Posts Tagged „Jan Klata”<

To jednak tylko rechot

14 sty 2011

W wielkim skrócie: napisałem ostatnio felieton o inscenizacji „Sprawy Dantona” Stanisławy Przybyszewskiej autorstwa Jana Klaty. Mocno się po tym przedstawieniu wrocławskiego Teatru Polskiego przejechałem.

Wydało mi się rzeczą dziwną granie tej świetnej sztuki politycznej z wyraziście zarysowanym konfliktem i wybornie skrojonymi postaciami w konwencji ni to groteski a la Witkacy, ni podrzędnej farsy a la nie wiem kto.

Metafory w stylu: Robespierre narzuca swoją wolę słynnemu prokuratorowi Fouquier-Tinville, więc uderza go w głowę ruchomym zadaszeniem pomieszczenia, w którym obaj rozmawiają, jawiły mi się jako trywialne. Podobnie jak rozgrywanie subtelnych relacji Robespierre a i Desmoulinsa w konwencji zalotów dwóch podstarzałych gejów (należałoby odwołując się do estetyki przedstawienia użyć właściwie innego słowa). Rozumiem, że reżyser wywołał w jakichś widzach i znawcach wrażenie, że kryje się za tym głębia. Jestem z reguły bardzo powściągliwy w kwestionowaniu dzieł sztuki, bo biorę poprawkę na odmienne stany wrażliwości. Ale tym razem chciałbym się dowiedzieć, co się w tej głębi kryje. Przy czym punktem odniesienia dla mnie nie jest nawet film „Danton”, a świetna inscenizacja Wajdy w warszawskim Teatrze Powszechnym z 1977 roku. Ale gdyby nawet nie powstał ani film, ani tamto przedstawienie nie postało, i tak pytałbym o sens sztuczek Klaty.

Nieopatrznie dotknąłem jednak Gazety Wyborczej, która opisując spektakl w swoim telewizyjnym dodatku (bo pokazała go TVP Kultura), zareagowała entuzjazmem. To z kolei wywołało reakcję Pawła Goźlińskiego. Zarzucił mi, że napisałem cały tekst tylko po to aby zrobić krzywdę jego gazecie. Naprawdę nie, po prostu mnie ta recenzyjka zaskoczyła. Z przykrością przyjmuję informację, że to przedstawienie spodobało się również recenzentowi Rzeczpospolitej. Sprawdziłem – tak jest istotnie i głęboko się z tą naszą recenzją również nie zgadzam.

Zgadzam się za to z Goźlińskim: to nie Wyborcza obsypała Klatę deszczem nagród. Uważam to za miarę kryzysu teatru, Paweł jak rozumiem za symptom jego sukcesu. A może nawet nie, bo mój polemista starannie unika zajęcia stanowiska.

Jeśli napisałem, że Wyborcza ideologizuje sztukę, to nie miałem na myśli jej stosunku do Jana Klaty. W tym upatruję raczej zachłyśnięcia się nowoczesnością jako zasadą, co powoduje że każda intelektualna hochsztaplerka jest kupowana bez zaglądania co się za nią kryje. Uwaga o ideologizowaniu była dygresją. Napisałem o Wyborczej: „Wiedziałem, że ideologizuje, ale myślałem że trzyma poziom”. Przykłady tej ideologizacji to temat na odrębną debatę. Paweł Goźliński przywołuje Jarosława Rymkiewicza i nie bardzo rozumiem po co. Nie jestem skądinąd entuzjastą niektórych jego ostatnich tekstów, choć gdybym miał zestawiać poetę z inscenizatorskimi sztuczkami Klaty, to… Po prostu bym nie zestawiał. Różne półki.

I na koniec w tekście Goźlińskiego niepokoi mnie jedno. Czytam, że debata o tym, czy można zniekształcać prawdziwe sztuki klasyków odbyła się osiem lat temu. Skądinąd czy tylko klasyków? Czy Witkacy to klasyk? A Ziobro w „Szewcach” to po prostu głupi greps świadczący o lenistwie intelektualnym – i to samo bym uważał, gdyby był to Tusk czy Jaruzelski. No w każdym razie Goźliński każe mi się z tym pogodzić. Osiem lat temu zdecydowano, że pani Przybyszewska, Czechow, Witkacy, Szekspir czy ktokolwiek inny stracili do końca prawa do swoich tekstów. Prawa symboliczne naturalnie.

Pamiętam czasy, kiedy jedna konferencja literatów albo ludzi teatru decydowała o wprowadzeniu realizmu socjalistycznego. Miałem jednak wrażenie, że te czasy bezpowrotnie minęły. Może nie jestem członkiem korporacji, która tę decyzję podjęła. I może wobec tego „piszę głupstwa o teatrze”. Ale niech Gożliński mi na to łaskawie pozwoli. Ostatecznie teatr jest nie tylko dla niego i jego kolegów. Kilka innych osób w Polsce czy gdzie indziej zachowało zdolność krytycznego myślenia i pytania o rzekome „głębie”, Ja się tego prawa nie zrzeknę.

U Adama Hanuszkiewicza w „Balladynie” nie tylko śmigały motory, ale odbyła się też na scenie wojna czołgów zabawek, ale był to dramat cudownie umowny, a Anna Chodakowska grała drapieżność i strach głównej bohaterki z wielkim wyczuciem, po bożemu. Inscenizacja „Sprawy Dantona” to bełkot. Jeśli jest on elementem postępu, nie jestem postępowy.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Gdy rechot zastępuje myśl

12 sty 2011

„Stało się sukcesem na zaskakującą skalę i przyniosło najważniejsze nagrody teatralne” – napisała „Gazeta Wyborcza” o wrocławskim przedstawieniu „Sprawy Dantona” Stanisławy Przybyszewskiej w reżyserii sławnego Jana Klaty. Obejrzałem je we wtorek dzięki TVP Kultura.

Jego bohaterowie robią miny debilów. Tarzają się po scenie, rżą i macają. Danton polewa żonę wodą z wiadra, Robespierre paraduje z kwiatem w ustach. Może Klata kpi z rewolucjonistów jako bandy głupków? Ale to nie ta sztuka, a jeśli już, to mądrej kpiny powinien się uczyć od Monty Pythonów. A tu mamy kopniaki w brzuch jak w farsie i wygibasy Dantona w rytm „Children of Revolution”. Obśliniony Robespierre (skąd w ogóle jego historyczna rola?) mówi językiem kompletnie sprzecznym z jego błazeńskimi minami. Wszyscy inni też.

Ale Wyborcza zachwycona: „Klata umieścił akcję tekstu o szaleństwie francuskiej rewolucji w bliżej nieokreślonym „czasie pogardy”. Tej pogardy, która łączy dilerów z ćpunami, producentów disco polo z remizową publicznością, polityków z ciemnym ludem, który to kupi”. Zawsze myślałem, że „Wyborcza” ideologizuje kulturę, ale dba o poziom. Przybyszewska nie pisała sztuki o dilerach i disco polo. Nie napisała też „Szewców” (to Witkacy) ani farsy. Ma prawo nawet po śmierci do własności intelektualnej. A my – prawo do sensu.

Widziałem „Sprawę Dantona” z 1977 roku, pierwszą premierę warszawskiego Teatru Powszechnego. I widziałem film „Danton” według tej sztuki. Każde z tych dzieł Andrzej Wajda zrobił inaczej – pierwsze to raczej pochwała rewolucji (zgodnie z intencjami lewicowej autorki), drugie – przestroga przed nią (tak mocna, że prezydent Mitterand wyszedł z premiery). Ale oba były wielką polityczną debatą.

Nie jestem teatralnym zakapiorem. Kiedy Adam Hanuszkiewicz wystawił słynną „Balladynę na motorach”, widziałem w tym sens, bo tekst Słowackiego jest nierealny, trochę poza czasem. Lubię i groteskę, i popkulturę. Ale nie sytuację, gdy rechot zastępuje myśl. A tu publiczność śmieje się jak na komedii, gdy Kinga Preis (współczuję) płucze usta.

Ten rechot, typowy dla obecnego teatru, wyraża bezradność wobec historii. Gdy nie umie się z niej korzystać, szukać w niej uniwersalnych sensów, zagłusza się ją grepsami. U Witkacego widzi się Ziobrę (inscenizacja „Szewców” Klaty), u Przybyszewskiej – ludzi z piłami. Tylko co zawinili autorzy?

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop