Archiwum z wrz 2009

Po co publiczność?

27 wrz 2009

Kasy warszawskiej filharmonii w dniu sprzedaży karnetów wyglądają jak peerelowski sklep, gdy „rzucili” polędwicę. Naprawdę.

Szczególnie ostra walka idzie o prawo wejścia na koncerty dla dzieci. Z tłumu chętnych, na oko czterystuosobowego, na ten rarytas „łapie się” zaledwie trzydziestu kilku pierwszych. Karnety bowiem dziedziczone są z roku na rok i w nowym sezonie do nabycia jest tylko tyle, ile ludzie oddali – a edukacyjne koncerty cieszą się zasłużoną renomą i mało kto rezygnuje, choć karnety kosztują po kilkaset złotych. Dlaczego takie koncerty nie mogą odbywać się częściej niż co półtora miesiąca?

Tak samo jest i z „dorosłymi” koncertami. Dostać się na większość z nich to nie lada sztuka.

Co najbardziej oburzające, kiedy ktoś zachoruje, w żaden sposób nie może oddać biletu do kasy, a ta nie sprzeda żadnych wejściówek na zwolnione miejsca, i koncerty, na które jest tylu chętnych, idą przy widowni świecącej pustkami.

Nikomu się nie chce. Muzycy, choć podobno marnie zarabiają, nie będą więcej grać, „derekcja” nie będzie się wysilać. Sztuka wszak „musi” być elitarna – i dotowana.

Nie chcę się czepiać akurat filharmonii – kupić bilet do teatru jest równie trudno, i tak samo nikomu nie zależy na jego sprzedaniu. I tak jest wszędzie. To nieprawda, że sztuką wysoką nikt się nie interesuje i tylko budżet państwa może ją uratować. Prawda jest taka, że wielu chętnych do obcowania z nią musi pocałować klamkę, bo ma się ich głęboko. Po co publiczność artystom żyjącym z dotacji?

A jednocześnie spotkanie, które poświęcone miało być polskiej kulturze, staje się kongresem wielkiego jojczenia, że złe państwo i takaż telewizja za mało dają dutków. I wielkiego chóralnego krzyku oburzenia na Balcerowicza, że śmiał wytknąć artystom socjalistyczną mentalność!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ruskie kulki

26 wrz 2009

Subotnik Ziemkiewicza

Wiktor Suworow opisywał swego czasu, jak Rosja otworzyła dla historyków archiwa z czasów wojny. Decyzję o otwarciu archiwów ogłoszono hucznie, przyjęto za nią pochwały i zachwyty wolnego świata, po czym historycy, którzy ustawili się w kolejce do odtajnionych dokumentów, dowiedzieli się − ale już w trybie indywidualnym − że wprawdzie dokumenty odtajniono, ale archiwum fizycznie znajduje się na terenie jednostki wojskowej, a żeby wejść na teren jednostki, trzeba mieć przepustkę. W sprawie uzyskania przepustki należy zaś pisać na Berdyczów.

Powtórkę takiej zagrywki zafundował nam premier Putin w sprawie cieśniny Pilawskiej. Jak pamiętamy, podczas rocznicowej wizyty obiecał on, iż wreszcie, po wielu latach beznadziejnych polskich próśb o załatwienie tej sprawy, Rosja otworzy cieśninę dla żeglugi. Taki gest dobrej woli. Wszyscy się bardzo ucieszyli, a najbardziej elblążanie, bo rosyjska blokada spowodowała, że ten niegdyś bardzo wygodny port nie może się rozwinąć i wrócić do dawnej świetności.

Ale po oficjalnej obietnicy przyszło do konkretów, i okazało się, że „otwarcie” wyglądać ma tak, iż każdy, kto chce przepłynąć przez cieśninę, musi co najmniej pięć tygodni (!) wcześniej złożyć podania w czterech (!) rosyjskich urzędach, przy czym nie ma wcale gwarancji, że dostanie odpowiedź pozytywną ani że dostanie ją po pięciu tygodniach, a nie po dwudziestu pięciu. W praktyce więc Elbląg nadal jest zakorkowany, bo przecież nikt, poza może jakimś hobbystą, nie będzie z takiego portu-pułapki korzystał.

Ale gest dobrej woli, gdyby się kto pytał, Rosja wykonała i oczekuje rewanżu.

Sama za to, co również ogłosił Putin na Westerplatte, gotowa jest w ramach rewanżu otworzyć dla polskich historyków swe archiwa, jeśli tylko Polska otworzy dla rosyjskich historyków swoje, dotyczące jeńców sowieckich z roku 1920. Niestety, nie znalazł się w pobliżu premiera Tuska nikt, kto by mu uświadomił, że Putin go roluje − wszystkie polskie archiwa są otwarte i ogólnodostępne, a w tej konkretnej sprawie większość dokumentów została już nawet opublikowana. Tusk wziął propozycję za dobrą monetę i publicznie zapowiedział, że polskie archiwa niezwłocznie zostaną otwarte − w świat poszedł więc sygnał, że czegoś tam Polska się w swej historii boi, coś jednak ukrywa, a więc rosyjskie twierdzenie o rzekomej symetrii zbrodni katyńskiej z losami wspomnianych jeńców nie są zapewne bezpodstawne. Oczywiście, kaktus mi na ręku wyrośnie, jeśli Putin spełni teraz swą zapowiedź i Polacy rzeczywiście dostaną możliwość zapoznania się z rosyjskimi archiwaliami.

Tak oto Rosjanie grają sobie z nami w… powiedzmy, w kulki. Nie tylko z nami zresztą. To przećwiczony sposób działania, w którym są mistrzami − przewlekanie, udawanie głuchego, pozorne zgody po których zaraz stawiane są nowe warunki, słowem, męczenie partnera i przywodzenie go do desperacji, przy jednoczesnym wykrzykiwaniu na cały świat, że my, Rosjanie, okazujemy tyle dobrej woli, my chcemy, to oni stale szkodzą porozumieniu. Właśnie otrzymaliśmy poglądową lekcję, jak to się robi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Porwanie siatkarzy

22 wrz 2009

„Świetny żart, muszę pamiętać, żeby się uśmiać, jak znajdę wolną chwilę” – kpił bohater sławnych powieści Raymonda Chandlera. Ostatnimi czasy życie publiczne serwuje nam powody do śmiechu w takim tempie, że naprawdę nie starcza czasu, by na wszystko zareagować.

Ot, publicysta, który sławił „prowokacje” Palikota, plotąc, że jego chamskie zagrania wnoszą ożywczy powiew do debaty publicznej, staje się nagle przywódcą krucjaty przeciwko „chamstwu w Internecie” i jest traktowany w tej roli poważnie. Inny redaktor, równie gorliwy w propagandowej służbie establishmentowi, wywodzi, że negacjonista Niesiołowski tylko „popełnił błąd”, i to z dobrej chęci zapobieżenia politycznemu wykorzystywaniu rocznicy – a prawdziwą „podłością” jest go krytykować.

A pani profesor, która złożyła dymisję z rady nadzorczej TVP akurat w przeddzień głosowania, tak, że owa dymisja stała się głównym prawnym argumentem trzymającej telewizję koalicji PO – LPR przeciw szturmującej ją koalicji PiS – SLD, upiera się „z miedzianym czołem”, jak to ujmowali nasi przodkowie, że po prostu ot tak, nagle „jako profesor uniwersytetu” zdała sobie sprawę, iż nie powinna uczestniczyć w politycznych grach.

Jeśli tak w żywe oczy ściemniają przedstawiciele grupy zawodowej darzonej największym społecznym prestiżem, czegóż żądać od polityków czy dziennikarzy?

Wszystko to jednak pikuś wobec sprawy siatkarzy, którym – jak wieść dziennikarska niesie – dano do zrozumienia, że jeśli przyjmą zaproszenie do Pałacu Prezydenckiego, to nie dostaną obiecanego kasabubu od sponsora. Faktem jest, że z tego czy innego powodu siatkarze faktycznie prezydenta zignorowali. Rząd, który ma tyle sukcesów co gabinet Tuska, nie może sobie pozwolić, żeby ktokolwiek inny trzasnął sobie fotkę z „jego” medalistami.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sukces, cieszmy się

19 wrz 2009

Subotnik Ziemkiewicza

Wbrew wrogiej propagandzie − to jest kolejny sukces. Nawet cały pęczek sukcesów. Po pierwsze, rząd nauczył Amerykanów czegoś o naszej historii. Donald Tusk nie przypadkiem wybrał kiedyś akurat 4 lipca, dzień dla USA szczególny, na pokazanie swym wyborcom, że z nim nowemu Wielkiemu Bratu zza Oceanu nie będzie tak łatwo jak z Kaczyńskimi, że nie godzimy się na „niesatysfakcjonującą ofertę” i „będziemy negocjować twardo” − jeśli Amerykanie chcą mieć tutaj jakieś tarcze, to muszą jak należy zabulić, bo co sobie myślą. Od tego czasu spodziewałem się, że na pokazanie w odpowiedzi Tuskowi (i nam wszystkim) tzw. pingwina Amerykanie też wybiorą jakiś rocznicowy dzionek, ale że okazał się to być akurat 17 września − to mnie zaskoczyło. Generalnie, nigdy dotąd się nie zetknąłem z Amerykaninem, któremu by ta data coś mówiła. W większości ich książek historycznych podaje się, że wojna obronna Polski „zakończyła się po dwóch tygodniach całkowitym rozgromieniem armii polskiej”.

A tu − proszę.

Sukces kolejny: Rosja nie rozmieści wzdłuż naszych granic rakiet „Iskander”, czym groziła na okoliczność umieszczenia u nas „tarczy antyrakietowej”. Tarczy udało się uniknąć, więc i rakiet wycelowanych w nasze siedzenia nie będzie. Co za radość i ulga! Co prawda większość ekspertów twierdziła, że Rosja może sobie straszyć, ale rakiet nie rozmieści i tak, bo na razie nie jest do tego technicznie i finansowo zdolna. Ale to, jak zwykła mówić żywa reklama środków psychotropowych, czyli marszałek Niesiołowski, „pisowskie lizusy”. Tylko mądra polityka rządu Tuska ocaliła nas przed „Iskanderami”.

To wszystko jednak drobiazgi w zestawieniu z sukcesem największym: dzięki twardej postawie rządu Tuska w negocjacjach z Waszyngtonem uda się wreszcie przełamać beznadziejnie proamerykańskie nastroje polskiego społeczeństwa. Wszyscy wiemy, jak bardzo nam one psuły reputację w Europie, jak szkodziła nam opinia amerykańskiego „konia trojańskiego”, jak bardzo odstawaliśmy od nowoczesności z tą swoją sympatią dla USA w czasach, kiedy w zachodniej europie nawet początkująca gwiazdka pop wie, że pierwszym i podstawowym warunkiem zdobycia sobie poważania jest do zdarcia gardła protestować przeciwko amerykańskiemu imperializmowi i „klimatycznemu bandytyzmowi”. U nas tymczasem nie dawało rezultatu nawet nieustanne judzenie tabloidów, że mimo wszelkich naszych zasług, Amerykanie bezczelnie egzekwują wobec polskich obywateli swoje prawa i nie chcą nam dawać wiz turystycznych do pracy na czarno.

Teraz zaś zapanowało w Polsce oburzenie, że wredni Amerykanie tak nas strasznie oszukali. Kto by tam pamiętał, że przecież wszystko już było już gotowe do podpisania umowy − umowy, która oczywiście nie przeszkodziłaby Ameryce odstąpić od budowy tarczy, skoro zmienił się tam prezydent, ale rodziłaby wobec Polski pewne zobowiązania. Tę umowę rząd Tuska storpedował w ostatniej chwili. „Pisowskie lizusy” twierdziły, że zrobił to dlatego, by Kaczyński, rywal do prezydentury, nie mógł się pochwalić sukcesem, ale oczywiście pobudki, dla których Tusk postanowił wtedy okazać wobec Amerykanów stanowczość, były natury merytorycznej. Chodziło o wyżej wymienione sukcesy. Więc się cieszmy, zamiast znowu, jak zwykle, marudzić i narzekać.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kresowa lekcja

15 wrz 2009

W którejś z odsłon niekończącej się polemiki z oskarżeniem Polaków o „bierność” wobec Holokaustu Piotr Skwieciński proponował, aby wyobrazić sobie, jak by się zachowywali Żydzi, gdyby to Polaków, a nie ich, okupant w tak szczególny sposób prześladował.

W kontekście rocznicy 17 września przypomnę, iż nic sobie nie musimy wyobrażać. Na wschodnich terenach Rzeczypospolitej tak właśnie było: wywożono Polaków, a mniejszości narodowe, w tym Żydzi, żyły w poczuciu bezpieczeństwa (że złudnego, miało się okazać dopiero potem).

Jak reagowali? Różnie. Część donosiła, wskazywała NKWD, gdzie ukrywa się rodzina polskiego policjanta czy oficera – czy to z nienawiści do Polaków, czy z wiary w komunizm, czy dla rabunku prześladowanych. Część próbowała pomagać. Ogromna większość może i milcząco współczuła, ale chowała się po domach i odwracała wzrok, oddychając z ulgą, że to nie ich dotyczy.

Szkoda, że ta niepoprawna politycznie część historii jest tak mało znana. Trzeba ją przypominać nie dla szukania oręża przeciwko Żydom czy Rusinom, ale po prostu dla pokazania, że w podobnych sytuacjach ludzie zawsze zachowują się podobnie. I gdyby dziś potężni Marsjanie podbili USA i zaczęli eksterminować białych, tamtejsi kolorowi nie reagowaliby inaczej.

Trzeba to przypominać, kiedy byle aktorzyna z filmu Tarantino pozwala sobie na mędrkowanie w wywiadach, że „Polacy zawiedli”, bo mogli zrobić dla ratowania Żydów „więcej”. Takich pouczeń udziela nam publicznie człowiek wychowany w kraju dostatnim i spokojnym, wojnę znający tylko z komiksów, który nie widział nigdy większych tragedii niż oblanie ulubionych spodni czerwonym winem.

Powinniście bronić Żydów, wszystkich, by was przecież Hitler nie zabił! Oto miara głupoty i bezczelności głosicieli antypolskiego stereotypu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop