Posts Tagged „Smoleńsk”<

Węzeł smoleński

9 sty 2011

W ożywionej dyskusji o filmie „Mgła” jak w soczewce skupiły się dylematy pogrążonej w posmoleńskiej traumie prawicy. Sama debata mogłaby być pożyteczna, ale na razie została zmieniona w kakofonię – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”.

Nie mam problemu z filmem „Mgła”, problemem jest kontekst” – napisał dziennikarz „Faktu” Łukasz Warzecha na portalu wPolityce.pl. Wyraził żal, że potrzebny i ważny film został wyprodukowany przez „Gazetę Polską”, pismo kojarzone jednoznacznie i „zaangażowane w forsowanie na siłę tezy o zamachu”.

Ale tak naprawdę Warzecha wyszedł poza debatę o filmie. Wyraził żal, że PiS z przyległościami od początku upartyjnił pytania o Smoleńsk, czego wyrazem było niezaproszenie na premierę „Mgły” nawet części rodzin zabitych i unikanie otwartej dyskusji, którą zastąpiono wiecem. To po pierwsze nieprzyzwoite, a po drugie raczej utrudnia stronie zainteresowanej prawdą pozyskanie większości społeczeństwa – oto główne tezy Warzechy.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Mgła – film o katastrofie smoleńskiej

5 sty 2011

Z każdą minutą relacje bohaterów „Mgły” nabierają dramatyzmu i od pewnego momentu trudno się z nimi nie utożsamiać.

Spór o takie filmy trwa od niepamiętnych czasów. Antypisowscy gorliwcy będą z pewnością zarzucać „Mgle” Marii Dłużewskiej i Joanny Lichockiej jednostronność. W tym wyprodukowanym przez „Gazetę Polską” dokumencie, którego oficjalna premiera odbyła się w poniedziałek, oglądamy smoleńską katastrofę z perspektywy sześciu dawnych urzędników kancelarii Lecha Kaczyńskiego.

Jacek Sasin, Andrzej Duda, Adam Kwiatkowski, Jakub Opara, Marcin Wierzchowski i Paweł Zołoteńki opowiadają o niej w sposób powściągliwy, ale jednoznacznie z perspektywy swojego środowiska – jego nastrojów, żalów i pretensji.

Własna wersja

Zarzut tendencyjności padnie, mogę się założyć, z ust tych samych komentatorów, którzy nie widzieli niczego złego w filmie „W Solidarności” Bolesława Sulika, w którym dzieje pierwszych lat III RP zostały streszczone przez liderów Unii Demokratycznej. Którzy zachwycali się Teresą Torańską, podsumowującą dorobek Wojciecha Jaruzelskiego ustami Wojciecha Jaruzelskiego. I którzy byli co najmniej neutralni wobec wyjątkowo stronniczych obrazów Michaela Moore’a.

Ja z kolei zawsze widzę cienkość granicy między subiektywną opowieścią, która może być przecież wyśmienitym tworzywem reportażu lub dokumentu, i jednostronną interpretacją łatwo ześlizgującą się w kierunku agitki. Muszę więc mieć także pewien kłopot z „Mgłą”. Inna sprawa, że dodanie do tego akurat filmu nowych wątków czy postaci – na przykład w imię pytania „drugiej strony” – zaburzyłoby jego klarowną konstrukcję.

To nie jest próba całościowego rozwikłania przyczyn katastrofy smoleńskiej ani namalowania jego pełnego politycznego tła. To elegijna relacja kilku młodych, zaangażowanych w zdarzenia ludzi, którzy przedstawiając własną wersję, nie udają, że zamykają temat.

Dorzuciłbym jeszcze jeden argument: ten film oddaje głos środowisku, które nie dominuje w polskiej debacie. Które nie zasypuje nas na co dzień swoimi argumentami z ekranów telewizorów i rzadko ma, poza niszami, sposobność przemówienia własnym głosem. Skądinąd to symboliczne, że choć na temat Smoleńska powstało już kilka książek, żadna telewizja nie wyprodukowała o tych zdarzeniach filmu. „Mgła” to więc pod pewnymi względami pierwszy głos w dyskusji na ten temat. Chętnie zobaczyłbym porównywalną odpowiedź drugiej strony (lub stron). Gdyby tylko chciała (chciały) się wysilić.

Poraniona grupa

Początkowo relacje sześciu bohaterów brzmią cokolwiek sztywno. Ale z upływem filmowych minut nabierają dramatyzmu do tego stopnia, że od pewnego momentu trudno się z nimi nie utożsamiać. Nie wszystkie ich zarzuty i rozgoryczenia brzmią równie przekonująco: z perspektywy miesięcy zbladła na przykład waga pytań o to, czy Bronisław Komorowski nie śpieszył się nadmiernie z obejmowaniem funkcji głowy państwa, albo czy słusznie powoływał na szefa osieroconej prezydenckiej kancelarii swojego człowieka (choć wtedy owe zarzuty mogły budzić uzasadnione emocje).

Dużo mocniej wybrzmiewa znana skądinąd teza: że Rosjanie opóźniali przyjazd Jarosława Kaczyńskiego, aby nie popsuł entrée Donaldowi Tuskowi. I że otoczenie premiera interesowało się w Smoleńsku jednym: jak ustawić się wobec mediów. Najmocniej zaś dźwięczą pytania o możliwość prowadzenia śledztwa przez samych Polaków. I o determinację władzy rządowej, aby o to w ogóle zabiegać. Nawet dzisiejsza niespójność i enigmatyczność przekazu mainstreamowych mediów, gdy wracają do tamtych dylematów, zdaje się przyznawać rację obolałym współpracownikom Lecha Kaczyńskiego.

Bohaterowie filmu wypadają wiarygodnie, bo nie są parlamentarnymi krzykaczami, a skromnymi państwowcami, którzy nie pchali się do tej pory na pierwszy plan. Nie zmienia to faktu, że ich relacje stały się od razu elementem politycznego mitu. Już na premierze Jarosław Kaczyński podkreślał, że film odsłania prawdę o ludziach rządzących obecnie Polską.

Pamiętając o tym, rozumiem jednak emocje narratorów tej opowieści, które udzieliły się autorkom. Kiedy jeden z nich, Paweł Zołoteńki, urzędnik w garniturze, o typowo inteligenckim wyglądzie, przywołuje określenie „bydło” stosowane wobec pisowskich środowisk, przypomina o wyjątkowym poranieniu całej tej grupy. Jako twórca terminu „przemysł pogardy” dobrze wiem, o czym mówi. A to niewątpliwie musi wyostrzać ich spojrzenie na całokształt tamtych zdarzeń.

Inna sprawa, czy nadmierna egzaltacja tych ludzi – nie adresuję tego do samych rozmówców Dłużewskiej i Lichockiej – skoncentrowanych na smoleńskim micie nie osłabi skuteczności tego zepchniętego dziś do defensywy obozu.

Za serce

Ale to czysto polityczne pytanie wykracza już poza ten skromny, sugestywny film, który powinien obejrzeć każdy, nawet jeśli podejmie z nim spór. Gdy zaś już nie znajdzie innych powodów, niech zrobi to dla pięknej modlitwy śpiewanej przez zespół De Press. I dla obrazów z tamtych czasów – warto się w nich zanurzyć. Chwytają za serce.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Niechciana komisja

15 gru 2010

Na miejscu Donalda Tuska nie spałbym spokojnie. Nie tylko komisja badająca sprawę Smoleńska, ale już same ustalenia prokuratorskie mogą się zakończyć zarzutami za niedopełnienie obowiązków, także dla członków jego ekipy – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”.

Nie ma potrzeby mnożenia bytów – tak poseł PO Małgorzata Kidawa-Błońska zareagowała na propozycję Klubu PJN, aby powołać nadzwyczajną sejmową komisję do spraw katastrofy smoleńskiej. Wypowiedź byłaby kuriozalna, gdyby w Polsce ktokolwiek przejmował się tym, co mówią politycy.

O żadnym mnożeniu bytów nie ma mowy. Komisja taka miałaby wobec władzy wykonawczej uprawnienia kontrolne. Nie wyręczałaby więc słynnej już komisji ministra Millera, tylko patrzyłaby jej na ręce.

Lekcja z Kennedy’ego
Ale ta wypowiedź rodzi jeszcze inne zastrzeżenia. Czy posłanka Kidawa-Błońska powiedziałaby coś takiego, będąc Amerykanką? Raczej nie.

Kiedy w roku 1963 zginął od strzałów zamachowca prezydent John Fitzgerald Kennedy, jego następca powołał specjalną komisję (nawet nie Kongresu, ale też niebędącą częścią władzy wykonawczej), która zajęła się wyjaśnianiem sprawy, nie oglądając się na zwykły podział kompetencji. W jej skład weszli czołowi politycy obu partii (między innymi Gerald Ford z Michigan, późniejszy prezydent, a wtedy lider republikanów w Izbie Reprezentantów, i Richard Russell z Georgii, weteran demokratów w Senacie), ale na jej czele stanął prezes Sądu Najwyższego Earl Warren, zapewniając temu ciału charakter nie tylko ponadpartyjny, ale i ponadpolityczny.

Komisja nie uporała się z tajemnicą zabójstwa. W dużej mierze ze względu na konieczność respektowania rozlicznych tajemnic służb specjalnych – ich ekskluzywną pozycję złamano, zresztą nie bez skutków negatywnych dla państwa, dopiero w latach 70. A jednak ważne jest także co innego. Amerykanie nie uznali, że mord na amerykańskim prezydencie w teksańskim mieście Dallas to materia wyłącznie dla teksańskiego gliniarza i teksańskiego prokuratora.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zatrute dusze pół roku po Smoleńsku

10 paź 2010

Jeszcze więcej tego samego – tak można by dziś, sześć miesięcy po katastrofie smoleńskiej, opisać polskie życie publiczne. Nie sprawdziły się proroctwa tych, którzy szukali w tragedii – mimo wszystko – zaczynów dobra.

Mamy jeszcze bardziej nieodpowiedzialne władze i bardziej sekciarską opozycję. Jałowość sporu obrazuje to, co mówi się o samym Smoleńsku. Z jednej strony opowieści o brzozie, która nie powinna zgruchotać skrzydła samolotu (a w tle rozważania, czy Rosjanie dobijali rannych). Z drugiej – słodkie błazeństwo wielokrotnie powtarzanej deklaracji, że „nasze państwo się sprawdziło”. Powtarzanej, gdy nawet zastrachany urzędnik Edmund Klich przyznaje: do tego lotu polskie państwo nie powinno dopuścić.

Nie sprawdziło się ani to, że będziemy łagodniejsi – padają coraz straszniejsze słowa, ani to, że nasza scena polityczna stanie się bardziej zrównoważona. Owszem, zwolennicy IV RP podnieśli głowy, ale szybko stali się znowu celem hałaśliwych nagonek, a zarazem ich potencjał jest marnowany przez liderów, którzy uznali, że miast polityki trzeba wybrać postawę insurekcyjną. Co po ludzku rozumiem, ale co w demokracji nie może przynieść sukcesu. W dodatku religijne i patriotyczne wzruszenia zakończyły się brzydką czkawką: do kontrataku ruszył antyreligijny kołtun. Przed Smoleńskiem, paradoks, nie miał tyle śmiałości.

Za najstraszniejsze następstwo 10 kwietnia uznaję wyzbycie się przez elity kolejnych hamulców. I nie chodzi mi tu o polityczne epitety typu „zdrada”, choć te uznaję za zły produkt coraz gorszych emocji, ale przede wszystkim o popisy rezygnacji z ludzkiej empatii. Znany polityk znęcający się nad trupami przeciwników, chwalony za to przez znane komentatorki czy modnych pisarzy. Komentator, który reaguje na katastrofę listą osób, które zginęły, a którym „nie współczuje”. Zniecierpliwione przedrzeźnianie żałoby. To nas zatruwa, psuje nam dusze.

Co zostało dobrego? Wspomnienie tłumów ludzi, chyba jednak, choć nie lubię takich rozróżnień, lepszych w tym wypadku od elit. Szczery płacz, który czasem oczyszczał (choć polityki nie oczyścił). I parę podpatrzonych gestów. Na przykład ministra z PO Bogdana Zdrojewskiego, który umiał powiedzieć na pogrzebie Janusza Kurtyki: przepraszam. Aż tyle i tylko tyle, bo naśladowców nie było. Smutno.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop