To źle, że prawica się dzieli, ale jeśli miałaby istnieć tylko jako 20-procentowy skansen oddzielony od świata, to nowa inicjatywa ma sens – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
Joanna Kluzik-Rostkowska, prowokując lidera PiS do jej wyrzucenia z partii (nikt mnie nie przekona, że się tego nie spodziewała), dopuściła się falstartu. Pierwotnie plan był inny – ona i jej koledzy mieli odejść po wyborach samorządowych.
Skoro stało się to wcześniej, doszło do konfuzji i w konsekwencji kakofonii. Każdy z potencjalnych twórców PiS-light zachowywał się inaczej, niektórzy grali na zwłokę, a Paweł Poncyljusz absorbował Polaków przez wiele dni swoimi operowymi dylematami. To recepta na to, aby skutecznie siebie samych obrzydzić potencjalnym zwolennikom.
Naturalnie dużo lepiej byłoby postąpić jak twórcy Platformy Obywatelskiej w 2000 roku: projekt zachowany do końca w tajemnicy, jedna konferencja prasowa i – powstajemy z niebytu! Dopiero deklaracja stworzenia stowarzyszenia stała się spóźnioną próbą nadrobienia tej zaległości. Ale też ci komentatorzy, którzy orzekają kategorycznie: nic z tego nie będzie, popełniają grzech niecierpliwości i pychy.







