Posts Tagged „Gazeta Wyborcza”<

Oglądajcie to sto razy

29 lut 2012

Ta historia tylko obiła mi się o uszy. Jako dziennikarz powinienem to sobie dziś wyrzucać. Za bardzo wtopiłem się w ogólną ciszę.

Poniedziałkowym wieczorem, po Teatrze Telewizji, TVP nadała reportaż „Ucieczka z raju”. Oto jak scharakteryzował go telewizyjny dodatek „Gazety Wyborczej”. „Głośna historia Nicoli – córeczki polskich emigrantów w Norwegii, odebranej rodzicom przez nadgorliwą opiekę społeczną. Film wpisuje się w dyskusję o działalności detektywa Rutkowskiego – to on wywiózł dziewczynkę do Polski”.

Norweska opieka społeczna była więc „nadgorliwa”. Problemem jest zaś detektyw Rutkowski, który odegrał w tych zdarzeniach taką rolę, że zorganizował ucieczkę dziecka odebranego rodzicom.

Zajrzałem do Internetu. Nikt nie przedstawił innej interpretacji zdarzeń niż ta z reportażu. Dziewczynkę zabrano, bo była osowiała w szkole, a była taka, bo umierała jej babcia. Z zaskoczenia zaaranżowano szybką akcję przekazania dziecka do adopcji. Nie wątpię, że gdyby „Wyborcza” znalazła cień dowodu, że historia wyglądała inaczej, ogłosiłaby ją. Bo to wielkie oskarżenie systemu, w którym państwo za nic ma rodzinę. Systemu, który „Wyborczej” się generalnie podoba.

Niewiele znajduję rzeczy straszniejszych, niż odebranie rodzicom dziecka. Tu cały przebieg zdarzeń świadczy o nagim bezprawiu, nawet jeśli zgodnym z norweskimi przepisami. O praktykach rodem z totalitaryzmu. Norwegii powinna z tego tytułu siedzieć na karku chmara obrońców praw człowieka. Nie siedzi. My sami referujemy historię szeptem. Żeby nie urazić „cywilizowanego państwa”. Gdyby rzecz dotyczyła geja dotkniętego dowcipem, a to co innego.

Nie jestem zwolennikiem poglądu, że dziecko należy do rodziców. Są sytuacje, gdy dziecko trzeba przed rodzicami bronić. Ale ono nie należy też do państwa. Każdy ruch, każda mina tej dziewczynki zaświadczały o tym, że wtrącono ją do więzienia. Przy współudziale zwykłych ludzi: nauczycieli, urzędników, rodziny zastępczej, która zgodziła się grać rolę klawiszy.

Donald Tusk chciał kiedyś sadzać polityków PO przed ekranem, żeby dla przestrogi patrzyli na płaczącą Sawicką. Niech pan posadzi swoją pełnomocnik ds. kobiet i innych zwolenników „postępu” z pana partii, aby oglądali ten reportaż. Może coś zrozumieją. Bo że prof. Środa nie zrozumie, to pewne.

Autor jest publicystą „Uważam Rze”

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Nieprawdy Stasińskiego o „Rzeczpospolitej”

20 lis 2011

W niedzielnym programie „Loża Prasowa” w TVN24 powiedziałem, że rząd PO dotuje na różne sposoby środowisko „Krytyki Politycznej”. Ta uwaga była częścią debaty o stosunku Donalda Tuska do Kościoła i religii.

Moja teza była taka: z jednej strony Tusk broni krzyża i przestrzega przed laicyzowaniem Polaków na siłę. Ale z drugiej wspiera grupę, która jest przeciw obecności krzyża i religii w sferze publicznej. A to wsparcie przybiera różną postać – choćby wydania ogromnych sum na zorganizowanie we Wrocławiu Kongresu Kultury Polskiej według recept ludzi Krytyki, którzy przeważali wśród organizatorów i moderatorów.

Na to wybuchnął wicenaczelny „Gazety Wyborczej” Piotr Stasiński. Stwierdził, że to ja powinienem się wstydzić, bo jestem z gazety od lat wspieranej przez państwo. Stan nerwów redaktora pominę. Ale jeśli nie rozróżnia między dotowaniem czegoś, a posiadaniem w czymś udziałów, nie powinien być dopuszczony do matury.

Bycie udziałowcem nie oznacza wspierania przedsięwzięcia biznesowego budżetowymi pieniędzmi. Takich pieniędzy ani rząd PO, ani jakikolwiek inny, do „Rzeczpospolitej” nie dokładał.

Na dokładkę poprzedni właściciel „Rzeczpospolitej” od lat zabiegał, przy poparciu redakcji, o wykupienie rządowych udziałów, tyle że bez skutku. Jeśli więc by nawet uznać, że było to wspieranie, to takie, którego wspierani bardzo nie chcieli.

Jaka tu analogia z lewicowym środowiskiem wyciągającym rękę po duże sumy obciążające podatnika? Żadna, ale w audycji zasadniczo o czymś innym wrzucenie takiego twierdzenia w charakterze dygresji miało na celu zaciemnienie tematu niewygodnego dla siebie. Moja odpowiedź utonęła w ogólnym zamęcie.

Dlaczego niewygodnego dla siebie? Dlatego, że „Gazeta Wyborcza” i „Krytyka Polityczna” są dziś częścią jednego ideologicznego konsorcjum. Prawda, że poszczególne jego fragmenty korzystają z pomocy państwa, deklarującego ideową neutralność, jest prawdą niewygodną. Stąd krzyk i zaciemniające insynuacje na temat „Rzeczpospolitej”.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Wszyscy czekają na rewolucję

19 paź 2011

Jak kłopot z argumentami, trzeba sięgnąć do porównań historycznych – redaktorzy z Czerskiej nieraz już przedstawiali innych jako faszystów, antysemitów, a czasem komunistów.

Tym razem padło na Marka Magierowskiego i Piotra Gursztyna. Odważyli się polemizować z nagle ujawnionym entuzjazmem „Gazety Wyborczej”, i kręgów wokół niej, wobec rewolty „oburzonych”. Przy czym Gursztyn napisał o „bogatych dzieciakach”, pijąc do licealistów elitarnego liceum wychodzących na ulice pod patronatem swojej dyrektorki, córki Seweryna Blumsztajna.

Do odpowiedzi wydelegowano  najbardziej prostodusznego  – Waldemara Kumóra, któremu  te złośliwości skojarzyły się z propagandą Marca’68, kiedy peerelowskie gazety pisały o „bananowej młodzieży”. O innych paradoksach udziału dzieci elit w rewolucji Kumór nie słyszał. Jego szefowie pewnie tak. Mimo to posłużyli się inwektywą.

Wszyscy dziś wypatrują światowej rewolucji. Wypatruje Jarosław Kaczyński, licząc, że gniew społeczny utoruje mu drogę do władzy. I wypatruje „Wyborcza” skolonizowana przez „Krytykę Polityczną”, być może też marząca, że odzyska w coraz bardziej pogmatwanych realiach rząd dusz.

<t0>I Kaczyński, i redaktorzy „Wyborczej” nie mają pojęcia, jak takie podważenie reguł liberalnego globalnego kapitalizmu miałoby wyglądać. Nikt nie ma. Ale Kaczyński był zawsze nowinkarzem szukającym dróg do podważenia tego, co dane do wierzenia. „Wyborcza” przeciwnie. Ta konkretna wersja modernizacji była dla niej dobra – cała, razem z patologiami i aferami. Owszem, Czerska chciała zmian, ale mechanicznie zapożyczonych. Z konformistycznym argumentem: tak jest gdzie indziej. To dotyczyło zaniku państwa narodowego, przemian obyczajowych. I… logiki globalnego liberalnego kapitalizmu.

Nie wiem, czy panowie Blumsztajn czy Beylin stracili nagle wiarę w jeden z punktów swojego katechizmu, czy znów zapożyczają. Ale wypadałoby się wytłumaczyć. Uczniowie pani Blumsztajn czerpią swą wiedzę o świecie pewnie z „Wyborczej”. A tam nie odwołano kanonizacji Leszka Balcerowicza, wielkiego i ortodoksyjnego rzecznika globalnego kapitalizmu, jako jednego z nieomylnych ojców III RP. Jeśli tak, wszystko to razem nie trzyma się kupy. Tylko nienawiść do Kaczyńskiego jest punktem stałym. Ale to nie on stoi za amerykańskimi bankami. Choć ciężko w to uwierzyć.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Na tropie spisku

22 wrz 2011

Beacie Kempie zrobiono kawał, rezygnując w jej imieniu e-mailem z kandydowania. Natychmiast gwiazdor internetowych prawicowych spekulacji rozpracowuje zamysły kryjące się za tym uderzeniem, a publiczność wtóruje.

Za samą sceptyczną minę można tu sobie zasłużyć na pełne politowania uwagi: mięczak albo wspólnik. Kempa obsztorcowana niedawno, i słusznie, przez swego prezesa za poręczenie za „Starucha” odgrażała się sama, że zrezygnuje, co było zachętą do kawałów. Ale będąc na prawicy, trzeba się pogodzić: kawałów nie ma! Są służby – tajne, jawne i dwupłciowe…

Te kręgi pieszczą podejrzenia jak ukochane dzieci. Niedługo złapią Kaczyńskiego na współudziale. W imieniu Kaczyńskiego.

Hi, hi, ha, ha. Niemniej przypomnijcie sobie: kto wykrywał afery w małych społecznościach? Upierdliwcy! Podejrzliwcy! Często ludzie mało sympatyczni, przewrażliwieni, widzący w innych raczej zło niż dobro. Aby uwierzyć na początku lat 90., że transformacja ma drugie dno, swoje kulisy, wręcz trzeba było mieć w sobie coś takiego. A była to teza generalnie prawdziwa. Choć owocująca ubocznymi obsesjami.

Zabawniej jest, gdy spiskowe teorie pojawiają się w ustach ich wrogów. Oto Witold Gadomski polemizuje ze mną w „Wyborczej” w sprawie ograniczenia historii w szkołach. Polemika to kulturalna, co dziś rzadkie. Ale Gadomski odkrywa: Zarembie nie chodzi o historię, ale o politykę historyczną. I to nie każdą: o wykazywanie, jak byliśmy gnębieni przez sąsiadów.

A jeśli chodzi mi o to, aby młodzi ludzie wiedzieli, dlaczego jest tak, jak jest? Nie tylko w związku z sąsiadami. Ależ nie ukrywaj się, podstępna duszo!

Rekord bije i tak redakcyjny kolega Gadomskiego, który objaśnia, że młodzi ludzie sprzyjają dziś ponad normę PiS, bo są ukształtowani przez szkolną politykę historyczną. Świstak siedzi i zawija w sreberka. To nauczyciele propagują pisizm!

Ale może twórcy śmiałej koncepcji chodziło o coś innego. Nauczyciele nie propagują, tylko samo obcowanie z historią czyni młodych ludzi bardziej prawicowymi. No a od takiego wniosku prosta droga do innego: PO musi ograniczyć historię, tfu, politykę historyczną, w szkołach, jeśli chce się obronić przed PiS.

Ale to już typowe spiskowe myślenie. Podobnie jak to, że rząd złożony z samych wrogów spiskowych teorii, utajniając przed nami informacje, chciałby coś ukryć. Podobnie jak…

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Ten okropny patriarchalny wrzesień ’39

31 sie 2011

Co wynika z twarzy żołnierzy drugiej wojny światowej na okładce pierwszowrześniowego numeru „Uważam Rze”?

Dla Miłady Jędrysik z „Gazety  Wyborczej” wynika tyle, że ten  tygodnik lansuje tylko męską wizję historii i świata.

Jędrysik nie ograniczyła się do tego argumentu. Pracowicie zliczyła autorki w ostatnim numerze „Uważam Rze”. Uznała, że siedem to za mało, nadto pisały o nie najważniejszych sprawach. Odpowiedziałem jej na to w portalu wPolityce.pl, aby policzyła, ilu jest w jej gazecie funkcyjnych mężczyzn, a ile kobiet. Na 17 nazwisk w stopce przypadają trzy panie, na nie najważniejszych funkcjach. Biblijne powiedzonko o źdźble i belce nasuwa się samo. Choć podjąłbym się obrony redakcji z Czerskiej przed Jędrysik – że na przykład w ogóle w Polsce jest więcej dziennikarzy niż dziennikarek. No, ale mamy do czynienia ze zwolenniczką parytetów, która pokazałaby swoim szefom, Kurskiemu ze Stasińskim, gdzie raki zimują. Gdyby mogła. A skoro nie może, wyżywa się na nielubianym tygodniku.

Równocześnie całkiem serio odebrałem jej pryncypialną krytykę tematów „męskich”. To feministyczna, dość dziś modna utopia, która sprowadza się do myśli: rozprawmy się z szowinistyczno-militarystycznym Powstaniem Warszawskim i zastąpmy studiami nad genderowymi wątkami dziejów. Odpowiadając mi, Jędrysik potwierdziła: domaga się w imieniu kobiet całkiem nowej hierarchii wszystkiego. I ma do mnie żal, bo jej przypisałem szaleństwo.

Ja rzeczywiście uważam jej wizję historii za szkodliwą, tak jak ona moją. I delikatnie przypominam: ta moja wizja też ma swoich zwolenników, a nawet zwolenniczki. Bo kobiecość nie jest ideologią, cokolwiek myślą o tym panie z „Wysokich Obcasów”.

To, co proponuje redaktor Jędrysik, prowadzi nie do sfeminizowania, lecz do zdziecinnienia cywilizacji. Ale naprawdę niewesoło robi się wtedy, gdy pojawia się przymus. Pretensja, że kobieta wystąpiła u nas jako postać negatywna, była wypowiadana całkiem serio. Czekam, kiedy Jędrysik rzuci się, żeby to poprawiać – przepisami ustawy, a choćby i wymuszanymi przez wrzawę zmianami na medialnym rynku. Kiedy zafunduje mi parytet nie tylko przy rozdawnictwie posad, ale i tematów. Żartuję? No właśnie na tym polega szaleństwo – nie Jędrysik nawet, ale epoki – że nie całkiem.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kogo gryzie sumienie?

10 sie 2011

Na kolegiach w „Gazecie Wyborczej” powinny trwać teraz nerwowe rozmowy.

– Daliśmy się zwieść podszeptom Ziobry? – pali papierosa za papierosem wicenaczelny Piotr Stasiński. – Ale Piotrze, kiedy drukowaliśmy pierwszy tekst Marcina Kąckiego o seksaferze, ty prowadziłeś gazetę – wytęża pamięć Seweryn Blumsztajn. – Ja? Nie było mnie w redakcji! – krzyczy Stasiński.

O co chodzi? O zarzut, jaki wyszedł spod pióra Jacka Żakowskiego. I pojawił się w… „Wyborczej”. Zacytujmy: „Gwiazda Leppera gasła, od kiedy wszedł w koalicję z PiS i LPR, ale zdmuchnięcie jej było skutkiem wymyślonych w gabinetach władzy fikcyjnych oskarżeń znanych jako afera gruntowa i częściowo fałszywych (m.in. ojcostwo dziecka Anety K.), a częściowo niewyjaśnionych oskarżeń o przestępstwa seksualne”.

Stoi czarno na białym, że oskarżenia o przestępstwa seksualne (zdaniem Żakowskiego niewyjaśnione, choć był wyrok sądu) zostały wymyślone w gabinetach władzy. To jak, Ziobro dzwonił do Kąckiego? Do Stasińskiego? Przyznacie się koledzy? Oskarża wszak sumienie polskiego dziennikarstwa.

Teraz serio. „Wyborcza” nie tylko nie współdziałała z ekipą Kaczyńskiego, ale tę ekipę atakowała, że nie rozlicza Leppera i Łyżwińskiego. Liderowi PiS seksafera była nie na rękę. Żakowski kłamie.

Mógłby się ograniczyć do sztuczki, którą stosuje, niestety, wielu publicystów. Gdyby postawił ogólną tezę: Lepper ofiarą Kaczyńskiego, popełniłby mnóstwo intelektualnych nadużyć – od założenia, iż wie, co jest przyczyną śmierci po założenie, że ofiara samobójstwa musi być kimś pokrzywdzonym (Hitlera  i Goebbelsa też to dotyczy?). Ale nie byłby oryginalny – w polskiej debacie padło już wszystko.

Ale Żakowski idzie dalej, fałszuje powszechnie znane fakty. Jest w tej dziedzinie recydywistą: rok temu twierdził, że to integryści katoliccy zaszczuli arcybiskupa Paetza, choć hierarcha odszedł po kampanii także z udziałem „Wyborczej”. Kleptoman kradnie, bo lubi, Żakowski kłamie, bo lubi. Bronek Wildstein nazwał go Urbanem III RP. Ale on jest i baronem Münchhausenem.

Tyle że bezkarnym. W TVP Info Dominika Wielowieyska orzekła, że Żakowski o „Wyborczej” w ogóle nie pisał. Gdyby powiedzieć: sumienie dziennikarstwa pisze nieprawdę, posypałaby się cała konstrukcja antykaczyńskiej propagandy? To już czysty Orwell…

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Pląsajmy na Czerskiej

8 sie 2011

Zdaje mi się, że każda polska organizacja i każdy polski obywatel ma prawo protestować i stawiać pytania – tak skwitował komentator „Gazety Wyborczej” Paweł Smoleński wyczyn niejakiego Pawła Hajncla, który kilka lat temu przebrany za misia, a w tym roku za motyla, towarzyszył i parodiował procesję Bożego Ciała. Jak to ujęła z sympatią „Gazeta Wyborcza”, po prostu „pląsał”. Rzecz działa się w Łodzi.

Smoleński zastrzegł się jedynie, że sam by się za motyla nie przebrał, bo „brakłoby mu odwagi”. Kilka tygodni później ta sama „Wyborcza” nie posiadała się z radości, kiedy prokuratura odmówiła podjęcia jakichkolwiek kroków, choć pewien duchowny, składając zawiadomienie, był przekonany, że pląsanie w tłumie procesowiczów to obrażanie uczuć religijnych.

Decyzja została uczczona tekstem, w którym jedynym narratorem był Hajncel opowiadający z rozbawieniem, jak to księża nie mogli go dogonić, a mieli przy tym zacięte twarze. „Paweł Hajncel odetchnął z ulgą” – obwieścił organ Adama Michnika. Także „Polityka” skomentowała zdarzenie artykułem wyraźnie życzliwym dla „performera”.

Czytaj cały tekst

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Sierakowski mordercą z Peru

27 lip 2011

Grzegorz Sroczyński z „Wyborczej” chciałby, aby Amerykanie wzorowali się na Norwegach  i miast zabijać – zamknęli Osamę bin Ladena w na wpół otwartym więzieniu z sauną i plażą. Ten pomysł powinien startować w jakimś konkursie.

Ale Sroczyński odpowiedział też na moją propozycję: skoro cała prawica ma odpowiadać za Breivika, niech „Krytyka Polityczna” z europejskimi socjaldemokracjami wezmą na barki lewicowe akty terroru.

„Piotrze, czy Sierakowski i jego środowisko nawoływali kiedykolwiek do przemocy? Tymczasem skrajna prawica nawołuje, ma w całej Europie zwolenników, a antyimigranckie partie są nawet w parlamentach (owszem, nieco ugrzecznione). I nie mówmy już o „dziejach świata” i tym, że bolszewicy mordowali w imię sprawiedliwości społecznej. Mówmy o tym, co tu i teraz. Jakoś nie słyszałem ostatnio o terroryście, którego inspirowałyby eseje Sierakowskiego czy Żiżka” – pisze Sroczyński.

Ja też nie słyszałem, aby Breivik zaczytywał się tekstami Ziemkiewicza, Wildsteina, Semki i Lisickiego,  jednak Cezary Michalski uznał ich za moralnych sprawców masakry. Jego z kolei nikt nie uznał za wariata. Która prawica nawołuje do terroru? I ile jest tego terroru? Zachodnie miasta spływają krwią?

Ja nie pisałem o bolszewikach, tylko o społecznie radykalnym terroryzmie, który pojawiał się w Europie ledwie kilka lat temu. I pojawia się nadal w krajach Trzeciego Świata. Kolego Sierakowski, nie maczaliście aby palców w zbrodniach Świetlistego Szlaku?

Jeśli wątpliwości co do nieograniczonego napływu imigrantów są uzbrajaniem morderców, to wywody o wadach globalnego kapitalizmu  – także. W Grecji tłum podpalił bank razem z ludźmi. Czy nie widziałem u Sierakowskiego tekstów obwiniających bankierów o kryzys? A w „Wyborczej”? Absurd można mnożyć bez końca.

Polityka jest zawsze zwrócona przeciw komuś. Obciążanie prawicy sceptycznej wobec wielokulturowości zbrodniami Breivika przypomina głupotę tych, którzy kiedyś w każdej wzmiance o większej równości widzieli spisek komunistów. Było odwrotnie: to socjaldemokraci uratowali przed komunizmem Europę. Bo wychodzili naprzeciw społecznym problemom, a nie uznawali, że jak będą o nich mówić, to zbudzą demony.

Dziś niestety zapał lewicy sprowadza się do hasła: sauna dla bin Ladena. Demagogia? Nie większa niż wasza.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Patron z sowieckimi papierami

13 lip 2011

Lata 70. Trafiam do warszawskiego Ateneum na „Bal manekinów” Brunona Jasieńskiego. Na tę inscenizację Janusza Warmińskiego chodziła cała Warszawa. Podoba mi się – efektowne, groteskowe, roztańczone przedstawienie.

Ale mam wątpliwości. Ośmieszony bohater to socjalistyczny poseł do francuskiego parlamentu, a tak naprawdę zasługujący na karę burżuj. Jak to, myślę, przecież socjaliści pomagali ludziom i przyczynili się do reformy kapitalizmu. Co zabawne, ponieważ Ribandel i jego towarzysze mówią o socjalizmie, publiczność się śmieje jak z antykomunistycznych aluzji. Ja mam poczucie, że śmieje się na opak. Sztuka jest agitką, błyszczącą i kolorową.

Wspomnienie drugie, z lat 80. Wśród piosenek Jacka Kaczmarskiego poznaję i tę o Jasieńskim. Śpiewający poeta świetnie naśladuje manieryczny styl swojego bohatera, by w finale pokazać go jako ofiarę wielkiego Azjaty. Wydało mi się to zbyt okrutne. Kaczmarski podrwiwał z ofiary stalinowskich czystek („A tu trup, mój biedaczek, zmarł już całkiem na kość”), zamiast go żałować. Dziś myślę, że Kaczmarski miał rację. Za takie błędy jak zaangażowanie w budowę państwa wiecznej szczęśliwości drwina innego poety nie jest karą zbyt surową.

Wspominam to, gdy „Gazeta Wyborcza” inicjuje kampanię przeciw radnym Klimontowa, którzy nie chcą, aby ich krajan Jasieński był patronem szkoły. Emerytowany dyrektor tego liceum nazywa Jasieńskiego lewicowcem, który został zabity przez komunistów. Lewicowcami to byli Andrzej Strug, Bolesław Limanowski, Kazimierz Pużak, wybitni polscy socjaliści. Jeśli Jasieński to ofiara komunizmu, to Ernst Roehm jest ofiarą nazizmu. Nie porównuję obu postaci. Podważam logikę.

Rozumiem dyrektora, pasjonata literatury, nie rozumiem ogólnopolskiej gazety. „Rezygnacja Jasieńskiego ze stanowiska redaktora »Kultury Mas« była symbolem jego zerwania ze światem polskim i zanurzenia się w świecie radzieckim. Sowietyzacja, pisanie po rosyjsku nie stanowiły dla niego większego problemu” – pisze Marci Shore, uznana przez „GW” za wzór bezstronnego opowiadania o komunizmie.

Jasieński był ofiarą, ale czy jest  wymarzonym patronem dla szkoły w kraju, który z komunizmu  szczęśliwie wyszedł? Czy był  wzorcem?

Koledzy, jeśli znów nazwą was KPP, wczytajcie się we własną gazetę…

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop

Kontrrewolucja wytropiona

24 cze 2011

Na portalu Wyborcza.pl Agata Nowakowska potępia PO za „ideologiczny błąd”. Powielając język nieboszczki PZPR. Chodzi o wystawienie na listy do Sejmu Elżbiety Radziszewskiej.

Argumenty te co zawsze: katoliczką pani minister może sobie być w domu. Jako urzędnik ma realizować antydyskryminacyjne prawo.

A co jeśli polskie prawo do ideału „GW” nie dorasta? Więc minister ma się domagać „słusznego” prawa, a realizować te postępowe przepisy, które już są. A jeśli interpretuje to inaczej? Nie może – my jesteśmy za prawami człowieka, wszyscy, którzy myślą inaczej, są przeciw. A czy z równą pasją nawołujecie do ścigania nielegalnych aborcji na przykład? Nie, bo to jest prawo wsteczne, „burżuazyjne”. Tak oto dorabiamy się demokracji bezalternatywnej.

Mnie w tym przeraża najbardziej mściwość. Nie chodzi o to, czy Radziszewska ma być ministrem, tylko o to, czy partia działająca pod sztandarem ideowej różnorodności (co wciąż jest zachwalane) ma ją wysłać do parlamentu. Ściga się tę kobietę w chwili, gdy już się trochę poddała. Gdy Jackowi Żakowskiemu, naczelnemu stróżowi politpoprawności, oznajmiła, że tak zasadniczo przeciw związkom partnerskim nic nie ma. Choć w innych wypowiedziach ciągle snuje wątpliwości prawne, przypomina o kosztach ulg podatkowych dla konkubinatów. Ludzie PO, którzy próbują pogodzić skręt w lewo Tuska z własnym sumieniem, chowają się coraz częściej jak Hanna Gronkiewicz-Waltz za argumentami ekonomicznymi. Albo powtarzają: poczekajmy, dyskutujmy. A „Wyborcza” czekać nie chce.

Mnie jest smutno, że pani minister za łatwo się poddaje, a Nowakowska tropi. Nie ma miejsca dla tych, którzy mieli wątpliwości. Zakłócaliby nastrój świętowania radosnej rewolucji, choć miejsce salw „Aurory” zajęły wywody o „europejskich standardach”. „Nie udało się papieżowi przekonać Europy, by wróciła do korzeni” – triumfuje Piotr Pacewicz.

Dziś wygrywacie. Przed triumfalizmem jednak przestrzegam – w latach 30. ludzie, którzy bronili w Europie „anachronicznej” demokracji, mogli sprawiać wrażenie śmiesznych marzycieli. Za obecną rewolucją stoi wygoda. Geje łatwiej uzyskają adopcję dzieci w sojuszu z „heterykami” chcącymi podatkowych przywilejów bez zobowiązań, w łatwym do zerwania związku. Ale żadne prawo historii nie okazywało się ostatecznie niewzruszone.

  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop