Archiwum z cze 2009

Jerzy Giedroyc, endek i antysemita

6 cze 2009

Subotnik Ziemkiewicza

Tygodnik „Myśl Polska”, który zwykł przypominać rozmaite przedwojenne archiwalia, głównie o proweniencji endeckiej, tym razem zaskoczył czytelników publikacją obszernego fragmentu broszury politycznej „Polska idea imperialna”. Wszyscy oczywiście wiedzą, co to była za broszura, ale ponieważ nikt jej od czasu pierwodruku w roku 1938 nie wznowił, a fragmentu, o którym mowa, próżno szukać w opracowaniach poświęconych Redaktorowi i jego środowisku, na wszelki wypadek przypomnę. „Polska idea imperialna” stanowiła ideowy manifest i program środowiska skupionego wokół redagowanego przez Jerzego Giedroycia pisma „Polityka” (wcześniej: „Bunt Młodych”) − bardzo obiecującej grupy młodych zwolenników Sanacji, wyznających idee, jak to wówczas ujmowano, państwowotwórcze. Wprawdzie broszurę redagowali wspólnie Adolf i Aleksander Bocheńscy, Stanisław Skwarczyński i Kazimierz Studentowicz, a Giedroyc ograniczył się tylko do opatrzenia jej wstępem, nie ma jednak wątpliwości, że to właśnie przyszły wieloletni wydawca i redaktor „Kultury” był spiritus movens całego przedsięwzięcia. Nie kryje tego zresztą w swej o ponad pół wieku późniejszej autobiografii − i choć zaznacza, że nie pod wszystkim w broszurze tej się podpisywał, to zaraz uściśla, czego to dotyczyło: „bardzo w niej mocne akcenty katolickie nie odpowiadały moim przekonaniom”.

A nie o te akcenty akurat nam tu chodzi.,

Przeciętnego tzw. liberalnego inteligenta, wychowanego na „Gazecie Wyborczej”, wspomniany tekst wprawić musi w głęboki dysonans poznawczy. Zapewne zresztą dlatego pozostaje nieznany. Przytoczony fragment traktuje o postulowanej przez środowisko Giedroycia polityce państwa polskiego wobec Żydów. Co konkretnie postulują zbuntowani młodzi sanatorzy? Zacytujmy. Po pierwsze: „numerus clausus na wyższych uczelniach oraz w wolnych zawodach”. Po drugie: „nieprzyjmowanie Żydów na posady publiczne, specjalnie zaś na żadne kierownicze stanowiska”. Po trzecie: „oddawanie dostaw rządowych firmom chrześcijańskim”. Po piąte (skracam − ciekawych pełnego tekstu zapraszam do „Myśli Polskiej”, względnie, jeśli nie mogą przemóc obrzydzenia do neoendecji, do Biblioteki Narodowej): „zakazu anonimowych firm ukrywających żydowskich właścicieli; zakazu zmiany nazwisk itp.”. I wreszcie „obsadzenia wszystkich stanowisk politycznych i gospodarczych o decydującym znaczeniu dla państwa wyłącznie przez rdzennych Polaków”.

Mimo, iż postulaty te obudowane są deklaracjami potępienia dla „rasistowskiego podejścia do problemu żydowskiego, jako sprzecznego z doktryną kościoła katolickiego”, przedstawiony tu zespół poglądów jest dziś w upowszechnianym przez michnikowszczyznę i środowiska do niej zbliżone stereotypie jednoznacznie przypisywany endecji. Poglądy takie miały jakoby wynikać wprost z silnej pozycji w Polsce Kościoła i z antysemickich namiętności.

Ponieważ, jak wspomniałem, sam Giedroyc o sprawie wypowiadał się otwarcie i uczciwie, uzupełnijmy archiwalny manifest jego „Autobiografią na cztery ręce”. Tu starszy i mądrzejszy o pół wieku Redaktor przyznaje, iż język broszury „dziś wydaje się rasistowski, choć w swoim czasie różnił się od języka rasistów”. Mówi, że zawarte w tekście „sformułowania są dziś nie do obrony… ale wtedy te sformułowania nikogo z nas nie raziły. Byliśmy przekonani, że istnieje w Polsce problem żydowski… którego nie da się rozwiązać w trybie asymilacji. Ponieważ zaś Żydzi byli rozrzuceni po całym kraju, nie można było domagać się dla nich autonomii, jak dla Ukraińców. Za jedyne rozwiązanie uważaliśmy zatem masową emigrację Żydów do Palestyny. Stąd moje kontakty z Żabotyńskim, które skądinąd budziły wiele zastrzeżeń w różnych kołach, w tym − żydowskich”.

Dodajmy, że z Żabotyńskim, przywódcą polskich syjonistów, blisko współpracowali także liderzy ONR, organizacji, której urobiono historyczną gębę „polskich faszystów” i w ogóle ucieleśnienia szatańskiego zła endecji.

Jeśli przyjąć za Sartrem iż antysemityzm jest „namiętnością”, to ponad wszelką wątpliwość ani Giedroyc, ani Bocheńscy, ani inni ludzie z tego kręgu nie byli antysemitami. Trudno podejrzewać, by Redaktor, u którego antyklerykalizm miał charakter wręcz pogłębiającej się z wiekiem obsesji (podobnie skądinąd, jak u Dmowskiego antysemityzm − niesamowita sprawa, jak umysły do bólu ścisłe, racjonalne i logiczne potrafią zarazem w pewnym obszarze fiksować!) firmował swym nazwiskiem postulat dyskryminacji obywateli polskich pochodzenia żydowskiego dlatego, że Żydzi zamordowali Jezusa. Otóż nie, Giedroyc firmował ów postulat z przyczyn czysto politycznych, racjonalnych, których w autobiografii nie kryje − jego środowisko domagało się dyskryminacji Żydów, by zmusić ich do emigracji.

Zresztą wspominana broszura stawia to bardzo jasno: „Zdajemy sobie sprawę, że wymienione metody walki stworzą bardzo ciężkie warunki egzystencji dla masy żydowskiej. Dopiero one jednak zmuszą Żydów do szybkiej emigracji, międzynarodową zaś finansjerę żydowską do udzielenia tej emigracji odpowiedniego poparcia”.

W „Autobiografii na cztery ręce” Giedroyc wyjaśnia też, skąd ten akurat postulowany kierunek emigracji − Palestyna. Otóż stąd, że w owym okresie państwa zachodnie przed emigracją Żydów z Europy wschodniej broniły się jak przed zarazą (Giedroyc przytacza tu smakowitą anegdotę o rządowych rozmowach z żydowskimi bankierami z USA, którzy udzielenie nam wysokiej pożyczki uzależnili od zobowiązania, iż rząd RP zapobiegnie emigracji „żydów kapotowych” do Ameryki − albowiem ich napływ wzmaga tam nastroje antysemickie, czemu żydowscy bogacze chcą zapobiec). Nawet Żydzi uciekający przed niechybną śmiercią z hitlerowskich Niemiec nie mogli liczyć na prawo wjazdu; głośna była historia statku z takimi uciekinierami, któremu kolejne państwa zachodnie odmawiały wstępu do swych portów, aż odwiózł pasażerów z powrotem do Niemiec, wprost do obozów zagłady.

Przypomnijmy, że powstająca z ponad stuletniej niewoli Polska, borykająca się ze wszystkimi możliwymi problemami, w tym problemem prawie milionowej rzeszy „litwaków” − Żydów rosyjskich wygnanych przez reżim carski na ziemie etniczne polskie, nie identyfikujących się z Polską w najmniejszym stopniu − stanęła dodatkowo w obliczu napływu dodatkowego około pół miliona Żydów z Rosji, uciekających przed bolszewickim rajem. I że wszystkim tym Żydom, nie będącym Polakami, nie mówiącym po polsku, nie związanym z Polską a wręcz jej wrogim, dała obywatelstwo i pełnię wynikających z niego praw. Podobnie zresztą, jak jeszcze tuż przed wojną „antysemicka” Polska przyjęła dziesiątki tysięcy wygnanych przez Hitlera żydów niemieckich.

Nigdy nie słyszałem, aby te gesty II RP spotkały się z jakimkolwiek uznaniem czy choć zdawkowym docenieniem. Przeciwnie, intelektualiści z krajów, które odpędzały uciekających przed zagładą Żydów kijem, z lubością debatują dziś o „odwiecznym polskim antysemityzmie”, a przekonanie, że „naziści” którzy dokonali holocaustu to głównie Polacy staje się w nich potocznym stereotypem.

Prawda historyczna jest inna. W międzywojennej Polsce naprawdę istniał poważny „problem żydowski” − problem niezasymilowanej i odmawiającej asymilacji ludności obcej, w dodatku całkowicie monopolizującej pewne sfery życia gospodarczego, zwłaszcza handel i pośrednictwo w sprzedaży produktów rolnych, z wymierną szkodą dla ludności rdzennej. Ten problem przyczyniał się do rozgrzewania antysemickich namiętności, ale dostrzegali go także ludzie niewątpliwie światli i od antysemityzmu jak najdalsi. Nie tylko wspomniany tu krąg Giedroycia. Także tacy liderzy „liberalnej” opinii międzywojnia, jak Tuwim czy Słonimski, których niechęć i pogarda dla „Żydów kapotowych”, siedliska ciemnoty i zabobonu, znajdowała wyraz nie tylko w antysemickich facecjach („świętym parchom z Góry Kalwarii” kazał się przecież Tuwim w uparcie w tym punkcie cenzurowanym wierszu całować w d…) ale i w ostrych pamfletach na granicy politycznej nagonki. Po marcu 1968 prominentni PZPR-owcy dla skompromitowania Antoniego Słonimskiego domagali się od Mieczysława Rakowskiego, by jego przedwojenne teksty o takim charakterze opublikował w „Polityce” − Rakowski, oddajmy mu tę zasługę, miał śmiałość odmówić, ale wspomnianych antyżydowskich pamfletów nikt przecież nie zmyślił.

Uproszczona do granic kretynizmu czarna legenda endecji stanowi dziś podstawę „wiedzy” środowisk zagranicznych, nie umiejących sobie nawet wyobrazić skali problemu narodowościowego II RP. Ale także żydowskiej diaspory, np. amerykańskiej, która w czasach holocaustu zachowywała się wobec mordowanych polskich współbraci wyjątkowo nikczemnie, i nawet rozpaczliwy, samobójczy gest Szmula Zygielbojma jej nastawienia nie zmienił − a która dziś pierwsza jest do „odzyskiwania mienia” po ofiarach Zagłady.

To boli i oburza, ale jeszcze bardziej boli i oburza, gdy dla bieżącej polityki w wulgaryzowaniu polskiej historii gorliwie współpracuje polska, z przeproszeniem, elita intelektualna, rozumująca całkowicie w kategoriach walki o „rząd dusz” i z upodobaniem używająca wrednego stereotypu „Polak-katolik = endek-antysemita i odwrotnie” jako pałki do załatwiania swych niskich porachunków.

Cóż, polska „liberalna inteligencja” przypomina orwellowskie owce, których inteligencja wyczerpywała się na chóralnym beczeniu godzinami „cztery nogi dobre, dwie nogi złe”, i zapewne czarna legenda endecji upowszechniana przez michnikowszczyznę jest tym właśnie, czego taka „inteligencja” potrzebuje. Nie spodziewam się więc, żeby dysonans poznawczy pomiędzy stereotypowym ujęciem przedwojennego problemu żydowskiego a kultem Giedroycia jako duchowego ojca Michnika i jego ekipy zdołał jakąś znaczącą statystycznie liczbę do owego zgodnego beczenia zniechęcić.

Co nie zmienia faktu, że trzeba beczącym rzucać od czasu do czasu w oczy parę słów prawdy. Z tej racji pomysł przypomnienia przez „Myśl Polską” okrytej wstydliwym milczeniem przedwojennej broszury trzeba gorąco pochwalić.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nieuzasadnione żydowskie roszczenia

4 cze 2009

Kilka lat temu znany biznesmen przekazał Kościołowi dom, w którym się urodził i spędził dzieciństwo Karol Wojtyła. Kupił go od właściciela, obywatela USA o polsko-żydowskich korzeniach, gdy odzyskał on nieruchomość, udowodniwszy przed polskim sądem swoje prawa spadkobiercy.

Był to jeden z wielu przykładów mówiących, że wolna Polska, mimo problemu ze stworzeniem ustawy całościowo regulującej zwrot zagrabionego mienia, generalnie realizuje zasady prawa przyjęte w cywilizowanym świecie.

Nie ma prawnego precedensu ani nawet logicznego uzasadnienia, na mocy których współcześnie żyjący Żydzi z odległych krajów mogliby uznać się za spadkobierców nieżyjących od pół wieku Żydów – obywateli polskich, z którymi nie łączy ich żadne pokrewieństwo. Mimo to istnieją środowiska żydowskie, które ponawiają żądania „zwrotu” szacunkowo określonych kwot jako rzekomej równowartości majątku po ofiarach Holokaustu. Pisała o tym czwartkowa „Rzeczpospolita”.

Z punktu widzenia zarówno prawa, jak i etyki trudno określić to inaczej niż żądaniem haraczu. Co gorsza, środowiska te nie wahają się posługiwać naciskiem. Jak otwarcie groził nam Elie Wiesel, dopóki nie zostanie on wypłacony, „Polska będzie publicznie atakowana i upokarzana na arenie międzynarodowej”.

Rząd polski raz już uległ tej presji, godząc się na przekazywanie majątku po niemających prawnego następcy żydowskich gminach wyznaniowych specjalnie w tym celu powoływanym fundacjom. Wiele tych fundacji szybko odsprzedało place po dawnych synagogach deweloperom i zniknęło z łatwo zarobionymi pieniędzmi. Tę lekcję zbyto wstydliwym milczeniem, bo Polacy uznali, że nie wypada jej Żydom wypominać.

To prawda, że w stosunkach z Żydami potrzeba dużej delikatności, nie może to jednak oznaczać godzenia się na roszczenia jawnie niesprawiedliwe i przymykania oczu na nadużycia.

Apeluję do przyjaciół Żydów, by w imię wspólnego dobra umieli odstąpić od źle pojętej solidarności. Wspieranie działalności takich organizacji jak ta reprezentowana przez Dawida Pelega nie służy dialogowi polsko-żydowskiemu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Oligarchowie łakną polskiej ziemi!

2 cze 2009

Jako de iure rolnik dostałem list z KRUS z wyliczeniem składki ubezpieczenia wypadkowo-chorobowego i rentowo-emerytalnego, płatnej do końca lipca br.

Od pewnego już czasu do przesyłki tej KRUS dołącza list ministra rolnictwa, w którym polityk akurat pełniący ten urząd chwali się swymi zasługami dla wsi i obiecuje. Tym razem list ministra Marka Sawickiego ma nieco inny charakter.

Jest to bojowa pobudka i przestroga. „Organizacja oligarchów Business Centre Club” dybie na rolniczy przywilej osobnej kasy ubezpieczeń, a szerzej w ogóle na „chłopskie rodzinne rolnictwo”, w celu „zawłaszczenia polskiej chłopskiej ziemi”. Na szczęście, informuje minister, knowania niecnych bogaczy spotykają się z odpowiednim odporem: „Jako konstytucyjny minister i polityk PSL jestem i będę gwarantem trwałości rolniczego systemu ubezpieczeń”, konkluduje, w czym tylko ślepy nie dostrzeże partyjnej propagandy.

Minister używa zresztą argumentu słusznego – likwidacja KRUS nie zwiększyłaby wbrew legendzie budżetu państwa, bo budżetowa dotacja idzie w całości na emerytury, które państwo i tak musi wypłacić. To jednak argument obosieczny; oznacza też, że chłop swoją emeryturę dostałby i bez KRUS. Ergo wydzielenie osobnej kasy, gdy inni na rozmaitych (!) zasadach rozliczani są w ZUS, służy nie samym rolnikom, tylko pasożytującym na niej rolniczym działaczom. Widać i minister uległ stereotypowi, że na wsi ludzie nie umieją myśleć.

Jeden drobiazg: jak dotąd, obliczenie składki dostawałem zawsze w połowie pierwszego miesiąca kwartału. Najwyraźniej ktoś kazał wysyłkę przyśpieszyć o ponad miesiąc, by zdążyć z odezwą ministra na wybory. Czy PSL naprawdę musi aż tak oszczędzać na znaczkach pocztowych?


Więcej o KRUS

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop