Subotnik Ziemkiewicza
Najwięcej do powiedzenia o kolorach mają zwykle daltoniści. Najwięcej do powiedzenia o sprawach wiary mają ludzie, którzy wydają się zupełnie niewrażliwi na głód Boga, a religię traktują, w najlepszym wypadku, jako pewnego rodzaju tradycję, która może nawet być ładna i godna kultywowania, ale kto by ją brał zbyt poważnie, po prostu się wygłupia. Pewnie dlatego, że komentowanie cudów, liturgii czy procedur prawa kanonicznego przychodzi takowym znacznie łatwiej niż wierzącym.
Nie wiem, ile czasu zajęło „Newsweekowi” przygotowanie okładkowego materiału o, jak to nazywa, „kościelnych rozwodach”. Mnie zajęło dwa tygodnie zastanawianie się, czy powinienem tę publikację komentować. Z jednej strony, nie wydaję się sobie szczególnie do tego upoważniony, z drugiej − sądzę, że mam w tej kwestii coś do powiedzenia. Może bym zachował to dla siebie, gdyby w następnym z kolei numerze „Newsweek” nie zatrudnił do komentowania domniemanego cudu w Sokółce upadłego dominikanina, który czas pewien temu ogłosił, iż utracił wiarę − i który oczywiście orzeka, że cuda eucharystyczne, a bodaj i sama w ogóle eucharystia, to zabobon, ciemnota, i, mówiąc słowami młodego wieszcza, „karczemnej wytwór gawiedzi w głupstwa wywarzony kuźni”. Faktycznie, trudno było znaleźć do tych spraw lepszego eksperta.
Co do owych, jak mawia „karczemna gawiedź”, a „Newsweek” po niej powtarza, „kościelnych rozwodów”, autor wspomnianego tekstu widzi w nich tylko obłudę. Wierni na potęgę oszukują sądy biskupie, kler doskonale sobie z tego zdaje sprawę, ale udaje, że wierzy w szczerość składanych tam zeznań, liczba orzeczeń o nieważności małżeństwa wzrasta lawinowo, co zinterpretowane jest wyłącznie jako dowód, iż polska wiara jest coraz bardziej fasadowa, nieszczera i na pokaz. Bo, rzecz jasna, jedyną dostrzeganą przez publicystę „Newsweeka” przyczyną, dla której ktoś może chcieć orzeczenia o nieważności swego pierwszego ślubu, jest presja obłudnego społeczeństwa na „kościelne” małżeństwo i związane z nim obrzędy.
Taka perspektywa, oczywiście, uniemożliwia dostrzeżenie istoty problemu.
Problem tkwi w tym, że tradycyjne pojmowanie nierozerwalności węzła małżeńskiego prowadzi do zasadniczej sprzeczności praktyki Kościoła z duchem nauki Chrystusa. Albowiem podstawą owej nauki i tym, co stanowi o wyjątkowości chrześcijaństwa na tle wszystkich innych religii, jest to, że nikogo ona definitywnie nie odrzuca. Kościół, jeśli stwierdzi to kanonicznymi procedurami, ogłasza niekiedy, że ten lub inny człowiek dostąpił świętości. Nigdy natomiast nie ogłasza nikogo potępionym. Nawet Stalina. Bo każdy grzech może zostać wybaczony, każda wina może zostać zmazana. W jednej z najpiękniejszych legend chrześcijaństwa święty Dionizy zwraca się do samego Szatana słowami: nawet ty, gdybyś wyrzekł się grzechu i podjął pokutę, możesz zostać zbawiony.
W kwestii małżeństwa natomiast Kościół stanowi, iż jeden popełniony w życiu błąd skreśla człowieka raz na zawsze. Nieważne, czy byłeś młody, głupi, pijany, skoro już zdecydowałeś się wziąć ślub z nie tą osobą, z którą należało, to po tobie. Nie masz dostępu do sakramentów, nie masz prawa czuć się częścią Kościoła, jak trafi ci się bardzo ortodoksyjny proboszcz, to nawet nie zostaniesz pochowany w poświęconej ziemi. Przegwizdane.
Tak, wiem, proszę mnie nie poprawiać − to wszystko grozi nie za samo rozstanie z nietrafnie wybranym małżonkiem, ale za wejście w nowy, niesakramentalny związek. Ale to żadna odpowiedź na cisnące się pytania do sumienia. Podam, dla przykładu, tylko jedno. Jeśli pierwsze małżeństwo było kompletnie nieudane, nietrafione, chore, i podtrzymywanie go za wszelką cenę, jak należałoby w zgodzie z nauką Kościoła zrobić, oznaczałoby tylko wzajemne zadawania sobie męczarni przez obie strony, i gorzej jeszcze, skazanie na wychowywanie się w tej męczarni dzieci, co musiałoby je psychicznie zdeformować na całe życie − a drugi, niesakramentalny związek jest udany, i potomstwo z niego ma szansę na szczęśliwy „kraj lat dziecinnych”, to co tu właściwie jest dobrem? Uparte trwanie za wszelką cenę w tym pierwszym, czy jednak ten drugi?
Kościół zdaje sobie sprawę, że coś tu jest nie tak, i zarazem nie potrafi sobie z problemem poradzić. Ale też coraz bardziej nie może sobie pozwolić na to, by sobie z nim nie poradzić. A problem, mierzony liczbą związków zwanych przez Kościół niesakramentalnymi, narasta, bo człowiek współczesny bardziej niż kilka pokoleń temu przekonany jest, iż ma prawo dążyć do szczęścia. I trudno to uważać za dążenie złe, choćby z uwagi na dzieci, których spłodzenie i dobre wychowanie jest wszak celem małżeństwa. Celem, którego w związku dysfunkcjonalnym spełnić się nie da.
Poszerzenie listy kanonicznych przyczyn o niedojrzałość którejś ze stron do małżeństwa, który to paragraf najczęściej jest w procesach o stwierdzenie nieważności ślubu używany, wydaje się próbą stworzenia pewnego rodzaju wentyla. Fakt, pojęcie niedojrzałości jest rozciągliwe i daje pole do nadużyć. A w jakim sądzie nie dochodzi do nadużyć? W jakim nie zdarza się ludziom brać fałszywych świadków, kłamać i sięgać po inne niegodne sposoby osiągnięcia zamierzonego celu?
Dla niektórych to wszystko nie ma za grosz sensu. Bo w ogóle wiara nie ma dla nich sensu. Z definicji. Tylko po co w takim razie się pchać z butami w sprawy, których się nie rozumie?









Panie Rafale, dzisiejszy sobotnik przyniósł duże rozczarowanie. Najpierw przeczytałem wszystkie komentarze by sprawdzić, czy przypadkiem źle nie zinterpretowałem pańskiego wpisu. Ale nie. Pan chyba autentycznie myśli, że lepsze „drugie niekanoniczne-lecz-szczęśliwe małżeństwo” niż „pierwsze kanoniczne-ale-nieszczęśliwe”. Stop. Tym wpisem rusza Pan młyny wrogów Kościoła bo oto i Pan – obrońca garstki myślących trzeźwo – stawia pod znakiem zapytania reguły narzucone przez Kościół. Nie miną dni gdy zacytują Pana na „oświeconych” łamach pisząc „patrzcie, nawet On – Ta Twiedza – przyznał nam rację Szczerze mówiąc mam nadzieję, że to jakaś fatalna edytorska pomyłka, nieopatrznie wklejony cytat z GW i że za klika dni sprostuje Pan wszystko.
Problem w tym, że w dzisiejszych czasach nikt od siebie nie chce niczego wymagać. Stąd wiele głosów „jakoś to będzie”, „on/ona po ślubie się zmieni”, „miłość przyjdzie po sakramencie”. Co więcej, wiele osób obawiając się społecznej banicji dąży do sakramentu małżeństwa będąc nieczułymi na jasne sygnały, że „wybranek” nie rokuje niczego dobrego. Na wielkie rozczarowanie nie przychodzi wtedy z reguły długo czekać obu stronom. Nierozerwalność małżeństwa powinna więc nas zmuszać do starannego rozpoznania własnych uczuć, powołania, do rzetelnej oceny”drugiej” połówki. Nawet jeśli rodzina, znajomi i reszta społeczeństwa krzyczy, że to już „ten czas”.
I jeszcze jedno – obserwuję, że znaczna część osób biorących obecnie śluby zawiera małżeństwo zupełnie „na wariata”, np od początku deklaruje, że nic to dla nich nie znaczy, że chodzi o imprezę, sukienkę, zdjęcia itp. Inni od razu wiedzą, że nie chcą mieć nigdy żadnych dzieci (to wyklucza ważność przysięgi) albo że w razie czego się rozwiodą (j/w). Bywa, że księża namawiają do zawarcia sakramentu osoby prawie zupełnie nie wierzące, nie mające pojęcia o tym, po co to wszystko.
Nic dziwnego, że liczba spraw w sądach biskupich rośnie.
Jedną z przyczyn nieudanego małżeństwa może być też to, że w życiu ludzi wierzących dobrze przeżywany i odpowiednio „wykorzystany” sakrament stanowi realną pomoc dla małżonków w codziennych trudach i jest źródłem wielkiej radości. Jeśli nie został on zawarty w sposób ważny i w związku z tym go nie ma, to brak tego wsparcia odbija się na związku niekorzystnie i może przyczynić się do rozpadu więzi.
Dlatego nie dziwmy się, że do sądów biskupich idą ludzie po rozwodach. Rozwód jest jasnym znakiem, że coś w małżeństwie nie grało – może właśnie zabrakło ważnego sakramentu. Chęć szczerego i uczciwego zbadania tej kwestii zasługuje na pochwałę.
Dziękuję za ten artykuł. Małżeństwo to ważna sprawa. Przed jego zawarciem trzeba myśleś. To musi być na całe życie. Brak „furtki ” rozwodu powinno zmuszać do zastanowienia przed powiedzeniem tak, biorąc za świadka Jezusa. A gdy się w nim już jest to trzeba tak żyć, aby dobro drugiego było ważniejsze od mojego. Na tym polega miłość. Tylko czy dzisiaj młodzież wie co to jest miłośc?
Istotą problemu jest niezrozumienie działania prawa kanonicznego. Wiele osób myśli, że działa ono analogicznie do prawa świeckiego.
Zwracam uwagę, że tzw unieważnienie małżeństwa to w istocie uznanie, że od początku ono nie zaistniało. Oszukiwanie sądów biskupich nic nie daje, gdyż wyrok tego sądu nie ma w omawianym przypadku mocy sprawczej – nie zmienia rzeczywistości (jak orzeczenie rozwodowe) a jedynie ją opisuje.
Toteż jeśli małżonkowie kłamią i na tej podstawie otrzymują orzeczenie o nieważności małżeństwa, to i tak ono trwa, a ewentualne kolejne małżeństwo sakramentalne jest przed Bogiem nieważne.
NB, podobnie jest z sakramentem pokuty – jeśli penitent nie żałuje, bądź nie spełnia któregoś z pozostałych warunków sakramentu, to nawet jeśli ksiądz wypowie formułkę rozgrzeszenia, to nic z tego
———————————————————
@czarna.pati – jeśli nie weszłaś w ponowny związek, to żadne wykluczenie Cię nie dotyczy!!!
Jestem dzieckiem rozwiedzionych Rodziców. To sprawia, że patrzę na sprawę poruszoną przez autora supersubiektywnie. Pamiętam kłótnie Rodziców, pamiętam wyprowadzenie się Taty z domu. I powiem szczerze, że do dziś nie mogę się z tym pogodzić. ROdzice mówili, że robią to dla mojego dobra, ale ja w to nie wierzyłem, ani nie wierzę – gdyby chcieli coś zrobić dla mojego dobra to walczyliby o ocalenie związku. Jestem także katolikiem i jestem głeboko wdzięczny Kościołowi, że stoi na straży nierozerwalności małżeństwa. Nie tylko jako instytucja z kodeksem prawa kanonicznego, ale również jako pomost do Pana Boga, miejsce, gdzie przez sakramenty i modlitwę można wzmacniać wiarę. Przyznam, że gdyby nie te dwie sprawy – doświadczenie traumy rozwodu rodziców i nade wszystko wiara – to nie wiem jak potoczyłyby sie losy mojego własnego małżeństwa. I jeszcze jedno: mówimy o małżeństwie, „kościelnych rozwodach” i powtórnych związkach tylko w kategorii dobra doczesnego. A przecież nie o to chodzi. Człowiek wierzący dokonując wyboru powinien przede wszystkim pytać, czy ten wybór posłuży jego dobru wiecznemu. Sprzeciwianie się prawu Bożemu na pewno temu dobru nie służy. Chrystus zaś jasno mówi, że rozwód jest z tym prawem sprzeczny.
@ Adam60.
Szanowy panie, kto dał panu monopol mówienia za innych.
Jest takie powiedzienie;” kazdy sadzi podlug siebie „, i to nie uprawnia pana do wygłaszania tak jednostronnych opini..
Zapewniam Pana ze są ludzie wierzacy,[ nie smiem odfwrpotnie, niz Pan mowic zawszystkich], którzy jednak wiedzą po co chodzą do kosciola i wiedza po co się tam modlą, uczestnicząc w nabozenstwach, zas sprowadzanie wszystkiego do hipokryzji zwlaszxcza KK,i wszelkich religii, polegającej tylko, do faktu jak piszePan „zarobienia”, jest moim zdaniem niedopuszczalnym, spłyceniem tematu, grającym na odczuciach prymitywnych, i niedouczonych ludziach, i świadczy o panskich wlasciwych tendencjach tego wpisu.
Poprostu potrzeba dolozyc KK i przy okazji ludziom wierzacym,
i to jest faktyczny cel panskiego wpisu
Ja nie chce byc trywialny, ale mówiąc o pośredniku, zapomnial Pan, ze jesli chcesz jesc, to tez korzystasz z róznego rodzaju posredników, bo ktoś musi upiec ci ten chleb, zebrac ziarno i.t.d. ,a Ty kupujesz i spozywasz.
Sam Jezus i jego apostolowie tez byli tego rodzaju posrednikami.
W konkluzji, albo, wiec jest pan nie wierzacy, i zaliczasz się do kategorii tych tak chetnie zabierajacych glos w sprawach o których nie masz zielonego pojecia,i jestesz tendencyjny, albo wierzysz i nic z tego nie rozumiesz.,
Jest wiec Pan ostatnia osobą która by mogła udzielac wiaerygodnych rad, i wyglaszac wiarygodne opinie.
a zwlaszcza odkrywac „całe tajemnice”.
Zgadzam się z teza, że lepiej przerwać ” toksyczny” związek niż w nim tkwić ( sprawa i nteres dzieci jako jeden z ważniejszych ). A że urzędnicy Kościoła działają na tej niwie, cóż, Pan jakio historyk najlepiej poiwinien wiedzieć, że zawsze wyznawali zasadę: jak jest popyt to znajdzie się podaż ( vide odpusty, handlowanie ziemią i odzyskanymi majątkami, kolekcje świętych i błogosławionych oraz wszelakie interesy, za które Chrystus podobno zrobił awanturę w Świątyni. Mądrzy ludzię to widzą i wiedzą i dokonują wyboru (i nic tu nie ma do rzeczy słowo faceta strojącego się w kolorowe hafty z innej epoki )
Pana obrona uelastycznienia podejścia Kościoła do kwestii małżeństwa mnie przekonuje. Nie mogę się jednak zgodzić, że tylko wierzący mogą wypowiadać się na temat Kościoła, bo tylko oni rozumieją wiarę. To jest argument tak nieobalalny, że aż nieuczciwy. Bo cokolwiek niewierzący powie o Kościele można go zbyć stwierdzeniem, że nie rozumie i nie trzeba wdawać się z nim w dialog. To tak, jakbym ja (agnostyk) powiedział, że chrześcijanie nie mają prawa wypowiadać się o chrześcijaństwie, bo są fanatykami o skrzywionej umysłowość, że nie potrafią do sprawy podejść obiektywnie.
Pozdrawiam
Nic nie rozumiesz RAZ. Nie trzeba trwać w męczarni tylko się poprawić. Dotyczy to obu stron. Powinny się doskonalić
Hmm, a o grzechach w stosunku do Ducha Świętego autor nie słyszał? Nie? Bo właśnie takiego grzechu zgodnie z prawem kanonicznym nie może odpuścić żaden ksiądz. Nikt. Przywołany w tekście szatan jest figurą, która może robić najohydniejsze rzeczy, prowokować najohydniejsze zbrodnie, stać za wszystkim, absolutnie wszystkim, co złe, a i tak ma potencjalną szansę na rozgrzeszenie i odpuszczenie grzechów, bo nie dopuszcza się grzechu w stosunku do Ducha Świętego: do łba mu nie przychodzi negować istnienia Boga. W odróżnieniu od ludzi, wśród których niejeden jest prawy i żywo myślący, którzy dopuszczają do siebie zwątpienie i stawiają sobie trudne pytania, bo wiedzą, że to jest istotą człowieczeństwa. Tacy ludzie mają, jak to zgrabnie ujął Autor, przegwizdane.
I właśnie takie postawienie spraw jest istotą problemu. Nie to wcale, że „twarda jest ta mowa, któż jej słuchać zdoła”, tylko dlatego, że te zasady tak porąbane, że aż z nich dymi…
Przepraszam, jedno mnie rozbawiło, od kiedy kościoły, w szczególności katolicki, traktują człowieka jak istotę rozumną? Zapewne przejawia się to w uregulowaniu >>każdej
Biała suknia, biały welon, wytworny smoking, wielka miłość i słowa „i że Cię nie opuszczę aż do śmierci”. No cóż, najważniejsze są w tym wszystkim słowa. Zatem trzeba się zastanowić co się na ołtarzu mówi, a nie myśleć jak w codziennym życiu, że słowa są do puszczania na wiatr. Grać teatr to można w urzędzie stanu cywilnego. Kościół naucza szacunku, miłości, wierności, pokory, roztropności a jak ktoś chce być mądrzejszy to proszę bardzo. Nikt nikogo nie zmusza. O „wentylu bezpieczeństwa” tu nie może być i nie ma mowy Panie Redaktorze. Pozdrawiam.
@ Adam60.
Szanowy panie, kto dał panu monopol mówienia za innych.
Jest takie powiedzienie;” kazdy sadzi podlug siebie „, i to nie uprawnia pana do wygłaszania tak jednostronnych opini..
Zapewniam Pana ze są ludzie wierzacy, którzy, wiedzą po co chodzą do kosciola i wiedza po co się tam modlą, uczestnicząc w nabozenstwach, zas sprowadzanie wszystkiego do hipokryzji zwlaszxcza KK,i wszelkich religiido hipokryzji polegającej tylko, do faktu jak piszesz „zarobienia, jest moim zdaniem niedopuszczalnym, spłyceniem tematu, grającym na odczuciach prymitywnych ludzi, i świadczy o panskich wlasciwych tendencjach tego wpisu..
Ja nie chce byc trywialny, ale mówiąc o posredniku, zapomnialesz, ze jesli chcesz jesc, to tez korzystasz z róznego rodzaju posredników, bo ktos musi upiec ci ten chleb, zebrac ziarno i.t.d. ,a Ty kupujesz i spozywasz
Jeśli ktoś oszukuje w sądzie biskupim, to na co mu takie oszukane unieważnienie małżeństwa?
Słowa Chrystusa trzeba brać poważnie. Jeśli powiedzial, że małżeństwo ma być związkiem nierozerwalnym, to takim ono jest. Koniec kropka. W wielu przypadkach nawet kościelne stwierdzania nieważności małżeństwa są próbą oszukiwania Boga i siebie. Poza tym gdzie w Ewangelii powiedziano, że człowiek tu na ziemi ma prawo do szczęśliwego udanego małżeństwa? Nie ma takiego cytatu. Więcej, bycie chrześcijaninem łączy się z różnymi przykrościami, niewygodami. Jeśli ktoś chce mieć w życiu masę różnorakich przyjemności, rozkoszy i egoistycznego zaspokojenia, to nie powinien wiązać się z chrześcijaństwem.
Poruszył Pan temat, który mnie dotyczy. znalazłam się w podobnej sytuacji. Mąż zostawił mnie z dwojgiem dzieci. Wyszedł, zatrzasnął za sobą drzwi i… tak już jest 15 lat. Czułam się wyklętą ze społeczności kościelnej. Ani przyjmowania komunii (a to na mszach od razu rzuca się w oczy), ani w pełni uczestniczenia w nabożeństwach. Jestem osobą wierzącą i było to dla mnie dużym przeżyciem. Moje zdziwienie postawą Kościoła spotęgował jeszcze jeden fakt. przy okazji wizytowania przez Biskupa diecezji miejscowego więzienia, gdzie przebywało wielu więźniów z dużym wyrokami, w tym za zabójstwo (złamanie 5 przykazania). Jeden z tych więźniów wykazał daleko idącą skruchę, żal i obietnicę poprawy a Biskup… podał mu eucharystię co oznacza ponowne przyjęcie do wspólnoty kościelnej. Niestety, za takimi jak ja nikt się wstawił.
Pan się nie przygotował do tego komentarza:
1. Kościół nie przekreśla osób rozwiedzionych, tylko zabrania przyjmowania Komunii. Kościół stosuje natomiast najwyższy wymiar kary, czyli ekskomunikę, z innych powodów, do sprawdzenia w Kodeksie Prawa Kanonicznego.
2. Prawo kościelne dotyczy żyjących na ziemi, przed śmiercią każdy katolik może przyjąc sakramenty, rozwiedziony też.
3. W miarę możliwości, o ile małżeństwo nie było ważnie zawarte-racje takiego do sprawdzenia w Kodeksie Prawa Kanonicznego- stwierdza się ten fakt i wówczas strony mogą zawrzeć małżeństwo ważne.
4. Praktycznie rozwiedzeni, poza zakazem przyjmowania Komunii, w parafiach są traktowani tak jak inni małżonkowie.
5. Kościół jako jedyna instytucja broni dzisiaj dozgonnego małżeństwa monogamicznego. To, że czasami nie dorastamy do wymagań, ma nas zachęcać do lepszego przygotowania do życia w rodzinie- co Pan pewnie czyni w Pańskim drugim, cywilnym małżeństwie.
6. Zgoda co do tandety komentarzy Bartosia, Obirka, taki np ś.p. jezuita Musioł też krytykował to i owo, ale po uprzednim przygotowaniu i najczęściej rzeczowo.
Ukłony
„Obłuda jest ceną, jaką występek płaci cnocie”: François la Rochefoucauld (1613-1680).
Zazwyczaj nie komentuję artykułów w Internecie. Jeśli tym razem zdecydowałem się to uczynić to dlatego, że wydaje mi się, że mam w tej sprawie coś do powiedzenia i gdybym zachował to dla siebie, być może nikt inny o tym nie powie.
Otóż akurat w tym punkcie praktyka Kościoła jest – przynajmniej co do zasady – zgodna z nauką Chrystusa. A nauka Chrystusa w tej akurat sprawie jest tak radykalna, że nawet apostołowie, jak to usłyszeli, rzekli „Jeśli tak ma się sprawa z mężem i żoną, to nie warto się żenić” (Mt 19,10).
Warto bowiem zastanowić się, o czym tak naprawdę mówi Jezus. On nie mówi o sposobie ułożenia sobie życia. Wbrew mniemaniu wielu On nie mówi też o etyce. Na płaszczyźnie etyki bowiem być może wszystko byłoby w porządku z tym drugim związkiem. Jezus natomiast ma inną płaszczyznę. Kto chce iść za Mną niech weźmie swój krzyż i nich mnie naśladuje! Ludzie współcześni nie chcą przyjąć do wiadomości. Jezus wymaga, byśmy podjęli miłość posuniętą tak daleko jak On to znaczy do męczeństwa. Chrystus oddał za nas życie. Małżeństwo oznacza: oddać życie dla męża lub żony.
Otóż jeśli małżeństwo „się nie udało” to każdy z małżonków jest wezwany do „oddania życia” czyli do poświęcenia reszty swojego
życia ziemskiego na modlitwę za tę osobę, z którą nie potrafił wspólnie żyć, a nie na poszukiwanie innego związku.
To tak w skrócie jak jak ja to rozumiem.
I oczywiście nie ma tu nic do rzeczy dostąpienie przebaczenia, które jest zawsze możliwe. Nawet dla tych, którzy się rozwiedli. Ale czym innym jest przebaczenie, a czym innym zadanie jakie się ma w życiu do spełnienia.
Dlatego gdy pisze Pan, że najwięcej do powiedzenia o kolorach mają daltoniści – to ja przywołam łacińskie przysłowie: „medice, cura te ipsum!”.
A mnie się wydaje, że warto się zastanowić czy Bóg jest dla człowieka czy człowiek dla Boga. Czy obniżanie poprzeczki, bo do niej nie dosięgamy jest wyjściem z trudnej sytuacji? Wszak powiedziane jest że wiara góry przenosi. Że cierpienie można ofiarować. Że kochać to przede wszystkim dawać a nie brać! Warto jest po prostu zastanowić się czym jest prawdziwa miłość? Czy przypadkiem jest ona uobecniona na Krzyżu Zmartwychwstającego JCH. A może warto pójść pod prąd i oddać życie za drugiego. Tylko jak to zrobić? Pozdrawiam Panie Rafale.
Panie Redaktorze, ma Pan całkowitą rację. Ateista nie powinien zabierać głosu na temat Kościoła katolickiego, zielonoświątkowego czy jakiegokolwiek innego. Tak naprawdę to tylko kolejny atak wrogów Kościoła, jakże często spotykany na łamach Wyborczej. Mogliby zająć się w końcu Kościołem protestanckim lub żydowskim.
Pan Adam60 (o10:27)
Tak wlasnie .Takie zdanie mam i ja.
Jest jeden problem utrudniajacy spokojne zycie: ..”.jesli wejdziesz miedzy wrony, musisz krakac jak i one” i to nie tylko w Polsce.
Jest tez z tego pewne wyjscie: nie wchodzic miedzy „wrony” na codzien-(choc to trudno).
Zatem: nie wypowiadac pochopnie swoich opinii (na temat religii, a czasem nie tylko religii) bo: ” mowa jest tylko srebrem, a milczenie jest zlotem.”
To ostatnie -oczywiscie – nie dotyczy Pana Ziemkiewicza i Jego zawsze dobrych felietonow.
Z powazaniem jo
Z chęcią przeczytałbym co sądzi o tym Tomasz Terlikowski, brakuje mi jego artykułów w Rz.
Obłuda? Hipokryzja? Kogo? Swiadków? Prosze pamietać, że w ostatnim punkcie, bodaj dziesiatym Sąd Biskupi stwierdza wyraźnie, iż w wypadku kłamstwa, fałszywego świadectwa, przedstawiania nieprawdziwych faktów – małżeństwo wobec Boba pozostaje wazne, nawet gdy Sąd Biskupi da wiare tym (fłąszywym ) świadectwem. Tak, że zostaje jedno: jeśli ktos naprawdę wierzy, to Pana B. nie da sie oszukać….
Panie Redaktorze!
Zasadniczy błąd, jaki jest tu popełniany polega na przyjęciu złej perspektywy. W chrześcijaństwie (tak samo zresztą jak pewnie w każdej innej religii) instytucje kościelne są jedynie (a może aż) sposobem unormowania relacji człowieka z Bogiem. Jednak ta bezpośrednia relacja jest najważniejsza. To człowiek w swoim sumieniu musi rozstrzygnąć kwestię słuszności swego postępowania. A jeśli jest to dla niego za trudne (niekoniecznie z barku rozeznania – może to być kwestia głębokich rozterek wewnętrznych, czy też niebezpieczeństwo zatracenia siebie), z pomocą przychodzi Kościół.
Mówienie więc o obłudzie pod adresem Kościoła jest bez sensu. Może dochodzić co najwyżej do obłudy ludzi wykorzystujących taką czy inną kościelną instytucję. A w tym niczego odkrywczego nie ma. Ciekawe – ile osób spowiada się z wyłudzonych zasiłków i czy ktokolwiek je zwrócił (co jest warunkiem dobrej spowiedzi).
Sakramenty są jak kamienie milowe. Pozwalają ukierunkować nas w naszej podróży. Być może czasem coś co wydaje się zboczeniem z utartej ścieżki A mądrość hierarchicznej struktury objawia się w tym, że wydeptywane na skróty ścieżki nie są akceptowane wyłącznie na podstawie ilości korzystających z niej osób.
„” Jeśli pierwsze małżeństwo było kompletnie nieudane, nietrafione, chore, i podtrzymywanie go za wszelką cenę, jak należałoby w zgodzie z nauką Kościoła zrobić, oznaczałoby tylko wzajemne zadawania sobie męczarni przez obie strony, i gorzej jeszcze, skazanie na wychowywanie się w tej męczarni dzieci, co musiałoby je psychicznie zdeformować na całe życie − a drugi, niesakramentalny związek jest udany, i potomstwo z niego ma szansę na szczęśliwy „kraj lat dziecinnych”, to co tu właściwie jest dobrem? „”
Miłość, warunek zawarcia sakramentu małżeństwa, to poświęcenie – i oto powinno chodzić w tym pierwszym przypadku. Nie można się dawać zniewolić egoizmowi, który mówi: „próbuj dopóty, dopóki będzie ci fajnie i przyjemnie w związku”. Jak już się podjęło to zobowiązanie (małżeństwo), to trzeba się wywiązać z niego, nawet kosztem największego poświęcenia. A większość z problemów wynika przede wszystkim z braku dojrzałości do tego sakramentu. Kościelny ślub jest z założenia dla wierzących, a wierzący powinni mieć tę świadomość. Jeśli decyzja jest nieprzemyślana, przypadkowa lub jakkolwiek sobie to potem ludzie próbują tłumaczyć, to znaczy, że z ich wiarą jest coś nie tak, a nie ze sprawami „przepisów” czy „procedur” w prawie kościelnym.
BTW. Pisze Pan, że osoba XYZ z „Newsweeka” według Pana nie jest odpowiednia do komentowania tej „sprawy”. A jakie Pan i my tu piszący mamy uprawnienie? Wypadałoby poprosić o zajęcie się tą kwestią i wypowiedź przedstawiciela Kościoła, czyż nie?
Bóg z wami. I życzę rychłego pokonania eklezjalnej nerwicy, której zasięg na gruncie doktryny katolickiej niemały.
Ale trzeba też zauwazyć, że zdarza się wśród katolików spotkac ludzi szczęśliwych, dla których ich wiara jest wiarygodnym źródłem sensu. I nie ma w nich agresji, która najczęściej przybiera formę przekonania nieprzekonanych i daje wrażenie, że chodzi raczej o walkę z własnymi wątpliwościami… A może to jest problem głownie neofitów, których gorliwość przewyższa świadomość wiary i raczkującą dopiero pokorę..?
W każdym razie jest wielu, dla których doświadczenie wiary dostatecznie głębokie, by pokazywac innym to, co poza fasadą i co od niej bardzo różne. I nie dotyczy to tylko ludzi, którzy intelektualnie biegli i zdolni do subtelnej ekspresji. Czasem to świadectwo jest milczące, a zawiera się w pogodnym spojrzeniu i harmonii w codziennym życiu.
I może w przestrzeni tego zagadnienia wypada odnotować wartość katechumenatu, który wprawdzie wbrew teraźniejszemu przyspieszeniu ogółu spraw, ale może stanowić istotną cieplarnię dla duchowej dojrzałości..?
Duża instytucja – duże problemy, ale w wymiarze mistycznego ciała już łatwiej, bo przez rzeczywistą tożsamość. I mam wrażenie, że niekiedy i w ludzkiej komplikacji rzeczy, to sedno może też stać się wentylem…
No nie, Panie Rafale, zawiodłem się. Chyba po raz pierwszy, odląd czytam Pana książki i felietony. Że zacytuję:
„to co tu właściwie jest dobrem?”
Dobrem jest, gdy małżonkowie się wysilą i razem spróbują się zmienić, choćby to trwało całe ich zycie, a nie zmienić sobie partnera. Zmiana partnera to zwycięstwo zła i egoizmu, pod płaszczykiem udanego niesakramentalnego związku i „szczęścia” dzieci. A u podstaw wszystkiego stoi błędne założenie, że człowiek tu na tym świecie ma jakieś „prawo” do szczęścia”. Ma je dokładnie tak samo jak fanatycy od „in vitro” mają „prawo do dziecka”. Jest to dokładnie takie samo zaspokojenie własnego egoizmu pod płasczykiem szlachetnych motywów.
Niedługo usłyszymy, że chorzy na raka mają „prawo” do bycia wyleczonym. Nie. I tak samo ludzie, ktorzy „wdepnęli” w „złe” małżeństwo nie mają żadnego prawa z niego dezerterować. Ich zadaniem jest przemienić to małżeństwo i mają na to czas do śmierci jednego z nich. A ucieczka od tego zadania jest dezercją i grzechem (definicję grzechu wszycy chyba znamy, jak nie, to odsyłam do źródeł). Za dezercję w wojsku stawia się pod ścianę i strzela. Kościół jedynie „odstawia na bok” i cały czas trzyma wyciągniętą rękę, żeby pomóc błądzącemu wrócić do Boga.
Mamy tylko jedno prawo: przyjąć lub odrzucić plan zbawienia. Z wszelkimi konsekwencjami dokonanego wyboru. I nie ma dróg na skróty. Jest tylko jedna, wąska droga, i niewielu nią idzie.
Nie potępiam nikogo za niesakramentalny związek. Nie ja jestem Sędzią. Ale nie mogę nie reagować na próby „wybielania” tego grzechu. Grzech jest grzechem. Nie ma czegoś takiego, jak „trochę grzech, ale…”.
Pozdrawiam!
Posrednik kazdy istnieje po to by na tym zarobic, tak tez dzieje sie we wszystkich religiach. Kosciol Katolicki jest w tym mistrzem, ogarniety hipokryzją z wiarą ze ma tel. do Pana Boga. Zaś ludzie chodzą do kosciolow nawet nie wiedzą po co i udają wiernych, a w zyciu codziennym postepuja tak jak by Boga wcale nie bylo. Kto wierzy, to posrednika nie potrzebuje i byle gdzie nie chodzi i nie zawraca glowy innym jaki on jest wierzący – to cala tajemnica
W zasadzie zgadzam się.
Tekst jakby nieco ambiwalentny – ale kto wie czy nie wlasnie dlatego ciekawy.
Faktem zas jest ze jakies 99.5% publikacji mainstreamowych opisuje Kosciol jakby byl jeszcze jedna wielka korporacja. A gdy dotyka spraw wiary to jakby to byl system politycznych pogladow ktore sie debatuje, negocjuje albo glosuje.
I niestety czasem sporo wydarzen potwierdza doswiadczalnie slusznosc takiej perspektywy.
Tyle tylko, ze kto raz zobaczyl prawdziwe kolory ten wie ze to daltonizm
A z reszta – najwazniejsze i tak jest niewidoczne dla oczu.
W tekscie RAZa przebija jakby nutka nadziei na nowy „wentyl bezpieczenstwa” odpowiedni na nowe czasy. Mozna zrozumiec, ale bylbym tu sceptyczny. Duzi nieraz probowali i nie przeszlo, stad mamy np. anglikanow.
Jednak RAZowi uznanie ze znalazl tu znacznie lepszy ton do tych spraw niz pozostale 99.5%.
Panie Ziemkiewicz,
Pan jako historyk powinien proponować rozwiązanie, jakie swego czasu zastosował Józef Piłsudski. Po prostu zmienić wyznanie. Kościołów Chrześcijańskich jest wiele. Pan tego nie robi, bo – jak czytałem – nie lubi Pan Piłsudskiego.
Ja w każdym razie wybrałbym drogę Piłsudskiego, zamiast drogi łgarstw i obłudy.
Co pan wyprawia panie red.RAZ? Pisanie na akord obniża poziom felietonów i to w dzisejszym pana felietonie wyraźnie widać. Powinien pan rozważyć, czy nie pisać mniej ale w bardziej przemyślany sposób.
Tylko pan mógł się posunąć do obrony oczywistej obłudy w Kościele Katolickim w kwestii rozwodów koscielnych. A ja odnoszę wrażenie i wiele innych osób, że uczyniono z tego maszynke do robienia pieniędzy. Pokusa okazała sie tak silna, że puściły hamulce. A pan w dodatku usprawiedliwia tę hipokryzję kuriozalnym stwierdzeniem: a ja w jakich sadach nie ma fałszywych świadków czy nieszczerości. Zdaje sie, ze pan potepiał zawsze relatywizm moralny. Teraz sie okazuje , ze u innych. Sąd sądem ale racja musi być zawsze po stronie Ziemkiewicza? Oj, nie udał się panu subbotnik.
@Izabella „Sądy biskupie pewnie teraz odczuwają oblężenie”
„Wprost „nr 43 wg Z. Lwa-Starowicza mężczyzna nie uprawiający seksu: „staje się aseksualny ze wszystkimi tego następstwami…
np przedwczesnym starzeniem się, depresją, chorobami sercowo-naczyniowymi”
Czyż taka wizja „serdecznie” dzielącego się swoją wiedzą (to nie pierwsza tego typu wypowiedź) seksuologa nie wprowadza zamętu szczególnie u starszych mężów, którzy z obawy o stan swojego zdrowia zmieniają na gwałt, swoje połowice na bardziej ” troszczące się „.
No i wg tej teorii wszyscy księża to po prostu bez względu na wiek chodzące, schorowane starzyki.
@st cyco
Nic dodać, nic ująć…
Identyczny tok rozumowania mozna przeprowadzic w celu usprawiedliwienia ,np: nielegalnego lobbingu:prawo jest zle,urzednicy niekompetentni,czas zalatwienia dlugi,a czasem zalatwienie czegos jest w ogole niemozliwe,
Panie Rafale, niestety teksty o małżeństwie są skażone Pana własnymi doświadczeniami. Myślę, że sa ludzie, którzy mogą pisać o tym bardziej obiektywnie. Pozdrawiam, ma Pan generalnie świetne felietony.
Księża mają żyć w celibacie, a ilu z nich go przestrzega?
Czas go znieść, wtedy ksiądz sam da przykład jak powinno się żyć w rodzinie.
Drogi panie Rafale, gdyby pan był aktywnie wierzącym chrześcijaninem zauważyłby pan, że tak zwane kościoły mają w niektórych obszarach niewiele wspólnego z ewangelią Jezusa Chrystusa. Każda denominacja ma tzw liderów, którzy fałszują ewangelię Chrystusa.
Jezus Chrystus mówi do apostołów: ja jeden tylko jestem liderem, a wy wszyscy równi jesteście i nie jesteście wyźsi od innych braci. Nie nazywajcie nikogo Ojcem bo jednego macie Ojca w Niebie. Wiele kościołów postępuje wbrew nauce Jezusa Chrystusa i tak jak za czasów kiedy Jezus chodził po ziemi, lubią trzymać władzę nad tłumami, jak to robili żydowscy kapłani, faryzeusze i Sadyceusze.
W Ew. Łukasza roz. 18 Jezus mówi, że kto opuści dzieci, żonę dla Królestwa Bożego, otrzyma więcej na ziemi a pośmiertnie życie wieczne. Bóg u Jeremiasza 3:8 rozwodzi tzw swoją niewierną żonę Izrael (10 zaginionych pokoleń) i w poprzedzających wersetach mówi, że ona już nigdy do Niego nie może do niego wrócić.
A propos upadłego dominikanina… Podobnie jak upadły jezuita stał się on ekspertem w temacie religii od – powiedzmy – Newsweeka w lewo. To jest nieuczciwe. To tak jakby mniej więcej doktora G. prosić o komentarz nt. etyki lekarskiej…
Wypowiedzi ww. zakonników nacechowane są bynajmniej racjonalnym wywodem tylko zacietrzewieniem i frustracją przegranych ludzi. Wypowiedź „eksa” , który w dwóch zdaniach wielką mistyczkę św. Faustynę sprowadził do roli egzaltowanej ofiary kościelnego mobbingu nadaje się w swojej religijnej przenikliwości na łamy antyklerykalnych fanzinów. Nie zdarzyło mi się przeczytać jakiejkolwiek wypowiedzi „eksów” B. czy O., które nie były by odreagowywaniem lat spędzonych w zakonie.
Piszę o tym, bo można o sprawach wiary pisać z perspektywy niekatolickiej z należytym szacunkiem, jak choćby M. Eliade czy J. Nowosielski. Ale do tego trzeba mieć odrobinę pokory i być zintegrowanym na poziomie minimum. Jeśli każda wypowiedź nt. kościoła będzie egzorcyzmowaniem pamięci swoich lat spędzonych w klasztorze to doprowadzi to naszych „eksów” do wrzodów żołądka w najlepszym razie.
Bardzo mądry i pożyteczny tekst. Pan Rafał jak zwykle posługuje się skalą porównań. Dla każdego człowieka o mentalności otwartej, oraz o aksjologii transgresyjnej pozbawionej zacietrzewienia oraz resentymentu glosa dla obiektywnych i uczciwych sądów.
Malzenstwo to sprawa powazna. Kosciol traktuje czlowieka powaznie, czego dzisiejszy czlowiek po prostu zniesc nie moze. Czy mysli pan, panie redaktorze, ze ludzie wychowani przez Majewskich, Wojewodzkich, Dody i Owsiakow pozwola sie traktowac powaznie?
Stoje w kolejce po uniewaznienie malzenstwa: chowalam sie na …podworku. Niektorzy dzieki temu dochrapac sie moga prezydentury. …Lecz jesli w dziecinstwie najlepszym przyjacielem kobiety jest klucz, jaki ta dzierzy na szyi niczym krolewski wisior, to w przyszlosci owocuje to jedynie katastrofami, rzadko kiedy krolewskimi insygniami. Jesli mala dziewczynka marzy aby tata juz nigdy nie wrocil do domu, to przyszly ksiaze prawie na pewno okaze sie z czasem Sionobrodym.
To prawda, ze Dary Ducha „pracuja” na naturze czlowieczej, problem w tym, ze dziecko wzrastajace w strachu nie ma pojecia o swojej naturze. Sinobrody przyjedzie tu z „pomoca”, atoli, kiedy dzieki niemu przejrzymy na oczy, pozostawanie z nim dalej w swietym wedzidle jest cena niemozliwa do uiszczenia.
pozdrawiam i zycze udanego weekendu.
Panie Rafale!
Uwielbiam Pana felietony i zawsze „łapczywie” je czytam, ale w mojej opinii tym razem Pan się myli.
Choć nie jest to powiedziane explicite, a raczej zostało umieszczone „w wielokropku”, to alternatywa albo złe małżeństwo kanoniczne albo udane niekanoniczne, nie jest dobrym punktem widzenia.
Już nie wspomnę, że to „złe” (w sensie ‘quality of life’) może kiedyś stać się „dobrym”, a to „udane” – „nieznośnym”, bo ta świadomość często wymaga osobistej wiary a i heroizmu, ale spytam o jedno: jaka byłaby świadomość małżonków, którzy wiedzieliby, że ich związek JEST jednak rozerwalny, i jaki wówczas byłby los ich dzieci?
Czy per saldo nie byłoby jeszcze gorzej? Ja uważam, że tak. Zwłaszcza, że wiele małżeńskich raf da się w końcu ominąć. No chyba, że wybiera się rozstanie…
1. Istnieje możliwość separacji i samotnego wychowywania dzieci
2. Istnieje możliwość wychowywania dzieci w tzw. „białym małżeństwie” (choć oczywiście utrzymanie takiego stanu jest trudne. Ale nasza wiara do prostych nie należy)
3. Kościół nikogo nie przekreśla dlatego, że zdradza małżonka (to jest uprawia seks z kimś innym, niż zawarł ślub przed Bogiem). Jeśli dana osoba będzie tego żałowała, to otrzyma odpuszczenie grzechów.
4. Oczywiście trwanie w grzechu (i brak chęci do rezygnacji z niego) uniemożliwia jego odpuszczenie. Tak samo, jak Stalin nie otrzymałby rozgrzeszenia, jeśli chciałby dalej mordować ludzi (nie użyłbym porównania do Stalina, gdyby nie było go w tekście)
5. „Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela!” Mk 10,9
Tekst bardzo potrzebny ale do ilu czytelnikow dotrze? Kolorowy tygodnik bardziej przyciaga oko ( nie zawsze myslace). Wykpic, osmieszyc, zaszokowac, zniechecic – to sprzedaje sie tym latwiej im bardziej dotyczy tego co tradycyjnie bylo bronione i szanowane. Dlaczego tak sie dzieje? Grzech nie jest normalnoscia i przyszloscia ludzkosci. Grzesznikami jestesmy wszyscy, bladzimy, ale nie obawiajmy sie poprawiac. Wesolego Halloween dla czytelnikow Newsweek’a.
Nie ma czegoś jak kościelne rozwody. Jest unieważnienie małżeństwa, czyli stwierdzenie nieważności małżeństwa w chwili jego zawarcia z powodu konkretnej przyczyny. Sprawy o unieważnienie przed sądem biskupim trwają pięć, siedem lat.
Dlaczego teraz jest taki wysp tego typu spraw? ponieważ osoby zakładające nowe rodziny chcą nie żyć w grzechu, chcą uczestniczyć aktywnie w życiu społeczności religijnej, a po trzecie wiedzą, że to unieważnienie jest łatwo obecnie załatwić, to czemu nie spróbować.
Wynka z tego, że wcześniej rozwód i ponowne małżeństwo bez skaramentu, tak nie uwierało jak obecnie. Zmienia sie więc nastawienie do duchowego aspektu małżeństwa.
Kościół nie ma wyjścia i rozszerza i uelastycznia powody, które mogą być przesłankami do unieważnienia małżeństwa, aby nie tracić wiernych. Rozwody są faktem i ich liczba z roku na rok będzie się zwiększała.
Artykuł w Newsweeku mocno akcentuje i daje podpowiedź: co trzeba zrobić aby uzykać unieważnienie małżeństwa. Jest więc pewnego rodzaju wykoślawionym poradnikiem. Sądy biskupie pewnie teraz odczuwaja oblężenie.
I pańskie dziwne dla mnie oburzanie nic tu nie zmieni.
Ja jednak uważam zawarcie małżeństwa za fakt nieodwracalny jak np urodzenie dziecka. „Pytanie do sumienia” godzi w zasadę wierności zasadom – niemożliwe jest porównywanie stopnia szczęśliwości „drugich” do „pierwszych” /małżeństw czy dzieci/ bez spełnienia się jednych i drugich.
Pieniądz jest bożkiem,który otwiera podwoje na salony nawet kościelne.Tak sobie myślę o wiarygodności ślubów kościelnych jak o „łódce Bols” lub „piwie bezalkoholowym” z przymróżeniem oka. Królewski przywilej trafił pod strzechy w ramach miłości blizniego.
Po prostu wybór małżonka to bardzo poważna i ważna sprawa i dlatego jak ktoś zrobi to „po pijaku czy jak był młody i głupi” to potem całe życie cierpi. To jest sedno sprawy – że ludzie coś co jest superważne traktują z lekceważeniem, a potem jak sie z własnej winy sparzą to szukają problemu wszędzie, ale nie tam gdzie on jest.
Dobrze jest tak jak jest i mam nadzieje, że Kościół niczego nie zmieni, bo zdaje się nie ma żadnych pod ewentualne zmiany podstaw.
„Najwięcej do powiedzenia o kolorach mają zwykle daltoniści” – ?? To takie słuszne jak reszta poglądów Rafały Ziemkiewiczowej