Dopuszczając po wyborach możliwość podjęcia prac nad związkami partnerskimi, opowiadając o nieklękaniu przed księdzem, Donald Tusk postawił na lifting antykonserwatywny – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”.
Początek prezydencji przyćmił w Polsce wszystko, więc i mało kto zauważył zeszłopiątkowe głosowanie nad przesłaniem do komisji obywatelskiego projektu całkowicie zakazującego aborcji. Tymczasem nie tylko nie udało się go odrzucić w pierwszym czytaniu, ale też stało się to za sprawą 69 posłów PO, którzy głosowali za dalszymi pracami – razem z PiS, PJN i PSL.
Tylne rzędy
Projekt prawem się w tej kadencji nie stanie, lecz chodzi o symbolikę. Rozwścieczyło to więc lidera Platformy. Donald Tusk na posiedzeniu zarządu partii swoją złość wyładował na Tomaszu Tomczykiewiczu. Szef Klubu PO nie pozwolił na wprowadzenie dyscypliny, uważając – słusznie, nawet jeśli politolog Jacek Kucharczyk wieszczy „klękanie przed biskupem” – takie decyzje za kwestię sumienia.
Podział w tej sprawie nie był oczywisty. Przed głosowaniem SLD pytał retorycznie, ile jest w PO Bartosza Arłukowicza, a ile Jarosława Gowina. Ale Gowin, opisywany czasem jako lider platformerskich konserwatystów, był nieobecny i nie wiadomo, jak by głosował. Uważa on bowiem, że forsowanie całkowitego zakazu aborcji rozpęta falę antyklerykalizmu, który skończy się zmianą ustawy antyaborcyjnej w drugą stronę. Z tych powodów nie wszyscy oponenci dalszych prac nad obywatelskim projektem muszą być zwolennikami aborcji na życzenie.







