Archiwum z paź 2009

Kaczystowska tuba „Agory” o kaczystowskiej Ameryce Obamy

31 paź 2009

O, proszę: wiadomość znaleziona na niszowym, sportowym portalu „Agory” zczuba.pl, gdzie potraktowana została jako klasyczny „michałek”. No bo, z pozoru, cóż wielkiego wynika z historyjki niejakiej Susan Finkelstein? Wspomniana mieszkanka USA tak bardzo chciała się dostać na mecz ukochanej drużyny bejzbolowej, że, nie mogąc zdobyć biletu normalną drogą, ogłosiła w internecie, iż gotowa jest na bardzo wiele dla tego, kto ją takowym obdaruje. Anons przeczytała policja i podesłała jej funkcjonariusza, który ustalił, na co konkretnie jest gotowa − a ustaliwszy to, założył pani Susan kajdanki i wpakował ją do pudła za prostytucję. Jak znam Amerykę, bez bardzo drogiego adwokata kobieta ma spore szanse na odsiadkę.

Cytowany portal skupia się na zupełnie nieistotnym szczególe, iż biletów, które fanka bejzbolu zamierzała za tę walutę nabyć, było dwa, i zastanawia się, dla kogo był ten drugi.

A mnie rzecz skłania do refleksji zupełnie innej.

Pani Finkelstein nie jest posłanką, przekonaną, że „musi coś, k…, z tego mieć”, gdy jej partia będzie prywatyzować publiczne szpitale. Nie jest celebrytką, oferującą załatwienie korzystnego rozstrzygnięcia przetargu, ani ministrem rolnictwa, podejrzanym o to, że za kasabubu chętnie załatwi warte parędziesiąt baniek odrolnienie. Nie jest w ogóle nikim ważnym, po prostu kobietą, która znalazła oryginalny pretekst, by się puścić. Jeśli na kogoś takiego amerykańska policja nasyła agenta, żeby ją podpuścił, powiedział, dajmy na to, jak bardzo mu się podobają jej kręcone włosy, i sprawdził, czy przypadkiem nie idzie o coś sprzecznego z prawem − to świadczy, do jakiego stopnia dla amerykańskiej policji taka prowokacja jest procedurą oczywistą i rutynową.

Przysiadłszy nad internetową przeglądarką nie zdołałem znaleźć żadnych publikacji sugerujących, że policja przesadziła, że w końcu to prywatna sprawa tej pani, z kim i z jakich pobudek. Amerykanie używają w takich sytuacjach prostej formułki „that’s the law!” i ucina ona wszelkie wątpliwości. Uprawianie seksu w zamian za „korzyści majątkowe”, jakikolwiek by miały wymiar, jest wbrew prawu, a policja jest po to, żeby winnych działania wbrew prawu łapała i odstawiała przed oblicze sędziego.

Więc choć nie jestem mistrzem google’a, idę o zakład, że jeremiad o policji produkującej przestępców, zamiast ich zwalczać, o zagrożeniu jakie stąd płynie dla demokracji i porządku publicznego czy o konieczności rozwiązania policji, a co najmniej przykładnego ukarania jej szefa, w żadnym w miarę poważnym amerykańskim medium nie da się znaleźć. Nikt tam nie wyśmiewa agenta − nazwijmy go, dajmy na to, Thomas − który doprowadził zdesperowaną fankę do upadku, nikt jej samej nie zaprasza do telewizyjnych talk-show, by pod okiem cenzurującego program adwokata wzruszała publikę opowieścią, jaka straszna się jej krzywda stała.

A mowa, podkreślę jeszcze raz, o czynie doprawdy niewielkiej szkodliwości społecznej. Tym bardziej nie do pomyślenia byłoby w USA kwestionowanie udanej policyjnej prowokacji, gdyby wymierzona była w osobę ważną i dotyczyła korupcji. Było zresztą takich akcji wiele. W jednej z nich FBI urządziło nawet całą maskaradę z grupą lipnych Arabów z nieistniejącego w istocie Emiratu, którzy oferowali amerykańskim prominentom pieniądze za załatwienie czegoś tam – jeden senator dał się skusić, siedzi do dziś i nikt go nie żałuje.

Trzeba po prostu uznać, że Ameryka, mimo rządów czarnego Słoneczka postępowej ludzkości, jest krajem, wedle sposobu myślenia naszych tropicieli agenta Tomka, po prostu kaczystowskim. Amerykanie powinni zgłosić się do naszych autorytetów moralnych i dziennikarskich gwiazd na korepetycję z prawa i demokracji. Ci by im wytłumaczyli, jak ohydne i sprzeczne z demokracją jest prowokowanie do przestępstwa.

Nasuwa się też inna refleksja − imperium „Agory”, acz ostatnio coraz mniejsze, najwyraźniej rozrosło się zanadto, skoro możliwe jest, aby należący do niej portal zamieszczał informację, która sama w sobie doszczętnie ośmiesza od tylu tygodni prowadzoną przez jej flagową gazetę akcję obrony Sawickiej, Marczuk-Pazury czy innych ofiar „perfidnych prowokacji” CBA. Kiedyś, u zarania, wystarczało, że naczelny chodził po redakcji − z każdym pogadał, dopieścił prawem mówienia sobie per „Adam” i zadbał o jego pion ideologiczny. Ale przy takim rozmnożeniu przedsięwzięć nieuchronnie wychodzą one spod kontroli. No i proszę, portal „Agory”, zlinkowany na stałe ze stroną gazeta.pl sam się oto nagle okazał kaczystowski − skoro tak bezmyślnie podważa ciekawostką zza oceanu jedynie słuszną linię…

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zarządzanie przez media

27 paź 2009

Publiczna, żenująca kłótnia minister Pitery z ministrem Bonim o to, gdzie się podziewa projekt ustawy antykorupcyjnej, nie jest wcale takim drobiazgiem, jak usiłuje się przedstawić.

Ujawnia bowiem istotną i fatalną cechę rządów Donalda Tuska – lekceważenie dla procedur, przepisów i regulaminów. Ministrowie kłócą się, czy projekt wpłynął czy nie, nawzajem sugerując sobie umysłową niezdolność do sprostania obowiązkom, bo zaniedbano jednej prostej czynności biurokratycznej.

Karteczka z wnioskiem o zaopiniowanie dymisji Kamińskiego zawierała jedno zdanie, zresztą i tak premier na tę opinię nie czekał, podobnie jak nie czekał na nią, powołując nader wątpliwego kandydata na szefa ABW. Sama dymisja napisana została tak niedbale, że teraz nie wiadomo, czy Kamiński nadal jest pracownikiem służby czy nie. Dymisje członków swego gabinetu premier ogłosił przez media, ale zaniechał nadania im formalnego biegu, więc zdymisjonowani nadal są ministrami.

Przykład z góry działa. Opisywałem swego czasu chaos w finansach publicznych spowodowany zastępowaniem mechanizmów ustawowych poleceniami na gębę – nic się od tego czasu nie zmieniło, chyba że na gorsze. Premier i jego ludzie, nie mając w CV ani dnia przepracowanego w administracji czy przynajmniej dużej firmie, narzucili styl rządzenia chłopców z boiska, których papiery i paragrafy śmiertelnie nudzą i którzy wszystko wolą załatwiać z pominięciem biurokratycznej mitręgi, po układach koleżeńskich. Przez jakiś czas jakoś to działało, a premier zapewne był przez swe otoczenie utrzymywany w przekonaniu, iż wystarczy, że coś powie do kamer, a podwładni zadziałają.

Ale choćbyśmy najbardziej nie lubili biurokracji – państwo to właśnie biurokracja i taki bałagan jest dla niego zabójczy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Życie emocjonalne antyjakobina

25 paź 2009

Trudno nie docenić intelektualizmu gazety, która w samym środku gorącego politycznie sporu znajduje cztery i pół kolumny na wnikliwą krytykę, pióra swego naczelnego, rewolucji francuskiej i jakobinów.

Niby wszyscy wiedzą, że jakobini to Kaczyńscy, Robespierre to Kamiński i tak dalej, bo to nie pierwszy obszerny esej Adama Michnika na ten temat, ale obrona marnej władzy przed żądaniami opozycji od razu nabiera niezwykłej głębi.

Rewolucja nieuchronnie się radykalizuje, a potem jeszcze bardziej radykalizuje, i dlatego lepiej cierpieć głupotę, zło, korupcję, nikczemność i inne niedostatki władzy, niż godzić się na jej odsunięcie, bo to jest właśnie wejście na równię pochyłą rewolucji.

Wadą wielokrotnie powtarzanej tezy Adama Michnika o tej nieuniknionej jakoby pułapce radykalizmu jest jej słaba przystawalność do historii. Bo taka na przykład rewolucja francuska skończyła się bonapartyzmem, nazistowska nocą długich noży, a bolszewicka stalinowską debolszewizacją i breżniewowskim „zastojem” – co dowodzi, że z radykałami, którym nigdy nie dość gilotyn, rewolucje sobie skutecznie radzą.

Jeszcze liczniej od nich rodzą bowiem takich, którzy na zwycięstwie się dorabiają, a to mająteczku, a to gazety, a to dworskiego tytułu wraz z przypisanymi doń honorami i dochodami, i tym sposobem z dnia na dzień z rewolucjonistów stają się zapiekłymi reakcjonistami.

Od chwili, gdy porządek świata się zmienił i zaczął uprzywilejowywać ich, afirmują go ochoczo, a za największych wrogów uznają wczorajszych towarzyszy, którzy się tak dobrze nie ustawili i dalej krzyczą o wolności, równości, braterstwie i innych nieaktualnych już hasłach z poprzedniego etapu. Ale trudno się dziwić, że to zjawisko redaktora Michnika inspiruje znacznie mniej.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie tylko obłuda

24 paź 2009

Subotnik Ziemkiewicza

Najwięcej do powiedzenia o kolorach mają zwykle daltoniści. Najwięcej do powiedzenia o sprawach wiary mają ludzie, którzy wydają się zupełnie niewrażliwi na głód Boga, a religię traktują, w najlepszym wypadku, jako pewnego rodzaju tradycję, która może nawet być ładna i godna kultywowania, ale kto by ją brał zbyt poważnie, po prostu się wygłupia. Pewnie dlatego, że komentowanie cudów, liturgii czy procedur prawa kanonicznego przychodzi takowym znacznie łatwiej niż wierzącym.

Nie wiem, ile czasu zajęło „Newsweekowi” przygotowanie okładkowego materiału o, jak to nazywa, „kościelnych rozwodach”. Mnie zajęło dwa tygodnie zastanawianie się, czy powinienem tę publikację komentować. Z jednej strony, nie wydaję się sobie szczególnie do tego upoważniony, z drugiej − sądzę, że mam w tej kwestii coś do powiedzenia. Może bym zachował to dla siebie, gdyby w następnym z kolei numerze „Newsweek” nie zatrudnił do komentowania domniemanego cudu w Sokółce upadłego dominikanina, który czas pewien temu ogłosił, iż utracił wiarę − i który oczywiście orzeka, że cuda eucharystyczne, a bodaj i sama w ogóle eucharystia, to zabobon, ciemnota, i, mówiąc słowami młodego wieszcza, „karczemnej wytwór gawiedzi w głupstwa wywarzony kuźni”. Faktycznie, trudno było znaleźć do tych spraw lepszego eksperta.

Co do owych, jak mawia „karczemna gawiedź”, a „Newsweek” po niej powtarza, „kościelnych rozwodów”, autor wspomnianego tekstu widzi w nich tylko obłudę. Wierni na potęgę oszukują sądy biskupie, kler doskonale sobie z tego zdaje sprawę, ale udaje, że wierzy w szczerość składanych tam zeznań, liczba orzeczeń o nieważności małżeństwa wzrasta lawinowo, co zinterpretowane jest wyłącznie jako dowód, iż polska wiara jest coraz bardziej fasadowa, nieszczera i na pokaz. Bo, rzecz jasna, jedyną dostrzeganą przez publicystę „Newsweeka” przyczyną, dla której ktoś może chcieć orzeczenia o nieważności swego pierwszego ślubu, jest presja obłudnego społeczeństwa na „kościelne” małżeństwo i związane z nim obrzędy.

Taka perspektywa, oczywiście, uniemożliwia dostrzeżenie istoty problemu.

Problem tkwi w tym, że tradycyjne pojmowanie nierozerwalności węzła małżeńskiego prowadzi do zasadniczej sprzeczności praktyki Kościoła z duchem nauki Chrystusa. Albowiem podstawą owej nauki i tym, co stanowi o wyjątkowości chrześcijaństwa na tle wszystkich innych religii, jest to, że nikogo ona definitywnie nie odrzuca. Kościół, jeśli stwierdzi to kanonicznymi procedurami, ogłasza niekiedy, że ten lub inny człowiek dostąpił świętości. Nigdy natomiast nie ogłasza nikogo potępionym. Nawet Stalina. Bo każdy grzech może zostać wybaczony, każda wina może zostać zmazana. W jednej z najpiękniejszych legend chrześcijaństwa święty Dionizy zwraca się do samego Szatana słowami: nawet ty, gdybyś wyrzekł się grzechu i podjął pokutę, możesz zostać zbawiony.

W kwestii małżeństwa natomiast Kościół stanowi, iż jeden popełniony w życiu błąd skreśla człowieka raz na zawsze. Nieważne, czy byłeś młody, głupi, pijany, skoro już zdecydowałeś się wziąć ślub z nie tą osobą, z którą należało, to po tobie. Nie masz dostępu do sakramentów, nie masz prawa czuć się częścią Kościoła, jak trafi ci się bardzo ortodoksyjny proboszcz, to nawet nie zostaniesz pochowany w poświęconej ziemi. Przegwizdane.

Tak, wiem, proszę mnie nie poprawiać − to wszystko grozi nie za samo rozstanie z nietrafnie wybranym małżonkiem, ale za wejście w nowy, niesakramentalny związek. Ale to żadna odpowiedź na cisnące się pytania do sumienia. Podam, dla przykładu, tylko jedno. Jeśli pierwsze małżeństwo było kompletnie nieudane, nietrafione, chore, i podtrzymywanie go za wszelką cenę, jak należałoby w zgodzie z nauką Kościoła zrobić, oznaczałoby tylko wzajemne zadawania sobie męczarni przez obie strony, i gorzej jeszcze, skazanie na wychowywanie się w tej męczarni dzieci, co musiałoby je psychicznie zdeformować na całe życie − a drugi, niesakramentalny związek jest udany, i potomstwo z niego ma szansę na szczęśliwy „kraj lat dziecinnych”, to co tu właściwie jest dobrem? Uparte trwanie za wszelką cenę w tym pierwszym, czy jednak ten drugi?

Kościół zdaje sobie sprawę, że coś tu jest nie tak, i zarazem nie potrafi sobie z problemem poradzić. Ale też coraz bardziej nie może sobie pozwolić na to, by sobie z nim nie poradzić. A problem, mierzony liczbą związków zwanych przez Kościół niesakramentalnymi, narasta, bo człowiek współczesny bardziej niż kilka pokoleń temu przekonany jest, iż ma prawo dążyć do szczęścia. I trudno to uważać za dążenie złe, choćby z uwagi na dzieci, których spłodzenie i dobre wychowanie jest wszak celem małżeństwa. Celem, którego w związku dysfunkcjonalnym spełnić się nie da.

Poszerzenie listy kanonicznych przyczyn o niedojrzałość którejś ze stron do małżeństwa, który to paragraf najczęściej jest w procesach o stwierdzenie nieważności ślubu używany, wydaje się próbą stworzenia pewnego rodzaju wentyla. Fakt, pojęcie niedojrzałości jest rozciągliwe i daje pole do nadużyć. A w jakim sądzie nie dochodzi do nadużyć? W jakim nie zdarza się ludziom brać fałszywych świadków, kłamać i sięgać po inne niegodne sposoby osiągnięcia zamierzonego celu?

Dla niektórych to wszystko nie ma za grosz sensu. Bo w ogóle wiara nie ma dla nich sensu. Z definicji. Tylko po co w takim razie się pchać z butami w sprawy, których się nie rozumie?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wnuk Stalina, córka Wałęsy

20 paź 2009

Lech Wałęsa nie przypomina Stalina ani trochę. Ale jeśli chodzi o postępowanie jego córki, to jest ono w swej istocie identyczne z postępowaniem wnuka Wielkiego Językoznawcy.

Jak niedawno doniosły serwisy zagraniczne, pozwał on do rosyjskiego sądu historyków, którzy pisząc o Stalinie prawdę, urazili jego osobiste uczucia do dziadka.

Dokładnie to samo zrobiła jedna z córek Wałęsy, pozywając Pawła Zyzaka, autora – by użyć określenia wymyślonego przez Jarosława Kurskiego – „niehagiograficznej” biografii historycznego lidera „Solidarności”, za to, iż biografia ta rani jakoby jej uczucia do taty. Łatwo można się domyślić, że pozew ten złożyła z poduszczenia adwokata Ryszarda Rydigera, który z jakiegoś powodu od dawna stara się, ile tylko może, zaszkodzić Zyzakowi i jego wydawcy.

Pan mecenas umyślił sobie, że biografia odsłaniająca młodzieńcze wybryki Wałęsy narusza jego, Rydigera, dobra osobiste jako osoby, która Wałęsę z dawna czci. Konstrukcja tego zarzutu stawia włosy na głowie i można się tylko cieszyć, że mały Rysio nie zakochał się np. w Gomułce, bo sądy miałyby dziś mnóstwo roboty, a historycy – procesów.

Wczorajszy „Nasz Dziennik” przyniósł wiadomość niezwykle ciekawą. Pan Rydiger owoż właśnie założył spółkę (w dokumentach figuruje jako jej prezes) o nazwie Wydawnictwo Arcana sp. z o.o. Podobieństwo tej nazwy do Arcana sp. z o.o., czyli wydawcy Zyzaka, nie może być przypadkowe i łatwo się domyślić, co knuje opętany nienawiścią do Zyzaka i Arcanów adwokat.

To żałosne, że tacy ludzie mogą grasować w polskiej palestrze. Ale wynika z tego jeden plus: oczywisty dowód prawdy. Gdyby wszak można było przyłapać Zyzaka na kłamstwie, nie trzeba by było w walce z nim i jego prawem do wolnego prowadzenia badań i ogłaszania ich wyników sięgać po takie sztuczki.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop