Posts Tagged „Jarosław Kaczyński”<

Kultura nielojalności

16 lis 2011

Polska kultura polityczna stała się kulturą już nawet nie plotki, ale sprzedawanej z rozmysłem nielojalności.

Otoczenie Donalda Tuska puszczało w świat smaczne opisy rozmów premiera w cztery oczy z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Cezary Michalski uznał,  że istotą jego publicystyki powinny być opowieści o prywatnych wypowiedziach i słabościach jego dawnych znajomych. A Janusz Palikot oparł na kompromitowaniu kolegów z PO swą kampanię promującą nową partię. Kampanię skuteczną.

Ale nawet na tym tle Michał Kamiński  to ktoś wyjątkowy. Sprzedając coraz  drastyczniejsze szczegóły swojego  wieloletniego „pożycia” z Jarosławem Kaczyńskim (w tym tygodniu we „Wprost”, ale to serial), przypomina byłą żonę znanej postaci, która ma tylko jedną szansę, aby istnieć. Musi powiedzieć jeszcze więcej: już nie tylko nie ścielił łóżka, ale bekał przy posiłkach, wiecznie pijana świnia, choć niby znany aktor (albo literat).

Sam znam niejedną anegdotę o wadach prezesa PiS. Przez lata, gdy próbowałem rozmawiać o nich z najgorliwszymi dziś krytykami, napotykałem mur niezrozumienia. Jedni „nie wierzyli”. Inni przekonywali, że owszem, ale no wie pan… Kamiński każdą uwagę zbywał kiedyś krzykiem o knowaniach establishmentu przeciw wielkiemu człowiekowi.

Można by mu dziś tłumaczyć, że o zamiłowaniu prezesa do Stalina napisano już przed nim wszystko. Albo zwrócić uwagę, że opowiadając o Kaczyńskim jako kolekcjonerze plotek, zestawia siebie samego z brukselskimi burdelami w sposób, który dla jego żony powinien być niepokojący. Ale po co, Kamiński już dawno przekroczył bramę z napisem „obciach”, wierząc, że jedynym prawem, jakie tu obowiązuje, jest prawo popytu i podaży.

A opowieści ludzi, którzy twierdzą, że to sympatyczny Misio skrzywdził ich donosami do „złego Kaczora”? Chyba czas na solidną Misiową sylwetkę. Z dużą porcją ujawnionych tajemnic.

W jednym ma on niestety rację: to się sprzedaje. Pytanie jak długo. Misio ma pewnie jeszcze w rękawie ze dwie karty, ale co potem? Kaczyński będzie we wszystkich podręcznikach, jak tylu innych ludzi „z rozdętym ego i potężnymi kompleksami”. Po Kamińskim pozostanie może moja sylwetka gdzieś w prasie. Albo i to nie, bo wcale mi się nie chce jej pisać.

Autor jest publicystą tygodnika „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kaczyński – więzień własnego wizerunku

21 paź 2011

Debaty o centrowości PiS są równie odwieczne co jałowe.

Z jednej strony Kaczyńskiego rozliczają media, które łączą zachowawczość w obronie establishmentu z cielęcym zachwytem nad antykapitalistycznymi ruchawkami. Z drugiej zaś, sama ta partia, stając się tematem, ba, uczestnikiem takich rozważań, kręci na siebie bat. Centrowym (precyzyjniej – umiarkowanym) lub skrajnym jest się lub nie.  Ale nie dekretuje się tego.  To śmieszne.

Gdy spojrzeć na program, PiS wydaje się partią niezbyt skrajną. Można uznawać niektóre fragmenty tego programu za puste, niewykonalne, ale realnego radykalizmu w nim niewiele. Ci, którzy za skrajny uważają pomysł twardej walki z korupcją czy obronę narodowego interesu, wystawiają świadectwo sobie. Rzeczywiście na przesuwającej się coraz szybciej mapie polityki europejskiej upór, aby trwać przy tradycyjnej wizji moralności czy rodziny, robi dziś z polityka ekstremistę. Ale to świat zaczął szaleć, nie PiS.

Kłopot był zawsze z retoryką. Z przekonaniem Kaczyńskiego, że trzeba się dzielić z publicznością każdym publicystycznym odkryciem. I z pokusą, aby po wyborach dopieszczać rzeczywistych radykałów uznających w nim jedyną ostoję polskości, a potem, na ogół dopiero w kolejnej kampanii, dbać o resztę. To czyni z prezesa strażnika zwartego elektoratu i człowieka, który nie jest w stanie sięgnąć po arytmetyczną większość. Kaczyński staje się więźniem własnego wizerunku, resztę dodają niecierpiące go środowiska.

Można się zastanawiać, czy spokojniejsza prawica przetrwałaby łatwiej. Może tak, bo lepiej docierałaby do różnych grup, o których prezes przypomina sobie przy okazji wyborów. A może nie, bo jej opór wobec liberalno-lewicowego mainstreamu byłby słabszy.

Dzisiejszy Kaczyński usiłuje się po kolejnej porażce zachowywać spokojnie. Co więcej, wyjąwszy kilka wpadek, racjonalna była też jego kampania.

Ale wpadki były bolesne, a ludzie postrzegają jego linię jako ciąg zygzaków. Na dokładkę dziś przychodzi się Kaczyńskiemu zmagać z kolejną grupą niezadowolonych polityków PiS, którzy ze Zbigniewem Ziobrą na czele kokietują radykalne skrzydło pisowskiego elektoratu.  Ich diagnozy są chybione. Lecz niepokój o stan prawicy brzmi sensownie. Co Kaczyński z tym zrobi? Pokładanie nadziei jedynie w ekonomicznym kataklizmie to fałszywa droga.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Partia trwałej mniejszości?

11 paź 2011

Przypomnienie, że mamy w Polsce system społeczno-politycznej nierównowagi, wywołuje furię mainstreamowych komentatorów. Następuje wtedy natychmiast nerwowe licytowanie się tytułami gazet i nazwami telewizyjnych stacji mające dowieść, że przeciwnie – mamy do czynienia ze stanem symetrii. A przecież taka nierównowaga występowała w wielu systemach jak najbardziej demokratycznych i wolnorynkowych. To nie ocena, to opis.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Partia polskich katolików

26 wrz 2011

Czy Jasna Góra zaangażowała się w kampanię prezesa PiS? – pyta „Gazeta Wyborcza” rzecznika prasowego klasztoru Paulinów, ale i czytelników. Chodzi o wizytę Jarosława Kaczyńskiego w Częstochowie. Polityk ten przedstawił tam swoją diagnozę: „Pewna niewielka, ale wpływowa grupa przeprowadza najpotężniejszy w ciągu tych 22 lat atak na fundamentalne wartości”.

Pytanie „Wyborczej” jest retoryczne, ona już wydała wyrok. Kaczyński przestrzega przed zagrożeniem wartości, liberalne media przestrzegają przed Kaczyńskim, a w tle pojawia się debata na temat „wykorzystywania kościołów do kampanii wyborczej”.

TVN-owski program „Czarno na białym” podpatrzył kilku posłów PiS wygłaszających prelekcje we wrocławskich świątyniach lub w pomieszczeniach przy świątyniach. Postawiono im – choćby jednemu z bardziej umiarkowanych w ideowych kwestiach parlamentarzystów Kazimierzowi Ujazdowskiemu – ciężki zarzut: instrumentalnego traktowania religii.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

ABC medialnej demokracji

20 wrz 2011

Czy Jarosław Kaczyński powinien się pokazywać w kampanii z młodymi kobietami? A młode kobiety na billboardach PiS? Sypią się komentarze, często złośliwe.

Organizatorom PiS-owskiej kampanii warto przypomnieć, że przesada szkodzi. Jeśli amatora krwawych polowań (to nie aluzja do prezydenta) chcemy nagle przedstawić jako miłośnika kwiatków, trzeba to zrobić w sposób naturalny. Kaczyński wędrował do tej pory po kraju w towarzystwie siermiężnych działaczy w garniturach, zmiana towarzystwa mu nie zaszkodzi.  Ale zmiana subtelna.

Jednocześnie, gdy czytam, że prezes PiS „uwłacza kobietom”, też widzę w tym przesadę. Kaczyński zrobił więcej niż którykolwiek lider w Polsce (poza nowym PJN i Ruchem Palikota), aby zaprezentować nową twarz partii. Nie jest teatrem wystawienie na listach ekspertów i ludzi, którzy mają osiągnięcia poza światem polityki. Jednym z elementów tego „nowego PiS” jest chwalenie się młodymi ludźmi na listach. Powiązane z próbą pozyskania młodych wyborców, co w jakimś stopniu już stało się faktem.

Formy tego chwalenia się bywają zbyt teatralne: zobaczcie, jesteśmy inni, niż myślicie. Ale żądanie, aby ci młodzi kandydaci (no dobrze, kandydatki) wysyłali równie klarowne sygnały jak nieodżałowanej pamięci Grażyna Gęsicka, trochę mnie śmieszy. Sylwia Ługowska jako kandydatka do Sejmu udzieliła kilku sensownych wypowiedzi. Mnie to wystarczy.

Może stąd moja wyrozumiałość, że mamy do czynienia z partią ganioną przez mainstream za wszystko. PiS za stary – źle. Za młody – źle. Bez kobiet – źle. Z kobietami – jeszcze gorzej. Inna sprawa, że prezes powinien sobie przypomnieć, jak srogo rozliczał swą kampanię prezydencką. A teraz Smoleńsk ukryty, a na pierwszym planie znowu „ładne buzie”. Bo takie jest ABC medialnej demokracji.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Zadbajmy o historię

18 wrz 2011

Jarosław Kaczyński zaapelował do premiera o zapewnienie historii na powrót godnego miejsca w liceach. Odpowiedziała w blogu Katarzyna Hall: to dotychczasowy system nie sprzyjał prawidłowemu nauczaniu historii.

Bo po reformie Handkego jej kurs upchnięto w dwa trzyletnie cykle  – w gimnazjum i w liceum. Nauczyciele musieli się spieszyć, nie zdążali z historią najnowszą. To, zdaniem minister, było powodem zniechęcenia młodzieży do tego przedmiotu, zatem rzadkiego wybierania go na maturze.

Brzmi przekonująco. Tylko co MEN wprowadza w zamian? Jeden kurs historii przez trzy lata gimnazjum i pierwszy rok liceum. Rozstają się z nim więc uczniowie siedemnastoletni, a po przesunięciu wieku maturzystów – szesnastoletni.

A co potem? Przez dwa lata rozszerzony kurs dla nielicznych, zainteresowanych zdawaniem historii. Nielicznych, bo wbrew temu, co twierdzi pani minister, młodzież nie garnie się do matury z tego przedmiotu nie z powodu fobii przed nim, a dlatego, że uczelnie rezygnują z niego na egzaminach wstępnych.

A co dla większości? Dwuletni przedmiot „historia i społeczeństwo”. Tematy do wyboru: w jednej szkole można uczyć tylko o gospodarce, w drugiej  – o kobiecie i rodzinie, w trzeciej  – o narodowych bohaterach. Znając niechęć wpływowych środowisk wobec tradycyjnej „męskiej” historii, wybór tego ostatniego bloku tematycznego może być już niedługo aktem odwagi. A przecież historia to przedmiot szczególny. Służący, jak to ujmują politycy PiS, wyrobieniu odpowiedzialności za narodową i państwową wspólnotę.

Powiedzmy już, że godzimy się z ogólnym kierunkiem zmian, obciążonych gigantycznymi wadami. Nawet w takim przypadku można było godziny historii w drugiej i trzeciej klasie poświęcić  powtórzeniu, może w nowej, atrakcyjniejszej formie, dziejów najnowszych Polski. Jak wynika z badań, młody  Polak uznaje je za najważniejsze,  bo kojarzą mu się z jego życiem. Albo powiązać historię z wiedzą o społeczeństwie, czyli wychowaniem obywatelskim. W sam raz dla ludzi, którzy wchodzą w dorosłość.

Takie recepty przedstawiali sygnatariusze listu humanistów pod wodzą  prof. Andrzeja Nowaka. Przywiązani  do starego modelu, ale gotowi na kompromis. Ale MEN debaty nie chciał.  A młodzież będzie miała postmodernistyczne pogadanki.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Spokojny Kaczyński, czyli PO w kłopocie

28 sie 2011

Gdyby chcieć podsumować dotychczasową kampanię PiS, wystarczy jedno zdanie: partii udaje się schodzić z linii strzału.

Kolejne wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego, w ostatnią sobotę na konwencji we Wrocławiu, są twarde, ale spokojne. Trudno z nich wybrać jedno, dwa kontrowersyjne zdania, nad którymi potem pastwiliby się politycy PO, a media elektroniczne powtarzały do znudzenia w formie prześmiewczych dżingli.

Kaczyński zbyt często brał na siebie rolę najbardziej zadziornego polityka własnej partii. Tym razem tego nie robi. Prawie nie krzyczy. To problem dla twórców kampanii PO. Muszą znaleźć coś, co szczególnie wystraszy chwiejnych wyborców, jak w 2007 roku. Coś, co zachęci ich, aby w ogóle poszli do urn. Na razie o takie bodźce nie jest łatwo. Stąd narastająca nerwowość po tamtej stronie. Rolę zastępczych tematów gra a to ultymatywne żądanie prowadzenia debat, a to wpadki pisowskich harcowników, jak słowa rzecznika Adama Hofmana o „chłopach”. Każda ostrzejsza wypowiedź Kaczyńskiego o rządzie jest traktowana jak nietakt. Wszyscy jednak czują, że ten chór oburzenia jest jakiś wymęczony, a przykłady potknięć – wyolbrzymione, podgrzewane na siłę. Jeśli PiS, a przede wszystkim jego lider utrzyma się w tej roli, może nie wygra (chyba nie gra o zwycięstwo), ale uczyni przewagę Platformy niewielką, problematyczną.

Było raczej jasne, że o ile część rozgorączkowanych zwolenników Kaczyńskiego nigdy nie pojmie, że takie są żelazne prawa polityki, o tyle on sam pójdzie tą drogą. Jak przystało na polityka. Czy może zostać z tego kierunku wytrącony? Naturalnie, tak. Może wrócić do starych nawyków i może też zostać na różne sposoby sprowokowany. Bo możliwości jego medialnych wrogów są olbrzymie.

Mowa o opakowaniu, a nie o treści kampanii, ale przy takiej dysproporcji sił między rządzącymi a opozycją trudno odróżnić jedno od drugiego. Dziś już widać gołym okiem słabości PiS, zwłaszcza w dziedzinie tematyki gospodarczej, ale i jego atuty – z lepszego niż przed czterema laty składu poselskich list wyłania się zarys precyzyjniejszego programu w wielu dziedzinach. Ale trzeba sobie szczerze powiedzieć: ostateczny efekt mniej będzie zależał od tego. Bardziej zaś od mocnych nerwów w końcówce. Kto dobrze życzy opcji narodowo-konserwatywnej w Polsce, powinien się modlić o spokojną kampanię.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wątłe partie silnych liderów

26 sie 2011

Jak powinny być w Polsce układane listy poselskie? Tak wielka jednoosobowa władza liderów, którzy przerzucają na nich ludzi jak ziemniaki, to droga do zmiany partii w instytucje dworskie. Politycy skoncentrowani na pozyskiwaniu numeru pierwszego przestają być twórczy. Zamiast formułować własne pomysły, czekają na rozkazy.

Zarazem w polskich warunkach wyłanianie kandydatów od dołu też jest obciążone ryzykiem. Gdyby to zależało od terenowych działaczy, na listach nie byłoby ekspertów w różnych dziedzinach, za to swoim wybaczano by najróżniejsze, również etyczne, grzechy. I Donald Tusk, i Jarosław Kaczyński okazywali się mądrzejsi od swoich partii.

Ideałem byłoby połączenie lokalnej inicjatywy i korekt dokonywanych przez górę, ale o ideał trudno. Jeśli władza liderów jest w Polsce za silna, to dlatego, że partie są tworami wątłymi, mało zakorzenionymi wśród Polaków. A liderzy, przygarniając je do piersi, nie pozwalają im dojrzeć.

W dodatku lekarstwa jawią się jako gorsze od choroby. Odebranie partiom finansowania z budżetu ograniczyłoby władzę prezesów. Tylko czy nie przechyliłoby państwa za bardzo w stronę i tak groźnej w naszych warunkach finansowej oligarchii? Wybory większościowe w jednomandatowych okręgach zmuszałyby liderów do wystawiania lokalnych autorytetów. Ale w skali kraju pozbawiałyby istotne grupy politycznej reprezentacji, Itd., itp.

Trzeba się więc męczyć z apodyktycznymi liderami, licząc, że zmieni ich logika dziejów. Przyznajmy zresztą, że wywijają się okolicznościom. Tusk układanie list rozegrał zręcznie. Pozwolił na publiczne targi, spory wśród działaczy, wystąpił ostatecznie jako mediator i prawie wszystkich ułaskawił – nagłaśniając przy okazji sporo nazwisk.

Kaczyński preferuje jak zawsze spójność partii i tajemnicę. To zrozumiałe pod takim medialnym ostrzałem, choć chyba za długo zwlekał z ogłoszeniem list. Przyznajmy jednak: zrobił wiele, aby znaleźli się na nich ludzie ciekawsi niż w poprzedniej kadencji. Tylko czy zdąży ich spopularyzować?

I na koniec szczerze: nikt tu nie jest święty. Liderzy małych partii, typu PJN, narzekają na tyranię prezesów, a sami rządzą z wdziękiem właścicieli rodzinnych gospodarstw. Dlatego system partyjny nie stanie się w tej kampanii przedmiotem sensownej debaty.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gdyby Osamę zabił Kaczyński…

9 maj 2011

Ciągle brzmią echa rozprawy amerykańskich służb z Osamą bin Ladenem. W gazetach i telewizjach jedni się na Amerykę oburzają, drudzy jej bronią

Niektórzy konserwatyści przypominają sobie, że są też chrześcijanami. A niektórzy liberałowie dochodzą do wniosku, że państwo ma prawo czasem uciekać się do środków nadzwyczajnych. Choć gdyby Osamę zabił Kaczyński…

Przy okazji można obserwować inne zjawisko. Większość amerykańskich elit się zjednoczyła. Jutro opozycja znów nazwie Obamę komunistą, a on będzie ją przedstawiał jako bezdusznych popleczników bogaczy. Ale dziś są gratulacje, przyjazne gesty. Na chwilę zniknęli republikanie i demokraci.

Czy tak mogłoby być w Polsce? Wspierający PO mainstream natychmiast wskaże na Jarosława Kaczyńskiego jako na burzyciela jedności. Prawicowa opozycja w odpowiedzi nie tylko przypomni Palikota, ale zada fundamentalne pytanie o inną różnicę. Amerykańska administracja ścigała oprawcę swoich obywateli, dokonując, nie bójmy się tego słowa, aktu zemsty. A można mieć wielkie zastrzeżenia do sposobu, w jaki ekipa Tuska próbuje się uporać z problemem smoleńskiej katastrofy.

Więc prawica powie: jedność tak, ale pod warunkiem że Polska będzie chronić Polaków. Jest w tym sporo racji, tyle że polityczna wojna na śmierć i życie nie zaczęła się w kwietniu 2010 r. A nawet gdy uznamy, że to jedni są bardziej winni, nie zniknie pytanie: jak to nam służy?

Bo obserwuję proces oswajania tego stanu rzeczy. Powtarza nam się, że podziały to nic strasznego, że tak jest na całym świecie. Robi to wielu prawicowych komentatorów i jakoś można to zrozumieć – mainstream po prostu utożsamia własne zdanie i interes z całością. Ale to przyzwyczajanie się to nic dobrego.

Podziały to esencja i wręcz warunek demokracji, ale nie tylko w USA, także w zachodniej Europie są chwile, kiedy znikają. Zazdrościłem Amerykanom ich polityki od czasu, gdy w filmie „Wszyscy ludzie prezydenta” zobaczyłem archiwalną scenę: Richard Nixon pojawia się w Kongresie, wszyscy kongresmeni wstają i klaszczą. Dzień później część z nich będzie go obrzucać błotem. Ale wiedzą, co to wspólne państwo. Są silniejsi od nas, bo są liczniejsi i bogatsi, ale i dlatego, że rozumieją, co znaczy naród.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nic zdrożnego

14 kwi 2011

O takich tekstach jak raport Jarosława Kaczyńskiego rozmawia się trudno. Mariusz Janicki i Wiesław Władyka już zdążyli nazwać jego potencjalnych obrońców „tymi, którzy zwyczajowo biją prezesowi pokłony”. Z kolei sam Kaczyński jest współtwórcą atmosfery, która nawet językowe zastrzeżenia wobec jego dzieła czyni „antypisowską agresją”.

Słowa jak brzytwy

Na razie sypie się krytyka przewidywalna. Wojciech Mazowiecki opisał raport jako zbiór insynuacji poukrywanych w miękkich słowach. Janicki i Władyka dostrzegli wszakże wiele słów jak najbardziej twardych. Wojciech Sadurski też postanowił dać odpór. „Manifest pisany żółcią” – tak brzmi tytuł jego recenzji w „Rzeczpospolitej”. Najbardziej nawet zniesmaczony aktualną taktyką czy strategią prezesa PiS mam od razu pokusę powiedzenia: bardziej to skomplikowane niż politgramoty z „Wyborczej” czy z „Polityki”.

To prawda, nie znajdziemy podobnego języka w partyjnych dokumentach, powiedzmy, niemieckich. Ale już w amerykańskich platformach wyborczych – tak. Demokraci i republikanie na zmianę przedstawiali USA rządzone przez tych drugich jako kraj zagrożony ruiną, i nie przeszkadzało im to prowadzić zwykle polityki wyważonej i nastawionej na międzypartyjne kompromisy.

Naturalnie w zachodnich demokracjach, nawet tych, w których starcia między partiami są wciąż gwałtowne, takie pamflety autorstwa samego lidera już się raczej nie pojawiają. Za duże ryzyko uchybień wobec rozmaitych poprawności. Kaczyński się tym nie przejmuje – i pierwsze skutki w postaci pomruków Ślązaków przekonywanych przez mainstream, że zostali obrażeni, mamy za sobą.

Na dodatek lider PiS w polemiki programowe wplata pretensje o osobiste krzywdy i afronty, a od oceny polityki rządu przechodzi niespodziewanie do przygan, że Andrzej Wajda chce kręcić film o Wałęsie. Czy dlatego, że jest przekonany, iż za wszystko, także filmy Wajdy czy książki Jana Grossa, odpowiada Platforma? Tak twierdzi Sadurski. Moim zdaniem, pomijając dygresyjny styl Kaczyńskiego, który ujawnia w każdym wywiadzie, bardzo chciałby on przekonać wyborców o „wszechwinie” PO. Czy jest w tym nowatorski?

Czytaj więcej

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop