Posts Tagged „PRL”<

Film o ludziach zapomnianych

4 maj 2011

Pięć minut przed północą, choć w Święto Narodowe 3 Maja, TVP 1 przypomniała film Wojciecha Wójcika „Tam i z powrotem”. Kiedy miał premierę dziesięć lat temu, dostał nagrodę publiczności na festiwalu w Gdyni, ale przemknął przez kina tak szybko, że sam go wtedy nie zauważyłem.

Obejrzałem go kilka lat później w telewizji. Ma wszystko: obfitującą w momenty zaskoczeń, szarpiącą nerwy akcję i wybitne kreacje aktorskie – przede wszystkim Janusza Gajosa i Jana Frycza, co nie zaskakuje, bo to nasze skarby.

Ale dla mnie jest wyjątkowy z innego powodu. To pierwszy polski film, który tak intensywnie, nie na zasadzie dygresji lub kompromisów z cenzurą, zajmuje się AK-owcami, represjonowanymi, dręczonymi, a potem skazanymi na życie na marginesie peerelowskiego społeczeństwa. Przez dziesiątki lat oglądaliśmy powojenną historię z perspektywy tych, którzy komunizm poparli, a potem się ewentualnie zbuntowali. Prawie zapomnieliśmy, że byli i inni. Nawet gdy ich w końcu uczczono, na przykład za powstanie warszawskie, ich losy w za małym stopniu stały się przyczynkiem do dyskusji o PRL.

Kilka lat temu IPN wydał przegląd biografii ludzi oporu społecznego sprzed 1956 roku. Było tam sporo żołnierzy podziemia. Wystarczy spojrzeć na ich losy po roku 1956 – to nieomal bez reszty drobni urzędnicy, zaopatrzeniowcy, jeśli nauczyciele czy adwokaci, to zsyłani na prowincję. Naturalnie byli i inni, zapraszani do różnych prezydiów przez komunistyczną władzę. Oglądając oddane brutalnie przez Wójcika realia PRL, nawet nie Barejowskie, straszniejsze, właściwie trudno się dziwić ich dążeniu, aby choć na stare lata trochę pożyć. Ale byli i tacy, co odmawiali. Albo mściwa władza nie dała im szansy nawet na wybór.

Piszę do następnego numeru „Uważam Rze” o postępującej rehabilitacji PRL w mainstreamowych mediach. Także w sferze popkultury. Ale artykuły nie są najlepszą metodą opowiadania, co to jest ludzkie okrucieństwo. Nie wiem, czy Wojciech Wójcik, sprawny reżyser kina akcji, dojrzał w temacie okazję do opowiedzenia zajmującej historii. Czy włożył w nią osobiste emocje. O filmie nie było głośno, a powinno. Ja mu za „Tam i z powrotem” dziękuję.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sprawiedliwość w zakamarkach absurdu

27 kwi 2011

Wszystko, co zrobiono, aby czasy komunizmu rozliczyć, zrobiono wbrew potężnym ośrodkom medialnym. Wszystko, co zablokowano, zablokowano przy ich udziale i z ich poparciem – ocenia publicysta „Rzeczpospolitej”

Po kolejnym wyroku oczyszczającym Czesława Kiszczaka za strzały w kopalni Wujek Piotr Semka zauważył, że mamy do czynienia z kwadraturą koła. Kiedy próbuje się osądzić kogoś z bezpośrednich wykonawców, pojawia się natychmiast teza: rękę trzeba karać, a nie ślepy miecz. Ale próba karania ręki wychodzi równie nieporadnie. Udowodnienie związku między tym, że ktoś strzelał do ludzi, a tym, że miał przełożonych, jest ponad siły demokratycznego wymiaru sprawiedliwości.

W obu przypadkach mamy kłopot z dowodami, ze świadkami. Zomowców z Wujka nie można było kiedyś skazać, bo, jak stwierdzono w jednym z wielu wyroków, trzeba udowodnić związek między strzałami w tłum a konkretną śmiercią. Teraz trzeba było z kolei udowodnić związek między szyfrogramem ułatwiającym siłom porządkowym użycie broni a tym, że strzelano do ludzi.

Co prawda historyk Antoni Dudek przekonuje, że pytanie zostało źle postawione. Podstawą wyroku nie powinien być szyfrogram, lecz sama decyzja o pacyfikowaniu kopalni do końca, gdy można było zaczekać kilka dni, aż strajk sam by się wypalił. Ale kto by tam słuchał historyków. W Polsce wymierzanie sprawiedliwości uważane jest ciągle za wiedzę tajemną. Nie wolno do niej stosować takich reguł jak zdrowy rozsądek. Czy… poczucie sprawiedliwości.

Przeczytaj cały artykuł na rp.pl/opinie
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nie nazywać czarnego białym

16 mar 2011

Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego uznające stan wojenny za nielegalny to dobra wiadomość. I okazja, aby wspomnieć ciepłym słowem Janusza Kochanowskiego, rzecznika praw obywatelskich, który zginął w Smoleńsku. To on wystąpił z odpowiednim wnioskiem. Kochanowski był mądrym prawnikiem i człowiekiem o wielkim sercu.

Pomijając ludzi wciąż kochających PRL, krytycy będą podnosili dwa argumenty. Po pierwsze, że to absurd: badać zgodność działań tamtej, narzuconej władzy z jej własnym, też narzuconym prawem. Po drugie, że werdykt Trybunału grozi roszczeniami o skutkach groźnych dla naszych finansów.

Co do argumentu pierwszego: widzę paradoks. Tak się jednak składa, że ludzie rządzący PRL byli zmuszeni zachowywać pewne, z biegiem czasu coraz większe, pozory praworządności. Jedną z dróg wykazania marności ich systemu jest udowodnienie, że w razie potrzeby byli skłonni deptać także te pozory. Dlaczego z niej nie skorzystać? To nic innego, jak tylko szczera prawda.

Co do roszczeń i odszkodowań – wszystko w rękach sądów. Ale byłoby rzeczą absurdalną nazywać czarne białym, bo to może kosztować. Nie na tym polega praworządność. Ta prawdziwa – w demokratycznym państwie.

Warto przy okazji wyrazić nadzieję, że te czysto prawne formułki staną się jednym więcej argumentem w sporze moralno-politycznym. Bo nie jest tak, jak chce nam wmówić generał Jaruzelski z nowymi przyjaciółmi, czasem z dawnego obozu solidarnościowego, że stan wojenny był logicznym krokiem w kierunku demokratyzacji i wybicia się Polski na niepodległość. Nie takie były intencje komunistycznych generałów fundujących narodowi grudniowe zaskoczenie. Naturalnie, na miejscu Wojciecha Jaruzelskiego mógł się znaleźć ktoś jeszcze brutalniejszy. Ale zawsze tak jest. Wtedy Jaruzelski przyniósł po prostu Polakom mnóstwo cierpień i jeszcze więcej upokorzenia.

Stan wojenny powinien być kojarzony z zomowcami szalejącymi jak w podbitej kolonii po ulicach polskich miast. I z generałem Kiszczakiem pomagającym preparować dowody w sprawie zabicia maturzysty Grzegorza Przemyka, chłopaka wtedy młodszego ode mnie o rok. Ten wyrok, choć dotyczy suchych procedur, to skojarzenie pomaga utrwalić. I dobrze, bo ono jest prawdziwe.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Immunitet od historycznych dociekań

1 mar 2011

Sprowadzanie tez autora do absurdu bierze się stąd, że Roman Graczyk pierwszy odważył się zauważyć, iż wieloletnia gra „Tygodnika Powszechnego” z komunistyczną władzą mogła nieść ze sobą dodatkowe konsekwencje – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”.

Nie ogarnia mnie smutek, kiedy Krzysztof Kozłowski oburza się na książkę „Cena przetrwania. SB wobec „Tygodnika Powszechnego”" Romana Graczyka. Budziłby on nawet moją sympatię jako człowiek źle reagujący na nieprzyjemne wieści dotyczące jego dawnych przyjaciół. Gdyby nie to, że podobnie zachowuje się przy okazji każdej tego typu sprawy. Postawa pod tytułem: „nie będziecie nas sądzić” to trwały element jego wizerunku.

Smutek budzi „umiarkowana” krytyka, której przykładem jest dyskusja Andrzeja Friszkego i Andrzeja Paczkowskiego na łamach „Tygodnika Powszechnego”. Smutek, bo choć obaj historycy nie ciskają inwektyw, to jednak rozmawiają obok książki. Starają się wytworzyć wrażenie, że coś z nią nie w porządku, choć bardziej dyskutują ze swoim wyobrażeniem o niej, niż z zawartymi tam faktami i ocenami.

Przeczytaj cały artykuł

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Świat ułatwiony

30 gru 2010

Ostatni film Falka można rozumieć minimalistycznie: jako traktat o strasznej roli przypadku czy potędze stereotypu. Ale można go też uznać za spełnienie się wizji historii nawet nie a la „Gazeta Wyborcza”, lecz wręcz „Krytyka Polityczna” – pisze publicysta „Rzeczpospolitej

Z ciekawością szedłem na obraz Feliksa Falka „Joanna”. Lubię jego filmy. Niedawny i niedoceniony „Enen” był moim zdaniem nawet mniej opowieścią o rozmaitych spadkach po PRL, choć tak go opisali recenzenci, a bardziej traktatem o nieznanych zakamarkach ludzkiej natury.

„Joannę” recenzenci zachwalali jako nowe ujęcie tematyki wojennej. Gdy przeczytałem w „Gazecie Wyborczej” u Tadeusza Sobolewskiego, że „„Joanna” powstała jako reakcja na sytuację współczesną, gdy kwestie moralności i wiary wywleka się na sztandary, łącząc je ze zbiorowością, narodem, partią”, przygotowałem się od razu na kontrowersję. Z taką interpretacją filmu, ale być może i z samym reżyserem.

Nie zawiodłem się, film jest sugestywny, gęsty, wychodzi się z niego z bólem głowy. Niestety, tak jak „Enen”, został słabo zauważony. „Wyborcza” pochwaliła, ale nie zrobiła z niego wydarzenia. To zresztą film ascetyczny, choć chwytający za gardło. I zarazem prowokujący do sprzeciwu. W normalnym kraju taki sprzeciw byłby zaczynem ważnej debaty. W Polsce współczesnej zaginie w wojnie na etykietki i miny.

Przeczytaj cały artykuł.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop