrwywiadu: „bardzo porządni ludzie”. A ci, którym oddał władzę, wystawiają świadectwo moralności jemu: „człowiek honoru”. Ręka rękę myje.

A jednak coś w tej sielance zgrzyta, skoro generał uznał za stosowne udzielić takiego wywiadu. Z jakiegoś powodu Kiszczak zechciał postraszyć „porządnych ludzi”, przypomnieć, ile o nich wie, i ile mu zawdzięczają. Opowieści o niszczeniu teczek towarzyszy przypomnienie, że miały one swoje duplikaty. Skądinąd wiadomo, że rok wcześniej, zanim tak łaskawie rozdawał porządnym ludziom ich teczki, kazał Kiszczak całą ich zawartość zmikrofilmować – są przesłanki, iż mikrofilmy te są nie tylko w Polsce. Skąd i po co to publiczne upomnienie? Człowiek honoru żali się, że spotykają go różne afronty. Mówi o tym, że nie zaproszono go na obchody rocznicowe rządu Mazowieckiego. Ale chyba nie tylko o to chodzi.

„Premier [Mazowiecki] powołał trzyosobową komisję, w której byli historycy: Andrzej Ajnenkiel, Jerzy Holzer i Adam Michnik. Po tygodniu ta trójka przybyła do MSW, mieli nieograniczony dostęp do teczek. Dostawali wszystko, o co prosili…” − przypomina Kiszczak. Żadna nowość, ale jest jeden drobiazg − po publikacji „Michnikowszczyzny” dostałem od internautów wiele relacji, także w formie wideo, ze spotkań, które odbywał Michnik w różnych stronach kraju. Zresztą są one także dostępne w sieci. Zawsze wyglądało to tak samo − udaje się dorwać mikrofonu komuś, kto pyta, co robił szef „Wyborczej” w archiwach bezpieki, czego tam szukał i co znalazł. Sala, wypełniona „tą lepszą częścią polskiej inteligencji” zaczyna buczeć, tupać i ubliżać pytającemu, który natychmiast traci mikrofon, a Michnik z wyżyn sceny śmieje się i oznajmia: to wszystko bzdury! Nigdy nie byłem w archiwach bezpieki! Nigdy nie było żadnej „komisji Michnika”! I czasem jeszcze cytuje rozanielonej publiczności wierszyk „Kiedy Kara Mustafa, wielki wódz Krzyżaków”… Owacje, temat zakończony.

A tu jedno słowo człowieka honoru jasno i dobitnie negliżuje prawdomówność Wielkiego Autorytetu, który nie tak dawno rozpętał hucpę, jakich to niecnych „kłamstw” dopuścił się IPN wobec jego tatusia, nazywając go sowieckim szpiegiem − gdy w istocie członek agenturalnej KPZU skazany został za zdradę główną. Jakby nie patrzeć, zdrajca Ojczyzny to nic lepszego od szpiega, ale nie przeszkadza to podwładnym Michnika po raz nie wiedzieć który potępiać „kłamstw” i rozpływać się nad martyrologią swego szefa.

Ale jeśli tak mówi Kiszczak – to chyba nie może kłamać? A co będzie, jeśli powie więcej? Jeśli zechce „porządnych ludzi” pochwalić raz jeszcze, bardziej konkretnie, z imienia i nazwiska?

Nie ma obawy. Porządni ludzie do tego nie dopuszczą. Jakiekolwiek życzenie wyrazi ten, który trzyma w ręku ich życiorysy, bądź jego polityczni spadkobiercy, którym tę wiedzę przekazał, zostanie ono spełnione.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop