Janczarzy z Czerskiej

7 lutego 2010 autor rp

Pamiętam, co czułem, gdy w stanie wojennym jakaś mundurowa szuja – był to bodajże pułkownik Przymanowski, ten od “Czterech pancernych” – wyszydzała w telewizji internowanych, opowiadając z rechotem, jak to przeglądają się w lustrze w kajdankach i cieszą, napawają, że mogą uchodzić za prześladowanych.

Coś podobnego poczułem niedawno, czytając Adama Leszczyńskiego z “Gazety Wyborczej” kpiącego sobie z “pluszowego krzyża” Pawła Zyzaka. Bo cóż to, cha, cha, za męczeństwo, że młodego historyka wyszczuto z zawodu, że musiał pracować jako fizyczny w markecie, skoro teraz pojedzie sobie na stypendium do Ameryki!

Od razu zrozumiałem, że redaktora Leszczyńskiego przeznaczają mocodawcy do ważnych zadań. I faktycznie – teraz zabrał się on do pryncypialnego zniszczenia profesora Jasiewicza i zdemaskowania jego “antysemickiej” książki jako “pseudonaukowej”. Gdy o pseudonaukowości profesora, badacza z uznanym dorobkiem, wyrokuje dziarski młodzian od “ideolo”, to chciałoby się śmiać, gdyby nie pamięć, że już tak bywało.

A redaktor Leszczyński nie jest wyjątkiem. Swego czasu inny wychowanek tej samej szkoły janczarów, niejaki Waldemar Kumór, rozprawił się z Jerzym Jachowiczem za wyrażoną przezeń opinię, iż prawdopodobnie nigdy nie poznamy prawdy o zamordowaniu generała Papały. Opinię tę pracownik “Wyborczej” wyśmiał jako “pisowską,” samego Jachowicza nazywając “tak zwanym dziennikarzem śledczym”. Nie uściślił tylko, czy nestor i jeden z mistrzów polskiego dziennikarstwa śledczego był “tak zwanym dziennikarzem” także wtedy, gdy pracował w “Wyborczej” (czyli za czasów, gdy pan Kumór przysłowiową koszulę w zębach nosił), czy stał się nim dopiero, gdy mu praca tam zbrzydła?

Przyznajmy “autorytetom moralnym” – następców sobie wychowały godnych. Tylko gratulować.

Subotnik Ziemkiewicza: Bo wam się Gierek przyśni

6 lutego 2010 autor rp

Działacze z SLD doprawdy pozwalają sobie na zbyt wiele w swych wściekłych atakach na film „Towarzysz Generał”. Nie, nie chodzi mi nawet o bluzgi w rodzaju użytego przez Leszka Millera „Goebbelsa” – takimi wypowiedziami uczestnik debaty publicznej wystawia świadectwo sobie samemu, a nie tym, o których się wypowiada. Chodzi o to, że zaprzeczenia, jakoby Jaruzelski nie był karierowiczem, lokajem sowietów, tchórzem i krętaczem, w ich akurat ustach są bardzo ryzykowne. Istnieje bowiem świadectwo, o którym najwyraźniej zapomnieli, i plując teraz na Brauna i Kaczmarka, powtarzając jak mantrę brednie o ich rzekomych kłamstwach, a zwłaszcza mnożąc bluzgi, podkładają się pięknie do bicia.

Tak się bowiem składa, że portret ich idola w każdym calu zbieżny z filmem Brauna i Kaczmarka, przedstawił już wiele lat temu świadek przez autorów filmu nie przywoływany, ale taki, jakiego panowie Wenderlich, Napieralski czy Iwiński dyskredytować się nie odważą. A mianowicie Edward Gierek. Jego wywiad-rzeka „Przerwana Dekada”, w dużej części poświęcony jest właśnie Jaruzelskiemu. Operując różnymi przykładami maluje go Gierek jako indywiduum wyjątkowo nikczemne. Intryganta, cały czas podkładającego innym świnie, aby tylko wspiąć się wyżej; lizusa, płaszczącego się przed silniejszymi, zwłaszcza przed sowieckimi generałami i gensekiem, a za to bezwzględnie niszczącego pokonanych w wewnątrzpartyjnej walce; kłamcę, no i jeszcze na dodatek tępego trepa, który zrujnował peerel, bo chciał rozwiązywać problemy gospodarcze narzuceniem wojskowego drylu.

„Przerwanej Dekady” sprzedało się u zarania III RP kilkaset tysięcy egzemplarzy. Zobaczcie Państwo, może jest jeszcze u was na pawlaczu któryś z nich. Sprawdźcie, bo nie przesadzam. Oskarżycielska pasja Gierka nie jest tu bynajmniej wymierzona przeciwko „Solidarności” (o której wypowiada się bardzo życzliwie), ale właśnie przeciwko Jaruzelskiemu i innym towarzyszom z jego ekipy.

Oczywiście, niezawodny redaktor Żakowski dokonałby tu błyskawicznej lustracji nieżyjącego już świadka (a tak się kiedyś „lustrowaniem” całe to towarzystwo brzydziło! − no ale wiadomo, jak Kali komu wziąć krowy…) i z właściwą sobie przenikliwością odkryłby, że był on kiedyś członkiem PZPR, i to nawet jej I sekretarzem. Ba, że z sekretarzowania został wyzuty przy dużym udziale właśnie Jaruzelskiego. On też wyrzucił go potem z partii, wtrącił bez wyroku do więzienia zwanego „internowaniem”, montował mu nawet pokazowy proces, a gdy ten nie wypalił, pozbawił go emerytury przez co − cóż za chichot historii! − na starość miał Gierek żyć tylko dzięki kapitalistom, u których przez parę lat kopał za młodu węgiel (chyba zresztą mało wydajnie, skoro była to tylko przykrywka dla pracy w Kominternie). Można więc użyć argumentu, że Gierek nie ma moralnego prawa swego następcy krytykować, i że źle o nim mówi po prostu z zemsty.

To poważny argument, zwłaszcza, gdy się nie ma żadnego innego. Ale ja przecież nie każę nikomu się Gierkiem zachwycać (sam jestem od tego jak najdalszy), ani przyjmować jego oskarżeń bezkrytycznie. Przeciwnie, dokonajmy właśnie tego, co się fachowo nazywa „krytyką źródeł”. Zestawmy to, co mówią historycy cytowani w filmie z tym, co dwadzieścia lat temu opowiadał Gierek Rolickiemu − i proszę, pasuje! Dobrze, odłóżmy na bok opinie Gierka, powiedzmy sobie, że nie powołujemy go tu na biegłego, tylko na świadka. I nadal pasuje! Kto chce, nie sprawdza − pasuje! Pasują rozmaite drobiazgi co do drogi kariery Jaruzelskiego, pasują relacje o jego udziału w spisku „siłowików”, którzy chcieli zastąpić Gomułkę Moczarem ale wobec braku akceptacji na taki ruch personalny sowietów musieli zgodzić się na Gierka, i o tym, jak został przez Moskwę usadzony w fotelu genseka właśnie z zadaniem przeprowadzenia stanu wojennego.

Baaaczność, towarzysze z SLD − do pionu i ruki pa szwam, to wasz historyczny przywódca i dobrodziej do was przemawia zza grobu! Chyba nie ważycie się mu zarzucać kłamstwa, nierzetelność i innego „braku standardów”?! Uważajcie, bo jeszcze się wam przyśni. Wyciągnie kościsty palec i surowo powie − wiecie, towarzyszu (dajmy na to) Wenderlich, chcieliście dobrze, ja to rozumiem, no, ale że wyście nie przeczytali mojej książki, no to jest, wiecie, jak to się mówi, skandal!

Oj, chyba nie chcecie mieć takich snów?

Odwet za “Towarzysza generała”?

4 lutego 2010 autor rp

25 lat temu nie wrócił z gór. Wiele wskazuje, że już idąc w nie, nie chciał wracać do dławiącego go świata przemocy, kłamstwa i czołgów na ulicach.

Stefan Brzoza – poeta. Może jeden z najbardziej utalentowanych w swoim pokoleniu. We wczesnej młodości po ciężkim, wielodniowym biciu na komendzie milicji wylądował w szpitalu psychiatrycznym i nigdy już nie wyzwolił się z obłędu. Ostatecznie dobiła go śmierć zakatowanego przez MO Grzegorza Przemyka, przyjaciela i ucznia. Zdążył jeszcze przed śmiercią uczcić jego pamięć przejmującą pieśnią, zapomnianą jak cała jego twórczość.

Film Jerzego Zalewskiego o tragicznym losie poety należy do licznych “półpółkowników” III RP, kiedyś tam puszczonych o drugiej w nocy i zepchniętych, jak jego bohater, w zapomnienie. Wydawało się, że wreszcie, w 25. rocznicę śmierci, zostanie przypomniany. Niestety, pisowska rzekomo TVP uznała w ostatniej chwili, że musi natychmiast pokazać film nominowany do Oscara. Naprawdę nie było innej pory?

W kręgach wtajemniczonych oficjalne wyjaśnienie uznano za pretekst. Zdjęcie filmu o Brzozie tłumaczy się jako skutek nacisku polityków lewicy, która wściekła się po emisji biografii Jaruzelskiego. Być może sami zawiniliśmy, wiążąc w zapowiedzi los ofiary z losem oprawcy. Jest prosty test, jak było naprawdę: kiedy teraz TVP wyemituje film o Stefanie Brzozie? Będzie czekać na kolejną okrągłą rocznicę? Czy, jak śpiewał inny bard, “aż coś się bez nas z nami zmieni”?

Nie byłem sam, mówi Jaruzelski

2 lutego 2010 autor rp

Film “Towarzysz generał”, który dzięki TVP 1 obejrzało w poniedziałek kilka milionów Polaków, jest wydarzeniem na miarę wyemitowanego parę lat temu dokumentu “Trzech kumpli”. Nie pozostawia co do tego wątpliwości temperatura dyskusji, jaką rozpoczął – dyskusji, niestety, nie o naszej historii, ale o tym, czy media publiczne miały prawo wyemitować dokument tak, zdaniem obrońców Jaruzelskiego, jednostronny.

Zarzut ten jest obłudny, gdyż te same środowiska nie dostrzegały jednostronności wcześniejszych filmów, robionych w intencji rozgrzeszenia generała i wylansowania go, jeśli nie na bohatera, to co najmniej na postać tragiczną.

Grzegorz Braun i Robert Kaczmarek postawili na prostą prezentację faktów, podanych w ostrym tonie emocjonalnym. Ten film jest swego rodzaju mową prokuratorską. Nie należy jej rozliczać z “uwzględniania niuansów”, tylko spytać, czy zarzuty, które stawia, są prawdziwe (a są niewątpliwie). Bez sformułowania oskarżenia nie ma mowy o sprawiedliwości. Tymczasem skutkiem okrągłostołowego pojednania bez prawdy i narzuconej przez “porozumienie elit” amnezji było to, że przez 20 lat wygłoszono wiele mów w obronie Jaruzelskiego, ale mowy oskarżenia wygłosić dotąd nie było można.

Szkoda, że spór o ocenę skutków tego “pojednania bez prawdy” sprowadzony został do niemądrych pokrzykiwań o pisowskiej wersji historii. Istotę rzeczy stanowi argument, do jakiego publicznie odwołał się, protestując przeciwko emisji filmu, sam Jaruzelski: “Nie byłem przecież sam… Wojsko, partia, stronnictwa polityczne oraz lojalni wobec państwa bezpartyjni obywatele. To przez ponad cztery dziesięciolecia było wiele milionów. Autorzy filmu traktują ich jak bezwolne manekiny, którymi manipulo- wał Jaruzelski”.

Mnie osobiście poraża cynizm i niegodziwość tych słów. Tak, miliony Polaków współtworzyły PRL lub nie walczyły z nim. Z różnych przyczyn. Bo byli od dzieciństwa indoktrynowani, bo byli sterroryzowani, bo nie mieli nadziei na wolność, a musieli jakoś żyć, utrzymać rodziny. Tak, Polacy byli, nie ze swojej winy, bezwolni, a ściślej – zniewoleni. Gdy były dyktator, który dyrygował całym tym niewolącym ich aparatem indoktrynacji i przemocy dziś czyni ich współodpowiedzialnymi za swe łajdactwa, tak jakby wybrali go w wolnych, demokratycznych wyborach, nie można nie protestować – nawet jeśli wielu Polaków dało się mu przekonać, że kto wtedy nie podkładał bomb, ten i dziś nie ma prawa mordodzierżcy krytykować.

Żadne państwo wychodzące z totalitaryzmu nie uniknęło sporu o zakres odpowiedzialności i uwikłania w reżim. Nie uniknie go i Polska, choć, podobnie jak w RFN, ta dyskusja staje się możliwa dopiero w następnym pokoleniu.

A w środę wieczorem obejrzyjmy – również w TVP – film Jerzego Zalewskiego “Teatr wojny” o niesłusznie zapomnianym poecie stanu wojennego Stanisławie Brzozie. Los nieszczęsnego artysty, zgnojonego i wpędzonego w obłęd, jest doskonałym uzupełnieniem i pointą do filmu o karierze towarzysza generała.

Towarzysz prymus, czyli o banalności zła

2 lutego 2010 autor rp

Zostałem zaproszony przez TVP 1 do poprowadzenia dyskusji po filmie „Towarzysz generał”.  Zdaje się, że moja osoba była przyczyną, dla której szereg osób, na czele z redaktorem Michnikiem i samym Jaruzelskim odmówiło skorzystania z zaproponowanej im okazji do przedstawienia swych racji.

Jaruzelski przysłał za to do telewizji (i upowszechnił w prasie) obelżywy dla mnie list, w którym, nazywając mnie politycznie poprawnie „osobą prowadzącą” odmawia mi uczciwości i kwalifikacji zawodowych do prowadzenia takiej debaty. Dziękuję, zniewagę z jego strony poczytuję sobie za zaszczyt.

Ostatecznie TVP zdecydowała się zaprosić do rozmowy publicystów. Kto widział, wyrobił sobie zdanie, kto nie widział – wiele nie stracił. Wszystko poszło do urzygu przewidywalnie. Dla obrońców Jaruzelskiego film okazał się nie do przyjęcia ze względu na fakt, że jest „pisowski” i pokazała go „pisowska telewizja”, ze względu na to, kto go nakręcił i kto się w nim wypowiada. Fakty w ocenie filmu i Jaruzelskiego okazały się nie mieć znaczenia, a rzeczowa dyskusja − niemożliwa.

Film tymczasem jest bardzo dobry i zarzut „jednostronności” jest tu pozbawiony sensu. Czy ktoś pamięta jeszcze sławny, nagradzany, podawany za wzór film „zwyczajny faszyzm”? Czyż nie był jednostronny? A może ktoś zna jakiś inny film o faszyzmie, który by nie był jednostronny, który by wypośrodkowywał racje Hitlera i jego ofiar? Któryby należycie równoważyły oceany niuansami działalności fuhrera i „procesem historycznym i międzynarodowym”, który go stworzył? Jak można stworzyć niejednostronny film o zjawiskach takich, jak narodowy socjalizm czy komunizm, i postaciach dyktatorów, zdrajców, zbrodniarzy? Jak w ogóle można żądać od filmu, aby jego twórcy nie mieli poglądów, pasji? Taka uroda filmu. Tak, zgoda, film „Towarzysz Generał” jest jednostronny − jak mowa prokuratorska. To wada? Bez mowy prokuratorskiej nie ma mowy o prawdziwej sprawiedliwości, a przeciw Jaruzelskiemu przez ostatnich lat 20 nikt takowej w debacie publicznej nie wygłosił, choć zasłużył sobie na nią jak mało kto – podczas gdy mów obrończych było już bez liku.

Niezawodne giewu, piórami Rafała Kalukina i Pawła Wrońskiego, broni byłego dyktatora według tych samych klisz, między innymi dyskredytując film argumentem, że Jaruzelski w nim to „samo zło”. Może nie ma sensu poważnie traktować giewu i wchodzić w spór, ale ten zarzut jest absolutnie nieprawdziwy. Film, w swej głębokiej warstwie, sięga bowiem problemu „banalności zła”, tak przejmująco rozważanego przez Hannę Arendt. To sprawia, że jego wartość przerasta rozliczenie i demaskację.

Towarzysz generał bowiem nie jawi się tu, bynajmniej, jako demon, ale jako zwykły zupak, służbista. W filmie pada słowo „karierowicz”, ale nie jest ono trafne − karierowiczem zwykliśmy nazywać ludzi pazernych na dobra materialne, a Jaruzelski, sprawując przez dziesięć lat władzę niemal absolutną, dorobił się w stopniu dużo mniejszym, niż wielu jego niskich rangą podwładnych.

Wydaje się, że kluczem do duszy wielkiego zdrajcy jest swoisty „gen prymusa”. On po prostu chciał być najlepszy. Chwalony i nagradzany. A że ta potrzeba nie poszła u niego w parze z jakimkolwiek instynktem moralnym, że w jego psychicznej konstrukcji z jakichś przyczyn perfekcjonizm połączył się z brakiem sumienia, to, komu i czemu służył było w sumie sprawą drugorzędną. Gdyby historia potoczyła się inaczej i Polska międzywojenna trwałaby nadal, zostałby pewnie wybitnym dowódcą prawdziwego Wojska Polskiego, i wtedy byłby wzorowym katolikiem, patriotą i piłsudczykiem, a może endekiem, gdyby akurat tak było trzeba. Gdyby urodził się w odpowiednim czasie w Niemczech, byłby jako generał zagorzałym nazistą, wzorcowo realizującym wytyczne zarówno operacyjne, jak i dotyczące „ostatecznego rozwiązania”. A tak − starał się zasłużyć na pochwałę i ordery „drogiego, kochanego towarzysza Leonida”.

Jest oczywistą nieprawdą, że każdy mógł być Jaruzelskim, natomiast jest prawdą, że Jaruzelski mógł się trafić każdemu narodowi i wszędzie. Trudno powiedzieć, czy ten człowiek w ogóle zdolny jest uświadomić sobie zło, jakie spowodował, potworność systemu, jakiemu służył, i rozmiar zdrad, jakich się dopuścił − zdrady syna, służącego mordercom ojca i całej rodziny, zdrady Polaka służącego okupantowi etc. On po prostu chciał być najlepszy, chciał wykonać powierzone mu zadania jak najlepiej. Jak Eichman, szary urzędnik, w pocie czoła pracujący nad jak najefektywniejszym wykorzystaniem potencjału niemieckich i zdobycznych kolei dla sprawnego przewozu Żydów do centrów likwidacji. Obaj tylko wykonywali rozkazy, obaj je tylko przekazywali swoim podwładnym, czerpiąc satysfakcję ze sprawnie zrealizowanego zadania.

Cyncynatusk

31 stycznia 2010 autor rp

Wielkość premiera Tuska jest jeszcze większa, niż głosili nawet najbardziej oddani panegiryści.

Fakt, że niczym legendarny Cyncynatus wyrzekł się zaszczytu prezydentury, aby wszystkie siły poświęcić pracy, to wielkie szczęście nie tylko dla Polski, ale i dla Europy. Europa bowiem także potrzebuje go ponad wszelkie pojęcie.

Tak, zupełnie poważnie, wyjaśnia rezygnację Tuska z walki o prezydenturę Bartosz T. Wieliński z “Gazety Wyborczej”, bijąc tym samym rekord w dziedzinie, nazwijmy to ładnie, schlebiania premierowi – choć konkurencja w wiadomych mediach jest tu, każdy przyzna, ogromna.

Kreśląc obraz Tuska, “którego w Unii się słucha” i który “dogaduje się z wielkimi (…), ale nie jest ich marionetką”, i stwierdzając, że “rola Tuska na pewno będzie rosła”, pointuje zupełnie fantastycznie: “z dobrego źródła wiem nawet, że do pozostania szefem rządu od kilkunastu miesięcy namawiała go Angela Merkel”. Co skądinąd jest fantastycznym przykładem salonowej dialektyki, bo przecież gdyby podobna sugestia wyszła np. od profesora Krasnodębskiego, byłaby to “podłość roku”. Można tylko zapytać, czemu redaktor zakłada, że gdyby wyznaczył Tusk innego premiera, to musiałby “toczyć z nim spór o krzesło na unijnych szczytach” i “podstawiać nogę”, i nie byłby ów hipotetyczny premier infant równie lubiany przez panią kanclerz. No, ale koledzy z “Wyborczej” są znacznie bliżej z władzą niż my, więc widocznie coś wiedzą.

“Tusk będzie się dalej rozwijać jako europejski polityk. Wkrótce stanie się jednym z głównych rozgrywających na unijnej scenie. A to trampolina do dalszej kariery w unijnych instytucjach” – wieszczy Wieliński. Ach! Więc przyjdzie nam oddać Europie naszego ukochanego przywódcę, nasz narodowy skarb? Hm, skoro tak być musi, to na co czekać… to może już?

Od razu?

Gdy myślę: Partia

30 stycznia 2010 autor rp

Dziennikarska klaka Donalda Tuska zatraciła już ostatnie resztki przyzwoitości.

Takich tonów, w jakim utrzymane są jej peany na cześć Ukochanego Przywódcy, który dał nam wszystkim najwyższy przykład patriotyzmu i poświęcenia, i mając pewną prezydenturę dobrowolnie się jej wyrzekł w imię miłości ojczyzny, nie używano w polskich mediach od czasów Gierka (bo już za Jaruzelskiego nawet zajadłym partyjniakom byłoby wstyd). Podobnie zresztą jak i wtedy peany są mocno na bakier z logiką. Jeśli Tusk powiedział prawdę, iż rzeczywista władza jest w URM, nie w Belwederze, to się niczego nie wyrzekł i nie ma czym się tak zachwycać. A jeśli jednak „duży pałac” to coś więcej od „małego”, to wypada przetłumaczyć jego argumentację z pokrętnej politycznej nowomowy na język prosty.

Inna sprawa, że pod wieloma względami sytuacja psychologiczna dzisiejszego prorządowego redaktora przypomina sytuację pracowników propagandy peerelu. W miejsce politycznego chaosu tworzy nam się oto po dwóch dekadach znowu jedna, wielka partia, Partia właściwie, która jednoczy aspiracje całego społeczeństwa i wiedzie nas do wielkiego cywilizacyjnego skoku. Jeśli kuluarowe pogłoski są prawdziwe, to w Partii owej mieści się każdy, kto nie narusza pryncypiów. Jest już ponoć gotowe miejsce i dla Włodzimierza Cimoszewicza, i dla Wojciecha Olejniczaka, i dla Wojciecha Mojzesowicza… Pasuje jej i Krzaklewski, i może znajdzie na powrót miejsce dla wyliniałego Olechowskiego, który po tym, jak prokuratury odstrzeliły mu dotychczasowego promotora, ma do wyboru albo ułożyć się szybko ze zwycięzcami, albo czekać, aż i na niego prokuratury coś znajdą (bo ludzie gadają… No, ale o kim u nas nie gadają − dopiero prokuratura musi sprawdzić, czy w tym gadaniu jest coś na rzeczy. Niekiedy, jak w wypadku Piskorskiego, potrafią sprawdzić nawet po wielu latach). „Ach, ileż w Platformie treści − w Platformie każdy się zmieści”, chciałoby się sparafrazować satyryka. Każdy, oczywiście, kto ma do rzeczywistości stosunek pozytywny. Dla sił wrogich postępowi i rozwojowi, pisowskich, w Partii miejsca nie ma.

„Partia otwiera się szeroko na aktywne współdziałanie wszystkich sił patriotycznych uznających realia socjalizmu… Szczególne historyczne wyzwania, które przed nami stoją, wymagają jedności działania w obliczu… Tylko wspólną, odpowiedzialną pracą wszystkich Polaków zbudujemy… Aktywna jedność naszych szeregów… zapewnimy…” − tak sobie lecę cytatami z przemówienia tow. Barcikowskiego na V plenum KC PZPR z roku 1983, ale równie dobrze możemy się posłużyć dowolnym stenogramem z jakiegoś innego plenum. Wystarczy zmienić „realia socjalizmu” na „realia Unii Europejskiej” i proszę, pasuje jak ulał.

Przeczytaj cały tekst

Zawiedziona miłość polskich elit

28 stycznia 2010 autor rp

Platforma wybaczała Juszczence wszystko, bo widziała w nim polityka prounijnego, PiS – bo wszystko przesłaniał fakt, iż osobistą nienawiść do prezydenta Ukrainy zadeklarował Władimir Putin

Ukraińscy wyborcy udzielili swemu prezydentowi Wiktorowi Juszczence bardzo bolesnej lekcji – z zaledwie kilkuprocentowym wynikiem zajął on dopiero piąte miejsce w stawce kandydatów. Ale chyba jeszcze boleśniejszej lekcji udzielili w ten sposób Ukraińcy nam. Bo Wiktor Juszczenko do samego końca, mimo wszystkich apeli o opamiętanie, pozostawał dla naszych polityków jedynym partnerem branym pod uwagę w kontaktach z Ukrainą.

Mówiąc szczerze, polskie elity polityczne i opiniotwórcze od dawna w swym ślepym uwielbieniu dla bohatera pomarańczowej rewolucji pozostawały osamotnione. Zachód spisał go na straty już kilka lat temu, choć bez spektakularnego zerwania. Po prostu chłodna obserwacja poczynań Juszczenki jako prezydenta doprowadziła tamtejszych analityków – a za ich poradą polityków – do przekonania, iż Juszczenko, mimo otaczającej go legendy, albo nie chce zmieniać postsowieckiego systemu oligarchicznego, albo tego nie potrafi. W zachodnich publikacjach coraz wyraźniej podkreślano jego niezdolność do uprawiania skutecznej polityki, irracjonalność paraliżującego kraj konfliktu z Julią Tymoszenko, pozorność zmian ustrojowych i gospodarczych, unikanie reform, a także – last but not least – coraz wyraźniejsze ciągoty ku neofaszystowskim radykałom, odwołującym się wprost do tradycji zbrodniczego nacjonalizmu ukraińskiego Dymytro Doncowa, Romana Szuchewycza i Stepana Bandery.

Przeczytaj cały artykuł

Coraz ściślej tajne

26 stycznia 2010 autor rp

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP dopuściło się haniebnej, wręcz, użyjmy śmiało tego słowa, pisowskiej prowokacji.

Mianowicie pod pozorem badań przez dłuższy czas wysyłało do rozmaitych urzędów, także ministerstw i Kancelarii Premiera, ludzi domagających się różnych informacji. Informacji wyłącznie tego rodzaju, które, na mocy obowiązującego prawa, urząd ma obowiązek udostępniać każdemu obywatelowi (np. ile osób zatrudniacie, ile zarabia szef gabinetu politycznego, ilu osobom przyznano w ostatnim roku takie czy inne zwolnienie albo ulgę).

Cóż, ustawa faktycznie przez jakieś niedopatrzenie została kiedyś przegłosowana i weszła w życie, ale urzędnicy dobrze wiedzą, że informacja to władza, i skutecznie bronią się przed jej utratą. Raport CMWP dokumentuje obsesję tajności tak daleko posuniętą, że aż momentami śmieszną; szczególnie zabawne jest, iż urzędnicy, powołując się na tajemnicę służbową lub państwową, konsekwentnie odmawiają podawania nawet tych informacji, które znaleźć można w Biuletynie Informacji Publicznej czy na stronach internetowych reprezentowanych przez nich instytucji.

Prawo o dostępie do informacji publicznej jest, jak dowiódł raport (skądinąd pełen uroczych bareizmów), prawem martwym. Niejedynym przecież – i nie to jest najgorsze. Najgorsze, że z tym faktem wszyscy wydają się pogodzeni, i, na przykład, prawie się nie zdarza, żeby sprawy bezprawnej odmowy informacji trafiały do sądów.

Cóż, profesor Paweł Śpiewak zauważył niedawno, że największą tajemnicą w Polsce jest program polityczny premiera, który od czasu exposé ani razu nie pokusił się o poważną strategiczną wizję dla Polski. A że i w exposé raczył nas raczej ogólnikami… Nie wymagajmy od niskiego szczebla urzędników, by zawstydzali swych szefów.

Każdy milion trzeba ukraść

24 stycznia 2010 autor rp

Komentarz Witolda Gadomskiego “Normalne stosunki biznesu z polityką”, napisany w obronie Ryszarda Sobiesiaka, to prawdziwy rarytas dla czytelników zbierających wypowiedzi, w których środowisko “Gazety Wyborczej” odsłania swój prawdziwy sposób myślenia.

Czołowy “liberał” gazety wprawdzie “nie jest naiwny” i domyśla się, jakie musiały być przyczyny niezwykłej życzliwości urzędów dla szemranego biznesmena, ale “nie potrafi wykrzesać z siebie oburzenia”, a “moralistów”, którzy się oburzają, oskarża o uleganie histerii. Przecież w efekcie mamy piękny obiekt sportowy, pisze, a to wartość każąca na domniemaną korupcję machnąć ręką. W końcu, sugeruje Gadomski, mamy taką biurokrację i takie prawo, że uczciwie nic się zbudować nie da.

Owszem, mamy takie prawo i biurokrację, o jakich pisze Gadomski. Nie przypadkiem. Tak zbudowano III RP celowo, w interesie wpływowych sitw i mafii – tak aby uczciwie się tu interesów robić nie dało, a w każdym razie, aby było to skrajnie trudne, by każdy dorabiający się dużych pieniędzy musiał się uwikłać i “zblatować”. Środowisko Michnika zaś dorabiało do tego procesu ideologiczną podkładkę, suflując cyniczne: “pierwszy milion trzeba ukraść”.

Ludzie, którzy na kapitalizm nawrócili się dopiero w Magdalence, nie rozumieją, że kapitalizm sprawdza się i daje cywilizacyjny rozwój tylko wtedy, gdy jest oparty na uczciwych regułach. Jeśli zaś pozwoli się komuś ukraść pierwszy milion, to również drugi, piąty i 20. będzie on chciał ukraść, zamiast męczyć się uczciwą pracą. W tym celu owe pierwsze miliony wydaje głównie na korumpowanie urzędników i polityków – i zamiast kapitalizmu powstaje republika bananowa.

Niestety, przez 20 lat pseudoliberałowie z Czerskiej nic nie zrozumieli i niczego się nie nauczyli.