Posts Tagged „MAK”<

Czy Polacy wybaczą premierowi

19 sty 2011

Premier dokonał wyboru. Mógł zacząć wystąpienie przed Sejmem od polemiki z rosyjską wersją smoleńskiej tragedii. Zacierając przykre wrażenie z wcześniejszej konferencji, kiedy kłamliwy (w świetle ustaleń komisji Millera) raport MAK nazwał zaledwie „niekompletnym”.

Zaczął od polemiki z PiS-owską opozycją i poświęcił jej przeważającą większość informacji. Może być wzburzony oskarżeniami Antoniego Macierewicza o „zaprzaństwo” albo okrzykami z galerii: „Zdrada!”. Ale ponad jego wrażliwością powinna być polska racja stanu. A racją stanu nie było, broń Boże, zacieranie prawdy. Ale było zatroszczenie się, aby nie wygrała skrajnie jednostronna rosyjska narracja. A ona dominowała przez wiele miesięcy.

Premier, broniąc konwencji chicagowskiej jako podstawy badania katastrofy, użył sformułowania: „Lepiej było znać prawdę, a nie mieć wojny, niż nie znać prawdy i mieć wojnę”. To alternatywa pozorna. Upieranie się przy prawdzie nie musi być drogą do wojny, nawet w przenośni. Gdy Tusk głosi, że nie można było równocześnie wskazywać Rosji jako sprawcy i żądać, aby oddała śledztwo, mija się z prawdą. Gra toczyła się w pierwszych dniach po katastrofie, kiedy spiskowe teorie jeszcze się nie wykluły, a graczem był polski rząd kokietowany przez Putina. Nie wiem, czy Tusk mógł ugrać więcej, ale powinien próbować grać, choćby o umowę z 1993 roku, która dawała Polakom wspólne dochodzenie, a więc prawo weta wobec raportu. Czy próbował? Nie powiedział o tym ani słowa.

Można mieć żal do polskiego rządu nawet o to, że przez miesiące nie wypuścił przecieku, który upowszechniłby wiedzę o zachowaniu się rosyjskich kontrolerów. Przecież z instytucji, które zajmowały się badaniem, ciekły inne wieści: o zachowaniu się pilotów czy generała Andrzeja Błasika. Oddzielnym problemem są wspomniane uwagi o „niekompletnym raporcie”. Tusk widzi jedno pole: zmagań z PiS. Zmagania z sąsiadem, choćby dyplomatyczne, uważa chyba za zbędną ekstrawagancję, bo o nich nie wspomina.

Opozycja używa słów mocnych, czasem zbyt mocnych. Nie zmienia to faktu, że w zasadniczych sprawach ma rację w 100 procentach. Potrzebna jest komisja śledcza, potrzebna jest sejmowa uchwała odrzucająca rosyjską narrację i potrzebne są dymisje wysokich urzędników. O żadnej z tych kwestii Tusk nie mówił.

Może uważa, że polaryzacja PO – PiS to jedyna pewna recepta na jego polityczną egzystencję. Może za wiele zainwestował w polepszenie polsko-rosyjskich stosunków. Zawsze rozpoznawał społeczne nastroje. Tym razem chyba się z nimi rozmija. Ale może uważa, że Polacy znów mu wybaczą, że nadal się zadowolą zapasami ze „złym Kaczyńskim”. Nawet jeśli się nie pomyli, nie jest to kalkulacja godna męża stanu.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Premier we mgle

17 sty 2011

Nie poddajmy się szaleństwu” – przestrzega w poniedziałkowej „Gazecie Wyborczej” Paweł Wroński. W jakiej sprawie grozi nam szaleństwo? Naturalnie w smoleńskiej.

Gdy się w przestrogi publicysty wczytamy, dowiemy się, że nawet komisja statecznego ministra Jerzego Millera może – teoretycznie – w to szaleństwo popaść. „O ile tylko wejdzie w logikę: „czyje na wierzchu” i „bronimy naszych”". Już dziś ulegają jej jakże liczni „politycy i publicyści”, a „Wyborcza” studzi gorące głowy. I wytycza, jak zwykle, granice. Między tym, co jeszcze nie jest szaleńcze, a tym, co już jest.

Nie wiemy tego wszakże do końca. Czy ulega szaleństwu na przykład polityk PJN Paweł Kowal, który zażądał niedawno zbadania, w jakich okolicznościach premier Donald Tusk podjął decyzję o zastosowaniu konwencji chicagowskiej zaraz po katastrofie. Z jakich ekspertyz prawnych korzystał, czyich rad słuchał? Co tak naprawdę wiedział, a czego nie. Między czym a czym wybierał? Taka wiedza nie jest prywatną własnością szefa rządu.

„Wyborcza” okoliczności tego zdarzenia nie zna, ale ma wyrobione zdanie. Nie wpływają na nie nowe fakty ani oceny. „Premier nie poszedł 10 kwietnia na wojnę prawną z Rosjanami. Może ocenił, że siłą im dowodów nie wydrze, że lepsza jest taktyka „po dobroci” wsparta razgaworami z naczalstwem” – napisała z kolei Ewa Milewicz w sobotniej „Gazecie Wyborczej”. Po czym spytała „polityków i publicystów” atakujących Donalda Tuska za przyjęcie konwencji chicagowskiej, jak inaczej Polacy mieliby wejść w posiadanie ważnych dowodów. Na przykład nagrań kontrolerów ze smoleńskiej wieży.

Przeczytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Triumf rosyjskiej narracji

13 sty 2011

Szansą na ujawnienie wszystkich wątków rosyjskiej i polskiej odpowiedzialności za katastrofę byłaby sejmowa komisja śledcza. Miałaby istotną zaletę: jawność – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”

Polski prezydent spowodował katastrofę samolotu – taki jest przekaz światowych mediów po raporcie MAK. „Podpity generał zmusił pilotów do lądowania” – napisał springerowski „Bild”. W nadzwyczajnej „Loży prasowej” w TVN 24 dziennikarz „Gazety Wyborczej” Paweł Wroński zasmucił się siłą i powszechnością tego przekazu. Chwilę wcześniej jednak sam oświadczył przed kamerami: „raport rosyjski był dość rzetelny”.

Jaka narracja miałaby zatriumfować jak nie rosyjska? „To nie rosyjscy kontrolerzy trzymali stery polskiego samolotu” – pisze Jarosław Kurski w komentarzu redakcyjnym tej gazety na pierwszej stronie. I co prawda w środku gazety znajdujemy rzetelny zestaw „ułomności” rosyjskiego raportu pióra Wacława Radziwonowicza. Pytanie tylko, co będzie lepiej widać: czy analizę szczegółów, czy komentarz wicenaczelnego czołowej gazety. Także z perspektywy zagranicy.

Te ułomności to w istocie sprawy najbardziej fundamentalne. To przede wszystkim pytanie, czy Rosjanie mogli i chcieli zamknąć lotnisko. Wiemy, że chcieli tego niektórzy kontrolerzy z wieży i wiemy, że sprzeciwiła się Moskwa.

Przyjmijmy na chwilę nawet umiarkowaną wersję akredytowanego przy MAK Edmunda Klicha, który długo unikał zwady z Rosjanami: cała historia to splot różnych okoliczności, wina jest podzielona, ale wyjęcie nawet jednego czynnika mogłoby uratować 96 polskich obywateli na czele z prezydentem. Także w takiej sytuacji raport niepełny jest po prostu raportem kłamliwym.

A skądinąd teza: 80 procent winy polskiej, 20 procent rosyjskiej, jak powtarzali mechanicznie niektórzy komentatorzy, kompletnie mnie nie przekonuje. Łatwiej dowieść presji na kontrolerów niż wyciskanych ze strzępów stenogramów i wątpliwych psychologicznych analiz nacisków na polską załogę. Ale dla „Wyborczej” to ta druga kwestia jest bardziej oczywista.

Nie tylko dla „Wyborczej”. W pierwszym odruchu ważna poseł PO, rzecznik prasowy klubu Małgorzata Kidawa-Błońska powiedziała o raporcie to samo co Wroński: „Jest dość rzetelny”. Co gorsza, szef MSWiA Jerzy Miller, szef polskiej komisji, ogłosił swój „lekki niedosyt”, a polskie uwagi do raportu przedstawił jako coś niezobowiązującego, co raczej uzupełnia rosyjski raport, niż jest warunkiem poznania prawdy.

Przeczytaj cały artykuł na rp.pl
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop