Posts Tagged „UE”<

Unia jak Jugosławia?

30 lis 2011

W USA umiejętność przemawiania była zawsze narodową specjalnością.

Uczono jej w szkole, wydawano podręczniki. Ktoś, kto wplótł w mowę dobrą anegdotę, odnosił sukces na politycznym wiecu albo za stołem, gdzie wygłaszał toast.

Franklin Delano Roosevelt, świetny mówca (zdaniem złośliwych lepszy niż polityk – nie zgadzam się z tym), aby usposobić dobrze farmerów do programu ograniczania zbiorów, zafundował im opowieść o miastowym, który przyjechał na południową wieś i zbiory bawełny wziął za… zbiór malin. Grunt to dobry humor.

Politycy europejscy mają coraz więcej okazji, aby ćwiczyć podobne umiejętności podczas niezliczonych konferencji. Radosław Sikorski, wdzięczny uczeń amerykańskich think tanków, korzysta z okazji. W Berlinie odwołał się do emocji i wygrał. Były owacje.

Ale entuzjazm (albo kac po wspólnym biesiadowaniu) mija, sięga się po tekst. Polski minister zaczął od opowieści z czasów rozpadu Jugosławii. Młody Radek rozmawiał z prezesem banku Chorwacji. Ten dowiedział się, że Serbia dodrukowała dinary, i od razu pojął, że to koniec wspólnego państwa. Tak samo jest teraz – koniec euro to koniec Unii Europejskiej. Zaczną się rzezie i czystki etniczne!

Cóż za erudycja, co za dar kojarzenia! Jednak czytamy raz jeszcze… Czy Jugosławia rozpadła się na skutek kłopotów walutowych? A nie dlatego, że była sztucznym tworem połączonym jedynie gasnącą komunistyczną ideologią? I czy uratowałyby ją reformy finansowe? Ustrojowe? Nie, uratować ją mogła najsilniejsza Serbia – za cenę przemocy straszniejszej pewnie niż masakry, jakie zaczęły się potem w poszczególnych republikach.

Przykład jest więc „ni priczom”, a nawet można go odczytywać wbrew intencjom ministra. Bo skoro Unia to Jugosławia, twór sztuczny… Przeczytajcie państwo całą tę mowę. Ona się roi od takich sprzeczności.

One przesłaniają prawdę, która tam nie pada. Sikorski anonsuje, pokrętnie i nie do końca, ale jednak, zmianę kontraktu, jaki Polska zawarła z Unią na początku lat 2000. Wiązaliśmy się z ligą wolnych państw.  A dziś mówi się o nadzorze nad narodowymi budżetami, czego nie ma nawet w USA, choć to jedno państwo z jednym politycznym naro- dem, inaczej niż Europa. Ta zmiana kontraktu wymaga nowej ratyfikacji lub – za czym się opowiadam – odrzucenia. Nie zagubmy tego wśród dowcipnych dygresji.

Autor jest publicystą tygodnika „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Cenny niepokój

23 lis 2011

Mało kto zwrócił uwagę na tekst Marka Cichockiego w zeszłotygodniowej „Rzeczpospolitej” – „Nowy porządek w Europie”. To gratka dla jego wieloletnich polemistów w sprawach europejskich. Autor, dawny ideolog unijnego pierwiastka, zdaje się przesuwać na ich pozycje. Przyjmować przeświadczenie, że dla nowych niemiecko-francuskich porządków nie ma dziś rozumnej alternatywy. Nawet jeśli uzasadnia się je nie dziarskim pokrzykiwaniem o postępie, a antydemokratycznym duchem Hobbesa.

Jeśli nie słychać fanfar, to dlatego, że ci polemiści czytają głównie  siebie, więc Cichocki będzie długo pokutował w ich głowach jako „wstecznik”. Jak kiedyś Robert  Krasowski czy Cezary Michalski. Na dokładkę on sam nie stawia kropki nad i. Może powiedzieć:  ja tylko referuję stan spraw.

Zaczyna zestawieniem racji: tych, którzy są zaniepokojeni nowym, „antykryzysowym” kształtem Unii Europejskiej, i tych, którzy nowego porządku bronią w imię bezpieczeństwa. Kończy jednak konkluzją: „Gdzie szukać ratunku? Jedyną odpowiedzią dzisiaj jest, jak się zdaje, autorytatywnie, choć praworządnie zarządzany obszar rozwoju i stabilności, którego projekt już kreśli le Groupe de Francfort”. Mielibyśmy więc znowu triumf nieuniknionego? „Wolność to uświadomiona konieczność” – kto to powiedział, koteczku?

Cichocki stawia też pytania o niewiadome nowego projektu. Mają one jednak charakter raczej  techniczny. Można by kolejnego  deterministę spytać, czy wie,  jakie inne konsekwencje ma jego chłodny flirt z czymś, co nazywa „oświeconym absolutyzmem”.  Nowa Europa nie będzie aksjologicznie nawet neutralna.

Mnie wystarczy, że dawny doradca Lecha Kaczyńskiego ma rację w jednym: na drugiej szali, naprzeciw stabilności, mamy wolność. Wartość nie absolutną wprawdzie, ale samoistną i ważną. Tylko że  dla niego to już tylko wartość godna odnotowania, nie obrony.  Tak by wynikało z wystudzonej  analizy.

Cichocki ma rację jeszcze w czymś: gdy w kancelariach Merkel i Sarkozy’ego wykuwa się coś na kształt zwartego programu, po drugiej  stronie mamy na razie postawę, niepokój. Skądinąd w Polsce wyrażany i przez tak ostrożnych polityków jak Paweł Kowal, polityczny przyjaciel Cichockiego. Ja chciałbym, aby ów niepokój był programem, ale nawet jeśli długo nie będzie, jest cenny.

Opóźnianie „nieuniknionego” to zbożne zadanie. Zwłaszcza gdy jest na dokładkę zbieżne z polskim doraźnym interesem, skoro dla naszej gospodarki euro to dziś bardziej zagrożenie niż szansa. Jak napisał poeta: „To wcale nie wymagało wielkiej odwagi nasza odmowa niezgoda i upór”. To ta niezgoda i upór są racjonalne.

Autor jest publicystą tygodnika  ”Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zabawka zbyt niebezpieczna?

31 sie 2011

Na europejski rozdział w konstytucji zgodziły się początkowo wszystkie partie, łącznie z Platformą Obywatelską. Ale też od początku duch tych zmian był podważany przez ekspertów rządowych, zwłaszcza reprezentujących aparat MSZ.

Było też jasne, że kompromisem nie jest zainteresowany premier Donald Tusk, jako lider najsilniejszej partii, czyli PO, ale i jako zwierzchnik rządowej biurokracji patrzącej nieufnie na te przepisy. Najpierw blokował ich przyjęcie. A gdy nie dało się ich blokować bez końca, nakłonił posłów Platformy, aby zgłosili do własnego projektu poprawki zrywające porozumienie.

Z kolei jednak w Komisji przedstawiciele wszystkich innych partii, a nawet przewodniczący Jarosław Gowin, współtwórca kompromisu, te poprawki odrzucili. Wytworzył się pat. PO nie jest w stanie przeforsować w całym Sejmie swoich zmian. Ale większość popierająca pierwotną wersję nie przepchnie z kolei całego projektu – wymaga on większości dwóch trzecich.

Gdyby mierzyć wartość tego projektu samymi okolicznościami jego powstania, to trzeba powiedzieć, że marnowana jest bezcenna okazja na wynegocjowanie w jakiejś sprawie szerokiego międzypartyjnego porozumienia chwalonego na dokładkę przez wielu ekspertów. Aktywnymi współtwórcami tego porozumienia byli posłowie PiS: Karol Karski i Kazimierz Ujazdowski, i to pomimo że Komisja nie przyjęła wszystkich ich propozycji – z najważniejszą, poddaniem tak zwanego wtórnego prawa unijnego kontroli polskiego Trybunału Konstytucyjnego, na czele.

Trzeba to sobie wyraźnie i dobitnie powiedzieć: fakt, że to porozumienie jest zrywane, to decyzja Platformy. A nawet nie całej Platformy, skoro jej posłowie za nim głosowali, a najwęższe jej kierownictwo.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kompromis się opłaci, panie premierze

17 lip 2011

Stało się w polskiej polityce coś dobrego. A nie dzieje się zbyt często. Sejmowa Komisja Konstytucyjna  przygotowała – na podstawie projektu prezydenta, ale z istotnymi zmianami  – dobry projekt. Projekt tak zwanego europejskiego rozdziału konstytucji. Zrobiła to na dokładkę w atmosferze kompromisu – wszystkie kluby  były za. To jeszcze większy ewenement.

Projekt wzmacnia pozycję Polski  wobec Unii Europejskiej. Na przykład zmiany unijnego ustroju niewymagające międzynarodowej umowy będą potrzebowały ustawy polskiego  parlamentu. W myśl zasady: nic o nas bez nas. Są tam też przepisy poszerzające pole debaty. Grupa posłów  (a więc również opozycja) będzie  mogła skarżyć unijne prawo do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.  A to oznacza, że decyzje Unii nie będą przedmiotem troski samych tylko urzędników. Że mogą się stać  przedmiotem osądu polskiej opinii  publicznej.

PiS chciało iść dalej, poddając  na przykład wtórne prawo unijne,  rozporządzenia i dyrektywy, osądowi polskiego Trybunału Konstytucyjnego. To dobry pomysł. Ale sam rozdział ma  i bez tego tyle sensownych zapisów,  że warto go bronić. Więcej – jak powiedział poseł Kazimierz Ujazdowski  – premier Donald Tusk powinien się nim pochwalić na początku polskiej prezydencji.

A jednak się nie chwali. Więcej,  blokował zawarcie tego kompromisu nieomal do ostatniej chwili. Posłowie PO głosujący za projektem nie byli pewni, czy zostanie on poddany pod głosowanie w całym parlamencie.  Dlaczego?

Może dlatego, że w obliczu kampanii wyborczej liderowi Platformy potrzebna jest wojna, a nie kompromis z PiS?  A może dlatego, że wygodniejsze  są dla niego przepisy nie tak bardzo wzmacniające pozycję Polski wobec Unii?

A może – piszę to naiwnie, ale czasem kontrolowana naiwność popłaca  – to tylko wypadek przy pracy, efekt nastawienia rządowego aparatu?  Jeśli tak, jest jeszcze czas, aby to  naprawić. Czyli poddać nowy, dobry rozdział konstytucji ocenie obu izb  parlamentu. Naprawdę, w perspektywie przekraczającej najbliższe wybory to się opłaci, panie premierze.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop