Na europejski rozdział w konstytucji zgodziły się początkowo wszystkie partie, łącznie z Platformą Obywatelską. Ale też od początku duch tych zmian był podważany przez ekspertów rządowych, zwłaszcza reprezentujących aparat MSZ.
Było też jasne, że kompromisem nie jest zainteresowany premier Donald Tusk, jako lider najsilniejszej partii, czyli PO, ale i jako zwierzchnik rządowej biurokracji patrzącej nieufnie na te przepisy. Najpierw blokował ich przyjęcie. A gdy nie dało się ich blokować bez końca, nakłonił posłów Platformy, aby zgłosili do własnego projektu poprawki zrywające porozumienie.
Z kolei jednak w Komisji przedstawiciele wszystkich innych partii, a nawet przewodniczący Jarosław Gowin, współtwórca kompromisu, te poprawki odrzucili. Wytworzył się pat. PO nie jest w stanie przeforsować w całym Sejmie swoich zmian. Ale większość popierająca pierwotną wersję nie przepchnie z kolei całego projektu – wymaga on większości dwóch trzecich.
Gdyby mierzyć wartość tego projektu samymi okolicznościami jego powstania, to trzeba powiedzieć, że marnowana jest bezcenna okazja na wynegocjowanie w jakiejś sprawie szerokiego międzypartyjnego porozumienia chwalonego na dokładkę przez wielu ekspertów. Aktywnymi współtwórcami tego porozumienia byli posłowie PiS: Karol Karski i Kazimierz Ujazdowski, i to pomimo że Komisja nie przyjęła wszystkich ich propozycji – z najważniejszą, poddaniem tak zwanego wtórnego prawa unijnego kontroli polskiego Trybunału Konstytucyjnego, na czele.
Trzeba to sobie wyraźnie i dobitnie powiedzieć: fakt, że to porozumienie jest zrywane, to decyzja Platformy. A nawet nie całej Platformy, skoro jej posłowie za nim głosowali, a najwęższe jej kierownictwo.







