Posts Tagged „Trybunał Konstytucyjny”<

Nie nazywać czarnego białym

16 mar 2011

Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego uznające stan wojenny za nielegalny to dobra wiadomość. I okazja, aby wspomnieć ciepłym słowem Janusza Kochanowskiego, rzecznika praw obywatelskich, który zginął w Smoleńsku. To on wystąpił z odpowiednim wnioskiem. Kochanowski był mądrym prawnikiem i człowiekiem o wielkim sercu.

Pomijając ludzi wciąż kochających PRL, krytycy będą podnosili dwa argumenty. Po pierwsze, że to absurd: badać zgodność działań tamtej, narzuconej władzy z jej własnym, też narzuconym prawem. Po drugie, że werdykt Trybunału grozi roszczeniami o skutkach groźnych dla naszych finansów.

Co do argumentu pierwszego: widzę paradoks. Tak się jednak składa, że ludzie rządzący PRL byli zmuszeni zachowywać pewne, z biegiem czasu coraz większe, pozory praworządności. Jedną z dróg wykazania marności ich systemu jest udowodnienie, że w razie potrzeby byli skłonni deptać także te pozory. Dlaczego z niej nie skorzystać? To nic innego, jak tylko szczera prawda.

Co do roszczeń i odszkodowań – wszystko w rękach sądów. Ale byłoby rzeczą absurdalną nazywać czarne białym, bo to może kosztować. Nie na tym polega praworządność. Ta prawdziwa – w demokratycznym państwie.

Warto przy okazji wyrazić nadzieję, że te czysto prawne formułki staną się jednym więcej argumentem w sporze moralno-politycznym. Bo nie jest tak, jak chce nam wmówić generał Jaruzelski z nowymi przyjaciółmi, czasem z dawnego obozu solidarnościowego, że stan wojenny był logicznym krokiem w kierunku demokratyzacji i wybicia się Polski na niepodległość. Nie takie były intencje komunistycznych generałów fundujących narodowi grudniowe zaskoczenie. Naturalnie, na miejscu Wojciecha Jaruzelskiego mógł się znaleźć ktoś jeszcze brutalniejszy. Ale zawsze tak jest. Wtedy Jaruzelski przyniósł po prostu Polakom mnóstwo cierpień i jeszcze więcej upokorzenia.

Stan wojenny powinien być kojarzony z zomowcami szalejącymi jak w podbitej kolonii po ulicach polskich miast. I z generałem Kiszczakiem pomagającym preparować dowody w sprawie zabicia maturzysty Grzegorza Przemyka, chłopaka wtedy młodszego ode mnie o rok. Ten wyrok, choć dotyczy suchych procedur, to skojarzenie pomaga utrwalić. I dobrze, bo ono jest prawdziwe.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Przebudzenie prezydenta

7 sty 2011

Prezydent blokuje rządową ustawę, która miała umożliwić oszczędności na urzędnikach. Argumenty prezydenckich prawników brzmią groźnie: Donald Tusk chce arbitralnie zrywać umowy z mianowanymi funkcjonariuszami, naruszać przywileje służby cywilnej i na dokładkę decydować samowolnie, w których instytucjach to zrobi.

Mamy tu do czynienia z konfliktem kilku wartości. Sprężystość władzy wykonawczej zarządzającej własnym podwórkiem ściera się z utartymi zasadami prawnymi, które jednak podlegają interpretacjom. Mój drwiący ton bierze się stąd, że za czasów tzw. IV RP podobne dylematy kwitowano biadaniami nad dyktatorskimi skłonnościami liderów PiS. Dziś z imposybilizmem systemu zmaga się Tusk. A Komorowski stoi na jego straży, tyle że unika mocnych słów.

W sensie politycznym prezydent daje wreszcie znak, że w ogóle żyje. Dotąd jego autonomiczna egzystencja zaznaczała się słabo. Nowa głowa państwa gotowa była raczej na usługi świadczone własnej partii. Na przykład gdy brała się za wycofywanie z Trybunału Konstytucyjnego ustaw skierowanych tam przez poprzednika – moim zdaniem wbrew duchowi państwa prawa. Teraz idzie w drugą stronę, śląc ustawę swego rządu do Trybunału.

Niezależnie od tego, czy ma rację czy nie, działa zgodnie ze zdrową zasadą „checks and balances”. W ostateczności i tak zdecydują sędziowie.

Na ogłaszanie politycznej „szorstkiej przyjaźni” obu panów jest za wcześnie. Ale dojść do niej może, jest ona także wbudowana w system. Kiedyś Tusk, jako lider partii rządzącej, podobno zachęcał lekceważąco marszałka Komorowskiego, aby choć raz sprzeciwił się własnej formacji. Teraz ten ostrożny polityk ma stosowne instrumenty, aby się do rady zastosować.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop