Posts Tagged „kampania wyborcza”<

ABC medialnej demokracji

20 wrz 2011

Czy Jarosław Kaczyński powinien się pokazywać w kampanii z młodymi kobietami? A młode kobiety na billboardach PiS? Sypią się komentarze, często złośliwe.

Organizatorom PiS-owskiej kampanii warto przypomnieć, że przesada szkodzi. Jeśli amatora krwawych polowań (to nie aluzja do prezydenta) chcemy nagle przedstawić jako miłośnika kwiatków, trzeba to zrobić w sposób naturalny. Kaczyński wędrował do tej pory po kraju w towarzystwie siermiężnych działaczy w garniturach, zmiana towarzystwa mu nie zaszkodzi.  Ale zmiana subtelna.

Jednocześnie, gdy czytam, że prezes PiS „uwłacza kobietom”, też widzę w tym przesadę. Kaczyński zrobił więcej niż którykolwiek lider w Polsce (poza nowym PJN i Ruchem Palikota), aby zaprezentować nową twarz partii. Nie jest teatrem wystawienie na listach ekspertów i ludzi, którzy mają osiągnięcia poza światem polityki. Jednym z elementów tego „nowego PiS” jest chwalenie się młodymi ludźmi na listach. Powiązane z próbą pozyskania młodych wyborców, co w jakimś stopniu już stało się faktem.

Formy tego chwalenia się bywają zbyt teatralne: zobaczcie, jesteśmy inni, niż myślicie. Ale żądanie, aby ci młodzi kandydaci (no dobrze, kandydatki) wysyłali równie klarowne sygnały jak nieodżałowanej pamięci Grażyna Gęsicka, trochę mnie śmieszy. Sylwia Ługowska jako kandydatka do Sejmu udzieliła kilku sensownych wypowiedzi. Mnie to wystarczy.

Może stąd moja wyrozumiałość, że mamy do czynienia z partią ganioną przez mainstream za wszystko. PiS za stary – źle. Za młody – źle. Bez kobiet – źle. Z kobietami – jeszcze gorzej. Inna sprawa, że prezes powinien sobie przypomnieć, jak srogo rozliczał swą kampanię prezydencką. A teraz Smoleńsk ukryty, a na pierwszym planie znowu „ładne buzie”. Bo takie jest ABC medialnej demokracji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Spokojny Kaczyński, czyli PO w kłopocie

28 sie 2011

Gdyby chcieć podsumować dotychczasową kampanię PiS, wystarczy jedno zdanie: partii udaje się schodzić z linii strzału.

Kolejne wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego, w ostatnią sobotę na konwencji we Wrocławiu, są twarde, ale spokojne. Trudno z nich wybrać jedno, dwa kontrowersyjne zdania, nad którymi potem pastwiliby się politycy PO, a media elektroniczne powtarzały do znudzenia w formie prześmiewczych dżingli.

Kaczyński zbyt często brał na siebie rolę najbardziej zadziornego polityka własnej partii. Tym razem tego nie robi. Prawie nie krzyczy. To problem dla twórców kampanii PO. Muszą znaleźć coś, co szczególnie wystraszy chwiejnych wyborców, jak w 2007 roku. Coś, co zachęci ich, aby w ogóle poszli do urn. Na razie o takie bodźce nie jest łatwo. Stąd narastająca nerwowość po tamtej stronie. Rolę zastępczych tematów gra a to ultymatywne żądanie prowadzenia debat, a to wpadki pisowskich harcowników, jak słowa rzecznika Adama Hofmana o „chłopach”. Każda ostrzejsza wypowiedź Kaczyńskiego o rządzie jest traktowana jak nietakt. Wszyscy jednak czują, że ten chór oburzenia jest jakiś wymęczony, a przykłady potknięć – wyolbrzymione, podgrzewane na siłę. Jeśli PiS, a przede wszystkim jego lider utrzyma się w tej roli, może nie wygra (chyba nie gra o zwycięstwo), ale uczyni przewagę Platformy niewielką, problematyczną.

Było raczej jasne, że o ile część rozgorączkowanych zwolenników Kaczyńskiego nigdy nie pojmie, że takie są żelazne prawa polityki, o tyle on sam pójdzie tą drogą. Jak przystało na polityka. Czy może zostać z tego kierunku wytrącony? Naturalnie, tak. Może wrócić do starych nawyków i może też zostać na różne sposoby sprowokowany. Bo możliwości jego medialnych wrogów są olbrzymie.

Mowa o opakowaniu, a nie o treści kampanii, ale przy takiej dysproporcji sił między rządzącymi a opozycją trudno odróżnić jedno od drugiego. Dziś już widać gołym okiem słabości PiS, zwłaszcza w dziedzinie tematyki gospodarczej, ale i jego atuty – z lepszego niż przed czterema laty składu poselskich list wyłania się zarys precyzyjniejszego programu w wielu dziedzinach. Ale trzeba sobie szczerze powiedzieć: ostateczny efekt mniej będzie zależał od tego. Bardziej zaś od mocnych nerwów w końcówce. Kto dobrze życzy opcji narodowo-konserwatywnej w Polsce, powinien się modlić o spokojną kampanię.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Debat i tak się nie uniknie

21 sie 2011

Otwierając swoje kampanie na konwencjach w amerykańskim stylu, obie partie opozycyjne, PiS i SLD, wykonały plan minimum. Jarosław Kaczyński rozgrzał do białości emocje swoich ludzi, bez wpadek, na które poluje PO. A Grzegorz Napieralski przypomniał gromko: my jeszcze żyjemy.

Sztab Platformy każdy fragmencik batalii rozgrywa jak mecz szachów. Zgłoszony  w sobotę przez Donalda Tuska pomysł debat miał przykryć konwencję PiS. Konwencji SLD przeciwstawiono z kolei zlot odstępców, którzy mają szukać lewicowych ideałów w podobno prawicowej partii rządzącej. Te manewry, chyba zbyt toporne, nie zakończyły się pełnym sukcesem.

Obie konwencje pokazały, co będzie głównym tematem kampanii: rozliczanie rządu z polityki gospodarczej, ze stanu finansów. To naturalne w sytuacji światowego kryzysu  i naszego gigantycznego zadłużenia. Opozycja ma prawo pytać o to zadłużenie i o środki zaradcze: to ministrowie mają w dłoniach narzędzia. Wiele opozycyjnych zarzutów cząstkowych jest prawdziwych: od odpowiedzialności rządu za stan infrastruktury po pytanie, dlaczego Tusk nie odniósł się do podziału Europy na „dwie prędkości”.

Warto jednak przypomnieć opozycji: i dla niej kończy się pewien czas. W parlamencie mogła chować się za rolę recenzenta. Teraz idzie do władzy. Formułka Jarosława Kaczyńskiego: „wiemy, skąd wziąć pieniądze i na co je wydawać”, może być dobra na początek kampanii. W ciągu następnych tygodni wielu wyborców będzie się chciało tego dowiedzieć. Nie da się uniknąć debat, nawet jeśli na starcie premier zgłasza je jak ultimatum.

Ale też nie spodziewajmy się po tych debatach magicznego klucza. Prawdziwe różnice między PO, PiS i SLD  w receptach gospodarczych ostatnio raczej się zmniejszyły. Jedni uznają to za świadectwo braku reformatorskiej odwagi całej klasy politycznej, inni – uznania przez nią społecznych realiów.

Największy rzeczywisty spór między partiami dotyczy wymiaru sprawiedliwości, edukacji, stosunku do wartości, do instytucji państwa, a o tym w kampanii będzie się mówiło mało. Nawet jeśli PiS byłby zdolny po wyborach do odważnych, trudnych ruchów ratujących nasze finanse, nie zadeklaruje tego teraz. Bo próbuje wygrać na gniewie ludu. W tym sensie zagłosujemy bardziej na osobowości, którym ufamy, niż na kompleksowe programy walki z kryzysem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop