Posts Tagged „media”<

To nasz Kapelusznik

16 maj 2012

- Nie zgrzałeś się, syneczku? – spytała mama damskiego boksera w peerelowskim kawale. Dokładnie tak wyglądają reakcje na wyczyn Stefana Niesiołowskiego.

Polityk nie pobił dziennikarki. On jej „jedynie” naubliżał. Zabawne, ale kampanię w obronie Niesiołowskiego prowadzą ci sami ludzie, którzy przez lata każde skrzywienie ust polityka, z reguły PiS, w kontaktach z mediami, uznawali za zbrodnię. Dziś nagle odkrywają, że kłopotem są podsuwane mikrofony i natrętne kamery (pojawiły się, jak wiadomo, dopiero wraz z Ewą Stankiewicz).

Wojciech Maziarski przypomina, że broniłem prawa Adama Bielana do rozmowy z wybranymi mediami. A teraz odmawiam tego prawa Niesiołowskiemu. Ale Bielan nie nawymyślał Teresie Torańskiej od platformerskich ścierw. Przeciwnie, bezskutecznie dobijał się kontaktu –  z nią i tymi, co opublikowali jego słowa w „Newsweeku”. Jak petent. W przypadku Niesiołowskiego wystarczyłby krok w tył do sejmowego hotelu i nie byłby nagabywany. On wybrał agresję, pewien swojej bezkarności. To nie jest debata o relacjach media –  politycy. To debata o nierówności. Kolejna.

Powiedzenie: Niesiołowski wybrał agresję, doprasza się dodatkowego komentarza. Obserwowałem niedawno jego występ telewizyjny –  te wytrzeszczone oczy, nagłe pokrzykiwania na innych. Politycy PO przedstawiają kolegę jako impulsywnego poczciwinę. A ja widzę dziecko z księżycowym uśmiechem wyrywające muszkom skrzydełka. Stare dziecko i coraz dziwaczniejsze.

Ale i tacy ludzie wyczuwają, co im wolno, a czego już nie. A są i koledzy, ci sprzed sejmowego hotelu, przemawiający w tonie: „Nie zgrzałeś się, Stefanku?”, i ci od późniejszych usprawiedliwień. Ktoś go zrobił wicemarszałkiem, ktoś nie widział niczego niezwykłego w tym, że człowiek, który ze śliną na wargach wygłasza monotonnie obelgi, jest reprezentantem partii rządzącej w najpoważniejszych debatach.

Pytam o to Jarosława Gowina, Antoniego Mężydłę, Bogdana Borusewicza. Pytam kolegę z NZS Grzegorza Schetynę. Poetę Rafała Grupińskiego i dawną bojowniczkę antykorupcyjną Julię Piterę. Czy towarzystwo Zwariowanego Kapelusznika nie ośmiesza i was? Ośmieszył was w końcu wasz lider, któremu wyszło pewnie z fokusów, że tym razem to nie przejdzie. Zostaliście sami z odruchem: kryć za wszelką cenę. Bo to nasz Kapelusznik!

Autor jest publicystą „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Smutny dzień dla wolności słowa

21 lip 2011

Przegrana Jarosława Rymkiewicza z Agorą przed warszawskim sądem to smutny dzień dla wolności słowa. Co strasznego powiedział poeta? Czy szefowie „Gazety Wyborczej” to spadkobiercy przedwojennych komunistów? Nawet Jacek Żakowski podnosił, że KPP to dla niego normalna partia, a z publicystyki „Wyborczej” można wysnuć podobne wnioski (ostatni przykład obrony biografii Brunona Jasieńskiego). Czy nienawidzą Polski i chrześcijaństwa? Twierdzą, że nie, ale na tyle bagatelizują znaczenie i patriotyzmu, i religii, że tego typu opinia na zdrowy rozum nie powinna ich obrażać.

Na moje argumenty padną zaraz kontrargumenty. Bo to typowy spór publicystyczny związany z walką na idee. Od takich sporów sędziowie powinni się trzymać z daleka. Taka ingerencja tylko ich ośmiesza. Jakie fakty, jakie okoliczności tu można ustalać?

Na dokładkę trafiło na gazetę celującą w ostrej publicystyce, często pisanej ad personam – żeby dotknąć, zranić, zakrzyczeć. Redakcja na Czerskiej wiele razy osądzała w sposób bardzo arbitralny intencje swoich polemistów, kojarzyła je z ich poglądami, z przynależnością, czasem prawdziwą, a czasem wyimaginowaną, do rozmaitych środowisk, czasem i z rodzinnym rodowodem. I używała lub użyczała swoich łamów dla bardzo twardych, delikatnie mówiąc – uproszczonych etykietek, typu „filozof skinów” o kulturalnym konserwatyście Ryszardzie Legutce. Właściwie każdy jej atak mógłby owocować podobnymi procesami. Jest jedna różnica: ludzie typu poety Rymkiewicza nie dysponują potężnym aparatem. Wygadany adwokat Rogowski kosztuje.

Sam ostatnio zostałem nazwany przez niemądrego publicystę „antysemitą”, bo nie zrozumiał mojego tekstu. Z kolei na łamach „Wyborczej” Monika Olejnik sugerowała mi, że nie martwię się zabijaniem Żydów w Jedwabnem. Przeszła mi przez głowę myśl: użyję drogi sądowej. Ale pomyślałem o mitrędze i o kosztach, także o złym precedensie: niezorientowany w tematyce, kierujący się formalnym prawniczym podejściem sędzia miałby orzekać, kto ma rację w skomplikowanych ideowych kontrowersjach. Skwitowałem obie wypowiedzi złośliwymi tekstami, jak przystało na dziennikarza.

Agora ma czas, ma pieniądze i nie ma skrupułów. Czy zachęca nas, żebyśmy jej zaczęli wytaczać procesy?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Film o ludziach zapomnianych

4 maj 2011

Pięć minut przed północą, choć w Święto Narodowe 3 Maja, TVP 1 przypomniała film Wojciecha Wójcika „Tam i z powrotem”. Kiedy miał premierę dziesięć lat temu, dostał nagrodę publiczności na festiwalu w Gdyni, ale przemknął przez kina tak szybko, że sam go wtedy nie zauważyłem.

Obejrzałem go kilka lat później w telewizji. Ma wszystko: obfitującą w momenty zaskoczeń, szarpiącą nerwy akcję i wybitne kreacje aktorskie – przede wszystkim Janusza Gajosa i Jana Frycza, co nie zaskakuje, bo to nasze skarby.

Ale dla mnie jest wyjątkowy z innego powodu. To pierwszy polski film, który tak intensywnie, nie na zasadzie dygresji lub kompromisów z cenzurą, zajmuje się AK-owcami, represjonowanymi, dręczonymi, a potem skazanymi na życie na marginesie peerelowskiego społeczeństwa. Przez dziesiątki lat oglądaliśmy powojenną historię z perspektywy tych, którzy komunizm poparli, a potem się ewentualnie zbuntowali. Prawie zapomnieliśmy, że byli i inni. Nawet gdy ich w końcu uczczono, na przykład za powstanie warszawskie, ich losy w za małym stopniu stały się przyczynkiem do dyskusji o PRL.

Kilka lat temu IPN wydał przegląd biografii ludzi oporu społecznego sprzed 1956 roku. Było tam sporo żołnierzy podziemia. Wystarczy spojrzeć na ich losy po roku 1956 – to nieomal bez reszty drobni urzędnicy, zaopatrzeniowcy, jeśli nauczyciele czy adwokaci, to zsyłani na prowincję. Naturalnie byli i inni, zapraszani do różnych prezydiów przez komunistyczną władzę. Oglądając oddane brutalnie przez Wójcika realia PRL, nawet nie Barejowskie, straszniejsze, właściwie trudno się dziwić ich dążeniu, aby choć na stare lata trochę pożyć. Ale byli i tacy, co odmawiali. Albo mściwa władza nie dała im szansy nawet na wybór.

Piszę do następnego numeru „Uważam Rze” o postępującej rehabilitacji PRL w mainstreamowych mediach. Także w sferze popkultury. Ale artykuły nie są najlepszą metodą opowiadania, co to jest ludzkie okrucieństwo. Nie wiem, czy Wojciech Wójcik, sprawny reżyser kina akcji, dojrzał w temacie okazję do opowiedzenia zajmującej historii. Czy włożył w nią osobiste emocje. O filmie nie było głośno, a powinno. Ja mu za „Tam i z powrotem” dziękuję.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kościół jako paprotka

13 kwi 2011

Arcybiskup Stanisław Gądecki przestrzegał 10 kwietnia w katedrze Świętego Jana najwyższe osobistości: „chory model konsumpcyjny niby wolnorynkowej wolności dusi, truje i odczłowiecza”. Więc Waldemar Kuczyński zaproszony do TVN 24 komentować mszę pogroził palcem: owieczki mogą sobie wybrać „nowych pasterzy”. Liberalne elity oburzone kazaniami Jana Pawła II podczas pielgrzymki w Polsce w 1991 roku jedynie coś takiego sugerowały. Zgroza, miał chwalić, ale nie chwalił.

Na końcu Kuczyński rzucił się na swój ulubiony temat: polska wolność jest dobra, tylko „niektóre grupy polityczne przeszkadzają”. Chodzi o PiS obsadzany w roli warchołów wkładających kij w szprychy. Ale sądziłem, że na tym się skończy.

Nie doceniłem nowych czasów. To, co starszy pan formułuje na poły aluzyjnie, inni rąbią. Katarzyna Wiśniewska wydała w „Wyborczej” wyrok: „Arcybiskup Gądecki wypożyczył język partii zainteresowanej jedynie dzieleniem, jątrzeniem, wskazywaniem winnych lub stawianiem siebie w roli ofiar czy pogardzanych bohaterów”.

Można by próbować zainteresować Wiśniewską resztą tej homilii, jednej z najwybitniejszych w ostatnim 20-leciu, fragmentami, w których arcybiskup rozważał sens cierpienia i śmierci albo przejmująco nawoływał do przebaczenia. Ale po co – ona nie widzi niczego poza doraźną polityką. Można wskazywać, że zarzuty wobec polityki były adresowane do wszystkich. Ale i to próżny trud. Zjawisko nazywane przez Wildsteina „redukcją ad pisum” to główne zajęcie „Wyborczej”.

Sprawa wykracza poza logikę bieżącej polityki. Wizja Kościoła, który „obsługuje polską wolność” i nie stawia wymagań poszczególnym wiernym ani całej zbiorowości, jest spójna. Towarzyszy jej coraz większe zniecierpliwienie progresywnych elit nie tylko PiS-em, ale wszystkimi, którzy widzą inaczej świat. To dlatego Magdalena Środa, żądająca 10 kwietnia tolerancji dla siebie, europosła PO Bogusława Sonika blokującego uchwałę narzucającego państwom proaborcyjne rozwiązania przedstawia jako oszusta (zdradził postęp).

To dlatego Jacek Żakowski w przerwach między użalaniem się nad poziomem debaty nazwał Jarosława Gowina „kołtunem”. Tym razem padło na Gądeckiego, do tej pory przedstawianego jako kościelnego liberała. Jemu wymierzono karę najsroższą: jest pisowcem. No ale po co się wychylał w takim dniu?

…………………………………………………………………………………………………………………………………….

Od redakcji rp.pl:

W sieci komentarzy, cytatów i analiz coraz trudniej się odnaleźć.

Dlatego ZAPRASZAMY DO NOWEGO SERWISU wsieci.rp.pl.

Wyławiamy z polskiej sieci internetowej tylko najciekawsze opinie. Najświeższe. Najgłośniejsze. Najbardziej kontrowersyjne. Wyciągamy na brzeg wszystko co interesujące i serwujemy w jednym miejscu i w wygodnej formie.  ZAPRASZAMY!

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Żakowski bije Dodę

30 mar 2011

Debatę nad debatą premiera z artystami w programie Marcina Mellera Andrzej Morozowski podsumował w TVN 24 w sposób najprostszy. Zwolennicy PiS potępili, zwolennicy PO pochwalili. Mój krytycyzm został wpisany w plemienny schemat.

Ale dzień później ukazał się wywiad z Jackiem Żakowskim w „Super Expressie”. A ten całkiem niepisowski publicysta debatę po prostu wyśmiał. Muzyków porównał do Dody i Mandaryny (jakiż sens rozmawiać o polityce z ludźmi niekompetentnymi?), a Mellerowi zarzucił, że „wymiękł”.

Żakowski ogłosił niby to, co ja, ale poszedł dalej. Ja zwracałem uwagę: nie traktujmy tej wymiany zdań jako protezy innych dyskusji, bo laicy, na dokładkę zapatrzeni w obóz rządowy, będą wodzeni przez premiera za nos. Żakowski zakwestionował tak naprawdę istotę demokracji. Skoro niefachowcy są w stanie rozmawiać z politykami tylko za pośrednictwem medialnych magików, ten system łatwo podważyć.

Per saldo chodzi o poczucie, że z tą debatą nie jest tak, jak być powinno. A tu już Żakowski ma swoje za uszami, bo od lat głosi (i wciela w praktyce w TVP) ideę, aby ograniczyć debatę do środowiska „Gazety Wyborczej”, „Polityki” i kilku pokrewnych. I Tusk za tym głosem idzie – na przykład tylko im udzielając wywiadów. A one nie mają interesu, aby go docisnąć – najlepszy przykład to wolta gazety Michnika w sprawie OFE. Żakowski popiera tu rząd z antyliberalnych przekonań. Ludzie z „Wyborczej” – ze strachu przed PiS. To że, inaczej niż Doda, wiedzą, o co chodzi, nie ma znaczenia.

W najnowszej „Polityce” Żakowski narzeka już na same artykuły premiera i innych polityków, żądając, by zostawili dyskurs publicystom. Co jednak począć, gdy publicyści, nie będąc Dodą ani Zbigniewem Hołdysem, piszą o rzeczywistości wyimaginowanej? Z powodów plemiennych. Żakowski wyśmiewa Jarosława Kaczyńskiego, że ujmuje się za modernizacją edukacyjną na wzór fiński, a przecież „wprowadzał mundurki i tępił Gombrowicza”. Tymczasem to nie lider PiS tępił na liście szkolnych lektur Gombrowicza, ale Roman Giertych, koalicjant obdarzony na swoim podwórku realną władzą. Pisowski następca Giertycha w resorcie edukacji chciał cofnąć tę decyzję. Z Gombrowiczem rozprawiła się zaś ekipa PO – w imię modernizacji, która każe nie przeciążać młodzieży. Doda może tego nie wiedzieć, ale Żakowski?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wajcha „Wyborczej”

14 mar 2011

Przez 20 lat mieliśmy spory mądrych z głupimi. Mazowiecki był mądry, a Tymiński głupi. Balcerowicz był mądry, a Geremek głupi. Geremek był mądry itd. Po raz pierwszy mamy wielki publiczny spór mądrych z mądrymi – wyłożył Jacek Żakowski swoją prostą niczym cep wersję historii III RP.

Można by się czepiać, dopytywać, kto w którym momencie był mądry, przypominać domorosłemu historykowi już choćby to, że Bronisława Geremka pokonał kiedyś Donald Tusk. Ale to chyba nie ma sensu. Poprzestańmy na tym, że tak właśnie, w kategorii wojny mądrych z mądrymi, jeden z głównych ideologów mainstreamu opisał obecny spór rządu Tuska z Leszkiem Balcerowiczem związany z poprawianiem reformy emerytalnej. Zrobił to na łamach „Polityki”, w rozmowie z Andrzejem Wajdą.

Ta myśl Żakowskiego, do tej pory, zwłaszcza w tej sprawie, zdecydowanego rzecznika racji rządu, co znamienne z pozycji antyliberalnych, była dygresją. Zdążył już przecież wcześniej wiele razy oskarżyć „mądrego” Balcerowicza na przemian o doktrynerstwo i liberalny populizm.

Za to zgoła niedygresyjny charakter miały apele Wojciecha Mazowieckiego, który wzywał niedawno w „Wyborczej”, aby „zakończyć ten niepotrzebny spór”. Ten publicysta nie ukrywał, że chodzi mu jedynie o odnowienie frontu antypisowskiego. Z tych pozycji fundamentalną debatę można opisać jako zadrażnienie przy stole. Skoro dotyczy samych mądrych…

I te marzenia ziściły się szybciej, niż można było przypuszczać. A w każdym razie wykonano pierwszy krok. Oto „Wyborcza” uczciła początek debaty na temat OFE komentarzem Aleksandry Klich: „Na rząd solidarnie rzuciły się więc i PiS, i SLD, i PJN, i Palikot. Rzadko słychać rozsądne głosy, jak choćby Marka Borowskiego, ekonomisty, byłego wicepremiera, że rząd nie miał innego wyjścia jak zreformowanie OFE” – orzekła komentatorka. Całość brzmiała jak wielki hymn ku czci premiera, który jej zdaniem „pokazuje ludzką twarz liberalizmu”.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kto mieczem wojuje…

27 lut 2011

Gdyby Komorowski następował po Kwaśniewskim, nie wiem, czy wypatrywano by tak gorliwie, jak używa parasola albo czy siada przed swoimi gośćmi czy po nich – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”

Szef prezydenckiej kancelarii Jacek Michałowski żali się, że dyplomację kolejnego szczytu weimarskiego przysłonił incydent z parasolem, którego Bronisław Komorowski nie rozpostarł nad głową Nicolasa Sarkozy’ego. To żal autentyczny. Pewien czołowy polityk Platformy Obywatelskiej mówił to samo autorowi niniejszego tekstu, dodając pełne goryczy rozważania na temat braku powagi stabloidyzowanych mediów.

Już w czasie kampanii prezydenckiej publicystka „Gazety Wyborczej” Dominika Wielowieyska postawiła śmiałą tezę, że mamy do czynienia z akcją poniżania Bronisława Komorowskiego (przykładem było parę programów satyrycznych i kilka wypowiedzi – jednak głównie internautów). Teraz na alarm biją i inni. Znany bloger Azrael żądał ostatnio ode mnie i od Bronisława Wildsteina reagowania na brutalne traktowanie obecnego prezydenta.

Najmocniej tę myśl wyłożyła Monika Olejnik, dziennikarka TVN24 i Radia Zet. W wywiadzie dla Piotra Najsztuba we „Wprost” oznajmiła: „A tak na marginesie, jak Piotr Zaremba mówi, że zbudowano przemysł nienawiści wobec Lecha Kaczyńskiego, to ja pytam Piotra Zarembę, co zbudowano w stosunku do Bronisława Komorowskiego, który raptem parę miesięcy jest prezydentem? Zaremba by powiedział, że to jest niewspółmierne do tego, co zrobiono Lechowi Kaczyńskiemu, że tam niesłusznie, a tu słusznie. Mogłam się nie zgadzać z prezydentem, ale zawsze go szanowałam”.

Redaktor Olejnik odpowiedziała właściwie za mnie, ale spróbuję mówić własnym głosem. Nie jestem wyznawcą PiS-owskiej wizji historii, wedle której całkiem bezbronna partia została brutalnie zaatakowana podczas kampanii 2005 roku (Jarosław Kaczyński wskazuje nawet konkretną datę), co stało się początkiem jej bezprzykładnych cierpień. Nasza polityka jest brutalna z powodu decyzji obu stron konfliktu. W kampanii 2005 ważną rolę odegrała wrzutka dotycząca „dziadka z Wehrmachtu”. A na początku 2006 szczególnie istotny był cykl wystąpień prezesa PiS przedstawiających PO jako emanację układu.

A jednak odpowiem Monice Olejnik: tak, to, co spotyka dziś Bronisława Komorowskiego, jest wciąż niewspółmierne do tego, co spotykało Lecha Kaczyńskiego.

Przeczytaj cały artykuł na rp.pl/opinie
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop