Archiwum z cze 2009

Przekręt wszech czasów

16 cze 2009

Letnie wakacje, zapowiadają meteorolodzy, będą w tym roku letnie tylko z nazwy. Nawet wyjazd nie gwarantuje upałów – rok jest wyjątkowo zimny. Nikt zresztą nie potrzebuje do stwierdzenia tego faktu synoptyków, każdy przyzna, że tak jak tego lata nie marzliśmy już dawno.

Ja osobiście nie tylko marznę. Ja się nie posiadam z podziwu. Co pomyślę, to łapię się za głowę i myślę, że takiego numeru jeszcze nikt nigdy nie wyciął, iż najwięksi cwaniacy historii mogą się schować. Myślę oczywiście o rozpętaniu histerii wokół rzekomego globalnego ocieplenia.

Dotąd, żeby zrobić gigantyczne pieniądze na handlu, trzeba było czymś handlować. Ale zrobić miliardy na niczym – bo przecież „limity emisji gazów cieplarnianych” to w istocie nic? Wykreować dosłownie z powietrza przedmiot spekulacji i naciąć na niewiarygodne pieniądze rządy niemal wszystkich światowych państw, nie tylko za zgodą podatników, ale wręcz pod ich naciskiem? Coś niewiarygodnego i ze względu na skalę, i ze względu na stopień opętania ofiar, które same pchają spryciarzom miliardy do kieszeni.

To oczywiście sprawa znana psychologom, że człowiek im bardziej nabity w butelkę, tym bardziej zajadle broni tego, kto go okpił. Im więcej dowodów wskazuje na to, że histeria klimatyczna jest histerią właśnie, zupełnie irracjonalną i bezpodstawną, tym gorliwszych ma ona obrońców. Tym, którzy przeczą pseudonaukowym prognozom, przyznaje się już wręcz miano „negacjonistów” – czyli stwierdzenie oczywistości, iż od kilku już lat klimat raczej się ochładza, niż ociepla, stawiane jest na równi z zaprzeczaniem Holokaustowi. Porzućcie wszelkie myślenie. I płaćcie!

Wypadałoby zmienić dumną nazwę Homo sapiens. Do człowieka epoki masowych mediów przymiotnik „rozumny” zdecydowanie nie pasuje.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Z dziejów walk o kulturę

14 cze 2009

Prezes Kaczyński nie jest jedynym naszym medioznawcą amatorem recenzującym w wystąpieniach publicznych niemiłych sobie dziennikarzy.

Podobne zainteresowania przejawia arcybiskup Życiński. W ostatni Wielki Czwartek poświęcił homilię obronie „Gazety Wyborczej” przed pewną publikacją „Dziennika”. W Boże Ciało zaś zajął się ważkim problemem kultury języka: „Coraz częściej ci, od których byśmy oczekiwali świadectwa kultury, mówią w środkach przekazu językiem wulgarnym… a potem tłumaczą się, że nie wiedzieli, że mikrofon był włączony. I nawet nie potrafią zdobyć się na proste słowo „przepraszam”, tylko dają świadectwo kultury, która jest odległa od chrześcijaństwa”.

„Gazeta Wyborcza”, cytując te słowa, interpretuje je jako aluzję do mojej wpadki w TVP Info. Z całą pewnością nie – ja przecież przeprosiłem za mocne słowo natychmiast, gdy tylko się dowiedziałem, że poszło na antenę. Jak ulał pasują natomiast upomnienia hierarchy do agorowego Radia TOK FM, gdzie w piątkowy poranek goście Jacka Żakowskiego wulgarnie dworowali sobie dłuższą chwilę z Buzka, zanim zorientowali się, że są na antenie. Zapewne był to dalszy ciąg rozmowy „oficjalnej”, w której sławili byłego premiera i potępiali jakieś niesprecyzowane zarzuty obyczajowe wobec niego.

Co ciekawe, tym razem portal Gazeta.pl nie napisał o „Skandalu w TOK FM” ani nie zamieścił MP3, choć miał po nagranie tak blisko. Radio na swej stronie internetowej ocenzurowało zapis audycji, a głośni jeszcze dzień wcześniej obrońcy kultury języka, z najwyższymi hierarchią włącznie, nie dostrzegli niczego żenującego. Po prostu głucha cisza. Anglicy mawiali, że „dżentelmen nie zauważa, gdy ktoś robi coś niewłaściwego”. Nasze Towarzystwo też stosuje tę zasadę, z tym że częściowo – tylko wobec swoich.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ronaldo cenniejszy niż stocznie

13 cze 2009

Nie śledzę wydarzeń sportowych, ale coś tam nawet do mnie dociera. Wynika z tego czegoś, że w krajach zachodnich sprzedaje się jednego piłkarza za sumę dwa razy większą, niż nam udało się utargować za całą stocznię, ze wszystkimi jej pochylniami, parkiem maszynowym, zapasami surowców, dokumentacją, doświadczeniem i tak dalej.

Na dodatek nie sposób ustalić, komu właściwie je sprzedaliśmy. Dziennikarze „Gazety Polskiej” twierdzą, że spółce-córce spółki, w zarządzie i radzie nadzorczej której, według nowojorskiego rejestru sądowego, zasiada cała plejada byłych szefów izraelskiej armii i wywiadu. Wspomniana spółka natychmiast przysłała dementi, że jej związki ze spółką − nabywczynią polskiej stoczni mają tylko charakter luźnej współpracy. No cóż, nie wierzę nie zdementowanym wiadomościom, jak mawiał Talleyrand. Najciekawsze jest dla mnie, skoro zdołali do zagranicznych rejestrów sądowych dotrzeć dziennikarze niespecjalnie bogatej gazety, czy pomyślało o tym przed tak ważną dla polskiej gospodarki transakcją nasze ministerstwo, a raczej służby, które powinny je w tym wspomóc z urzędu.

Ktoś chce się w tej sprawie założyć? Ja bym tego nie robił, wiedząc, jak bardzo zajęte jest takie na przykład ABW. Do niedawna niemal całą jego energię zajmowało szukanie jakichś haków na tych spośród własnych pracowników, którzy mieli nieszczęście awansować za poprzedniej władzy. Nie wynikło z tej roboty wiele więcej, niż z równoległych starań sejmowych komisji − poza tym, że jedna funkcjonariuszka popełniła samobójstwo, ponoć czując się zaszczuta. Ale tym się nikt specjalnie nie przejął, bo, po pierwsze, nie nazywała się Blida, a po drugie, jak ogłosiła ABW, w ogóle była psychicznie niezrównoważona. Podobnie jak ten szyfrant, który zniknął i do dziś się nie znalazł. Jak widać, nasze służby pełne są niezrównoważonych. I co się tu dziwić? Kto normalny by tam wytrzymał? No, a teraz jeszcze ABW zająć się musiała niezwykle pilnym z punktu widzenia państwa dochodzeniem w sprawie domniemanego romansu dziennikarki z prezesem IPN. Jak tu więc wymagać, by zajmowało się tak groszowymi interesami, jak sprzedaż stoczni?

Oczywiście, porównanie ceny stoczni z ceną Kaki lub Ronaldo może zostać zakwestionowane argumentem, że naszym władzom nie chodziło o zysk ze sprzedaży, tylko o inwestora, który zapewni trwanie zakładu i dalszą produkcję statków. Pan minister Grad zapewnił, iż takiej gwarancji kontrahent udzielił. Nie sposób jednak, niestety, dowiedzieć się, w jakiej formie. Czy zobowiązanie, że nabyte stocznie pozostaną stoczniami i będą kontynuować produkcję, zostało wpisane do aktu sprzedaży? A jeśli tak, to jakimi karami umownymi je obwarowano, jakie działania zastrzegło sobie państwo polskie na wypadek, gdyby nowy nabywca zmienił zdanie i podzielił tereny stoczniowe na działki budowlane (co przy tej cenie dałoby mu niezłe przebicie) względnie przerobił je na aquapark? Czy też może nabywcy powiedzieli panu ministrowi w prywatnej rozmowie „taaa, no, pewnie, że chcielibyśmy tam budować statki, gdyby to okazało się możliwe”?

Nie znam się na budowie statków. Paru ludzi, którzy się znają, twierdzi, że jeśli nowy nabywca rzeczywiście chce, by stocznie pozostały stoczniami, już powinien interesować się możliwościami, potencjałem technicznym i ludzkim, mówiąc krótko, jeszcze przed podpisaniem aktu sprzedaży powinien się jakoś kontaktować z kadrą stoczni i o takie sprawy popytać. Tymczasem jak dotąd nie przejawił pono najmniejszego zainteresowania. No cóż, aby do wyborów… Aha, wybory już były. No, to może teraz wreszcie się czegoś dowiemy?

Bo jedno jest pewne − na hodowaniu piłkarzy też się nie dorobimy. Próbujemy przecież od dawna, i idzie nam to raczej marnie.

  • Sprostowanie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego
    • Print
    • Facebook
    • Twitter
    • Wykop

    Sądy wybuczenia warte

    9 cze 2009

    Wyrok skazujący profesora Andrzeja Zybertowicza za nazwanie Adama Michnika zaciekłym obrońcą agentów to kolejne kompromitujące polski wymiar sprawiedliwości kuriozum.

    Po prostu ośmiesza on sąd, prawo, a nawet – choć tego ostatniego akurat nie żal – samego Michnika, który w zajadłym tłumieniu pozwami sądowymi krytyk na swój temat dawno już stał się postacią groteskową.

    Nie jest usprawiedliwieniem dla sądu fakt, że podobnych kuriozów mamy już ogromną kolekcję. Od wyroku na Wojciecha Cejrowskiego, skazanego za stwierdzenie, że „Gazeta Wyborcza” traktuje swoich czytelników jak idiotów, po skazanie Katarzyny Brudnias za nazwanie pedofilem człowieka, u którego policja zakwestionowała 300 kaset z pedofilską pornografią.

    Orzecznictwo, zgodnie z którym nie wolno nazwać przestępcą sprawcy przestępstwa, pedofilem – konesera pedofilskiej pornografii, a agentem bądź kapusiem człowieka, który był zarejestrowany jako tajny współpracownik SB lub wywiadu, stanowi obrazę zdrowego rozsądku. Mimo to takiej właśnie linii konsekwentnie trzymają się sędziowie: powiedzenie o kimś, kto od lat zaciekle broni agentów, że jest zaciekłym obrońcą agentów, narusza jego dobra osobiste. Oczywiście nie zawsze, tylko wtedy, gdy jest to postać ze słusznego środowiska. W odwrotną stronę obrażać wolno – na przykład Wałęsie Grzegorza Brauna. Nazwanie prezydenta Kwaśniewskiego pulpeciarzem zostało prawomocnie ukarane jako zniewaga. Nazywać prezydenta Kaczyńskiego chamem sąd pozwolił.

    Na finiszu kampanii wyborczej UPR zdołał do reszty ośmieszyć polskie sądy, składając w czterech miastach identycznie brzmiące pozwy, na dodatek w sprawie dość oczywistej, i uzyskując cztery diametralnie różne wyroki. A potem sędziowie buczą na ministra i się dziwią, że Polacy ich nie szanują.

    • Print
    • Facebook
    • Twitter
    • Wykop

    Surrealizm postsocjalistyczny

    8 cze 2009

    W czasie naszych obchodów rocznicy kontraktowych wyborów leciał właśnie do Europy prezydent USA. Fakt, że przed wizytą w Niemczech i Francji nie zajrzał także na Wawel, niektórzy uznali za porażkę polskiej dyplomacji.

    Tak czy owak, rzeczywiście szkoda – ktokolwiek obserwuje kolejne występy Obamy w światowych mediach, nie wątpi, że taką wizytę wykorzystałby, aby przeprosić za to, że przez wiele lat CIA ingerowała w wewnętrzne sprawy PRL i naruszała jej suwerenność, wspierając „Solidarność”. A to podkreśliłoby iście witkacowskim ostatecznym szlifem cały absurd owych obchodów.

    Logika nakazuje na coś się zdecydować. Albo, jak twierdzą jedni, 4 czerwca skończył się komunizm, i wtedy rocznicowe wywiady z Jaruzelskim i innymi komunistami są równie nie na miejscu, jak udział w obchodach rocznicy zdobycia Berlina admirała Doenitza, albo, jak twierdzą ci sami, 4 czerwca ustanowiono podwaliny nowej Polski budowanej wspólnie przez byłych komunistów i byłych opozycjonistów, i wtedy nie można mówić o żadnym odzyskaniu wolności, tylko o pewnym poluzowaniu śruby. Owszem, 4 czerwca społeczeństwo powiedziało stanowczo „nie” ustaleniom Okrągłego Stołu i wyraziło wolę, aby z PRL skończyć już, zaraz, nie drobnymi kroczkami, za cztery – sześć lat. Głos ten został przez obie strony zawartego przy tym meblu dilu zgodnie zignorowany w imię zasady, że ich umowy „sunt servanda” bardziej niż głos świeżo do niego dopuszczonych wyborców.

    Fetowanie naraz jednego i drugiego to iście orwellowskie dwójmyślenie. Jeśli szukać rocznicy do obchodzenia jako radosny „dzień wolności”, to zdecydowanie powinna nią być rocznica Sierpnia, a nie dnia, gdy niesubordynowane społeczeństwo wykazało się polityczną niedojrzałością, wycinając „reformatorów” z listy krajowej.

    • Print
    • Facebook
    • Twitter
    • Wykop