Zbig Objawiony

25 lis 2012

Wszystko, co robi Kaczyński, jest złe, i wszystko, co złe, jest robotą Kaczyńskiego. To jedyna pewna rzecz w naszych mediach, przynajmniej tych, które mają monopol na rację, mądrość i odpowiedzialność. Co do innych postaci już nic nie wiadomo. Najmniej zaś co do Władimira Putina. Niby nigdy nie było wątpliwości, że Putin nas lubi, chce dla nas dobrze − jak wszyscy zresztą uczestnicy polityki międzynarodowej − i sumiennie wyjaśnia katastrofę w Smoleńsku, a właściwie już dawno ją wyjaśnił, choć wraku i czarnych skrzynek po prostu nie może nam oddać, dopóki nie zakończy jej wyjaśniać.
Ale teraz objawił się w huku gromów miotanych na Kaczyńskiego wielki Zbig z Ameryki i pouczył tych mniej kumatych rodaków, którzy się nie załapali do lepszego świata i wciąż pozostają w kraju, że poszlaki wskazujące na zamach podrzuca nam przez swych agentów właśnie Putin, żeby nas skłócić. Słowa Zbiga przyjęte zostały jak objawienie, bynajmniej jednak nie unieważniły poprzedniego objawienia, więc mamy dwie jedyne prawdy cokolwiek ze sobą sprzeczne.
Można zrozumieć, że przebiegłość Kaczyńskiego pozwala mu czynić zło na oba sposoby, i jako szkodnik sabotujący pojednanie z Putinem, i jako jego pożyteczny idiota bądź agent. Ale z Objawienia Według Zbiga wynika wszak niezbicie, że Donald Tusk, beztrosko oddając (pomimo zaproponowania przez prezydenta Miedwiediewa komisji międzynarodowej) całe śledztwo w tak ważnej dla Polski sprawie mrocznej postaci dążącej do skłócenia nas i zniszczenia, okazał się − patrząc na niego najżyczliwiej − politykiem naiwnym i nieprofesjonalnym. Co autorytetom nie przeszkadza wyznawać jednocześnie i Tuska, i Zbiga.
Łatwiej, niż analizować Objawienie, skupić się na wyszydzaniu jego krytyków jako karłów (wszyscy wrogowie są karłami, pamiętamy, że byli nimi i ci, którzy mieli czelność protestować, że zapomniał Lechu, jak „Bolkiem” był − ciekawe, skąd u ludzi tak przejętych zwalczaniem faszyzmu ten kult osobników wysokich, tylko brakuje, żeby ktoś dorzucił, że jeszcze blondynów).
Szczególnie złośliwą odmianą wspomnianych karłów są „prawdziwi Polacy”, którzy ośmielają się twierdzić, że Zbig nie jest Polakiem, skoro jest Amerykaninem. W mowie autorytetów „prawdziwy Polak” jest obelgą, co by wskazywało, że oni sami Polakami być nie chcą, zwłaszcza prawdziwymi. Ale jeśli ktoś ośmiela się im i ich idolom miana prawdziwych Polaków odmówić lub „kraść” 11 listopada i Polskę, która jest nienormalnością, mdleją z oburzenia. Dogódź takim.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Faszystowskim mordom eunuchy piszczą „nie”!

24 lis 2012

Pan premier raczył był oznajmić, że z ludźmi, którzy nie chcą wierzyć generał Anodinej na słowo, nie sposób żyć w jednym kraju. Być może chciał w ten sposób poinformować, że wybiera się na emigrację. Ale obawiam się, że takiej skądinąd pożądanej decyzji nie podejmie, dopóki nie dostanie w uznaniu zasług propozycji objęcia jakiegoś europejskiego stołka, niekoniecznie dającego mu istotne wpływy, ale związanego z immunitetem, chroniącym przed pociągnięciem do odpowiedzialności za łamanie konstytucji i prawa. Mówiąc poważnie, jeśli roi się premierowi jakieś europejskie stanowisko, to znaczy, że jest człowiekiem naiwnym. Mocarstwa nie mają w zwyczaju się odwdzięczać ludziom, którzy swoje już zrobili i więcej nie są potrzebni.

Czego więc mam się spodziewać, skoro pan Tusk nie zamierza ze mną  − i z wielu innymi – żyć w jednym kraju? Może, jak za czasów Jaruzelskiego, paszportu w jedną stronę? Czy wizyty seryjnego samobójcy w któryś z piątkowych wieczorów (bo, proszę zauważyć, samobójcy są w III RP tak zdyscyplinowani, iż zawsze wieszają się gdy prokuratora jest nieczynna, niechybnie po to, żeby do czasu sekcji wszystkie podejrzane substancje wyparowały im ze krwi i nie komplikowały śledztwa)? Z góry uprzedzam, że pod tym względem jestem przypadkiem kłopotliwym. Mieszkam w bloku z czasów gomułkowskich i piwnicę mam tak małą, że trudno się w niej bodaj szeroko uśmiechnąć, nie dałbym rady się tam powiesić nawet sam, cóż dopiero z czyjąś pomocą. Nie utopię się, bo nie pływam, nie rozbiję samochodem, bo nie mam prawa jazdy. Nie przeżywam w ogóle, jako prosta wsiowa natura, żadnych stanów depresyjnych, przeciwnie, nieodmiennie jestem ze swego życiowego urobku zadowolony. Trzeba by mnie po prostu zastrzelić, a to jednak przysporzyłoby pewnej pracy rządowym pijarowcom, przynajmniej na razie, dopóki intensywna praca rządowej propagandy nie przesunie nieco granic społecznego przyzwolenia na likwidowania „podpalaczy Polski” wszelkimi zapewniającymi skuteczność środkami.

Och, dworuję sobie, rzecz jasna − nie dysponuję w końcu żadną ekskluzywną wiedzą, która by uzasadniała podejmowanie przez władzę aż tak radykalnych środków. Na razie chodzi tylko o to, żeby takim jak ja zamknąć, mówiąc językiem szeroko pojętych elit, „faszystowskie mordy”. W ramach bronienia demokratycznie wybranej władzy przed opozycją, choćby trzeba było w tej obronie łamać prawo, o co zaapelował profesor filozofii Marcin Król. W kraju prawdziwie demokratycznym nikt by mu po takim apelu nie podał ręki, no, może lekarz sprawdzający puls i inne wymagające w jego stanie nerwowym sprawdzenia parametry zdrowotne. Ale w III RP, gdzie standardy okrągłostołowej demokracji wyznacza wiekopomne wskazanie towarzysza Bieruta „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy!” nasz profesor na pewno znajdzie się apologetów, chwalących go, że wreszcie, jako pierwszy miał odwagę powiedzieć głośno to, co musiało zostać powiedziane.

Muszę przyznać, że osobniki takie przypominają mi eunucha podżegającego piskliwie do gwałtu, w nadziei, że i jemu udzieli się przez kibicowanie jakaś cząstka spełnienia. Kibiców takich, którzy, sami wobec nas bezradni, podjudzają do „zdecydowanych działań” władzę, przybywa zresztą każdego dnia: szczególnie wśród gwiazd prorządowego dziennikarstwa. Tusku, dowal im! Mało tam wywalić jednego dziennikarza, mało spacyfikować jeden tytuł − jeszcze jeden! Jeszcze stu!

Popiskuje w tym chórze taki na przykład redaktor Lis, który boleśnie przekonał się o rzeczywistych rozmiarach własnej popularności, kiedy miara nie zależy od układaczy ramówki, ale od zupełnie spontanicznej decyzji internautów, którzy klikną albo nie… I, niestety, klikać nie chcą. Czterysta „lajków” na blogu obsypanego przyznawanymi przez salonowe towarzystwa wzajemnej adoracji „Wiktorami” i tytułami „dziennikarza roku”, wymownie świadczące o recepcji jego twórczości i popularności „parówkowego” portalu, najlepiej wyjaśnia, czemu domaga się dowalenia „szczującej” konkurencji. Popiskuje Jacek Żakowski, wzywając do oczyszczenia dziennikarstwa z takich co snując jakieś „obsesyjne” wizje, że coś tu w naszej najjaśniejszej III RP niby nie gra, że jakieś spiski, jakieś przewały… Cóż, ostatnio gościliśmy na tym samym uniwersytecie, tylko on w środku tygodnia, a ja w piątkowe popołudnie, gdy większość studentów już wyjeżdża do domów − mimo to słuchać oszołoma przyszło ich dziesięć razy więcej, niż na spotkanie z „poważnym” dziennikarskim autorytetem. Tak, rozumiem pana redaktora − władza musi coś z tym zrobić! Bo wolny rynek w dziennikarstwie najwyraźniej się nie sprawdza, mimo pompowania prorządowych mediów ile wlezie reklamami już nie tylko przez spółki zaprzyjaźnione z władzą i należące do skarbu państwa, ale wprost przez ministerstwa i urzędy.

Władza musi coś zrobić z tymi faszystowskimi mordami, skończyć z tym językiem nienawiści, którym się posługują. Ja na przykład − przepraszam, że tak dziś ciągle o sobie i o sobie − napisałem o księdzu Bonieckim, jak to on sam się pożalił, „językiem pogardy i nienawiści”. Konkretnie − napisałem per „stary, niemądry ksiądz”. Ooo, to niewybaczalne! Gdybym darł Biblię i rozrzucał krzycząc „żryjcie to gówno!”, to by się ze mną dało rozmawiać i nawet zaprzyjaźnić, ale „stary niemądry ksiądz”!? W „Gazecie Wyborczej”, gdzie niedawno nazwano mnie i Wojciecha Cejrowskiego „gadami”, pani Bielik Robson wyznacza mnie do odstrzału jako weimarskiego faszystę, bo moja publicystyka „odczłowiecza przeciwników politycznych”. Konkretnym przykładem odczłowieczania jest deklaracja, iż nie zamierzam maszerować z prezydentem Komorowskim. Pani Bielik Robson sugeruje, nawiasem, jakobym napisał, że nasz nieszczęsny Wujo z Belwederu „tylko udaje Polaka”, czego oczywiście nigdzie nie napisałem, no, ale gdyby przyplecznikom władzy odmówić prawa posługiwania się kłamliwymi argumentami, to jakie by im zostały? Taką „faszystowską mordą” (określenie przyjaciółki pani Bielik Robson) uczciwy człowiek „brzydzi się”, i to jak „pająkiem” (określenie przyjaciela pani Bielik Robson, akurat o mnie) i władza musi coś z nim zrobić, popiskuje kibicująca czystkom pani filozof, nasłać jeśli nie „seryjnego samobójcę”, to przynajmniej ABW-erę, jak na „antykomora”.

Taka jest równość w tym meczu. Bluzgi Niesiołowskiego, Palikota i dziesiątki pomniejszych kreatur to język usprawiedliwiony wyższą koniecznością obrony jedynie słusznej, bo własnej, władzy. „Stary niemądry ksiądz” − to faszystowska mowa nienawiści. Nie są zagrożeniem dla demokracji policyjni prowokatorzy w kominiarkach, dyskretnie wpuszczani przez kordon kolegów żeby dać im pretekst do ataku na pokojową manifestację, i doprowadzić do potrzebnemu rządowej propagandzie rozlewu krwi (niezbite dowody w postaci filmów dostępne internecie). Nie jest zagrożeniem dla demokracji wykorzystywanie przez prokuraturę i służby szaleńca do propagandowych rozgrywek ze społeczeństwem i przełożonymi. Nie jest zagrożeniem lekceważenie przez pana premiera konstytucji i parlamentarnych procedur przy podejmowaniu zobowiązań finansowych wobec Unii Europejskiej, łamanie niezależności NBP i bezprawne angażowanie jego rezerw walutowych w jakąś eurospekulancką awanturę, nie jest zagrożeniem stawianie lidera opozycji przed Trybunał Stanu na podstawie lipnych oskarżeń, gdy jednocześnie Wałęsa (stwierdzone niewątpliwie nadużywanie służb specjalnych i niszczenie obciążających dokumentów) czy Miller (stwierdzone prawomocnym wyrokiem nadużycie służb w sprawie „Orlenu”) mogą się ze sprawiedliwości śmiać w żywe oczy, a do wykazania oczywistej bzdurności oskarżeń, pod pretekstem których Tusk odwołał bezprawnie szefa CBA, wystarczyło sądowi kilkanaście minut. Nie jest zagrożeniem kombinowanie przez rząd przy ordynacji wyborczej tak, by zamknąć opozycji ostatnie możliwości dotarcia ze swym przesłaniem do społeczeństwa.

Nie, to wszystko jest obrona demokracji, wyższa konieczność. Zagrożeniem jest, że władza mogłaby przegrać wybory, i że w mediach wciąż istnieją okienka, w których faszystowskie mordy mogą tę władzę jedynie słuszną, bo naszą, krytykować. I tu podnosi się pisk eunuchów: Tusku, musisz z nimi zrobić porządek! Musisz, bo zagrażają nie tylko Tobie, o najjaśniejszy, ale i naszym stołkom, naszym profesorskim błagarodiom, naszym jedynie słusznym tytułom!

Rekę, podniesioną na władzę jedynie słuszną, bo naszą, czyli na demokrację (bo tak to właśnie nazwał klasyk od „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy” − „demokracją”, bynajmniej nikt nie mówił wtedy o socjalizmie) musi ta władza odrąbać, do czego popiskujące eunuchy zachęcają ją gorąco. Władza, diabli wiedzą, może i tak zrobi − co ludzie wiedzą, ile mają na sumieniu, i że jeśli przegrają, będą musieli za swe winy ponieść konsekwencje. Ale jeśli tak zrobić zechce, to się obejdzie bez kibicujących jej eunuchów. To właśnie czyni ich tak bardzo żałosnymi.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Śledztwo bez śledztwa

18 lis 2012

Opublikowany przez tygodnik „Wprost” wywiad z Andrzejem Seremetem, prokuratorem generalnym RP, to publikacja wstrząsająca.

Dobitnie wynika z tej rozmowy, że człowiek sprawujący jedną z kluczowych dla bezpieczeństwa Polski funkcji rażąco nie dorasta do wyzwania, przed którym stanął.

Prokurator generalny, który po dwóch i pół roku od takiej tragedii jak katastrofa w Smoleńsku opowiada beztrosko, że nic nie wie, nic nie może, do niczego nie widzi podstaw, i konkluduje, że „jeśli jest wiele wersji wydarzeń, to ocena ich wiarygodności należy do obywatela”, to kuriozum na skalę światową i polski wkład do Księgi Rekordów Guinnessa”.

Wśród innych spraw dziennikarze pytają między innymi o taśmy z jaka-40, na których nagrane są rozmowy wieży kontrolnej z załogą tupolewa. Dowódca Jaka oraz nieżyjący już technik pokładowy zgodnie zeznali, iż padło w nich polecenie zejścia na wysokość 50 metrów. Jeśli mają rację, to znaczy nie tylko, że rosyjska kontrola lotu złamała wszystkie procedury bezpieczeństwa i prawdopodobnie doprowadziła do tragedii, ale także iż kopie nagrań wciąż przetrzymywanych w Rosji („do czasu zakończenia śledztwa”, choć przy innych okazjach rosyjski rząd twierdzi stanowczo, iż śledztwo jest ostatecznie zakończone i nic do wyjaśnienia nie pozostawia) czarnych skrzynek zostały sfałszowane. Taśmy z jaka mogłyby natychmiast sprawę wyjaśnić, ale nikt ich nie zna, bo wciąż są badane w Instytucie Ekspertyz Sądowych. „Panie prokuratorze, na Boga, minęło ponad dwa i pół roku!” − nie wytrzymują dziennikarze, na co Andrzej Seremet odpowiada: „Mnie też to irytuje! Też się zastanawiałem, co tam można badać”.

Tymczasem na przykład pan Lasek znać tej taśmy wcale nie potrzebuje − on już gromko zawyrokował, że polecenie zejścia na 50 metrów to „kłamstwo smoleńskie”, podobnie jak i inne wątpliwości, rozpraszane jedynie na podstawie „żółtych pasków” w TVN 24, gołosłownych zaprzeczeń oficjeli na konferencjach prasowych i bezustannych bluzgów propagandystów oraz pozyskanych dla propagandy „autorytetów” o „smoleńskiej paranoi”, „sekcie”, „kłamstwach” etc. Przy czym im głośniej kto zapewnia, że wszystko jest wiadome, choć odpowiedź uzyskamy najwcześniej za pół roku, tym mniej jest ciekaw i tej taśmy, i innych materiałów, których rzuceniem na stół można by przecież całą „paranoję” zakończyć.

Dlaczego polskie śledztwo prowadzone jest w sposób zakrawający na jedną wielką świadomą obstrukcję? Czy nie dlatego, że inaczej dowiedzielibyśmy się z niego prawdy?

Autor jest publicystą „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Chcieliście Tuska, no to go macie (skumbrie w tomacie, pstrąg)

17 lis 2012

„Gazeta Wyborcza” w zapowiedzi Roberta Winnickiego, szefa Młodzieży Wszechpolskiej „ruch narodowy położy kres republice okrągłego stołu” obcięła dwa ostatnie słowa, a resztę puściła w świat jako dowód, że „w Polsce narasta brunatne zagrożenie”.

Skojarzyło mi się to z operacją, jaką krótko przed stanem wojennym przeprowadziła bezpieka, nagrywając ukrytym mikrofonem posiedzenie Komisji Krajowej „Solidarności” w Radomiu, a potem wycinając z wypowiedzi Wałęsy fragmenty zdań i montując je w wezwanie do wojny domowej. Skojarzyło mi się to także z jedną z deklaracji często składanych przez Donalda Tuska w czasach, gdy chciał on uchodzić za pogromcę „Rywinlandu” i budowniczego prawdziwej „IV Rzeczpospolitej”, wolnej od zgniłego kompromisu z Lepperem. Mianowicie, z obietnicą „skończymy z republiką kolesiów”.

W innym felietonie opisałem, jak łatwo byłoby tą samą metodą, którą propagandyści władzy zastosowali dziś wobec Winnickiego, zrobić „faszystę” i Donalda Tuska. Ale przyszła mi do głowy w związku z tą „republika kolesiów” również inna refleksja. Smutna. Niemniej, trudno, rzeczy smutne też trzeba sobie mówić, bo są zwykle bardziej pouczające od tych, których się słucha przyjemnie

Był taki czas − kto jeszcze pamięta? − gdy Donald Tusk krytykował Jarosława Kaczyńskiego nie za to, że niszczy III RP i układ Okrągłego Stołu, ale za to, że tego nie robi, a jeśli próbuje, to nieumiejętnie. Czas, gdy mówił gazetom, że największym problemem wspomnianej „republiki kolesiów” jest układ wyrosły z dawnych służb specjalnych, kiedy głosował on ze swą partią za rozwiązaniem WSI i za lustracją, zapowiadał rozprawienie się z oligarchami… Wcale nie tak dawno temu. Zmieniło się to diametralnie, tworząc Tuska jakiego znamy dziś, obrońcę elit zaklinanego błagalnym „Tusku, musisz” zaledwie kilka miesięcy przed zwycięskimi dla PO wyborami w roku 2007.

Właśnie w tym rzecz: przed wyborami, nie po. Kiedy polityk hasła rozprawienia się z establishmentem, z elitami i ich przywilejami, hasła przewrócenia istniejących hierarchii głosi przed wyborami, dzięki nim dochodzi do władzy, a potem się z elitami zaprzyjaźnia i wmontowuje w establishment, to można powiedzieć − klasyka. Normalka. Nie pierwszy i na pewno nie ostatni taki przypadek.

Ale jeśli taka wolta następuje przed wyborami, i owocuje wyjściem polityka wcześniej przegrywającego na prowadzenie, jego nieoczekiwaną wygraną, i to wysoką − to mamy do czynienia z fenomenem. I ten fenomen najlepiej pokazuje, w jakim państwie żyjemy.

W państwie, gdzie władzę daje nie lud − ale grupy interesu. Nazwijmy je jak chcemy, lobbies, korporacje, sitwy, mafie… Środowiska kierujące się wewnętrzną lojalnością, nastawione na wyrywanie z państwa i dojenie z jego obywateli maksymalnego zysku dla siebie, na poszerzanie swych wpływów i możliwości zwiększania skali wyrywania i dojenia. Wedle zasady sformułowanej przez mafioza z powieści Chandlera „muszę zarabiać kupę kasy, żeby mieć czym smarować facetów, których muszę smarować, żeby móc zarabiać jeszcze więcej kasy”. Nie jest to żaden jednolity Układ, o jakim mówił Jarosław Kaczyński. Jest to całe kłębowisko układów, stale zresztą powstają nowe. Sukces, awans, kontrakt, zarobek, tytuł naukowy, promocja i recenzja, prestiż, praca, wszystko, co ma jakąkolwiek wartość, podlega reglamentowaniu przez nie, wszystko zależy w III RP od znajomości, wzajemnej wymiany przysług, od różnych nieformalnych powiązań i hierarchii. No, „wszystko” to oczywiście publicystyczna przesada − ale bardzo wiele i wciąż coraz więcej.

To typowy problem państwa kolonialnego, państwa „cwanych niewolników”,

w którym wspólnota wyższego rzędu została rozbita, więc nie istnieje lojalność wobec niej, istnieje tylko lojalność plemienna. Socjologia państwa postkolonialnego objaśniła to wielokrotnie, popularyzowałem jej ustalenia już wielokrotnie (z początku zresztą wcale ich nie znając, posługując się wyłącznie swoją intuicją). Ale Donald Tusk, gdy na kilka miesięcy przed wyborami dokonał swego kopernikańskiego odkrycia, nie kierował się wiedzą badaczy państw postkolonialnych, bo jej z całą pewnością nie zna. Po prostu wyczuł, że „lud” jest u nas słabszy niż „układy”. Lud, żgnięty w siedzenia aferą Rywina owszem, na chwilę się przeciwko „republice kolesiów” zmobilizował i przez pewien czas domagał się walki z korupcją. Ale kiedy dotarło do niego, że walka z korupcją to walka nie tylko z oligarchami, ale i z drobnym, codziennym łapownictwem i załatwiactwem, na którym trzyma się życie społeczne postkomunistycznego kraju, jego zapał do popierania takich haseł gwałtownie ochłódł. Jak żyć, jak cokolwiek załatwić, jeśli ci spod każdego biurka może nagle wyskoczyć agent CBA i założyć kajdanki?

Dlatego właśnie Tusk przełożył wajchę i zamiast budowę IV RP zaczął obiecywać ochronę i nienaruszalność „republiki kolesiów”. Kolesie to docenili − w zamian uzyskał bardzo mocną ochronę powiązanych układami mediów, biznesu, elit opiniotwórczych. I, niestety, także „ludu”, sterowanego przez nie jak stado baranów.

Na spotkaniach czytelnicy często pytają, mam wrażenie, że z nadzieją w głosie, czy nie uważam, że wybory, które dały władze PO, zostały sfałszowane na ruskich serwerach. Niestety, sądzę, że nie trzeba ich było fałszować (inna sprawa, że wspomniane serwery są potencjalnym zagrożeniem w przyszłości). Wiarę w wyborcze fałszerstwo uważam za rozpaczliwe ratowanie się przed okrutną prawdą, podobnie jak wmawianie sobie że ta czy inna kanalia nie jest wcale Polakiem, tylko jakimś przebierańcem. A okrutna prawda jest taka, że większość Polaków jest, niestety, tylko Polactwem − drobnymi cwaniaczkami bez poczucia dobra wspólnego. Cwaniaczkami, którymi cwaniacy więksi sterują bez wielkiego problemu odwołując się do ich cwaniackiego, pańszczyźnianego sposobu kombinowania, gdy prawica uporczywie chce w nich widzieć szwoleżerów i mobilizować hasłami patriotycznymi. Tymczasem fakt, że w badaniach społecznych ponad 60 procent wyborców uznaje, iż Jarosław Kaczyński jest największym patriotą wśród polskich polityków, nie zmienia w żaden sposób jego wyborczego poparcia. I Kaczyński nie umie z tego wyciągnąć wniosku innego, niż przekonanie, że przecież prędzej czy później słuszna sprawa zwyciężyć musi.

Jego rywal zaś wnioski właściwe z dostępnych przesłanek wyciągnął. Bo, wbrew stereotypowi, Donald Tusk nie jest żadnym wybitnym strategiem, żadnym politycznym geniuszem. To my, Polacy, czy raczej my, Polactwo, wybraliśmy go na obraz i podobieństwo swoje. Bo po prostu jest on ulepiony, jakby to powiedzieć, z takiej gliny, która zawsze wypływa na wierzch i zawsze płynie z prądem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Chwila radosnej muzyki

11 lis 2012

W starym sowieckim kawale radio informuje rano minuta po minucie: towarzysz Breżniew właśnie się obudził, cały naród budzi się razem z towarzyszem Breżniewem. A teraz towarzysz Breżniew wstaje, cały naród wstaje razem z nim… A teraz się ubiera… Aż do: towarzysz Breżniew je śniadanie. A dla was, drodzy słuchacze, chwila radosnej muzyki.

Święto Niepodległości władza potraktowała właśnie jako kolejny pretekst do zafundowania narodowi radosnej muzyki. Radość, radosny marsz (w przeciwieństwie do marszów nieradosnych), Polacy zjednoczeni radością i pokazujący światu, jak potrafią się cieszyć… Łatwo dostrzec, że kiedy obywatele mają powody do zadowolenia, to okazują je sami i nikt ich nie musi do radości zachęcać. Nikt tego nie czynił, na przykład, w pierwszych latach rządów Donalda Tuska i PO, gdy beztrosko przejadaliśmy unijne dotacje i kredyty. Prorządowe media, jeśli wspominały wówczas o nastroju „fiesty” i „grillowania”, to w tonie suchego stwierdzenia faktu, a nie urągania tym, którzy w powszechnej radości odmawiają udziału.

Mojemu pokoleniu obecne zapędzanie obywateli do świątecznego łączenia się z władzą nieodparcie przypomina pochody pierwszomajowe z czasów PRL, zwłaszcza tej schyłkowej, gdy w DTV, dla kontrastu z obrazem ludzi pracy spontanicznie machających chorągiewkami i balonikami w oficjalnym pochodzie, spiker cedził gniewne słowa pod adresem prowokatorów na żołdzie określonych ośrodków, marginesu społecznego i rozwydrzonych wyrostków tworzących tzw. niezależne obchody.

Oczywiście, rozumiem tych, którzy są zadowoleni z państwa, gdzie Amber Gold z dziewięcioma wyrokami jest bezkarny, a policja wywleka w nocy samotną matkę za zbrodnię wystawienia paragonu zamiast faktury VAT, z państwa na każdym kroku „zdającego egzamin” w służbie zdrowia, infrastrukturze, finansach i polityce międzynarodowej. Kto chce tę radość zamanifestować u boku prezydenta, ma pełne prawo. Ale gdy władza namolnie przymusza do radości tych, którzy sami z siebie nie widzą do niej powodu, staje się groteskową powtórką PZPR. Szczególnie gdy wezwaniom do jedności towarzyszy z jej strony wyjątkowe nasilenie propagandowej agresji, gdy wraz z wezwaniami do pojednania padają wezwania, by wsadzać do więzień dziennikarzy kwestionujących „śledztwo” smoleńskie i liderów politycznej opozycji, a osobisty przyjaciel obnoszącego kotyliony prezydenta szczuje i judzi prymitywnymi obelgami i oszczerstwami przeciw jednemu z ojców polskiej niepodległości.

 

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop