Wiara, że powrót Aleksandra Kwaśniewskiego pozwoli lewicy odzyskać poparcie, jest zupełnie bezpodstawna
Owszem, były prezydent wciąż cieszy się wysoką pozycją w rankingu zaufania. Ale kiedy SLD brał w skórę w ostatnich wyborach parlamentarnych, Kwaśniewski cieszył się zaufaniem jeszcze większym i był kojarzony z tą formacją jeszcze bardziej niż dziś, stojąc na czele niezbyt dla wyborcy wyrazistej instytucji, jaką jest rada programowa porozumienia Lewicy i Demokratów.
Przez wiele lat we wspomnianym rankingu bezkonkurencyjny był śp. Jacek Kuroń – zaufanie do niego deklarowało niemal 80 procent ankietowanych. Ale w wyborach prezydenckich zebrał Kuroń bardzo niewiele głosów – i zaraz potem kolejny sondaż pokazał, że zaufanie do niego nawet wzrosło. Czy trzeba lepszego dowodu, że wspomniany ranking, podobnie jak i pozytywne oceny prezydentury Kwaśniewskiego, odzwierciedlają popularność bohatera mediów, a nie poparcie dla polityka? Lewicowi publicyści łkają nad rzekomym prześladowaniem Kwaśniewskiego przez pisowskie prokuratury, które mają jakoby straszyć byłego prezydenta coraz to nowymi postępowaniami, ilekroć tylko zaznaczy jakoś swą obecność na scenie politycznej. W istocie aktywność prokuratur w odniesieniu do byłego prezydenta przypomina “prześladowania”, jakim latami podlegał Andrzej Lepper. Coś tam się niby dzieje, ale nic się z tego dziania nie może konkretnego urodzić. I stawiam butelkę bourbona, że jeszcze długo nic się nie urodzi. Kwaśniewski jest dla PiS wymarzonym przeciwnikiem, wielokrotnie wygodniejszym od Tuska i PO. Także dlatego, że w politycznych grach jest wart znacznie mniej od swoich zegarków i, że pożyczę sobie bon mot Joanny Lichockiej, zamiast zapowiadanego polskiego drzewa oliwnego mamy na razie zwykłą lipę. Wyciągnięcie byłego prezydenta z lamusa historii i czynienie go główną twarzą opozycji to najlepszy prezent, jaki oszalałe z nienawiści do Kaczora media mogły mu sprawić.




